Jesteśmy świadkami wielkich zmian na polskiej scenie politycznej. Walka pomiędzy poszczególnymi partiami i politykami zaostrza się. Niewątpliwie ogromne znaczenie odegrały ostatnie kampanie wyborcze – szczególnie prezydencka. Od czasu, gdy miała miejsce pewne standardy uległy zmianie i wiele tendencji politycznych zapewne już nigdy nie wróci do wcześniejszego stanu.
Czarny PR jest nieodłącznym elementem polityki. W Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, czy we Włoszech nie ma kampanii wyborczej bez sprytnej próby dyskredytowania rywala (warto zwrócić uwagę na to, że coraz częściej przedmiotem PRu są... filmy. W Stanach chociażby „Fahrenheit 9/11”, a we Włoszech „Kajman”). W Polsce pojęcie czarnego PRu jest stosunkowo świeże, ale już parę lat temu AWS, czy SLD próbowały go stosować. Próby te były dość nieporadne, ale dziś mamy do czynienia z całkowitą odmianą. Przynosi to oczywiście wiele różnych konsekwencji, ale to co widać już na pierwszy rzut oka to ciągłe przesuwanie granicy... absurdu.
Można
śmiało powiedzieć, że pierwszym niezwykle zdecydowanym zagraniem ostatnich
kampanii wyborczych był atak na Włodzimierza Cimoszewicza. Sprawa z biegiem
czasu wygląda o tyle zabawnie, że partia, która ruszyła „PR-ową lawinę”
– Platforma Obywatelska – teraz najwięcej na tym traci. Sytuację związaną
z Cimoszewiczem pamiętamy doskonale – nagle kandydat lewicy stał się
liderem przedwyborczych sondaży. Konstanty Miodowicz dotarł do Anny Jaruckiej
– byłej współpracownicy Cimoszewicza. Ta przedstawiła kompromitujące dane
dotyczące kandydata lewicy – ten w zaskakujących okolicznościach wycofał
się z walki o prezydenturę. Zastosowanie czarnego PRu przyniosło tutaj na
tyle doraźny efekt, że pozostałe partie polityczne natychmiast to wychwyciły.
Zdecydowanie najlepiej zrobił to PiS, który już wcześniej (głównie za
sprawą Adama Bielana i
Michała Kamińskiego) obserwował sposób prowadzenia kampanii
wyborczych – przede wszystkim w Stanach Zjednoczonych. Pojawienie się
Jaruckiej i wyeliminowanie Cimoszewicza dało politykom sygnał – sygnał, który
pokazał, że nadszedł czas frontalnego ataku. Lawina ruszyła. Po pierwszej
turze wyborów prezydenckich prowadził kandydat PO – Donald Tusk. Wtedy właśnie
byliśmy świadkami najbardziej zmasowanej ofensywy politycznej i najlepiej
wykorzystanego PRu. Jacek Kurski bezpardonowo – bez patrzenia na kontekst
sprawy, którą poruszał – wyciągnął na światło dzienne kwestię pobytu
dziadka Donalda Tuska w Wehrmahcie. Lech Kaczyński co prawda przeprosił za
zaistniałą sytuację, ale swój cel osiągnął – wedle sondażu Wirtualnej
Polski aż od 6 do 8% wyborców nie zagłosowało na Tuska z powodu afery wokół
jego dziadka. Dodatkowo PiS skutecznie przyczepił do swojego rywala łatkę
polityka antypolskiego. Kolejny gracz został pokonany dzięki użyciu czarnego
PRu. Przy okazji politycy doskonale wykorzystali reakcję społeczeństwa.
Polacy byli przebiegiem kampanii wyborczej szczerze rozczarowani. Politycy zauważyli,
że to najlepsza pora do stopniowego przesuwania tytułowej granicy absurdu.
Najpierw – po długich przepychankach – nie doszło do koalicji PiSu z PO.
Polacy kolejny raz byli rozczarowani – większość z nich głosowała właśnie
na POPiS. Parę tygodni później PiS zawiązał koalicję z LPR i Samoobroną.
Polacy znowu byli rozczarowani, ale reakcje społeczeństwa były spokojniejsze
niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Zaczęło się karmienie opinii
publicznej kolejnymi absurdalnymi pomysłami – wprowadzeniem nowego przedmiotu
do szkół (Wychowanie Patriotyczne), zakazem reklam podpasek w czasie wizyty
Benedykta XVI w Polsce (sic!), pojawiły się kolejne słowa dotyczące opóźnienia
przyjęcia Euro w Polsce, Andrzej Urbański z Kancelarii Prezydenta nazwał
Stanisława Dziwisza quasi-terrorystą. Opinia publiczna zmęczona wszystkimi
tymi wydarzeniami kompletnie nie zareagowała na dziwne pomysły koalicji rządowej.
Teraz jesteśmy świadkami kolejnego ataku z użyciem czarnego PRu (Jacek Kurski
uznał, że kampania Donalda Tuska była prowadzona z pomocą PZU), LPR zaczyna
mówić o delegalizacji SLD, czy o porównywaniu homoseksualistów do pedofilii.
Jak reaguje typowy Kowalski? Czuje bezsilność, zmęczenie, ale także coraz
mniejsze rozczarowanie. Polaka coraz trudniej czymś naprawdę zaskoczyć i
poruszyć. Politycy niezwykle sprytnie przekraczają granicę absurdu i powodują,
że reagujemy na to bez większego sprzeciwu. Warto pomyśleć w takiej sytuacji
nad dwoma sprawami. Po pierwsze – kiedy w końcu granica absurdu zostanie
przesunięta tak gwałtownie, że się obudzimy? Po drugie – czy po tym
przebudzeniu nie będzie już po prostu za późno na odwrócenie pewnych
tendencji? Pozostaje mieć nadzieję, że my – Polacy – obudzimy się na
czas. Póki co – śpimy w błogiej nieświadomości tego co może nas czekać.
Granica absurdu cały czas się przesuwa...
Jakub
„CYPHER” Pietrusiak