Zielona apokalipsa


Tyle razy słyszałem o nadejściu końca świata, lecz nie wiedziałem, że on przyjdzie do każdego z osobna. We mnie, już jakiś czas temu, się apokalipsa rozpoczęła. Pożarła już moje serce, a teraz mózg mi pożera. Zastanawiam się co będzie, gdy pochłonie mnie w całości, gdy przetrawi i wypluje mnie z powrotem bez litości. Ciekawe co wtedy stanie się z całym moim światem? Zresztą i tak już się czuję, jakbym po części był wariatem. Co by było gdyby mój świat się nagle zawalił? Co gdyby spłonął w całości? Co gdybym ja się spalił? Czy zobaczyłbym wszystko w tęczowych kolorach? Czy czas by się zachwiał i czy jutro byłoby wczoraj? A może w każdym lustrze zobaczyłbym nie swoje odbicie, lecz tylko zarysy czegoś co przypomina życie? Czy byłbym jeszcze człowiekiem czy już tylko rośliną? Czy byłbym marihuaną, konopią indyjską? Czy skręcałbym się co dzień i czy byłbym nielegalny? Czy byłbym pożądany i czy byłbym opłacalny? Nie chcę by tak się stało. Nie chcę by wszystko się spaliło. Nie chcę by wszystko poszło z dymem tylko dlatego, by przez chwilę było miło.

Jakieś osiemnaście lat temu, Bóg do wyścigu mnie wystawił, lecz przegra na pewno, jeżeli na mnie postawił. Nie mogę sprostać próbie, której zostałem poddany, bo zanim wystartowałem już byłem przegrany. Chciałem spojrzeć na świat przez pryzmat szczęścia i wolności, lecz okazało się, że szczęście jest ulotne i nie ma dla mnie litości. Teraz skręcam się, bo tęsknię za lasem, który był zielony. Mimo, że nic nie palę, to jestem spalony. Choroba mnie pożera i przeczucie końca istnienia. Depresja mnie wciągnęła i dała do myślenia, bo błąd swój zrozumiałem i teraz żałuję. Nie chcę palić i nie palę, a i tak źle się czuję. Choćbym chciał się jakoś wyplątać i uciec czym prędzej z tej matni, to i tak nigdzie nie ucieknę. Zawszę będę ostatni w kolejce do szczęścia i wolności. Pokochałem palić skręty. Spaliłem się z tej miłości.

Teraz już wiem co to jest uzależnienie, bo odczułem je na własnej skórze. We własnych płucach je czuję i w sercu i w mózgu. Czuję je na dole i czuję na górze. I nie mogę się uwolnić od głodu, który żyć mi nie daje. Pozostaje mi skonać tylko. Umrzeć mi tylko pozostaje. Widzę już znaki zwiastujące nadejście końca świata mojego. Słyszę trąby archanielskie. Widzę antychrysta złego, który siedzi w mojej głowie i każe zmontować materiał do spalenia. Boże ratuj mnie, jak Cię proszę! Uwolnij mnie od cierpienia, bo sam nie dam rady. Obstaw, Boże, bucha jednego! Wyciągnij materiał spod lady! Albo wylecz mnie z tej choroby, którą się zaraziłem. Pozwól mi żyć, tak jak żyłem, dopóki się nie spaliłem.

Przydałoby się jakieś szczęśliwe zakończenie tej strasznej historii, którą opowiedziałem. Jest ono takie, że wcale w uzależnienie się wpędzić nie dałem. Zastanawiam się tylko jak by to było być chorym na palenie trawy. Z ciekawości się zastanawiam. Piekielnie jestem ciekawy i boję się, że mogę tego kiedyś żałować. Bo może kiedyś będę się z lufką namiętnie całować i wtedy się zakocham w tym sztucznym szczęściu, które będzie mnie ogarniało. Potem wszystko się będzie we mnie stopniowo spalało i spełni się historia, którą wymyśliłem. I będę pluł sobie w brodę mówiąc: "Jaki ja byłem głupi kłamiąc, że się spaliłem".



Autor: Leniwiec
l.e.n@wp.pl
GG 6688364
ICQ 321777978