Nie będę ukrywał, że ze sztuką nie jestem za pan brat. Jeśli chodzi o malarstwo, to interesują mnie jedynie obrazy Boscha i Caravaggia - głównie dlatego, że są duże i szczegółowe. W przypadku poezji nie ma żadnych wyjątków, ja jej po prostu nie rozumiem. Muzyka? Naturalnie oprócz Depeche Mode, lubię odsłuchać do bólu oklepanego Mozarta, przede wszystkim nie mniej oklepanego Requiem. Piękną architekturę potrafię docenić, ale nie czyni mnie to lepszym od przeciętnego amerykańskiego turysty. Sprawę filmów przemilczę. Do teatru nie chodzę z prozaicznej przyczyny - w moim mieście nie ma tej instytucji. Z literaturą jest stosunkowo najlepiej, w końcu takie nazwiska jak Orwell, Heller czy Bukowski mówią same za siebie, ale prawdziwym miłośnikiem jestem tylko nazwisk Clancy i Suworow.

Powyższy opis klasyfikuje mnie w wyższej strefie stanów średnich, pomiędzy Andrzejem Lepperem a Bogusławem Kaczyńskim. Specjalnego prestiżu jestem pozbawiony, ale zachowałem przynajmniej prawo do krytyki sztuki. Powiem więcej: sztuki współczesnej.

Mieszkam w Piotrkowie Trybunalskim. W tym mieście od ośmiu lat organizowana jest, przez miejskiego konserwatora zabytków Stanisława Piotra Gajdę, impereza pod nazwą Interakcje. Na kilka dni do miasta zjeżdżają się z całego świata (między innymi z Kanady, Stanów Zjednoczonych, Francji, Wielkiej Brytani, Węgier, Austalii, Japonii czy Singapuru) ludzie, którzy każą nazywać się artystami, by pokazywać miejscowym rzeczy, które każą nazywać sztuką performace. Z założenia impreza miała mieć miejsce w gmachu byłej restautacji "Europa", przmianowanego z potrzeby dowartościowania na "Centrum Świata", ale szybko okazało się, że budynek ten ma za mały metraż by pomieścić całą "sztukę" i chętnych do jej zobaczenia, więc "artyści" zalali ulice Piotrkowa.

Przykładów owcyh performaces mogę podać wiele. W pamieci piotrkowian najbardziej zapisał się człowiek, który nago przespracerował się główną ulicą miasta, co ciekawe, trzymając cały czas gazetę. On i dreptający za nim tłum spowodowali paraliż komunikacyjny, ale policja nie interweniowała.

Perforersi, jak ochrzciły tych ludzi miejscowe media, upodobali sobie goliznę. W tym roku, w maju, wracajac ze szkoły do domu przez Stare Miasto, usłyszałem niezwykłą w tej szemranej dzielnicy muzykę operową. Od razu wiedziałem, że na mojej drodze znajduje się performance. Nie myliłem się, bo na rynku, na oczach kilkudziesięcioosobowego tłumu, czterech ludzi (jak się później dowiedziałem, z francuskiej grupy "Ornic'Art") tarzało się po ziemi w workach na śmieci, a dwóch kolejnych (mężczyzna i kobieta) rozbierało się i ubierało ponownie w piankę dla nurków. Widzowie zachowywali śmiertelną powagę - nie było spodziewanych przeze mnie gwizdów, śmiechów, krzyków, niepochlebnych komentarzy. Matki z małymi dziećmi nie uciekały, menele nie dobierały się do gołej Francuski, policja ponownie za ważniejsze uznała sprzątnięcie babci nielegalnie sprzedającej na chodniku pietruszkę.

Innym razem, pewien młody człowiek z Dalekiego Wschodu zorganizował bardzo rozbudowany performance. Najpierw wypchał sobie kieszeń spodni ptasim puchem, a następnie, snując się po sali eks-restuaracji dyskretnie je wypychał. Następnie porwał pewną dziewczynę z publiczności (zapomniałem dodać, że w performances biorą udział przypadkowe osoby), posadził ją na podłodze i zaczął obwiązywać jej głowę czerwonym sznurkiem (dziewczyna nie okazała oczywiście żadnego sprzeciwu czy emocji). Drugi koniec sznurka przywiązał do oddalonego o metr krzesła. Potem począł wieszać na sznurku za pomocą klipsów do bielizny kartki z wydrukowanymi niezrozumiałymi napisami. O ile ta część performance była, jak na piotrkowskie warunki, dosyć normalna, a może nawet nużąca, jednak to, co wydarzyło się potem, miało zapaść mi na stałe w pamięci. "Artysta" zaczał pić jak pies czerwoną ciecz (wino, farba, krew?) z metalowej miski postawionej na podłodze. Potem, umazany na czerwono na twarzy, zatańczył do jazzowej muzyki. Na koniec zebrał ustami porzucony wcześniej puch.

W sprawie performances piotrkowianie podzielili się na dwie grupy. Nie, nie na tych, którzy tę "sztukę" pojmują i przeciwnie - nikt tego nie rozumie (czy można to rozumieć, to inna sprawa). Otóż pierwsza grupa stara się sprawiać wrażenie, że performances rozumie. Zachowują się tym samym jak dworzanie z bajki o nowych szatach cesarza, nie chcą wyjść na chamów. Druga grupa ludzi nie boi się mówić, że to, co dzieje się każdego roku na ulicach miasta to pusta błazenada, którą należy wyrzucić na śmietnik historii. Natomiast dla Stanisława Piotra Gajdy przydałoby się stworzyć osobną grupę, byłaby to jednak grupa jednoosobowa, bo tylko on na serio twierdzi, że rozumie performances.

Wnioskując z opisu performances możecie odgadnąć, jaki jest mój stosunek do nich. Jest, mówiąc językiem Stefana Mellera, ambiwalentny. Zapytacie, do której grupy ja należę. Do drugiej oczywiście, z tym, że ja mimo wszystko sądzę, że festiwal Interakcje powinien być dalej organizowany. Choć Piotrków Trybunalski ma warunki do bycia Mekką dla turystów taką, jaką jest na przykład Kazimierz Dolny, to nikt w Piotrkowie nie zarabia na turystach. To przez brak głośnej promocji miasta, a każda (jakakolwiek!) impreza o zasięgu międzynarodowym to świetny spoósb na reklamę. Do Piotrkowa w dni Interakcji przyjechała na cały dzień ekipa radia RMF, z czego skrupulatnie skorzystał prezydent miasta Waldemar Matusewicz (tak, ten, którego oskarżają o korupcję) na antenie zachwalając gród pod niebiosa.

Interakcje powinny zostać, choć nie w takiej formie, w jakiej są teraz. Już zapytałem, czy performances w ogóle da się rozumieć, teraz pytam, czy to w ogóle jest sztuka. Jeśli tak, to gdzie tu przesłanie, jaka symbolika, jaki morał, jaka nauka? Każdy, kto zadaje to pytanie Stanisławowi Piotrowi Gajdzie, nie doczekuje się odpowiedzi, a w najgorszym razie zostaje nazwany nieczułym na sztukę gburem, który w dodatku dybie na jego pieniądze. (Bo Interakcje są finansowane z budżetu miasta na sumę 30 tysięcy złotych. Jak sobie pomyślę, ile książek można kupić bibliotece publicznej, krew mnie zalewa.) Skoro to jest faktycznie sztuka, to taki kabaret Łowcy.B jest nie tylko kabartem, ale trupą artystów! Moja znajoma mieszkająca w Niemczech opowiedziała mi o parze golasów, którzy usiłowali przespacerować się główną ulicą Monachium i szybko zostali zgarnięci przez policję. Później okazało sie, że chodziło o zakład. Nigdy nie dowiedzą się, że nie tylko wygrali głupi zakład, ale i wystawili sztukę!

Co więc zrobić z tym fantem w postaci Interakcji? Choć nie wiem jak to zrobić, trzeba podwyższyć loty tego festiwalu. Zdaję sobię sprawę, że sztuka współczesna może być fascynująca. Na przykład plama na rondzie Charlesa de Gaulle'a w Warszawie, albo Karol Darwin śpiewający "What a wondeful world" na Pałacu Kultury i Nauki. To radosny absurd, kombinacja miejsca i obiektu zupełnie do siebie nie pasującego. W Piotrkowie mamy chaos, obsceniczne zwracanie na siebie uwagi oraz obłudę.

Zajżyjcie kiedyś do Piotkowa. Niekoniecznie na Interakcje.

remiq | noxerus@tlen.pl