|
Z DYSTANSU
Po fachu (3)
Ole!
Przysłowie mówi, że "z pustego to i Salomon nie naleje". Podobno przysłowia są mądrością narodów, ale w takim razie nasz zbyt mądry jednak nie jest. Oto bowiem telewizja Polsat jednak postanowiła nalać i, o dziwo, nawet im się ta sztuka udała. Szkoda tylko, że w jednym przypadku płyn był mocno niestrawny i przyprawiający widza o wymioty, w drugim zaś telewizyjny Salomon w osobie Pawła Janasa nie tylko nalał, ale i przelał.
Zacznę chronologicznie: oto w dniu ogłoszenia składu naszej kadry na Mistrzostwa Świata dowiedziałem się, że prawa do transmisji kupił Polsat. Najpierw sobie pomyślałem, że może i są lepsze sposoby inwestowania w relacjonowanie wydarzeń sportowych, ale potem doszedłem do wniosku, że fajnie będzie sobie taką konferencję obejrzeć. Niestety, konferencji nie było. Zamiast tego dostaliśmy szopkę, na dodatek raczej mało śmieszną. Zaczęło się niewinnie - na scenę wkroczyli komentator Borek i redaktor Kołtoń, obaj znani widzom stacji pana Solorza i czytelnikom Przeglądu Sportowego. Pogawędzili chwilę o tym, że niespodzianek w kadrze raczej nie będzie i zaprosili do studia rzecznika prasowego PZPN. Ten z kolei, po autoprezentacji, powołał... to znaczy poprosił Pawła Janasa (brawa). Selekcjoner wmaszerował z iście tajemniczą miną, godną Mona Lisy.
|
|
| Mona Lisa czy Janas? | |
Jak się później okazało, wcale nie bezpodstawnie. O samych powołaniach nie napisze, bo dzisiaj wybór Janasa zna już chyba cała Polska. O tym, że o tym, że nie jadą na mundial Dudek, Frankowski i Kłos dowiedzieli się z tego "show" też się rozpisywał nie będę, bo chyba nie muszę nikomu tłumaczyć, jakie zachowanie przystoi, a jakie nie. Jest to zbędne również z tego powodu, iż Paweł Janas już dawno przestał się kreować na gentelmana, przybierając postawę twardziela. Cóż, jego wybór, reszta jest milczeniem.
Na marginesie powiem jeszcze, co tego dnia padło w Sportowym Expresie w TVP1. Oto mój ulubieniec, cukierkowaty Rafał Patyra, występujący w tym programie jako ekspert(sic!), oznajmił nam, iż kadra jest już w 99% wykrystalizowana i absolutnie nie ma się co spodziewać większych niespodzianek. Zatem nie rozumiem, o co ten cały raban, skoro odstawieni od składu Dudek, Frankowski, Kłos i Rząsa to zaledwie 1% naszej drużyny...
Transmisja z ogłaszania składu kadry, w której zaskakujące decyzje przeplatano nudną i niepotrzebną prezentacją dorobku powołanych piłkarzy, okazała się tylko przedsmakiem prawdziwej "uczty". Oto w kilka dni później Polsat zaprezentował nam kolejne widowisko sportowo-rozrywkowe, a mianowicie wybór Nieoficjalnego Hymnu Reprezentacji Polski na Mistrzostwa Świata. Imprezę poprowadził duet Doda - Maciej Dowbor. Już samo zestawienie dwójki prowadzących mogło budzić śmiech, tymczasem okazało się, że jednak morze być gorzej. Dalej było już nie tylko śmieszno, ale i straszno. Trzecim (bonusowym?) prowadzącym okazał się być Olaf Lubaszenko, znany kibic i podobno utalentowany reżyser oraz aktor młodego (no, mniej-więcej) pokolenia.
Na czym polegała zabawa? Ano na prezentowaniu kolejnych utworów(?) o tematyce piłkarskiej, z których część była już mocno przeterminowana, jak u(wy)twory Norbiego i Golden Life. W przerwach nudne rozmówki Lubaszenki i jego gości (m.in. Żmuda(!), Strejlau(!), ambasadorzy Kostaryki i Ekwadoru). Nie zabrakło gromkich braw, co może dziwić, bo oklaskiwać doprawdy nie było czego. Piosenek miało być dziesięć, wystąpiło jednak tylko dziewięciu artystów(??). Z wiadomych powodów zabrakło Varius Manx (zdrowia!). Na scenie pojawiła się za to menedżerka zespołu, o dziwo po jej wystąpieniu braw jakby zabrakło. Zacząłem się zastanawiać, czy kibice w studio nie są podstawieni. Niestety, ta zagadka do dziś pozostaje nierozwiązana.
Kto wygrał? Na pewno nie widzowie. Program był nudny i poniżej poziomu przyzwoitości. O dziwo nie zasnąłem, co mogła, to uratowała wokalistka Virgin, która byłą zdecydowanie najjaśniejszym punktem imprezy. I to nie tylko z powodu uroczego wdzianka :) W głosowaniu telewidzów zwyciężył Michał Milewicz z "przebojem" Polska, Polska, Ole z melodią refrenu dość mocno przypominającą "She Bangs" Ricky'ego Martina, ale gdzie ja bym śmiał oskarżać kogokolwiek o plagiat... A, bym zapomniał - występy oceniało jury w składzie Janusz Atlas, Jan Tomaszewski, Wit Żelazko i Stefan Friedman. Ten ostatni ma w Tele Tygodniu autorką rubrykę, w której co tydzień kpi z puszczanego w TV badziewia. Ciekawe, czy tym razem wyśmieje samego siebie?
Nie mamy reprezentacji na światowym poziomie, nie mamy sukcesów, nie mamy gwiazd. Tylko czy naprawdę musimy się dowartościowywać widowiskami o żenującym poziomie? Oby nie, czego nam wszystkim życzę.
Autor: Daniel Markiewicz
|
|
Kup pan magazyn
O tym, że miesięcznik poświęcony tematyce sportowej robi się ciężko sami dobrze wiemy. Pół biedy, jeśli robi się bezpłatny zin, funkcjonujący dzięki zapałowi garstki sportowych maniaków. Bieda jest cała w momencie, gdy mamy do czynienia z wydawaniem tytułu prasowego, który ma być i rentowny i aktualny i czymś przyciągnąć do siebie rzeszę czytelników.
Że nie jest to prosta sprawa mogą powiedzieć panowie Tomaszowie Wolfke i Jaroński, wydający przed dwoma laty magazyn "Barwy Sportu". Choć jako całość pismo prezentowało się atrakcyjnie, to na rynku utrzymało się jedynie pół roku. Nie wytrzymało konkurencji na bieżąco aktualizowanych serwisów, pełnych informacji z ostatniej chwili, natychmiastowych opinii internatów, jak i komentarzy z dzienników. "Barwy Sportu", choć fachowe i rzetelne były w stosunku do sieci spóźnione, a serwowane tam materiały, mimo, że pisane przez wielu fachowców, traktować można było jako musztardę po obiedzie.
Próbują inni- od dwóch miesięcy w kioskach gości pismo o niezwykle oryginalnej i tajemniczej nazwie "Football magazin". Ów o swojsko brzmiącym tytule ma oderwać ludzi od Internetu i sprawić, że prasa ponownie stanie się podstawowym źródłem wiedzy o kopaniu łaciatej kuli. Jak? Tego ja nie wiem. Zespół redakcyjny chyba za bardzo też.
Co otrzymujemy na kilkudziesięciu stronach? Przegląd ligowy-kilka lig europejskich po cztery strony każda plus parędziesiąt na rodzimą pomarańczową ekstraklasę. Sens robienia takiego przeglądu niech objaśni samo życie-w momencie wydania numeru mistrzem Polski była Legia, a "FM" uparcie twierdziło na stronach poświęconych Wiśle z Krakowa, że w sercach piłkarzy z podwawelskiego grodu ciągle tli się nadzieja. Co w takim razie mogłoby uratować pismo? Wywiady? Niezłe, ale na pewno niczym specjalnym nie są. Publicyści też do tuzów dziennikarstwa niestety się nie zaliczają. A równie, przepraszam za określenie, debilnej krzyżówki nie widziałem od lat.
Zostaje jeszcze sprawa ceny. Promocyjnej. Cztery i pół złotego. Już tyle ta gazeta nie jest warta, zaś cena niepromocyjna, która spodziewam się wyniesie 7-8 zł będzie rozbojem w biały dzień w monitorowanym EMPiKu, którego bramy strzeże pracownik ochrony. Zdaniem redakcji pierwszy numer rozszedł się dobrze-sam dałem się ponieść ciekawości. Drugi numer przeczytałem jedynie tylko po to, żeby napisać ten tekst. A niestety szefostwo poniesionego nakładu mi nie zrefunduje.
Tym samym "FM" (zbieżność skrótów z Football Managerem absolutnie przypadkowa, zbieżność jakości absolutnie wykluczona) ląduje na ostatnim miejscu mojej prywatnej listy pism piłkarskich. Naprawdę, już lepiej zainwestować cotygodniowo 3 zł w "Piłkę nożną", a jeszcze lepiej dwuzłotówkę w "Tylko Piłkę", niż raz na miesiąc trawić odgrzewane kotlety, niewarte tej ceny, nawet gdyby były świeże.
Autor: Andrzej Gomołysek
Skomentuj na forum
>>
| |