Przejdź do spisu treści...

Więzień Układu

Kraty


   Obudził się. Serce biło jak oszalałe, choć nic mu się nie śniło. Spojrzał na zegar - był środek zaciemnienia. Chwilę leżał, nasłuchując. Codzienna czujność powróciła. Po kilku minutach to usłyszał - z dołu dobiegał jakiś hałas. O tej porze?
Zerwał się cicho. Nie zapalając światła, sięgnął po wzmacniacz. Ze słuchawek wydobywały się jedynie trzaski i piski. Nieważne co robił, nie wydobył z nich ni jednego słowa. Podsłuch był bezużyteczny, choć działał poprawnie. Nie zamierzał zastanawiać się nad przyczyną.
Otworzył drzwi i podkradł się do schodów. Tam usłyszał głos ojca. Był w kuchni. Mówił cicho, lecz drzwi były otwarte. To wystarczyło. Arto był świeżo rozbudzony, jego słuch był czulszy niż za rozjaśnienia. Niemal zrozumiał co powiedział, lecz głos zamilkł nim jego słuch się dostosował. Usłyszał czyjąś niegłośną odpowiedź. Ktokolwiek to był, był znacznie ostrożniejszy. Zaczął się wsłuchiwać.
- Ktoś z nas musiał popełnić błąd! - rozpoznał ten głos. Kolonista! Głos miał spokojny, opanowany, lecz słowa mówiły co innego - Nie ma innego wytłumaczenia!
Arto zmroził strach. Co on robił w ich domu, o tej porze? Takie wizyty nie były bezpieczne.
- Chcesz powiedzieć że to my popełniliśmy błąd - głos ojca był głośniejszy, zdenerwowanie znacznie wyraźniejsze.
- Ktoś zlecił komputerowi wygrzebanie z baz danych ujęć z waszym udziałem, włączając w to chłopca. Jak myślisz, ile czasu zabierze im statystyczna analiza waszych spotkań? Jak szybko wyciągną na wierzch ten mały drobiazg że spotkałem się z wami zanim zatrudniłem się w stoczni? Jeśli połapią się w tym co robimy, przyślą tu takich którzy nie zadają pytań, tylko od razu pakują do kopalni!
- Pomyślą że to z rekomendacji męża... - odpowiedziała matka. Też była zdenerwowana.
- Nie skończy się na tym. Będą szukać dalej. Sprawdzą sekwencje z moim udziałem, przypomną sobie kim jestem i... Dotrą do innych. Wykorzystają lokalizatory by nie będą spuszczać oka z dzieci. Tyle znaczy tu prawo. Właściwie jestem już spalony! - głuche uderzenie, dłonią lub pięścią.
Arto bezsilnie opadł na schody. Głosy przestały dochodzić do jego sparaliżowanego umysłu. Wiedział kto zwrócił na nich uwagę. Jakiż był głupi, jaki naiwny, jak ostatni kopalniak! Policja musiała być pierwszym miejscem do którego poszła jego była wychowawczyni, a oni odesłali ją na dół! A potem Wel... W szkole był sprytny, lecz wystarczyło by opuścił grę i zmierzył się z rzeczywistością... Pierwsza, nieświadoma próba wyrwania się z niej skończyła się porażką.
Tylko żądza zemsty mogła tak go oślepić. Będąc w szkole, sam na sam z pluskwą, czuł że żyje wewnątrz stale kurczącej się klatki, duszącej jego umysł. Wczoraj odkrył że klatka zawsze była otwarta. Odważył się z niej wyjść, tylko po to by trafić do kolejnego więzienia. Otwarte drzwi okazały się tylko fałszywym wabikiem.
Mógł się przeklinać za to co zrobił - i przeklinał się - lecz nie mógł cofnąć czasu. Wczoraj pomysł wydawał się rozsądny i logiczny, lecz nie przemyślał go do końca, tak jak nie przemyślał wojny z Anhelem. Kolonista miał rację, był głupim dzieckiem. Zawiódł rodziców i rozczarował kolonistę. Bodajby odgryzł sobie język!

- Nic się nie da zrobić? - Wilan, w piżamie, krążył po pokoju niczym kot w klatce. Chciał się wyrwać na wolność, lecz zamiast tego miał wrażenie że ściany zaczynają się schodzić, by ich uwięzić - Tylko sześć dni! To jakaś wyssana ironia! Ile mamy czasu nim...?
- Trzy, najwyżej cztery dni - kolonista zgodnie ze swoim zwyczajem przykleił się plecami do ściany, niczym żywy magnes - Równie dobrze mogą się dowiedzieć pojutrze.
- Możemy zaatakować komputer? - Ene siedziała przy stole, owinięta w szlafrok. Wyglądała jak przygarbiona, stupięćdziesięcioletnia staruszka. Spojrzała zmęczonym wzrokiem na kolonistę - Zakłócić jego pracę, nie wiem, zrobić coś z pamięcią...
- A niech nawet unieruchomi to całą stację, tym lepiej! - zgodził się z nią.
- Zamierzam spróbować! Dlatego mówię o trzech dniach, a nie o jednym! - Zefred był zdenerwowany. Wilan wiedział że tak naprawdę wścieka się na nich, bo okazali się nie dość sprytni. Miał w tym jakąś rację, lecz czemu się dziwił? Byli zwykłymi ludźmi, nie szpiegami! - Ale to tylko odwlekanie. Kosa nie działa szybko, za to skutecznie. Spróbuję ich spowolnić, lecz szybkość to nasza jedyna szansa.
- Mamy trzy dni - wtrąciła Ene - Prawie wszystko jest już przygotowane. Nie możemy tego jakoś przyspieszyć...?
- Musimy przyspieszyć! Wiele zostało załatwione, lecz wciąż brakuje paru ważnych elementów. Nie jestem nawet pewien czy w tych warunkach uda się to co już gotowe.
- Nie będziemy czekać aż nas wyłapią! Coś trzeba zrobić!
- Dowiecie się jak tylko coś wymyślę - kolonista wyglądał teraz równie staro jak Ene. Jego niedawna energia gdzieś uleciała - Póki co, muszę zniknąć. To da wam czas. Koniec kontaktów. Może nie wszystkich znajdą, może niektórym się uda...
- Musimy się porozumiewać! - Wilan zaprotestował - Zwłaszcza teraz!
- I będziemy, lecz w drugą stronę. Po prostu zmienię kontakt. Chłopcy dalej będą robić to co dotąd, lecz będą musieli być podwójnie ostrożni.
- Dobrze - Wilan powoli okrążył stół - Pomyślmy spokojnie. Jesteśmy obserwowani, tak? - Zefred skinął głową - Zatem, nie pogorszymy sprawy jeśli pójdziemy do szkoły i powiemy że inni uczniowie znęcają się nad naszym dzieckiem. Norrensonowie mogą zrobić to samo. Wprowadzimy trochę zamieszania, może zyskamy...
- Już mamy kłopoty - odparł kolonista - Więcej nam nie potrzeba. To nie jest żadne wyjście.
- Więc, skoro nie da się tego odkręcić, może da się obejść? Jaki był plan, o ile to wciąż nie jest tajemnica? Chcieliście nas przechwycić podczas podróży na Księżyc, czy jak?
Zefred wyjął jakąś kartę i rzucił na stół. Wilan wziął ją do ręki. Przepustka wewnątrzukładowa, mniejsza i cieńsza od tych te które nosili koloniści. Ich karty na czas ich pobytu na stacji zastępowały im identyfikatory, lecz dodatkowo pozwalały swobodnie przekraczać strzeżone strefy ich macierzystego doku. Przepustki, choć wyglądały podobnie, nie mogły ich zastąpić.
- Każdy miał zdobył przepustki na opuszczenie stacji - wyjaśnił kolonista - Jakiekolwiek, choćby na przelot na Księżyc, byle były wiarygodne i pozwalały wejść do doków.
- Toż to bzdura! - Wilan wskazał palcem na znaczek na przepustce - Coś takiego pozwala wejść tylko na terminale rejsowych kosmolotów! - ze złością rzucił ją z powrotem na stół - Nigdy byście tam nie zacumowali, nawet lądownikiem, nie mówiąc o gwiazdolocie!
- Nie chodzi o przepustki, lecz o zawarte na nich dane! - kolonista podniósł kartę. Paznokciem odczepił wcześniej wypreparowany element. Nacisnął go kciukiem, przyklejając do skóry i uniósł palec w górę. Mała, srebrzystoszara płytka zabłysła odbitym światłem - Sposób kodowania informacji personalnych zmienia się zbyt często, jest indywidualny i ma określony czas aktywności. Nie zdołalibyśmy tego podrobić ani skopiować, lecz on tu jest, w takiej przepustce! Lerszen miał wydobyć z nich układy danych, przeprogramować ich interfejs i z ich pomocą spreparować przepustki międzygwiezdne, podobne do tych gwiaździście drogich zezwoleń na odlot. W małych grupkach i z legalnymi przepustkami nie wzbudzilibyśmy podejrzeń. Dotąd się sprawdzało, choć sztuczkę z kartą dopiero przepychamy. Za każdym razem musimy wymyślać coś nowego. W razie kłopotów zaszantażowani przez nas strażnicy będą kryci. Tak długo jak my nie wpadniemy, oni są bezpieczni. To pomaga.
- Więc dlaczego nie możemy odlecieć choćby jutro? - spytała żona.
- Nie wszystkie przepustki są gotowe, a te które są, mają datę aktywacji nastawioną na cztery, pięć dni naprzód. Tylko patrzeć gdy część z nich zostanie cofnięta. Cały starannie poukładany plan rozmieszczania strażników może ulecieć w kosmos!
Wilan podrapał się po brodzie.
- Faktycznie, ciężko coś przyspieszyć - przyznał - Nie jestem nawet w połowie tak zdolny.
Zefred myślał nad czymś przez chwilę.
- Może jednak coś da się zrobić - powiedział w końcu - Znasz stację lepiej od nas. Jesteś inżynierem. Może znajdziesz jakąś lukę, cokolwiek, byle się dostać do doków. Reszta będzie łatwa, lecz całe te podchody służą temu by was do niej doprowadzić. Was i dzieci.
- Do doków?
- To jedyne wyjście. Przebicie kadłuba zajęłoby zbyt długo czasu. Wyjście na zewnątrz przez śluzy Obsługi Kosmicznej jest równie trudne jak przez doki. Są wprawdzie inne sposoby, lecz przed nimi Kosa potrafi się dobrze zabezpieczyć. Gdybyśmy się tylko tam dostali...
Łomot na schodach poderwał Ene na nogi. Wszyscy spojrzeli w stronę drzwi. Niech to śluza, pomyślał Wilan, mam nerwy napięte niczym cumownicze włókna.
Do kuchni wpadł Arto. Wleciał niczym kometa, lecz pod ich spojrzeniami stanął jak wryty. Rzucił szybkie spojrzenie na stół, gdzie pomiędzy pustymi workami po kawie leżał sześcianik kolonisty. Popatrzył na niego, a potem na Zefreda. Chciał coś powiedzieć, próbował otworzyć usta, lecz nie mógł wydobyć głosu.
- Co się stało? - spytał syna - Powinieneś...
- Ja... wiem... pomóc! - wydyszał, zachłystując się powietrzem.
Zefred odkleił się od ściany. Powoli podszedł do chłopca. W kuchni zapadła cisza.
- Wiem jak tam dojść! - Arto był przerażony. Słowa wypowiadał z wyraźnym trudem - Nie wiedziałem...
- Podsłuchiwałeś? - spytał Wilan. Kolonista uciszył go gestem ręki.
- Niech mówi - powiedział, wpatrując się w chłopca. Niemal przykląkł, spoglądając w jego oczy jakby chciał się wwiercić w jego umysł.
Arto przełknął ślinę.
- Musimy tylko dostać się do doku dla gwiazdolotu, tak? - spytał.
- Wiesz jak? - kolonista, choć nawet nie drgnął, wyglądał jakby potrząsał chłopcem samą siłą umysłu.
- Byłem tam wiele razy!
- Byłeś w dokach? - zdumienie było zbyt słabym opisem tego co Wilan odczuł. Jak jego syn mógł znać rozwiązanie problemu nad którym sam bezskutecznie głowił się miesiącami?
- W dokach i w stoczni! Wszystko pokażę, to bardzo proste!
- Pokaż - zażądał kolonista - Teraz. Wy zaczekajcie aż wrócimy - szybkim krokiem podszedł do stołu i zabrał sześcianik - Pod żadnym pozorem nie opuszczajcie domu.

* * *

Czuł się jak we śnie. Kolonista postarał się o wszystko - miał gwiazdolot, znał sposób na bezpieczne wejście do doku, lecz nie potrafi się tam dostać - coś co Arto robił gdy tylko miał ochotę! Jak wspaniale uzupełniały się ich plany...
Jego sen został przerwany gdy minęli najbliższe skrzyżowanie. Wysunął się naprzód, gdy nagle poczuł mocny uścisk na ramieniu. Kolonista płynnym, silnym ruchem odwrócił go do siebie, zaciągnął do bocznego korytarza, złapał za koszulkę, przyparł plecami do ściany i uniósł w górę. W jego oczach czaił się gniew starszaka. Nic nie mogło go lepiej przekonać iż kolonista naprawdę przeszedł przez szkołę.
- Coście narobili? - spytał ostro - Nie kłam! To musi być wasza robota! Wymiaucz wszystko, nim głębiej wpadniemy w zgotowaną przez waszą głupotę plazmę!
Zaskoczony, przez chwilę nie mógł wydusić z siebie słowa. Silny, przygniatający go do ściany uścisk kolonisty nie był tym co pomogłoby mu dojść do siebie.
- My... poszliśmy wczoraj na policję - wydusił wreszcie - Ale mówiliśmy tylko o szkole! Nie powiedziałem niczego ważnego, przysięgam...!
- Czyś ty oszalał? - tylko fakt przebywania w publicznym miejscu zmuszał kolonistę do opanowania, lecz jego samokontrola zdawała się teraz bardziej powierzchowna niż kiedykolwiek wcześniej - Powiedziałeś policji co się tam dzieje?
- Wtedy nie wiedziałem o obserwatorach! - zaprotestował ostro - Trzeba mi było powiedzieć wcześniej! Na tyle się zdają te wasze tajemnice!
- To także twoje tajemnice! Co się tam działo? Mów, na zarazę!
- Próbowali mnie zabić! - syknął gniewnie, patrząc mu hardo prosto w oczy, choć jego stopy nie sięgały podłogi - Zadowolony? Myślałem że jak przyjdzie policja to jakoś wytrzymamy...
Chwilę mierzyli się wzrokiem. Ich oczy nawet nie drgnęły.
- Dziękuj rodzicom za to że zatrzymali cię w domu, bo policja nie przyjdzie - kolonista rozwarł dłonie. Arto miękko opadł na podłogę.
- Musi przyjść! - zaprotestował - Wiedzą dość by zamknąć Anhela! Gdy on zniknie...
Urwał. Oczekiwał że kolonista się wścieknie, zacznie na niego ryczeć, może nawet bić, lecz on tylko oparł się dłońmi o ścianę i zaczął się śmiać, choć brzmiało to raczej jak chichot obłąkanego. Było w nim coś tak przerażającego że ciarki przeszły mu po plecach.
- Jasna gwiazdo! - szepnął kolonista, uśmiechając się bezsilnie. Na chwilę położył dłoń na głowie Arto, po czym ciężko padł plecami na ścianę - Przewidziałem tyle możliwości, wszystko co człowiek mógł przewidzieć, za wyjątkiem dziecięcej desperacji. Jeden dzień! - klepnął się w uda - o jeden dzień za późno! Dlaczego to musiało się stać akurat teraz?
- Przysięgam, nie wiedziałem! - Arto zaczął się zaciekle bronić - Skąd miałem wiedzieć że nie będę musiał tam wracać? Chciałem...
- Wierzę, lecz to nie zmienia naszej sytuacji!
- Sam pan mówił że zwykli ludzie nic nie wiedzą!
- Bo nie wiedzą! Ale są obserwowani, tak jak i wy. Gdy policja zaczęła przeszukiwać dane by powiązać was z tym Anhelem, ktoś z góry zauważył że grzebią w sprawach szkoły i przejął ich śledztwo. Nie wiem z iloma osobami rozmawialiście, lecz myślę że niedługo wrócą one na Ziemię, by ścigać widma. Pierwszą rzeczą którą się robi, jak ktoś się wygada, jest sprawdzenie ile osób coś wie. Zaczęli od twoich rodziców, sprawdzając czy nie zachowują się inaczej niż zwykle. O tak, gdy skończą robić statystykę obrazów, na pewno ucieszy ich to na co trafili! Na mnie!
- Chcieliśmy tylko dotrwać do odlotu... - głos Arto stał się błagalny.
- Wiesz ile rodzin mam na głowie? - twarz kolonisty stała się chłodna i bezlitosna, lecz oczy mu płonęły - Myślałeś że tu chodzi tylko o ciebie i twojego kolegę? Ich życie i bezpieczeństwo zależy teraz od tego czy coś da się z tym zrobić! Tak samo twoje i twoich rodziców. Gdy Kosa wykryje co się dzieje wszystkie stacje w Układzie zostaną postawione w stan alarmu. Cała operacja może zawieść! Czy tak wygląda odpowiedzialność dorosłego? Nie mam czasu by cię niańczyć! Mam was zostawić, dla bezpieczeństwa pozostałych? - zbliżył twarz do twarzy Arto - Co powinienem wybrać, kapitanie?
Arto zagryzł wargi. Żałował że nie może się zapaść pod podłogę. Całe jego ciało mówiło przepraszam, lecz w tej sprawie nie było przeproś. Popełnił straszliwy błąd i kolonista chciał by go dobrze popamiętał.
- Przepraszam, naprawdę...
- Póki się nie wychylasz, nic ci nie grozi. Ale ty nie chciałeś siedzieć cicho - kolonista wyprostował się - Ci, którzy to robią, bywają niszczeni razem z całymi rodzinami. Wierzę że jest ci naprawdę przykro, lecz to nie zapewni bezpieczeństwa tym którzy mi zaufali.
Winowajca zamilkł. Myślał tylko o jednym - gdyby nie tajemnice, to nigdy by się nie zdarzyło. Wszystko byłoby prostsze, łatwiejsze. Lecz ukrywali przed sobą tyle rzeczy że połapanie się we wszystkim stało się zbyt trudne, nawet dla niego.
- Obaj popełniliśmy błędy - odezwał się kolonista. Ruszył do przodu, nawet nie spoglądając za siebie - Najważniejsze to je naprawić. Twoja głupota może nas zgubić, lub ocalić.
- Powie pan rodzicom?
Kolonista zatrzymał się. Spojrzał za siebie.
- Sam im wszystko opowiesz, na statku. To twoja kara.
Ton jego głosu nie pozostawił mu złudzeń. Arto poczuł ucisk w gardle. Nie mógł wymyślić gorszej kary niż zmuszenie go by powiedział rodzicom iż okłamał ich po raz kolejny.
Wyprzedził go bez słowa i skręcił w korytarz. Żaden z nich nie wrócił do tematu rozmowy. Kolonista uznał go za zakończony. Dalszą drogę przebyli w milczeniu.

* * *

Weszli do szybu wentylacyjnego. Dorosły mieścił się w nim bez problemu. Nim ruszyli dalej, kolonista dokładnie zmierzył szerokość i zbadał coś swoim sześcianikiem. W milczeniu przeciskali się w głąb instalacji, w milczeniu Arto przeprowadził go przez główny szyb. Twoja wina - mógłby przysiąc że słyszy to przez całą drogę. Kolonista wiedział jak milczeć.
Sprawność z jaką jego towarzysz poruszał się wentylacją zbijała Arto z tropu. Nie mógł uwierzyć że dorosły, nawet po szkole, wciąż może robić to ze zręcznością młodszaka. Całą drogę przyświecał sobie lampą, badając każdy szczegół trasy, lecz zawsze był tuż za nim.
W rozdzielni było gorąco. Nawet światło lampy było za słabe by stłumić bijącą od garbów kanałów poświatę. Sprawdził czas.
- Dalej nie można - powiedział - Teraz idzie impuls, ale możemy poczekać.
- Nie ma po co. Nie będę ryzykował. Jak jest po drugiej stronie? Są jakieś wąskie przejścia?
- Nie węższe niż przy wejściu - odpowiedział po chwili wahania - Jeśli ktoś dojdzie aż tutaj, dotrze aż do samej kratki w doku. Dla mnie droga jest dobra, ale wy jesteście więksi.
Opisał resztę drogi, wspominając o każdym szczególe jaki tylko przyszedł mu na myśl.
- Nada się - uznał kolonista po chwili zadumy - Jeśli tam jest tak jak po tej stronie to da się przejść. Dobra robota, chłopcze.
- Czy... wszyscy przejdą?
- Nie znam nikogo kto byłby aż tak gruby. Nie warto szukać wygodniejszej drogi, skoro na końcu i tak trzeba się przeciskać. Pójdziemy twoją trasą. Będziesz prowadził.

* * *

- Kanałem plazmy? - ojciec był kompletnie zaskoczony
- To idealna droga do zewnętrznych sekcji stacji - potwierdził kolonista. Powrót do domu zajął im ledwie godzinę - Na wszystkie gwiazdy, gdyby ją wykorzystać następnym razem...
- Ale jak, skąd...? - ojciec wciąż patrzył na Arto - Tam nie ma żadnego wejścia, poza automatycznymi śluzami zewnętrznymi i komorą reaktora! Rozmawialiśmy o tym...
Arto zaczerwienił się. Ze wstydem spuścił głowę. Pamiętał tę rozmowę. Bez niej nigdy by nie wpadł na ten pomysł. Sięgnął za plecy. Zza pasa wyciągnął klucz molekularny. Ilekroć przypominał sobie jak go zdobył, czuł wyrzuty sumienia za swoją podłość. Ukradł go ojcu, gdy był małym pierwszakiem i do jego małych, lepkich rączek przyklejało się, z konieczności, wiele różnych przedmiotów. Klucz był zepsuty, ojciec zabrał go z pracy by naprawić, a on go ukradł. Nie wiedział dlaczego tak zrobił. Klucz nie był mu wtedy do niczego potrzebny, lecz wstydził się go oddać czy podrzucić.
To przez szkołę i starszaków, tłumaczył sobie. Klucz był ledwie jedną z wielu skrywanych ze wstydem rzeczy, których nie miał odwagi zwrócić ani się pozbyć. Bał się spojrzeć ojcu w oczy. Nie po tym jak się dowiedział o szkole. Dobrze że matka tego nie widzi, pomyślał. Zefred kazał jej wyjść, twierdząc że im mniej osób wie o wszystkim tym lepiej dla nich.
- Ty...? - ojciec wziął klucz do ręki jakby widział go po raz pierwszy w życiu. Spojrzał na numer ewidencyjny - Nigdy bym...
Arto zmusił się by unieść wzrok. Ojciec niespecjalnie się gniewał, lecz czuł się podle.
- Głupi odruch - powiedział - Nie planowałem tego, a potem bałem się że... Przepraszam.
Ojciec rzucił klucz na stół, postawił syna przed sobą i złapał mocno za ramiona.
- Do próżni z kluczem! Nie wiedziałeś co ci grozi? Mogłeś tam zginąć, nie pomyślałeś o tym? Tym się zajmowałeś po szkole, dlatego wracałeś tak późno?
- Wszystko wyliczyłem! - zaprotestował. Nawet ojciec nie rozumiał że nie był taki głupi by pchać się bezmyślnie do każdej dziury - Wiem kiedy idą impulsy, wchodzę dopiero gdy kanał jest zimny. Wiem o promieniowaniu i co mi grozi, chodziłem tam najwyżej dwa razy w miesiącu! Potrafię o siebie zadbać, nie ryzykowałem bardziej niż w szkole!
- Myślisz że wiesz wszystko o wszystkim? - teraz ojciec naprawdę się zdenerwował - Nie tylko plazma jest niebezpieczna. Krótkie spięcie w cewce wystarczy by zamienić w piec kilka metrów kanału, bez żadnego ostrzeżenia! Zemdlałbyś w środku, nawet o tym nie wiedząc. Odrobina tlenu więcej niż zwykle i zamieniłbyś się w paliwo na długo nim dopadłaby cię plazma! Ślad by po tobie nie pozostał! I powietrze... łatwo w nim zemdleć! Zaraza, twoja matka miała rację. Za mało na ciebie uważałem, ale niech mnie asteroida trafi jeśli to się nie zmieni!
Przeszedł go zimny dreszcz. Ojciec mógł mieć rację. Nie znał się na kanałach i cewkach, nie wiedział nic o przepięciach, lecz nawet gdyby było inaczej, co by to zmieniło?
- Musiałem zobaczyć statki! Ale nigdy nie wychodziłem z szybu, nawet w stoczni! Jeśli to się uda już nigdy nie będę robił takich rzeczy, obiecuję!
Ojciec złapał Arto za ramię, przyciągnął do siebie i mocno objął. Odpowiedział tym samym. Wreszcie mógł to zrobić nie martwiąc się o nic, a on znów widział w nim syna, a nie jakieś... coś, rzecz której nie znał i której być może się bał. Poczuł ogromny spokój, był niemal szczęśliwy.
- Mały i głupi, lecz mądry w swej głupocie. Musiałeś aż tak ryzykować by zobaczyć te swoje statki? Promenada ci nie wystarczyła? Nie byłoby lepiej o wszystkim powiedzieć?
Kolonista odchrząknął i wszystko prysło. Ojciec go puścił. Poirytowany Arto odsunął się na bok. Wszyscy pochylili się nad wbudowanym w blat projektorem. Zefred przesunął nad nim dłonią, uaktywniając panel. Wywołał projekcję ogólnego schematu stacji. Ze względów bezpieczeństwa, część informacji dotyczących jej budowy nie była ogólnie dostępna. Ojciec, oparty łokciem o stół, szybkimi ruchami palców wprowadził kod dostępu, usuwając część blokad. Dostęp inżynierski nie usunął wszystkiego, lecz mogli zobaczyć więcej.
Ojciec wyjął ich sekcję ze stacji, powiększył obraz i podświetlił nitki kanałów.
- Na wielki kosmos! - zawołał cicho kolonista - Ten kanał przechodzi przez wszystkie punkty kontrolne! Niemal przez całą strefę... Trzy czwarte naszej roboty!
- Nigdy nie pomyślał pan by je wykorzystać? - zdziwił się Arto.
- Nie sądziłem że wyrzuty są tak regularne. Sądziłem że sama próba otwarcia tej rury natychmiast zaalarmuje obsługę. Zresztą, to droga jednorazowego użytku. Następnym razem będzie dobrze zabezpieczona.
- Strugi muszą być regularne, inaczej stacja latałaby po orbicie jak pijana, a kontenery, zamiast w wychwytywacze, trafiałyby w jej kadłub - wytłumaczył ojciec - Nie da się inaczej wyrzucać w przestrzeń ton plazmy i utrzymywać stację na stałej pozycji.
Niemal cały transport w Układzie odbywał się tą drogą. Miotacze masy, wielkie akceleratory magnetyczne, wyrzucały w przestrzeń kontenery, mknące niczym pociski ponad płaszczyzną Układu po precyzyjnie wyznaczonej trajektorii, by trafić w wychwytywacz, czekający nawet na drugim końcu systemu.
- Rozumiem - potwierdził kolonista - Gdyby był tylko jeden kanał, działałby jak napęd.
- Kanałów jest więcej. Są równomiernie rozmieszczone na obwodzie. Wyrzut następuje jednocześnie po przeciwnych krawędziach dysku, dzięki temu rękaw nie jest narażony na zerwanie a pozycja stacji jest całkowicie przewidywalna. Drobne wahania w masach strug i zmiany w położeniu stacji są regulowane przez osobne dysze pomocnicze, umieszczone wokół mocowania rękawa.
Kolonista ponownie przyjrzał się schematowi stacji.
- Wygląda ładnie - przyznał.
- Tylko wygląda. Kanały grzewcze są szerokie, lecz przejście tą drogą nie będzie łatwe. Nie dla dorosłych - kilkoma ruchami palców zmienił obraz. Przybliżył wycinek rury, aż pojawiła się jej wewnętrzna struktura. Wskazał na pierścienie, otaczające ją z zewnątrz w dużych, regularnych odstępach - Każdy przewód plazmy ma swoją przepustowość. Jeśli natężenie strugi przekroczy poziom bezpieczeństwa, jej ciśnienie może przeważyć nad polem magnetycznym i wypalić sobie w ścianie drogę na zewnątrz. Dlatego na całej długości kanału są zainstalowane specjalne wagi przepływowe.
- W środku nic nie ważę! - Arto się zdziwił - Jak waga może tam cokolwiek zważyć?
- To nie są zwykłe wagi - ojciec odwrócił głowę w stronę syna - Mierzą masę przesuwającej się materii. Masa to coś co ma każde ciało, niezależnie czy akurat coś waży czy nie. Waga to tylko siła z jaką twoje ciało jest przyciskane do podłogi. Nie równa się twojej masie. Każde ciało przyciąga inne ciała. Człowiek nie przyciąga tak silnie jak planeta, lecz induktory wag przepływowych są wystarczająco czułe by je wykryć i zważyć.
- Ale ja przechodziłem tamtędy tyle razy i nigdy...
- Arto, jesteś za mały by je uaktywnić. Induktory są nastawione na przepływ masy równej stu kilogramom materii w czasie jednej sekundy. To maksymalne natężenie plazmy jakie może znieść kanał bez ryzyka uszkodzenia. Gdy zostaje przekroczone w trakcie wyrzutu, automat zawiadamia centrum obsługi o groźbie wycieku. Lecz gdy to się zdarzy między strugami...
Arto wzdrygnął się.
- Sto kilogramów? - spytał - To nie problem. Jeśli wszyscy przecisną się przez wentylację...
- Mylisz masę z wagą. Powiedzmy że tu, na stacji, ważysz dwadzieścia kilogramów. Lecz jesteśmy w kosmosie, w nieważkości. To nie ty tyle ważysz, to magnograwiony ważą za ciebie. Twoje ciało samo z siebie nie waży tu nic, lecz wciąż ma swoją masę.
- Czyli... ważę dwa razy tyle...?
- Twoja masa jest dwa razy większa niż waga. To tak jak z wodą, nic nie waży, lecz jej masa pozostaje bez zmian. Waga się zmienia, czasem nieznacznie, jak podczas przejścia z jednego pokładu stacji na drugi, lub gwałtownie, jak podczas przyspieszania statku. Dlatego są potrzebne komory zero-inercji. Na stacji natężenie pola jest dostosowane do naszych potrzeb, lecz gdybyś trafił na Ziemię, tak jak tu stoisz, ważyłbyś po dodatkowym kilogramie na każdy własny kilogram ciała. Potrzebowałbyś skafandra niwelującego, inaczej po przejściu kilometra czułbyś się jakbyś biegł przez sto. By to przeszło, musiałbyś przez jakiś miesiąc lub dwa pozostać na zwykłej diecie, bez magnograwionów.
- Innymi słowy - wtrącił Zefred - każdy dorosły, który wejdzie do tunelu, natychmiast uaktywni alarm?
- Nawet starsze dzieci.
Arto przeszedł dreszcz. Gdyby przyszli do rozdzielni choćby pół godziny później, gdyby kolonista postanowił zaczekać aż kanał ostygnie...
- Myślałem że wszystkie wewnętrzne układy cewki są zsynchronizowane - zauważył kolonista - Gdy struga nie płynie, induktory powinny pozostać nieaktywne.
- Byłoby tak, gdyby induktory były integralną częścią cewki, lecz ze względów bezpieczeństwa są zamontowane na jej zewnętrznej powierzchni i działają niezależnie. Jeśli mamy tamtędy przejść, wszystkie wagi, na całym odcinku kanału, muszą zostać wyłączone.
- Więc jakoś się zabezpieczyli... Jeśli cykle wyrzutu plazmy są tak istotne dla utrzymania stabilnego położenia stacji, obsługa postara się szybko usunąć przyczyny awarii.
- Niekoniecznie. Wystarczy że czasowo odetnie kanał po przeciwległej stronie dysku, by wyrównać wektory ciągu. Zresztą... nasza grupa jest zbyt liczna by przejść kanał w jednym cyklu. Albo przerzucimy ich partiami, albo musimy zablokować kanał.
- Czekanie na następne okno zajmie zbyt dużo czasu. Musimy wyłączyć cały tunel - zdecydował kolonista - Układy kontrolujące induktory i przepływ strugi muszą znajdować się w tym samym pomieszczeniu co centrum sterowania reaktorami. Gdy dobiorę się do jednego, dobiorę się też do innych. Oba impulsy muszą przechodzić przez ten sam węzeł.
- To bardzo prawdopodobne. Sprawdzę to - potwierdził ojciec.
- Sam to sprawdzę. Wy musicie sprawiać wrażenie że nic się nie dzieje. Teraz, przyjrzyjmy się dalszej części naszej drogi.
Kolonista spróbował przesunąć obraz, lecz zamiast pomieszczeń stacji zobaczyli pustą przestrzeń nad projektorem, przeciętą pasmem kanału.
- Możesz ją wyświetlić?
Ojciec pokręcił głową.
- To strefa bezpieczeństwa. Nie mam odpowiednich uprawnień. Mogłem pokazać kanał, bo zajmuję się takimi rzeczami, lecz strefy bezpieczeństwa...
Kolonista wyjął z kieszeni kartę pamięci i naniósł zawarte w niej dane na schemat. W pustej przestrzeni wokół nitki pojawiła się trójwymiarowa siatka korytarzy i pomieszczeń.
- Wiem jak wygląda sam dok i znam rozkład pomieszczeń w strefie - oświadczył - lecz nic nie wiem o układzie szybów wentylacyjnych na tym poziomie.
- Ja pamiętam drogę! - przejęty i podniecony, Arto klęknął na krześle i oparł się łokciami o stół - Znam każdy centymetr tych szybów!
Ilość modułów zliczanych przez klucz do miejsca w którym wychodził pozwoliła ojcu określić położenie drugiej rozdzielni. Arto opisywał całą drogę, ojciec wprowadzał ją na plan. Nie od razu wylot szybu znalazł się w położeniu odpowiadającemu dokowi. Arto zamknął oczy, w skupieniu przypominając sobie całą trasę. Za kilka minut schemat był gotowy.
- Jesteś pewien? - ojciec znowu wątpił - Jeśli się pomylimy...
- Nie sądzę by to miało jakieś znaczenie - obronił go Zefred - Nie musimy planować wszystkiego z zegarkiem na ręku. Niemniej, pewne rzeczy trzeba będzie zmienić. Planowaliśmy że podstawimy Thetę do jednego z doków wewnątrzukładowych, lecz teraz będziemy potrzebować Alfy tutaj, przy doku... jedenastym? - odczytał z planu.
Ojciec przytaknął.
- Ta Alfa to też prom, czy lądownik? - spytał.
- To statek-matka - Zefred uniósł wzrok znad projekcji planu stacji - Pierwotnie miał stać gotowy do ucieczki, natychmiast po przechwyceniu mniejszych jednostek. Odcumowanie i konieczne manewry, nawet jeśli zostaną wykonane w pośpiechu, zabierają cenny czas, potrzebny na przechwycenie lądowników z innych sekcji i stacji.
- Jak rozumiem, istnieje ryzyko że nie przechwycicie wszystkich - ojciec założył ręce - lecz Lerszen jest od nich ważniejszy?
- To chyba dobrze że mamy pierwszeństwo? - Arto nie rozumiał o czym mówił.
Kolonista spojrzał na niego jakoś dziwnie. Arto się speszył.
- Alfa udaje statek towarowy z awarią śluzy - wyjaśnił po dłuższej chwili - Mamy trochę towaru by podtrzymać nasz kamuflaż, lecz większa część ładowni jest pusta, w gotowości na lądowniki, z którymi ma się spotkać na orbicie. Nasza operacja musi być zsynchronizowana z innymi grupami. Każda z tych ucieczek z osobna wystarczy by postawić w stan alarmu wszystkie stacje i okręty w całym Układzie. Nie będzie drugiej próby. Na szczęście inne grupy są w większości gotowe.
- Bo nie mają u siebie Lerszena - mruknął ojciec.
- Inne grupy? - zdziwił się Arto - Ilu ludzi z nami poleci?
- Ilu? - Zefred lekko się uśmiechnął. Czyżby duma? - Nasz statek to stara jednostka kolonizacyjna, przystosowana do przewozu kilku tysięcy ludzi. Tylko z tej stacji zbieramy kilkaset osób, w tym kilkadziesiąt z tego sektora.
- Kilka tysięcy? - Arto był przekonany że koloniści chcą zabrać wszystkiego kilkadziesiąt, może dwieście osób, lecz on mówił o tysiącach! Zrozumiał jego niedawny gniew.
- To kropla w zbiorniku naszych potrzeb, lecz kropla znacząca. Za każdym razem musimy przebudowywać statek, a z każdym da się to zrobić najwyżej dwa razy, to wszystko. Gwiazdolot musi przypominać jednostkę której położenia kontrola lotów nie jest całkowicie pewna. Musi być identyczny do najdrobniejszego krateru na kadłubie. Skałę da się kuć tak długo póki nie odsłoni to zewnętrznej warstwy ochronnej. Gdybyśmy ją zdarli, przelot stałby się zbyt niebezpieczny. Raz rozpoznany, taki gwiazdolot już nigdy nie zostanie wpuszczony do Układu. Nie stać nas na to by brać ledwie setkę ludzi. Każda taka operacja jest dla nas niezwykle kosztowna i niebezpieczna. Statek jest przygotowany na to że coś może pójść nie tak. Nie liczymy na tankowanie przy księżycach gazowych gigantów, jak zwykli astronauci. Zawsze wozimy ze sobą zapas wody na powrót. Pomyśleliśmy o wszystkim. Prawie o wszystkim - dodał, patrząc na Arto.
- A jest gotowy na to że kontrola lotu może mu wyznaczyć inny dok? Każda sekcja ma jeden dok i jeden kanał. By tą drogą dostać się do doku w innej sekcji musielibyśmy przejść przez reaktor, a on nigdy nie gaśnie! Nie mówiąc już o rozpoznaniu nowej trasy... Też chcecie kogoś przekupić czy zaszantażować, by was skierował gdzie trzeba?
- Według rozkładu statek z naszego doku będzie odczepiony jutro po południu - oznajmił Arto.
- Nawet nie będę pytał skąd wiesz takie rzeczy - ojciec spojrzał na niego krzywo.
- Za wcześnie, o wiele za wcześnie - zamruczał pod nosem kolonista.
- Musimy się zmieścić!
- Jakoś to opóźnię - kolonista uspokoił go gestem ręki - Tamta załoga będzie współpracować. Użyczyli nam jeden ze swoich lądowników, to i zgodzą się poczekać z odlotem. Gdy nadejdzie czas, zdarzy się cudowne naprawienie śluzy - uśmiechnął się.
- Obaj potraficie zadbać o każdy drobiazg - ojciec wskazał palcem na punkt na schemacie w którym kończyła się opisana przez Arto trasa - Znamy już drogę i wiemy że statek będzie na miejscu, lecz jak się dostać na pokład? Wiesz co się stanie gdy wejdziemy do doku?
Arto w myśli przyznał ojcu rację. To wszystko, o czym mówili dotąd, było dla niego nieistotne. Tyle potrafił zrobić sam, niemal każdego rozjaśnienia. To droga przez dok była prawdziwym wyzwaniem.
Kolonista znowu skinął głową.
- Pierścień dokujący Alfy przeszedł pewne... modyfikacje. Wy musicie się tylko dostać do doku. Resztę pozostawcie nam.
- A co z płytą blokującą wentylację? - przypomniał Arto - Widziałem jak ona działa. Jeśli ktoś choćby wychyli się na zewnątrz, przejście natychmiast się zamknie! I nasze pluskwy... - dotknął lewego ramienia.
- Właśnie, co z dziećmi? - zaniepokoił się ojciec - Jak rozumiem, planujecie uaktywnienie systemu bezpieczeństwa, lecz dziecięce lokalizatory zamienią cały dok w klatkę!
- Zaufajcie mi, to zadziała na naszą korzyść. Z płytą też nie będzie problemu - spojrzał na ojca - Wystarczą dwa dyfuzytory.
- I to ma nie być problem? - odparł ojciec - Wiesz co potrafią zrobić takie narzędzia?
- Macie je w stoczni, prawda?
- Całe mnóstwo, lecz nie tak łatwo je wynieść! Każde narzędzie ma zaszyty lokalizator. Nie da się tego tak po prostu usunąć - podniósł klucz ze stołu - Nawet takie byle co ma zabezpieczenia. Potrzebowałem zgody szefa by ochrona stoczni wyłączyła jego lokalizator! Musiałem się nieźle tłumaczyć gdy mi zginął.
Spojrzał na Arto. Chłopiec znów poczuł wstyd.
- Przepraszam - powtórzył jeszcze raz, ale nawet gdyby powtórzył to sto, tysiąc razy, to wciąż by było za mało - Miałeś kłopoty, przeze mnie...
- Bardzo niewielkie. Kluczy nikt nie kradnie. To specjalistyczne narzędzie, nieprzydatne do niczego z wyjątkiem montażu. Byłem pewien że zgubiłem go gdzieś po drodze. Mogli mnie przeskanować, niczego by nie znaleźli - odłożył klucz na stół. Popatrzył na narzędzie, potem na syna - Jeśli ten klucz sprawi że wydostaniemy się ze stacji, to zamiast słuchać twoich przeprosin sam ci za to podziękuję. Kradzież to niewielką ceną za wolność, lecz jeśli ze zwykłym kluczem jest tyle problemów to w jaki sposób miałbym wynieść dyfuzytor? Czymś takim można rozbić plaszkło! Już łatwiej zdobyć broń!
- A gdyby... zawinąć je w folię? - zaproponował Arto.
- Ochrona zna takie sztuczki. Skanery przy wejściu zauważą że mam przy sobie obiekt nie przepuszczający wiązki i każą mnie przeszukać. Może gdyby Lerszen rozpracował je w stoczni... Jeśli mamy ich użyć, najpierw muszą zostać oczyszczone.
- Lerszen nie może pracować w stoczni nad naszymi zabawkami - wyjaśnił Zefred - Tam ma dostęp do wszystkich narzędzi i tam pilnują go najbardziej. Ostatnim razem o mało nie doprowadziło to do katastrofy. Musi je dostać do domu.
- Do domu? A w czym tam będzie mu łatwiej?
- Tam może zagłuszyć każdą pluskwę. Ma do tego legalne prawo. Może tam zniknąć, może nawet na krótko oszukać automaty i wyjść niepostrzeżenie z domu.
- Więc jak ma je dostać?
Zefred podniósł ze stołu klucz.
- To nam w tym pomoże. To, oraz twój syn.
Ojciec spojrzał dziwnie na Zefreda, na klucz, a potem na Arto.
- Chcesz by tam wszedł? - spytał z niedowierzaniem.
- Tak będzie najlepiej. Pozostaniemy w kontakcie. Długa droga jest bezpieczną drogą, lecz nie zawsze mamy dość czasu by nią podążać. Postaram się pojawić dzisiaj w stoczni, wtedy dopracujemy szczegóły. Do jutra musimy wszystko przygotować.
- Właśnie. Stocznia - ojciec spojrzał na zegarek - To zajmie trochę czasu.
- Wymyśl coś - kolonista spojrzał na Arto - Arto, posłuchaj uważnie. Pojutrze przeniesiesz ostatnią wiadomość. Tym razem prześlę karty przez osobę z którą widziałem się tylko raz. To awaryjny kontakt, właśnie na taką okazję. Przyjdzie do was w odwrotną stronę. Odbierzesz ją od kolegi i oddasz ojcu. Potem koniec. Może to choć trochę uspokoi naszych obserwatorów - odwrócił się do ojca - W tej wiadomości będzie dokładny termin akcji. W wyznaczonym czasie udacie się do doków. Mamy trzy dni. To musi wystarczyć. Jeśli nie...
Arto zrozumiał wszystko. Być może już nigdy się nie spotkają. Być może aż do czasu ucieczki, być może nawet...
Ojciec podszedł do Arto.
- Nie mów nic matce - poprosił - O kanałach i... Wystarczy że mi chodzą ciarki po plecach.
Arto kiwnął głową.

* * *

Wychodząc z domu czuł głęboki żal. Rodzice nie traktowali go już tak, jak dawniej. Nie, nie traktowali go źle. Po prostu... Gdy ojciec zaczął mu tłumaczyć co ma zrobić, Arto poznał że bierze go za jeszcze głupsze dziecko niż dotychczas. Wystarczył jeden błąd, by uznali go za... pierwszaka. Tymczasem on rozumiał. Koniec z przygotowaniami i ostrożną ucieczką. Od teraz myśleli na bieżąco, bez planu - i musieli się spieszyć. Ojciec wciąż nie rozumiał iż właśnie to co jego syn potrafił robić najlepiej ze wszystkiego - i to smuciło go najbardziej.
Dla ojca i dla kolonisty wszystko było proste - miał przejść przez kanał, dostać się do stoczni i wrócić. Lecz dla niego było to bardziej skomplikowane. Tracił rozeznanie w tym kiedy jest obserwowany a kiedy nie, co jest częścią gry a co przypadkowym sukcesem na drodze do jej oszukania. Jeśli się nie wyrobią, wszyscy zostaną aresztowani. W najlepszym razie będzie to kwestia dwóch tygodni śledztwa. Kolonista nie powiedział, lub nie przewidział jednego - lokalizator Arto mógł już być pod obserwacją. Gdy nie pojawi się w szkole, władcy gry, jak zaczął w myśli nazywać obserwatorów szkoły, mogą sprawdzić co w tym czasie porabia.
Dotąd być bezpieczny w tłumie, robiąc to czego od niego oczekiwano. Wierzył iż nigdy przedtem władcy nie zawracali sobie głowy tym co robił po szkole. To nie było istotne dla gry. Wierzył, bo musiał, bo na tym opierał się cały jego świat. Lecz teraz, gdy wejdzie do tunelu, oni mogą patrzeć. Z wolna zaczął dopuszczać do siebie myśl iż to też mogła być gra, lecz najgorsza pozostała świadomość iż nie było ważne która wersja jest prawdziwa. Nawet jeśli władcy wiedzieli o jego wyprawach, pozwalając na nie w ramach swojej gry, idąc tam dzisiaj zdradziłby jedyną szansę ucieczki. Kolonista był gotów podjąć takie ryzyko, on nie. Musiał coś z tym zrobić, w tajemnicy, gdyż jedyne znane mu rozwiązanie problemu czekało na niego w miejscu do którego rodzice nie pozwoliliby mu się zbliżyć.
Musiał wrócić do szkoły. Musiał uwierzyć że sztuczki Zema, starszaki bawiące się elektroniką oraz podziemie szkoły to coś więcej niż tylko kolejna część gry. Musiał wierzyć że naprawdę oszukują jej władców.

Wyszedł z domu później, by dotrzeć na czwartą lekcję, gdy Zem będzie już w szkole. Tak samo Anhelo, lecz ich zajęcia zaczynały się o tej samej godzinie. Innego wyjścia nie było.
Nie wątpił, ojciec Iwena potrafiłby zrobić urządzenie działające tak samo jak to o którym mówił Zem, lecz potrzebował go już, zaraz, dzisiaj, gotowego do działania. Jedynym sposobem na bezpieczny kontakt była szkolna konsola. Przekonał Iwena by go krył, a sam poszedł na zajęcia.
Gdy mijał wejście do szkoły, ogarnął go strach. Spróbował go stłumić, lecz by to osiągnąć, musiał poznać jego źródło. Z początku myślał że to świadomość iż Anhelo też tu jest, lecz to było coś innego.
Ruszył w głąb budynku, rozglądając się, szukając przyczyny. W końcu ją znalazł.
W szkole nic się nie zmieniło. Nie było dorosłych, nie było nowych perceptorów. Zefred miał rację. Całą sprawę wyciszono. Nie było trupa w szkole, więc nie było podejrzenia o morderstwo. Nie było rodziców, którzy robiliby dyrektorowi awantury. Maszyna nie ruszyła; obaj byli ledwie parą wystraszonych dzieciaków, którzy poszli naskarżyć na policję.
Na myśl że wszystko może się powtórzyć poczuł niepokojące mrowienie pod mostkiem. Oby Anhelo się nie zorientował, oby dał mu czas i oby cena Zema nie była wyższa od tej jaką mógł zapłacić. Starał się nie szukać prawdziwych perceptorów władców gry, ukrytych gdzieś pod pozorami pozorów. Świadomość że to wszystko jest tylko grą ciążyła mu na barkach; bał się własnego cienia. Nim tu przyszedł nie wiedział czy zdoła zachowywać się naturalnie, wiedząc iż zniszczone perceptory to tylko przynęta - lecz pięć lat udawania robiło swoje. Cokolwiek uczynili z nim władcy gry, teraz obracało się przeciwko nim.
Dostać się do szkoły było łatwo. Nikt się go nie spodziewał, nikt nie oczekiwał. Widział podążające za nim nienawistne spojrzenia jego wrogów, w myśli już oddające go Ziemi. Towarzyszyły mu ciągle, od kiedy przekroczył próg szkoły, lecz nie zwracał na nie uwagi. Idąc za nauczycielem, przeszedł obok Anhela. Odwrócił się i spojrzał mu prosto w oczy. Od starszaka biło nienawiścią, lecz Arto wiedział że to on wygrał tę rundę i nie bał się teko pokazać. Anhelo uniósł rękę. Gest był jasny - to tylko na razie. Minie trochę czasu nim zorganizuje sojuszników, lecz nawet to nie potrwa to wiecznie. Arto musiał coś wymyślić, inaczej nie wyjdzie stąd o własnych siłach, lecz to nie był pierwszy raz gdy wszedł prosto w otwartą śluzę.

"Co się wczoraj stało byłem pewien że cię dopadli a teraz wracasz jak gdyby nigdy nic".
Arto spojrzał na Derta. Jego najwierniejszy zastępca naprawdę się bał; o siebie lecz także i o niego. Ani słowem nie wspomniał o Iwenie.
"Dert to już koniec ale muszę jeszcze coś zrobić".
"Oszalałeś wszyscy nas zobaczą trzymaj się z dala od szkoły albo obejrzysz puszkę od środka".
"Musiałem wrócić na tę jedną lekcję nie utrudniaj mi tego".
Rozłączył się. W oknie otarcia nowej rozmowy wpisał sygnaturę Zema, lecz nie od razu uaktywnił połączenie. Myślał że wie co ma napisać, lecz teraz zaczął wątpić czy Zem zechce mu aż tak bardzo pomów. Nie posunął się tak daleko by uratować tych innych. Nieważne jak bardzo zmienił go Dael, wciąż troszczył się przede wszystkim o siebie, jak wszyscy w szkole.
"Potrzebuję twojej pomocy".
Długo wpatrywał się w napis, nim wysłał wiadomość. Odpowiedź nadeszła zaskakująco szybko.
"Byłem pewien że już zapakowali cię w puszkę młodszaku" - oczekiwał że właśnie tak będą go dziś witać wszyscy znajomi - "co na kosmos robisz w szkole".
"Musimy porozmawiać to bardzo ważne spotkajmy się poza szkołą wiesz że nie mogę zostać tu w środku".
"Tym razem cię załatwią i dobrze to wiesz spodziewałem się że masz więcej rozumu".
"To moja jedyna szansa na przetrwanie" - napisał. Zawahał się. Ile wiedział Zem? Ile mógł mu wyjaśnić bez narażania na kłopoty? Władcy gry musieli jakoś podglądać ich rozmowy. Co zrobią gdy odkryją że wie? - "musimy porozmawiać ale tak by nawet protektorzy nie mogli nas podsłuchać musimy zniknąć" - dopisał i wysłał.
"Niech mnie otchłań jeśli wiem co kombinujesz" - Zem napisał po długiej chwili wahania - "gdybym nie wiedział że chodzi o twoje życie wysłałbym cię w próżnię znajdę cię tam gdzie ostatnio będziemy niewidzialni".
"Nie nie u mnie tam mogą na mnie czekać spotkajmy się gdzieś indziej wszystko ci wyjaśnię ale tobie i tylko tobie proszę przynieś ze sobą to coś o czym pisałeś wiesz kiedy".
"Zgoda, ale po lekcjach teraz ciężko mi się urwać po ostatnim bałaganie postaraj się wyjść stąd z życiem tu masz mój adres pilnuj go".
Nadejście notki o adresie kompletnie go zaskoczyło. Każdy chronił tę informację jak mógł, zakładał alarmy by pilnować czy ktoś nie szuka takich informacji w sieci - sam się przekonał jak słuszne było takie postępowanie - a Zem tak po prostu mu go przysłał. Chciał wierzyć że sprawiło to zaufanie, a nie świadomość iż Arto, nawet gdyby chciał, nie zdąży nikomu zdradzić jego tajemnicy.
Okno się zamknęło. Arto poczuł że cały jest spięty. Odetchnął, obserwując nauczyciela. Rozmowa tak go pochłonęła że przestał zwracać uwagę na otoczenie.
Teraz czekało go najważniejsze. Musiał wydostać się z tej klatki. Liczył że wymknie się na kolejnej przerwie. Nie wierzył by Anhelo mógł się tak szybko przygotować.
Niezależnie od wyniku, to było jego ostatnie rozjaśnienie w szkole. Rozejrzał się po klasie. Panował spokój. Nikt do nikogo nie pisał, kanał grupy milczał. Wszyscy chcieli jednego - zapomnieć, zapomnieć, zapomnieć jakby nic się nie stało. Byli razem pięć lat. Prawda, zdradzili go, lecz tych pięciu ciężkich lat nic nie zmieni. Ostatnie dwa były nawet dobre. Jak dadzą sobie radę sami?
Coś go tknęło. Poczuł że coś jest inaczej. Chłopcy byli przygnębieni, lecz nie wyglądali na zbitych, więc to nie było to. Iwena nie było, lecz brakowało kogoś jeszcze, kogoś z pierwszych ławek, dlatego nie spostrzegł tego od razu.
"Dert gdzie jest kerell" - napisał.
"Nie wiesz co się stało".
"Nie wiem niby skąd".
Spojrzał na niego. Dert się bał. Zwiesił głowę. Nie odpowiadał, lecz nie zamknął okna.
"Co się stało powiedz".
"Kerell nie żyje" - Dert odpisał po chwili.
Arto siedział chwilę nieruchomo, nie rozumiejąc. Nie musiał pytać, by wiedzieć kto. Dlatego Dert tak się przestraszył na jego widok - wierzył że teraz kolej na Arto.
"Jak dlaczego na kosmos pisz do mnie".
"Dopadli go wczoraj poza szkołą wszyscy już wiedzą resket zdobył raport".
Wczoraj. Po tym jak uciekł ze szkoły... Siedział jak sparaliżowany. Konsola wyświetliła informacje o przekazaniu pliku. Nie chciał go otwierać.
Jak to się stało, pytał sam siebie, dlaczego, lecz tej informacji nie mógł uzyskać. Jeszcze przez długi czas ci którzy coś wiedzieli będą bać się mówić. Z czasem prawda zacznie krążyć po szkole, lecz do tego czasu tylko on i grupa będą znać prawdę.
"Jutro pogrzeb" - kolejna wiadomość była niczym bicz - "przyjdziesz".
Nawet Dert wiedział że Anhelo będzie na to liczył. Tylko dlatego zadał to pytanie.
"Nie mógłbym nie przyjść był jednym z nas".
Jak łatwo to napisał, "był"...
"Dobrze że będziesz powinniśmy go pożegnać wszyscy był dobrym wojownikiem".
Żal na twarzy Derta był dla Arto niemal nie do zniesienia. Ta jedna rzecz wciąż coś znaczyła, wciąż potrafiła ich poruszyć. Śmierć towarzysza. Nie wiedział co napisać. Nie wierzył że to prawda, lecz to była prawda.
Gdyby nie wojna, Kerell wciąż by żył. Zginął za niego i za niego mogą zginąć inni. Musiał sprawić by to się więcej nie powtórzyło.
"Powiesz Iwenowi".
Czy powie...? Pamiętał jak czuł się Iwen po tym co Anhelo zrobił mu w łazience. Gdyby się dowiedział że ktoś przez nich zginął... Emocje podpowiadały że nie ma prawa odmawiać mu pożegnania towarzysza, lecz chłodna logika, którą kierował się przez ostatnie lata, ostrzegała by nie popełniał teraz tego błędu.
"On nie może wiedzieć nie wytrzymałby jest zbyt miękki".
Dert kiwnął smutno głową. Arto nigdy go takim nie widział. Był zatroskany gdy został pobity, był ponury gdy Anhelo pobił Smoka, lecz nigdy nie był smutny. Gdyby tylko wiedział... Nigdy nawet by nie pomyślał o powrocie do szkoły, lecz było za późno.
Pomyślał o Włóczni. Anhelo znów go ujrzał, będzie chciał kolejnego trupa. Musiał mu go dostarczyć.
"Dert weź żimmiego i zbierz najsilniejszych wojowników nie bierz żo nie mów mu nic nie mów o tym nikomu innemu to bardzo ważne spotkamy się na korytarzu na następnej przerwie pomożecie mi uciec jeśli to zrobicie to co się stało z kerellem już nigdy się nie powtórzy".
Znów łączył nieprzyjemne, lecz konieczne, z pożytecznym. Był pewien że Anhelo nie będzie im przeszkadzał. Co więcej, będzie z tego zadowolony, o ile jego towarzysze będą przekonujący. Oszukają starszaka jego własnym sprytem i okrutną przewrotnością.

*

Przyszli, choć widział jak bardzo bali się do niego podejść. Każdy z nich pamiętał od kogo się zaczęło, każdy widział się na miejscu Kerella. Chciał wierzyć że zrobili to by mu pomóc, ten ostatni raz.
Nawet się cieszył że właśnie taki będzie jego koniec w szkole. Wiedział już że zwolennicy Anhela obstawili wszystkie wyjścia ze szkoły. Czy Dert i jego towarzysze wiedzieli że byli jego jedyną nadzieją? Że gdyby zostawili go teraz samego, byliby na zawsze bezpieczni?
Stanęli w milczeniu naprzeciwko siebie. Nikt nie wspomniał o Kerellu. Arto rozejrzał się. Bardzo wiele oczu obserwowało ich spotkanie. Bardzo dobrze.
- Opuszczam szkołę - odezwał się pierwszy, cicho, by inni nie słyszeli - Już tu nie wrócę.
- Ty...? - zdziwienie, strach i groza po równi odbijały się na twarzy Żimmiego - Anhelo aż tak bardzo...
- Anhelo nie jest najważniejszy. To nie przez niego.
- Idziesz do akademii? - spytał Alsza.
- Nie i to musi wam wystarczyć.
- Ostatnia Przystań? - wyszeptał Grejgy. Zwykle twardy i obojętny, był przejęty na równi z innymi - Chyba nie...
Nie odpowiedział. Niech myślą co chcą. Może potem zrozumieją i być może będą dumni że to właśnie jemu się udało. Lecz nawet gdyby domyślili się już teraz, wierzył że nikt by niczego nie powiedział, nawet Żimmy. Jeśli wszystko się uda, będą milczeć choćby dlatego że prawda naraziłaby grupę na to samo niebezpieczeństwo którego chciał im oszczędzić. Dość ich już osłabił by pozostawiać po sobie więcej problemów.
Wspomniał ostatnią rozmowę z Daelem, te jej fragmenty które wciąż pamiętał. Jak to się stało że teraz grał jego rolę? Stali przed nim, jak on wtedy, smutni, zmartwieni i wystraszeni nadchodzącymi zmianami; starsi, lecz rozumiejący równie niewiele. Jednak pewne rzeczy musiały być powiedziane.
Jego wzrok zatrzymał się na Feriszu, by na koniec powędrować do Żora. Anhelo pozbawił go kapitańskiej dumy. Czy pozbawił również ich wierności? Żimmy go słuchał, lecz równie dobrze mógł to robić by bał się rządzić Smokiem gdy dookoła wciąż krążył Anhelo.
- Nie wiem co się stanie gdy odejdę, dlatego... - nabrał powietrza. Dla Daela też musiało być to trudne - Od was zależy czy Smok pozostanie tym czym był. Współpracujcie ze sobą, jak gdybym wciąż był razem z wami. Nieważne co zrobiliście a czego nie chcieliście zrobić. Po prostu... nie bijcie się między sobą, jak inni.
Spojrzeli po sobie. Nie rozumieli. Wiedzieli że to jest pożegnanie, lecz nie wierzyli iż po jego odejściu coś może się wśród nich zmienić. Dael też w to nie wierzył i to był jego błąd. Wierzył że dzięki temu co powie unikną losu Zema.
- Żimmy, kiedyś zechcesz pobić Derta - Żimmy i Dert spojrzeli na niego jak gdyby mówił od rzeczy, lecz spodziewał się tego - Zastanów się potem czy warto go niszczyć. Zrób z niego zastępcę. Dert, pomagaj mu tak jak pomagałeś mi. Grejgy, Alsza, pilnujcie ich dla dobra grupy. Ile razy poczujecie że musicie się bić, bijcie się z innymi, nie ze sobą. Wypowiedzcie komuś bitwę. To pomaga. I... uważajcie na jajcogłowych. Nie bądźcie dla nich jak inni, wtedy wam pomogą - nie zastanawiał się jak o tym pomyślą, jako wojownicy. Chciał by widzieli ich takimi jakimi sam ich zobaczył, by docenili co robią tak samo jak on - Rejkert zna mój sposób na oceny, ale Lien jest tak samo dobry - spojrzał na Żimmiego - Dzięki nim zyskacie dłużników. Wszystko zależy od was.
Zamilkł. Słuchali go z uwagą, choć nie rozumieli.
- Powiedziałeś że możemy ci pomóc uciec ze szkoły - przypomniał niepewnie Dert.
Arto westchnął. To było najtrudniejsze.
- Pamiętasz Arista? Musicie zrobić mi to samo co on, tylko gorzej, z tego samego powodu. Musicie mnie pobić.
- Nie mówisz poważnie! - zaprotestował Alsza.
- Inaczej to co stało się z Kerellem może się powtórzyć! Możecie skończyć jak Włócznia!
- Gdy to zrobimy, wtedy będziemy jak Włócznia!
- Mylisz się, Alsza - odpowiedział spokojnie - Wtedy Anhelo nie będzie was kontrolować. Wyprzedzając go, nie zrobicie tego dla niego. Zrobicie to dla mnie i dla grupy. Anhelo pomyśli że zwróciliście się przeciwko sobie i wtedy da wam spokój. Musicie mnie pobić i wynieść ze szkoły, jakbyście chcieli mnie zabrać do Ostatniej Przystani. To dla mnie jedyny...
- Nie mogę tego zrobić! - zaprotestował Dert - Rozumiem, ale...
- Pośpieszcie się - odpowiedział chłodno - Inni patrzą.
- Nie mogę!
- Jeśli nie zrobicie nic, to tak jakbyście sami oddali mnie Ziemi! - zdenerwował się - Pojutrze będziecie mieć kolejny pogrzeb! Żimmy, ty zacznij. Masz okazję się zemścić.
Stanął przed nim, gotowy na cios, lecz Żimmy tylko się patrzył. Czy nawet on nie chce mnie uderzyć, pomyślał, po tym wszystkim co mu zrobiłem?
- Nie mogę - powiedział w końcu - Nie po tym jak Kerell...
- Niedawno potrafiłeś! - wyciągnął gwałtownie rękę, wskazując na gromadzący się niedaleko tłumek - Oni widzą jak rozmawiamy! Nie macie wyjścia - bardzo się starał by patrzyć na nich pogardliwie, lecz zbyt mocno się bał tego że naprawdę nie zechcą tego zrobić - Na próżnię, co się z wami dzieje? Kilka rozjaśnień temu żywcem byście mnie pokroili a teraz...
- Może teraz za dużo rozumiemy - odpowiedział Dert, patrząc pewnie w jego oczy.
Arto nie miał złudzeń. Tylko Dert coś zrozumiał, choć na swój prosty sposób. Tylko on zastanawiał się nad tym co się stało. Nie był tak sprytny, lecz miał w sobie cząstkę swojego kapitana, tak jak Arto miał w sobie cząstkę Daela - niewielka, prawie niewidoczna, ale była.
- Nie chcę byście mnie pobili, tylko bili. Na pewno każdy z was chciał mi to zrobić, za coś, kiedyś. Macie szansę odpłacić mi za wszystko. Potem takiej szansy nie będzie. Żimmy, jeśli sobie odpuścisz, to pozostaniesz zwykłym karaluchem! Nie młodszakiem i na pewno nie starszakiem, bo zabraknie ci jaj by chronić grupę. Nie tego chciałeś?
W oczach Żimmiego zabłysł gniew. Zagryzł wargi. Zacisnął pięść i uderzył kapitana twarz. Mocno, lecz Arto wiedział że stać go na wiele więcej.
- Coś nie bardzo z twoją siłą - zauważył, prostując się i patrząc na niego spode łba - Nie wydobrzałeś po tym, jak ci dołożyłem? Myślałem że...
Tym razem uderzenie było znacznie mocniejsze. Inni z oporem zaczęli się przyłączać. Robili to bez przekonania, lecz na szczęście Żimmy się przełamał. Zaczął katować go równo. Po raz pierwszy Arto cieszył się że Żimmy jest prawdziwym starszakiem.
Po raz pierwszy cieszył się że ich lojalność ma tak słabe granice.

*

Przytomność odzyskał już w ich kryjówce. Usiadł. Jego spojrzenie natrafiło na lśniące w półmroku oczy, wciąż pełne nienawiści, lecz zmieszanej z czymś nowym. Siedzący metr przed nim Żimmy z uwagą wpatrywał się w byłego kapitana.
- Jesteśmy kwita - słowa były zimne, lecz spojrzenie mówiło co innego: Nie musiałeś tego robić. Musiałem, Żim, pomyślał. Nie moja wina że wciąż nie potrafisz nad sobą panować.
- Żegnaj, Żimmy - odpowiedział - Proszę, oszczędź Derta. On jeden rozumie.
Żimmy wstał. Bez słowa zniknął w jednym z szybów. Arto zaczął badać w jakim jest stanie. Z tyłu głowy czuł jak rośnie mu guz, gdzieniegdzie czuł siniaki. Ani jednego złamania! Zezłościł się. Obeszli się z nim jak z pierwszakiem! Za takie pobłażanie wrogowi sam by ich pobił. Jeśli dla gapiącego się tłumu będzie to równie przekonujące...
Niełatwo im przyszło zrozumieć że teraz był ich wrogiem. Niechcący mógł sprowadzić na nich katastrofę. Sam niełatwo się z tym pogodził. Lecz zaraz pomyślał iż sami Protektorzy uwiarygodnią jego oszustwo. Gdy uciekną, Kosa sama zatrze wszelkie ślady, wymaże z systemu, jakby naprawdę go zabili. Wtedy przestanie mieć znaczenie czego Anhelo się domyśla, a czego nie. Tego kłamstwa nawet on nie przejrzy. Odebrał mordercy ostatnią wymówkę do napadania na Jeźdźców Smoków. Przestaną płacić za wybryki byłego kapitana.
- Więc tylko ja rozumiem - nagłe stwierdzenie poderwało Arto na nogi. Odwrócił się. Przy szybie za jego plecami, oparty o ścianę kryjówki, stał Dert.
- Pobiłeś Żimmiego, potem oddałeś mu dowództwo, a dzisiaj zamarzyło ci się by dał ci lekcję. Rozumiem dlaczego wybrałeś jego, nie mnie. Zawsze byłeś... mądry. Ale nie tym razem.
- Tym razem też - odpowiedział.
Dert splótł ręce na piersi.
- Widziałeś jego oczy? - spytał - Wciąż cię nienawidzi, ale za bardzo boi się całej reszty, by to teraz okazać.
- Mylisz się. On nie nienawidzi mnie, tylko swojego strachu. Ja byłem tym który mu go pokazał. Uświadomiłem mu że choć jest u nas kimś ważnym to w środku boi się wszystkiego. Dert, on tak bardzo nienawidzi tego uczucia że gdy odejdę, może zacząć nienawidzić ciebie i... nawet o tym nie wiedzieć, tak jak nienawidził mnie.
Biedny Żimmy, pomyślał, wyobraziłeś sobie że skoro trafiłeś do młodszaków, to możesz przekreślić całą swoją przeszłość i staniesz się przez to odważny. Przykro mi, lecz to niczego zmieniło. Jesteś taki sam jak w swojej starej grupie. Może teraz mi wybaczyłeś. Może i nienawidzisz, choć wciąż szanujesz, lecz teraz to już nieważne.
Dert nie odpowiedział. Stał, wciąż poważny, jakby chciał o coś zapytać, lecz za bardzo bał się odpowiedzi.
- Powiedz prawdę - odezwał się wreszcie - Chcę wiedzieć. Idziesz do akademii?
- Nie wiem co ze mną będzie - potrząsnął głową - ale dla was to powinno skończyć się dobrze, nawet jeśli Żimmy zacznie się rządzić. Nie daj mu się pokonać, inaczej Jeźdźcy Smoków przepadną.
Was, pomyślał. Znowu was, nie nas, lecz tym razem na zawsze. Tu, w ich kryjówce, skończyła się jakaś ważna część jego życia.
Dert wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Arto, wiem że jesteś mądry, najmądrzejszy - przyznał - Powtarzałeś że grupa jest najważniejsza, ale nigdy nawet nie pomyślałeś że grupa sama może wybrać którego z nas chce. Jeśli Żimmy zamieni się w starszaka, siądziemy na niego ostro i będziemy bić aż zmądrzeje. Nie da rady nam wszystkim.
Arto także się uśmiechnął. Dert miał słuszność. Udało mu się stworzyć coś nowego. To nic że ich ostatnia narada była klęską. Poprzednie nauczyły ich że grupa może rządzić się sama. Przynajmniej tak długo aż nie rozbije jej coś z zewnątrz, pomyślał, wspominając Pilpa.
- Zaopiekujesz się moim kotem? - spytał - Może Lien go weźmie?
- Nie zginie, obiecuję.
Wstał. Dert podszedł do niego i bez słowa wyciągnął rękę. Uścisnęli się, po raz ostatni. Niespodziewanie dla siebie Arto przyciągnął go i objął. Dert nie był zaskoczony. Odpowiedział tym samym. Ze wszystkiego co zostawiał za sobą, z całej szkoły, tylko jego jednego będzie mu brakować, za to będzie brakować najbardziej.
- Będę na pogrzebie - szepnął - To będzie nasz ostatni raz, razem. Potem odejdę, na zawsze.
Odsunęli się od siebie. Dert spuścił głowę, zmieszany i zawstydzony. Jeszcze raz spojrzał na Arto, po czym odszedł. Arto został tam jeszcze chwilę. Skończył się malować i zgasił światło, wiedząc że już nigdy tu nie wróci.

*

Najpierw poszedł do rozdzielni, potem udał się na umówione miejsce spotkania.
Czekał kilka godzin. Pierwsi znów pojawili się Żółtoskórzy. Szybko i sprawnie zabezpieczyli wszystkie przejścia, zagłuszając, a potem niszcząc wszystkie perceptory. Wyszedł z bocznego korytarza i wtedy dostrzegł samego Zema. Jeden z Żółtoskórych podszedł do swojego przywódcy. Wyciągnęli do siebie dłonie; Żółtoskóry przyłożył prawą dłoń do lewej dłoni Zema, zakrył obie lewą dłonią i wystukał coś na niej, niczym na wirtualnej klawiaturze projektora. Z kolei Zem wziął dłoń tamtego w swoje dłonie. Arto obserwował uważnie ich ręce, lecz niewiele mógł dostrzec. Przez chwilę twarz Żółtoskórego wyrażała skupienie, wreszcie kiwnął głową i bez słowa odszedł na bok.
Patrzył na Zema. Zem odpowiedział spojrzeniem. Arto podszedł bliżej.
- Gdybyś do mnie nie napisał, sam uwierzyłbym w to co mówią - powiedział Zem - lecz to nie będzie działać długo.
- Tak długo jak długo Anhelo uzna mnie za martwego - odpowiedział. Uśmiechnął się smutno - Może nigdy nie pozna prawdy.
- Jeśli ją pozna, twoi towarzysze tego pożałują. Anhelo nie lubi być oszukiwany.
Towarzyszący Zemowi Żółtoskórzy odsunęli się na odległość z której nie mogli niczego słyszeć. Oni nigdy się nie wahali. Nie interesowało ich o czym rozmawia ich przywódca i dlaczego zadaje się z jakimś młodszakiem.
- Wiesz o tym tylko ty, moja grupa i oni - patrząc mu w oczy skinął głową w kierunku jego obstawy - Tylko oni widzą mnie żywego. Dla innych jestem martwy.
Zem przymknął oczy, jakby sama myśl że może ich wydać była dla niego obrazą. Miał mnie chronić, pomyślał Arto, czując gorycz, lecz Kerella nie chciał ocalić.
- Dlaczego? - zapytał z żalem, choć jeszcze minutę temu nie chciał o tym mówić - Dlaczego pozwoliłeś by Anhelo...
Odkąd pamiętał, takie rzeczy nie robiły na nim wrażenia. Nic nie robiło na nim wrażenia, lecz los Kerella nieodmiennie ściskał mu gardło. Z trudem przełknął ślinę. To nie było to samo co projekcje martwego ciała Herryego. Tamta śmierć go nie obchodziła, lecz ta...
- Przykro mi z powodu twojego towarzysza - twarz Zema zamieniła się w zagadkę - ale na to nikt nie mógł poradzić. Anhelo musi zabijać. Uzależnił się od władzy jaką to daje. On wariuje, młodszaku, powoli odchodzi od zmysłów, lecz wciąż jest bardzo inteligentny i potrafi się maskować. Wie jak zaspokoić swoją żądzę. Im więcej trudności staje na jej drodze, tym większą satysfakcję sprawia mu osiągnięcie celu.
- Więc gdy znikłem ze szkoły...
- ...zaspokoił ją na pierwszej osobie jaka mu się nawinęła i skojarzyła z tobą i tym drugim młodszakiem, planetarianinem. Nie zdołałbyś go powstrzymać, najwyżej zginąłbyś za niego. Może to co dzisiaj zrobiłeś zdoła go uspokoić. Być może zrobią to inne grupy. Tak dużo ofiar, w tak krótkim czasie, może zaniepokoić dorosłych. Lecz jeśli inne grupy nie zareagują...
Zem umilkł. Arto niemal tego nie zauważył. Próbował zrozumieć dlaczego musiało do tego dojść. Kerell był wymarzonym celem dla Anhela. On i Orfius często oddzielali się od grupy. Orfiusa znało wielu. Handlował ze starszakami; gdyby Anhelo spróbował się do niego dobrać, ktoś mógłby go ocalić. Lecz Kerell był nikim. Wystarczyło ich rozdzielić...
Czy musiał zginąć? Jeśli to wszystko było tylko grą, dlaczego władcy gry nic nie robili? Odpowiedź była tylko jedna - bo tak chcieli! Te zapchlone szczury chciały by szkoła stała się jeszcze bardziej brutalna i bezwzględna, a on nie rozumiał dlaczego.
Czy inni musieli umierać tylko dlatego by pozostali wyrośli na lepszych żołnierzy? Najbardziej bolało go to że, przy całym swoim sprycie, nie potrafił się temu przeciwstawić. Anhelo był bezczelny w tym co robił, bo wiedział. Było mu dobrze z tym że tamci chcą by robił to, co robił, że chcieli by był właśnie taki i korzystał z tego, nie dbając że władcy gry widzą każdy jego ruch. Jak bezkarnym musiało go to uczynić - i jak zależnym od władców gry! Być może inni mordercy w szkole żyli w strachu że zostaną wykryci, lecz nie on - i to czyniło go najlepszym. Wiedział że ci z góry go chronią. Stał się ich narzędziem. Gdyby spróbował się zmienić, pewnie zostałby skasowani, więc musiał to robić dalej, chcąc czy nie chcąc, tyle że on tego chciał. Póki był sprytny, póki nie zwracał na siebie nadmiernej uwagi, jego drobne błędy były maskowane. Anhelo nie był aż tak dobry by Kosa, czy nawet policja, nie odkryła wszystkiego. Ktoś musiał zacierać za nim ślady, pomagać stać się lepszym.
Kerell zginął, bo tamci spisali go na straty. Gdyby nie znienawidził wcześniej tych bezwzględnych, tajemniczych tyranów, kryjących się za maskami nałożonymi na inne maski, zrobiłby to teraz. Bezsilność i brak możliwości zemsty były tak głębokie że ledwie powstrzymał się by z pięściami rzucić się na najbliższą ścianę.
- Ja... muszę go pożegnać - powiedział cicho.
Myślał że Zem nie usłyszał, lecz starszak odwrócił głowę w jego stronę.
- Postaram się by nikt, kto mógłby cię zdradzić, nie zbliżył się nawet do miejsca pogrzebu - obiecał - Lecz jeśli ktoś spróbuje to zrobić, będzie to oznaczać że Anhelo coś podejrzewa.
Bał się że się o tym dowie. Bał się tym mocniej że wiedział iż nic więcej nie zdoła zrobić. Nawet Zem nie ochroni Smoka. Ile mógłby ich pilnować? Miesiąc, dwa? I co potem? Musiał zniknąć. Musiało wyglądać to tak, jak gdyby wtedy zginął.
- Musi w to uwierzyć, na kilka rozjaśnień. Potem zniknę ze stacji - w taki, czy inny sposób, pomyślał - Mógłbyś... stworzyć fałszywy raport o mojej śmierci? Gdyby brat Resketa puścił go po szkole...
- Zrobię co się da, lecz nie obiecuję że Anhelo się na to złapie. Jeśli sprawdzi te informacje u źródła, wtedy wszystkiego się domyśli. Masz jakąś swoją projekcję? Coś co by się dało przerobić na wiarygodnego trupa?
- Przyniosę, jak tylko znajdę - obiecał z ulgą.
Zem kiwnął głową. Włożył ręce do kieszeni.
- Pytałeś o maski na pluskwę. Co kombinujesz?
Arto rozejrzał się dookoła. Nie minie wiele czasu nim zjawią się automaty naprawcze, by wymienić uszkodzone perceptory. Nie wątpił że ich zniszczenie kupi im trochę więcej czasu, lecz jego ilość była ograniczona. Tymczasem on zwlekał, bo nie był pewien czy to wystarczy.
- Nikt nas tu nie usłyszy - zapewnił Zem - Dopóki zajmują się tym moi ludzie.
Z trudem przekonał się że Zem wie co mówi. Zresztą, czy to miało jakieś znaczenie? Władcy gry i tak musieliby wiedzieć o tym urządzeniu. To jeszcze nie krzyżowało jego planu. Przecież nie wiedzieli do czego mu ono potrzebne - o ile nie mieli innych sposobów, by go śledzić. Wtedy pokazałby im tylko że już wie...
Energicznie potrząsnął głową. Gubienie się w takich domysłach prowadziło donikąd, przekonywały że nic już nie ma sensu, a w to nie potrafił uwierzyć.
- Naprawdę potrzebuję tej rzeczy - powiedział - Jeśli naprawdę zależy ci bym przeżył...
- Mówiłem ci że one nie działają w dokach. Nie uciekniesz.
- Pamiętam o tym.
- Lecicie na wcześniejszy urlop?
Nie odpowiedział.
- Więc akademia...?
Arto z rezygnacją przyjął do wiadomości że od dziś będzie to druga rzecz o której pomyśli każdy uczeń który go rozpozna.
- Nie idę do akademii! - odpowiedział twardo - Nie jestem pierwszakiem, wiem co robię! Proszę, pożycz mi to urządzenie, tylko na jedno rozjaśnienie! Zapłacę...
- To ryzykowne, a my nie potrzebujemy impulsów. Muszę wiedzieć do czego ci to potrzebne. Wtedy mógłbym ci pomóc, także w inny sposób.
Arto sięgnął do dużej kieszeni na udzie. Klucz molekularny idealnie do niej pasował. Zem ze zdziwieniem wziął go do ręki. Ostrożnie zacisnął dłoń na rękojeści.
- Dam to w zamian za pożyczenie tej... maski. Potrzebuje obu rzeczy naraz, ale jutro wieczorem oddam ci obie.
Nie był pewien czy dobrze robi. Pamiętał że będzie potrzebował klucza do ucieczki, lecz to była jedyna rzecz którą mógł zainteresować Zema. Był pewien że skoro ojciec zna sposób na wyniesienie tych dyfuzytorów, jeden klucz molekularny nie sprawi mu większej różnicy.
Zem zważył przyrząd w dłoni. Uruchomił, spojrzał na wyświetlacz. Uniósł go w górę i przesunął w dół, celując w ścianę i obserwując zmieniające się cyferki. Wydobył niewielkie urządzenie w kształcie pierścienia, nasunął je na palec, przesunął wzdłuż klucza, schował je i oddał klucz Arto.
- Czy jest bezpieczny? - spytał cicho.
- Mam go od kilku lat i nie trzymam pod reaktorem. Jest czysty, nie ma aktywnych pluskiew.
- To wiem - Zem przymknął na chwilę oczy, zastanawiając się nad propozycją. Kiwnął głową. - Zgoda. Prawdziwe narzędzia są dla nas bardzo cenne.
Z kieszeni wydobył dwie szerokie tarcze, każda ze ściąganym paskiem. Jedna z nich była właściwie siatką, druga - zwartym talerzem.
- Używasz tego na własne ryzyko. Daj się z tym złapać, a wylądujesz w akademii - ostrzegł. Pokazał pasek ze zwartym talerzem - To jest właściwa maska. Nakładasz ją tak by pluskwa znalazła się dokładnie pod środkiem tej tarczy. To - wskazał na drugie - jest nadajnik. Udaje pluskwę którą zagłusza maska. Musi ją nosić inna osoba. Nieważne czy ma własną pluskwę czy nie, nadajnik sprawi że system będzie widział ciebie kilka metrów od niej. By zaczęła działać, najpierw musisz założyć maskę na ramię i przytknąć do niej tarczę nadajnika - położył oba urządzenia na sobie - Wtedy kod twojego lokalizatora zostanie przepisany do nadajnika maski. Gdy lokalizator zostanie wywołany, nadajnik wykorzysta te dane do stworzenia jego imitacji w systemie - podał mu oba urządzenia - Gdy nałożysz maskę, ukryj ją dobrze pod rękawem i nie paraduj przed perceptorami. To samo dotyczy osoby z nadajnikiem. Ktoś może się w końcu do czegoś dogrzebać.
Arto wziął oba paski do ręki, tak delikatnie jakby mógł je zniszczyć samym dotykiem.
- Możesz zatrzymać oba urządzenia - dodał Zem - To dobra wymiana.
Zawahał się. Rozumiał z grubsza jak działa maska, lecz nie znał wszystkich szczegółów.
- Czyli to pozwoli mi zniknąć z systemu - powiedział - A czujniki?
- Tu zasada jest inna. Gdy uaktywnisz któryś ze zwykłych czujników, maska pozwoli mu odebrać sygnał z pluskwy, lecz sprawi że do systemu dotrze on innym kanałem łączności. To wystarczy by komputer potraktował sygnał nie jako alarm, lecz żądanie zlokalizowana pluskwy przez rodziców. Te sygnały są identyczne, różni je tylko droga którą docierają do sieci. W odpowiedzi komputer wyśle sygnał, który odbierze nadajnik maski. System uzna że znajdujesz się w zupełnie innym miejscu i czujnik, który uaktywniłeś, przestanie cię widzieć, ale nie będzie cię traktował jak dorosłego, lecz jak obiekt który ma prawo przebywać w tym miejscu - uśmiechnął się lekko - To dziura w systemie której dorosłym chyba nigdy nie uda się załatać. Oczywiście czujniki działające inaczej rozpoznają cię jako dorosłego, ze wszystkimi konsekwencjami.
Arto zrozumiał. Zem wciąż myślał że wybiera się do doków.
- Czy to... naprawdę pozwala zniknąć, całkowicie i... przed każdym? - spytał niepewnie.
- Nie wiem jak dorośli mogliby obejść takie zabezpieczenie. Maskowany lokalizator zostaje zagłuszony, a jego funkcje przejmuje nadajnik. Jego najważniejszą częścią jest sztuczna pluskwa, nie tak skomplikowana jak ta prawdziwa, ale wystarczy, na pewien czas. To urządzenie oślepi każdego. Każdego - podkreślił.
Arto poczuł jak jego serce gwałtownie przyspieszyło. Spojrzał prosto w czerwone oczy Zema. Zdawały się przewiercać Arto na wylot.
- Obserwatorzy...? - szepnął - Władcy gry...?
- Niczego nie zauważą. Jeśli zaszedłeś tak daleko, powinieneś to wiedzieć.
Obaj musieli zrozumieć że myślą o tym samym. Odzyskał nadzieję. Jeśli Zem rozumiał iż to tylko gra, jego sztuczki mogły naprawdę działać! Był głupi, myśląc że sam może oszukać system. Prawdziwa walka toczyła się stale, na wyższych poziomach szkoły. Ta gra ma sens tylko wtedy gdy nie wiemy że gramy, pomyślał. Jeśli Zem wie, to znaczy że już w nią nie gra.
Niemal natychmiast pomyślał o konsekwencjach. Jeśli mówienie dorosłym o szkole prowadzi do akademii, to gdzie może doprowadzić odkrycie gry?
- Czy Dael... zaszedł tak daleko?
Zem odwrócił wzrok.
- Być może znacznie dalej. Dwa rozjaśnienia przed wypadkiem uprzedził nas że tamci mogą go wyjąć. Widziałem się z nim jeszcze raz, lecz nic więcej o tym nie wspomniał.
- Wyjąć... ze szkoły?
- Nie wiem czy chodziło tylko o szkołę. Sam już nie wiem, być może udziela mi się jego paranoja... Niewielu wiedziało że miał wujka w Podziemiu. Nigdy go nie spotkał, znikł gdy był jeszcze bardzo mały, ale... każdy wie że Protektorzy lubią się mścić na rodzinie. Może nie powinien mi wtedy o tym wspominać, być może ja nie powinienem mówić tego tobie. Młodszaku, powiem ci jedno. Dobrze jest wiedzieć, lecz tylko do pewnego poziomu. Dalej wiedzieć jest już niebezpiecznie.
Zem miał rację. Jak można było wiedzieć tak wiele i udawać że nie wie się nic? Jak mógłby iść do magazynu, wiedząc że go obserwują? Czy dlatego Zem potrzebował jego grupy, dlatego sam nie chodził do magazynów? Lecz czy sam fakt że przestał to robić nie pokazywał władcom gdy że coś wie? Czy istniał jakikolwiek sposób by zachowywać się tak by nie dać niczego po sobie poznać - i nie zwariować?
Nie zauważył jak znieruchomiał. Jego umysł zawirował, a on sam poczuł się jak gdyby wyszedł z ciała i patrzył na wszystko skądś z boku. Gdyby wiedział wcześniej o tym wszystkim, gdyby wiedział jeszcze miesiąc temu, chyba zaszyłby się pod reaktorem, bojąc się wyjść. A jednak, kolonista wiedział o wszystkim, wiedział nawet więcej - i nie bał się działać. Powinienem mu bardziej zaufać, pomyślał, nawet jeśli mówi mi tylko tę część prawdy którą chce bym poznał. Ma powód by to robić. Teraz to rozumiem.
Lecz wiedząc tak wiele, można się pogubić w szczegółach. Można o czymś zapomnieć.
Przemógł się by poruszyć głową. Spojrzał na trzymane w dłoni podzespoły maski.
- Ile będę miał czasu?
- Maska działa tak długo jak długo kody wprowadzone do nadajnika pozostają aktualne. Nie potrafi on przekodować sygnałów przekazywanych przez system do prawdziwej pluskwy. Zapamiętuje kod awaryjny i zawarty w pluskwie kod podstawowy, jaki ma użyć na następnej sesji, lecz nie odczytuje algorytmów jakie wykorzystuje przy kodowaniu. To nie jest możliwe. Po trzech sygnałach system zorientuje się że coś jest nie tak. Jeśli będziesz chciał zniknąć na dłużej, będziesz musiał wrócić i przeładować pamięć, stykając ze sobą nadajnik i maskę.
- A bez przeładowania?
- Całkowita niewykrywalność trwa kilka godzin. Sześć możesz uznać za w pełni bezpieczne. Dwie, trzy następne zwykle też, lecz jeśli masz pecha i pierwszy sygnał zostanie przesłany zaraz po tym jak założysz maskę, wtedy twoja zabawa nie potrwa aż tak długo. Maska i nadajnik ostrzegają gdy odbiorą wezwanie od systemu - Zem nacisnął niewielki przycisk na krawędzi ażurowego talerza. Rozległ się cichy, piskliwy dźwięk - Niestety, czas transmisji jest zaszyty w algorytmie. Tylko prawdziwa pluskwa potrafi go rozkodować.
- To znaczy że będę wiedział kiedy system wysyła sygnał, lecz nie będę wiedział kiedy wyśle następny?
- Tak. Po drugim sygnale twój czas zacznie się kończyć.
Więc wszystko co mi pozostaje, to mieć nadzieję że sygnał nie nadejdzie gdy będę w kanale, pomyślał. Wtedy ten drugi okaże się trzecim.
- Druga osoba nie jest potrzebna do działania maski, prawda?
- Do działania nie - zgodził się Zem - Ona jest potrzebna do tego by system widział że się poruszasz. Sygnały kontrolne, takie jakie mogą wysłać twoi rodzice, nie są kodowane. Jeśli znikasz na godzinę, możesz zostawić nadajnik w domu, lecz jeśli na dłużej... Jeśli policja wtedy cię sprawdzi, zauważy że siedzisz ciągle w tym samym miejscu. Jakie dziecko wytrzyma w jednym miejscu przez sześć godzin?
- A jeśli dorośli wsadzają do pluskiew coś o czym nie wiesz?
- Wierz mi, młodszaku, sprawdziliśmy taką możliwość. Byłem w wielu miejscach i robiłem rzeczy na które nawet oni - podkreślił - by mi nie pozwolili. Nie możesz tylko zgubić czasu, ani zapominać gdzie nie wolno wchodzić.
Arto odruchowo spojrzał na zegarek. Kilka godzin wystarczy.
- Dziękuję.
- Zależy mi na tym byś przeżył, nieważne gdzie. Wiesz dlaczego.
Odwrócił się i odszedł razem ze swoją świtą. Arto odszedł w drugą stronę.
Więc Zem wiedział. Ilu jeszcze, oprócz niego? Musiało ich być wielu, być może tak wielu że w tej grze zaczęli oszukiwać samych władców...
Czy aby na pewno? Na ile rzeczy władcy gry pozwalali swoim graczom? Czy w grze, która polegała na odkrywaniu jej reguł, dało się oszukiwać? O co naprawdę chodziło tym ludziom, niewidzialnym, a jednak decydującym o wszystkim? Jeśli pozwalali na morderstwo...
Nagle zadrżał. Letnie powietrze przeszyło jego ciało sięgającym aż do szpiku mrozem.
Zem wiedział. To go zmieniło, dość by władcy to dostrzegli, a mimo to pozostał w szkole.
Jak Anhelo...
A co jeśli obaj byli do czegoś potrzebni?
Myśl była zbyt przerażająca. Spróbował ją odrzucić jeszcze zanim zdołała się uformować - bezskutecznie. Jak głęboko ta gra sięgała w ich życie? Jak bardzo była skomplikowana? Przecież w każdej grze najlepszym graczem był ten, który zdobywał jak najwyższy poziom...
Czy to co robił i co zamierzał zrobić miało kiedykolwiek jakikolwiek sens, poza graniem?


Najdłuższe rozjaśnienie


Wszystko, co najgorsze, zawsze wynikało z braku czasu. Wilan wiedział o tym doskonale. Choćby teraz. Gdyby mieli choćby tydzień więcej, nic nie stałoby na przeszkodzie by uciec kadłubem. Byleby opuścić stację, potem przechwyciłby ich statek-matka. Dorośli bez problemu weszliby na pokład ze stoczni, tuż przed odcumowaniem. Z możliwościami Zefreda i znajomością elektroniki Lerszena dałoby się tam ukryć tę parę dziesiątek ludzi z jego grupy. Dzieci mogłyby do nich docierać partiami, przez kanał. To byłoby ryzykowne, lecz mógł o tym tylko pomarzyć. Był przekonany że gdyby nie Lerszen, zrezygnowano by z zabrania całej ich grupy - choć, gdyby nie on, być może sprawy nie zaszłyby tak daleko.
Godzinę po przyjściu do stoczni zjawił się kolonista. Wyglądał jak uciekający przestępca, ścigany przez wszystko co tylko stacja mogła rzucić przeciwko nim. Jego spojrzenie było jeszcze bardziej czujne i chłodniejsze niż zwykle. Poczuł się jak w klatce.
- Dlaczego mam przeczucie że usłyszę złe wieści? - spytał.
- Mało prawdopodobne by w naszej sytuacji było miejsce na dobre. Nie wiem czy ucieknę razem z wami. Być może, dla bezpieczeństwa misji, ukryję się na stacji do czasu następnej próby.
- Ukryć się, tutaj? W gnieździe os?
- Jeśli będę musiał. Misja jest ważniejsza ode mnie. Lerszen jest ważniejszy. Nadajnik mam spalony. Kosiarze ani Protektorzy nie rozkodowali jeszcze sygnału, ale zaczęli zagłuszać moje przekazy. Służby stacji postawiono w cichy alarm. Jedyną drogą porozumiewania się z Alfą jest nasza załoga. Jutro zejdzie na stację ostatnia zmiana. Do tego czasu cały plan musi być gotowy. Nie ma miejsca na błędy.
- Od początku nie było - przypomniał - A teraz...
- Nie wpadaj w panikę! Pamiętaj, oni wciąż nic nie wiedzą, ledwie podejrzewają. I jeszcze jedno - Zefred sięgnął do kieszeni - Teraz ty jesteś liderem. Wasza grupa nazywa się gamma - wręczył mu niewielki, płaski przedmiot - Twój syn was poprowadzi. Zaufaj mu. Gdy będziecie gotowi do wyjścia z szybu, wyceluj to w śluzę i naciśnij przycisk. Musicie odczekać dziesięć minut. Gdy poczujecie wstrząs, wtedy ruszycie.
- Oczywiście - ścisnął przedmiot jak gdyby był najcenniejszą rzeczą we wszechświecie. Zefred jak nikt inny nauczył go czytać między wierszami, lecz po dzisiejszej akcji jego przewodnik w świecie podstępu i oszustwa miał zniknąć na dobre. Wilan musiał poradzić sobie sam, bez jego wsparcia, przenikliwości, wiedzy o zabezpieczeniach i chłodnej, lecz zawsze uzasadnionej podejrzliwości. Nic nie mógł na to poradzić, mógł jedynie przestać o tym myśleć.
Kolonista sięgnął do kieszeni po coś jeszcze. Po chwili w wyciągniętej dłoni trzymał garść małych przedmiotów. Wyglądały jak przepołowione kulki, rozmiarami przypominające automaty poszukiwawcze.
- To na wypadek gdyby złapały was automaty. To je zablokuje zanim poinformują system że są na waszym tropie. Zeruje ich pamięć. Wystarczy zostawić je po drodze. Proste, lecz skuteczne. Przyczepiają się do każdej powierzchni, wystarczy je docisnąć i nacisnąć przycisk na kopułce. Po godzinie ulegną samozniszczeniu. Użyj tego tylko gdy zauważysz że coś was śledzi.
- Nie możemy od razu? Czułbym się pewniej.
- Wierzę że tak, lecz myśl o przyszłości. System nadzoru stacji jest skomplikowany i bardzo, ale to bardzo dobrze skonstruowany. Za każdym kolejnym razem coraz trudniej znaleźć w nim lukę. Im częściej ją wykorzystujemy, tym bardziej staje się ona widoczna i tym większa jest szansa że zostanie załatana.
- Rozumiem - przytaknął - Używać tylko w razie potrzeby.
- To potem. Teraz postaraj się o tym nie myśleć. Schowaj je gdzieś, zapakuj i daj chłopcu, by wyniósł razem z resztą.
- Nie mogłeś dać mi tego na zewnątrz?
- One jeszcze nigdy nie były na zewnątrz. Powstały na miejscu i tylko tutaj mogłem je trzymać, bez obawy że ktoś je znajdzie. Zajmij się organizowaniem narzędzi. Nikt nie może widzieć jak będziesz je pakował i wynosił, inaczej będziemy zdryfowani na dobre.
Prosto było powiedzieć, trudniej zrobić, jednak Wilan wpadł już na pewien pomysł. Zefred miał zniknąć, lecz dzisiaj wciąż mogli działać wspólnie.
- Powinniśmy zebrać wszystkich w jednym miejscu - oznajmił - Mogę wykorzystać garść starych raportów by zarządzić generalny przegląd systemów statku. To zagoni wszystkich do wnętrza kadłuba i da nam wolną rękę w operowaniu na terenie stoczni, ale...
To nie byłoby trudne. Za dnia maszyny pracowały same, obsługa zajmowała się nimi dopiero nocą, a tym kilku pozostałym kręcącym się po stoczni technikom szybko znajdzie odpowiednie zajęcie.
- Będziesz potrzebował kogoś kto będzie miał oko na śluzę - Zefred odgadł jego zamiary -Pobawię się w perceptor, lecz mój czas jest ograniczony.
Wyszli z kryjówki. Wilan szybko zabrał się za przygotowania. Tylko to jedno pozwalało mu nie myśleć zbyt dużo o swojej nowej roli, niebezpieczeństwach - i swoim synu.

* * * * *

Jak każdy pogrzeb dziecka, ten także nie przyciągnął wielu ludzi. Dla Arto był pierwszym na jaki przyszedł. Nie powiedział o nim nikomu, nawet rodzicom. Wiedział o czym by pomyśleli.
Pomieszczenie było spore, przystosowane do znacznie większych ceremonii. Dziś uczestnicy zajmowali ledwie jego część. Zgromadzili się w centralnej części, gdzie na niewielkim podwyższeniu ustawiono puszkę. Ściana od strony Ziemi była najszersza, zbudowana z plaszklanej szyby, nie tak wielkiej jak na promenadzie, lecz imitujące kosmos barwy, pokrywające sąsiednie ściany i sufit, sprawiały że rozmywała się w przestrzeni, a okno zamieniało się w wylot tunelu. Przytłumione światło dryfującej w powietrzu lampy pozwalało by blask wiszącej przed nimi Ziemi lekko błądził po jego krawędziach.
Rodzice Kerella wyglądali staro ponad swoje lata. W całym wszechświecie nie mogło być nikogo bardziej pogrążonego w żalu, rozpaczy i pustce. Oprócz nich było tu ledwie kilku dorosłych - znajomych lub dalszych krewnych rodziny chłopca. U paru osób, zwłaszcza tych wyglądających na ponad sto lat, odświętne ubrania z trudem skrywały stroje kompensacyjne. Kerell miał szczęście. W bardzo niewielu rodzinach tak odlegli krewni gotowi byli opuścić Ziemię, by wziąć udział w pogrzebie na stacji. Przy rodzicach stała mała dziewczynka, bardzo podobna do Kerella; Arto nawet nie wiedział że miał młodszą siostrę. Taka już była szkoła - dom się w niej nie liczył.
Przyszli całą klasą. Tylko jemu nie towarzyszyli wystraszeni rodzice. Nie udawali żalu. Arto pamiętał jak inne grupy żegnały swoich towarzyszy. To nie było to samo. Tu i teraz poznał że naprawdę nie byli jak inne grupy. Coś ich łączyło. Nie spodziewał się by ktokolwiek z nich zapłakał - może poza Iwenem, gdyby tu był - lecz wiedział dobrze, co czuli. Żal po stracie był dla niego większy, przez świadomość dlaczego tak się stało.
Mimo żalu, poczuł dumę. To była jego zasługa. Sprawił że nikt w jego grupie nie musiał się bać swoich towarzyszy. Jego klasa była planetą spokoju i zaufania, dryfującą przez nieskończoną przestrzeń szkolnej przemocy; czymś pewnym, na czym mogli polegać, zaufaniem i wzajemnym poczuciem bezpieczeństwa. Utraty tego się obawiali, gdy stał nad nieprzytomnym Żimmym i być może właśnie to Żimmy szanował w nim kiedyś najbardziej. Teraz to wszystko znikło, bez swojego opiekuna i pasterza stali się grupką przestraszonych zwierzątek. Śmierć Kerella mogła ich zniszczyć, zastraszyć, lecz miał nadzieję że to czego dokonali zwycięży i zbliży ich do siebie, zamiast oddalić.
Górna część spoczywającej na platformie standardowej puszki była otwarta. Kerell był zbyt mały by ją wypełnić; spokojnie leżał w wielkim, cylindrycznym plastikowym pudle, sprawiając wrażenie że czeka ono na coś jeszcze a mały chłopiec zawieruszył się tam tylko przez przypadek. Niewielkie stopnie prowadziły ku podium. Na powierzchni walca, od strony głowy, wyryte było imię chłopca, wraz z lakoniczną formułką o odszukaniu spokoju w nieskończonym Wszechświecie i Czasie, stwórcy wszystkiego. Nic nie znaczące słowa sprzed wieków, z czasów gdy nadawały sens życia Tułaczom - to było wszystko co przetrwało z dawnej epoki wiary. Nikt od wieków nie zwracał uwagi na ich treść. W zwykłym życiu, nawet w śmierci, nie było już dla nich miejsca; były tradycją, pustą formułką akceptowaną bez zrozumienia, jak okazywanie szacunku zwłokom do czasu zwrócenia ich Ziemi, zamiast traktować je jak wysyłane do dekompozycji śmieci, czy wykorzystać do sporządzenia hodowlanej pożywki.
Krewnym Kerella było smutno, lecz jego rodzice rozpaczali naprawdę. Jako pierwsi podeszli do puszki. Z dziwnym uczuciem Arto obserwował jak ojciec chłopca z trudem próbuje nad sobą panować. Matka nawet nie próbowała. Choć ją uspokajał, cały czas płakała. Oby dorośli zezwolili im na kolejne dziecko, pomyślał. Kerell byłby szczęśliwy. Ja byłbym.
Krewni odeszli od puszki. Teraz sami mogli się zbliżyć. Nie musieli, lecz wiedział że każdy to zrobi i że będzie to dla nich, jak dla niego, czymś więcej niż tylko smutnym obowiązkiem.
Jako kapitan, miał pierwszeństwo. Wszedł powoli na trzy wysokie schodki i zatrzymał się przy puszce. Nie potrafił opisać żalu jaki poczuł gdy spojrzał na jego twarz i zamknięte oczy - wszystko zbyt nienaturalne by mógł to zaakceptować. Chłopiec tak energiczny, wiecznie w ruchu, wiercący się nawet na lekcjach, leżał tak spokojnie... Lecz dla nich śmierć wciąż pozostawała nienaturalna, pomimo tego co działo się w szkole.
Powstrzymał napływające do oczu łzy. Może nie powinien, lecz nie mógł zrobić inaczej, nie przy innych, nie przed samym sobą. Kerell nie był silnym wojownikiem, lecz nim był. Tylko to się teraz liczyło. Żałował że nigdy nie wybaczył mu porzucenia Iwena. Pozwolił mu odejść z poczuciem winy, z myślą że był tchórzem i teraz ta wina przeszła na niego. To nieprawda, to nie było tego warte, lecz było za późno na wybaczenie. Już na zawsze pozostanie ich ostatnie spotkanie tylko we dwójkę, gdy mu wszystko wypominał.
Każde ciało przed pogrzebem było przygotowywane tak by wyglądało jak za życia. Lecz Arto wiedział co ukryto pod maską zabiegów kosmetycznych. Żaden raport nie był dla niego tak ciężki do przejrzenia, nawet ten pierwszy jaki widział w życiu. Na projekcje nawet nie spojrzał, ledwie był w stanie przeczytać to co w nim napisano. Według dorosłych Kerell po lekcjach próbował uciec przed grupką starszych uczniów do pełnego pustych skrzyń magazynu. Nie pierwszy raz trafił do strzeżonej strefy. Spadł, próbując wdrapać się na ich szczyt, skręcając sobie kark i doznając innych obrażeń, jak zwichnięcie barku czy uderzenia głową o krawędź skrzyni. Gdy zjawili się dorośli, na neuroinduktor było za późno. On wiedział że bark Kerella został zwichnięty nie przy upadku, lecz przy próbie wyrwania się oprawcom lub ściągania z niego zbroi po tym jak go ogłuszyli. Dziwnie regularne ślady uderzenia na lewej skroni nie przez przypadek bardziej pasowały do kształtu pierścieni starszaków niż krawędzi skrzyni. Nie wierzył by choć jeden z siniaków, choć jedna rana znaleziona na ciele chłopca powstała w wyniku upadku, lecz policja albo nie chciała, albo nie potrafiła tego dostrzec - albo jej na to nie pozwolono.
Ode mnie się zaczęło, pomyślał. Był winny, bo był dumny, a gdy sprawy zaczęły wymykać się spod kontroli, po prostu uciekł, choć mógł i powinien przewidzieć że doprowadzi tym do czegoś takiego. Pozwolił Anhelowi działać, lecz pozwolili na to także władcy gry. Nie był jedynym winnym. Kerell był tylko ceną, płaconą przez zwykłych ludzi za kilka kolejnych załóg dla okrętów Floty. I po co? By mieć lepszych, bardziej bezwzględnych żołnierzy? Czy to było warte życia?
To się więcej nie powtórzy, obiecał Kerellowi. Nie przeze mnie.
Pochylił się i delikatnie pocałował go w zimny policzek. Dotknął opuszkami palców jego włosów, jego czoła. Pokój z tobą, Kerell, szepnął bezgłośnie. Zawiodłem. Wybacz mi. Spuścił głowę i odszedł. Jedna łza wyrwała się spod kontroli i spłynęła po policzku, lecz wyschła nim wrócił na swoje miejsce.
Reszta towarzyszy podchodziła jeden po drugim, pojedynczo, z powagą. Dotykali jego dłoni i odchodzili. Arto ledwo to widział. Zamknął oczy. Otworzył je dopiero gdy usłyszał dźwięk automatycznie zamykającej się pokrywy puszki.
Powoli zjechała na dół, po prowadnicach, przy dźwiękach melodii skomponowanej wieki temu przez utalentowanego Tułacza, podczas jednej z wieloletnich, samotnych wypraw. Z Ziemi wyszedłeś, na Ziemię wrócisz. Słowa były ponad granicę w jakiej zamknięto Układ, ponad Flotę, Rząd - ponad życie.
Klapa w podłodze zamknęła się. Słyszał jak puszka jest przepychana do śluzy, gdzieś pod plaszklaną ścianą. Śluza otworzyła się bezgłośnie i puszka, wypchnięta przez zamknięte wraz z nią powietrze, powoli popłynęła ku planecie. Opadała coraz szybciej, aż zamieniła się w świetlisty punkcik, jarzący się chwilę w atmosferze, by spłonąć całkowicie gdzieś nad oceanem.
To było wszystko. Iskierka nad niewzruszoną Ziemią, której teraz Kerell stał się częścią. Pozostały tylko wspomnienia. Ten widok, bardziej niż cokolwiek innego, uświadomił mu z przerażającą jasnością że już nigdy więcej go nie zobaczy. Poczuł w sobie puste miejsce, które nieprędko się wypełni. Od pięciu lat dzielili swój los, walczyli, razem wygrywali i razem znosili porażki. Razem jakoś dawali sobie radę, aż do dzisiaj.
Przypomniał sobie zatarte w pamięci wspomnienie Daela, jak niewiele mu pozostało z tamtych miesięcy. Po Kerellu pozostanie jeszcze mniej. Dael miał rację, dzieci zapominają. Cokolwiek o sobie myślał, nieważne jak ważny i zdolny się czuł, Kolonista mówił prawdę - był tylko dzieckiem. Zapomniał o Daelu, zapomni i o nim. Wspomnienia rozpłyną się wśród innych wspomnień; Kerell stanie się tylko twarzą na projekcji, zrobioną w rozjaśnienie po pierwszej wygranej bitwie, gdy byli jeszcze grupą dzieciaków, szczęśliwą z wejścia na pierwszy szczebel szkolnej hierarchii. Jak będzie na nią patrzył, gdy dorośnie?
Wkrótce grupa straci kolejnych dwóch wojowników.
Zapanowała cisza. Uczestnicy zaczęli się rozchodzić.
Śmierć Kerella nie pójdzie na marne, pomyślał. Odwróci uwagę od ucieczki. Może dorośli pojawią się na chwilę w szkole, szukając starszaków którzy zagonili go do magazynu. Może naprawią chociaż kilka perceptorów. Znów niczego nie znajdą, lecz niechcący zakończą tę niedorzeczną wojnę. Tylko tak mogła się skończyć, skoro władcy gry nie zamierzali nawet kiwnąć palcem, by to zrobić.
Pomyślał to i natychmiast zawstydził. To było podłe, najpodlejsze, myśleć o nim w ten sposób, oceniać na ile to mu się przyda, jak mu pomoże. Znienawidził tę część siebie która mu to podpowiedziała, ale tak nauczył się myśleć.
Nie wierzył już w reguły, zasady, w szkołę. Wierzył jeszcze w siłę, bo tego nauczyły go pięści starszaków i jego własne zwycięstwa. Rząd był silny, Flota była silna, starszaki były silne.... Mogli od tego uciec, przynajmniej na razie, może i na zawsze, lecz ich ucieczka nie sprawi że to zniknie. Dzieci wciąż będą ginąć, przez takich jak Anhelo i władcy gry.
Wymknął się z pogrzebu. Był w takim stanie że nie dbał czy Anhelo gdzieś się czai, czy go dopadnie czy nie. Ochłonął trochę dopiero na widok kilku obserwujących go Żółtoskórych. Musiał się opanować. Miał zadanie do wykonania.
Zaszył się pod reaktorem. Spakował ubranie które nałożył na pogrzeb, ukrył je i przebrał się w swój zwykły strój. Potem wyszedł.

* * * * *

Stocznia zdawała się opuszczona. Nie, nie była pusta. Niektóre maszyny wciąż pracowały, wciąż krzątały się po niej transportery, lecz było ich mniej niż tydzień temu. Część maszyn znikła, pozostawiając po sobie wolną przestrzeń, podkreślającą ogrom sali - a wraz z nim wręcz groteskowo niewielką liczbę ludzi, z rzadka pojawiających się i znikających, zajętych swoimi sprawami. Wielka machina produkcyjna zamierała, niczym natura biorąca zimą oddech przed szaleństwami wiosny. Ten leniwy sen nie był liczony w miesiącach, ledwie w tygodniach, tym bardziej pogłębiało to jego nienaturalność i nietrwałość.
Wilan odszukał właściwą kratkę wentylacyjną. Nie było to trudne. Tylko w jednym miejscu przewody przechodziły blisko szybu. Postarał się by dziś to miejsce osłaniały sterty pustych skrzyń. Teraz pozostało mu już tylko zdobyć narzędzia.
Nieprędko nadarzyła się okazja. W końcu, z pomocą Zefreda, hala opustoszała. Wilan ruszył w stronę magazynu. Generalny przegląd systemów miał potrwać parę godzin. Kolonista już dopilnuje by nikt nie poczuł ochoty na małą przerwę. Kto jak kto, lecz on potrafił tak kierować ludźmi by robili co zechciał, nawet o tym nie wiedząc.
Drzwi były otwarte. Samo w sobie, nie było to niepokojące, lecz widok dwóch małych aparacików, przyczepionych po obu stronach korytarza, zatrzymał go w miejscu. Jeden z nich był zapewne wykrywaczem ruchu. Mięśnie jego twarzy stężały, ręka sama powędrowała do tkwiącego w inżynierskim pasie depolaryzatora. Nie tylko jemu przegląd systemów był na rękę. Magazynowy złodziej także poczuł okazję. Wilan wreszcie mógł przekonać się kim był - właśnie teraz, gdy najmniej go to interesowało.
Stał chwilę, ważąc w myśli wszystkie za i przeciw. Tych "za" było o wiele więcej. Najważniejsze były dwa - i tak musiał tam wejść, zaś samo pochwycenie złodzieja odciągnie uwagę ochrony stoczni od jego osoby. Wsunął wolną rękę do kieszeni, ściskając znajdujący się w niej sześcianik, tak jak pokazał mu to Zefred. Wykrywacz zauważy ruch, lecz sygnał ostrzegawczy nigdy nie dotrze do odbiorcy.
Cicho, ostrożnie minął drzwi, krok za krokiem posuwając się ku pomieszczeniu, wiecznie zastawionemu skrzyniami i ładowarkami na narzędzia. Sunąc przy ścianie, dotarł do wylotu. Zza rogu doszły jego uszu ciche odgłosy siłowania się z jakąś skrzynią. Wyjrzał.
Mężczyzna w dziwnym stroju próbował przenieść skrzynię, by dostać się do innej, leżącej pod spodem. Musiał to robić ręcznie, gdyż od czasu pierwszych kradzieży wszystkie podnośniki, jak i wiele innych elementów wyposażenia magazynu, wyposażono w detektory, zapamiętujące kto i kiedy używał danego urządzenia. Widział go od tyłu, w dodatku pochylonego. Rozpoznał go dopiero gdy wyprostował się, odkładając ciężką skrzynię na bok.
- Więc to tak giną narzędzia... - powiedział, wychodząc z ukrycia. Bezwiednie mierzył depolaryzatorem w złodzieja. Już go nie dziwiło że jego podchody nie przyniosły rezultatu.
Szybkość z jaką Buris się odwrócił zupełnie go zaskoczyła. Nigdy, nawet podczas pracy nad statkiem, nie widział by poruszał się tak zwinnie i pewnie. Buris zamachnął się do rzutu jakimś ciężkim narzędziem, lecz w porę rozpoznał z kim ma do czynienia. Odłożył je na bok i siadł na skrzyni.
Chwilę mierzyli się wzrokiem. Obaj byli spięci; żaden nie wiedział jak zareaguje ten drugi.
- No to teraz ty przyłapałeś mnie - stwierdził w końcu Buris - Jesteśmy kwita. Ten przegląd to twoja robota, co? Zastawiłeś pułapkę?
- Może - odpowiedział ostrożnie. Nie wiedział po czyjej stronie naprawdę gra Buris. Przecież powinienem się domyślić, pomyślał. Gdy wszystko wokół jest w ruchu, nieruchomy obiekt przykuwa wzrok już samą swoją naturą. A wokół mnie był tylko jeden taki obiekt...
Lerszen wspomniał że są elitą - i chyba miał rację. Tylko rzekomo nierozgarnięty Buris nijak nie pasował do tego obrazka. Powinienem się domyślić, powtarzał sobie w myśli, powinienem odgadnąć, choć nawet teraz nie wierzył w to co widział. Czuł się jak ostatni dureń. Nieważne że pod każdym względem działanie Burisa było mu na rękę, tak wtedy gdy Arto ukradł klucz, jak i teraz. Nie interesowało go w jaki sposób udawało się Burisowi przemycać narzędzia na zewnątrz. Liczyło się tylko to że Arto był już w drodze.
- Oto i cała prawda - powiedział, uśmiechając się sztucznie - Nieźle sobie z nas pogrywałeś, Buris. Zwłaszcza ze mnie.
- To nie tak jak myślisz. Zaraza i duszności! - Buris poruszył się niespokojnie - Wiedziałem że przez tę historię z Lerszenem zrobię się nieostrożny. I jeszcze ta twoja wieczna podejrzliwość - spojrzał bacznie na Wilana - Chyba mnie nie wydasz, co? Wciąż mam dość dowodów by cię wsadzić, nawet jeśli statek przestał cię interesować.
- Zależy co mi powiesz - stwierdził ostrożnie - Jak ci się udawało, przez tyle lat?
- Dzięki resztkom dawnej czujności i odpowiedniemu sprzętowi - wskazał na korytarz wyjściowy - Jedna z tamtych zabawek przegania automaty, druga wykrywa ruch.
- Niewiele by ci to pomogło, gdyby ktoś tu wszedł, chyba że potrafiłbyś zniknąć.
- Zniknąć? - i Buris nagle zniknął. Nie poruszył się, po prostu znikł Wilanowi z oczu.
Kamuflaż optyczny! Wilan rozejrzał się po pomieszczeniu. Były tu perceptory, choć teraz nieczynne, lecz one nie potrafiły wykryć emisji energii. Tak było w całej stoczni. Maszyny wytwarzały dość własnego pola by oślepić każde takie urządzenie. Jeśli kiedykolwiek chciał mieć pewność że nikt i nic go nie zobaczy, uzyskał ją teraz. Zefred osobiście odłączył perceptory w magazynie od sieci, Buris też musiał się zabezpieczyć, a gdyby tego było mało, sześcianik kolonisty zakłócał ich pracę. Ciekawe czy Buris miał przy sobie podobny?
Buris pojawił się w tym samym miejscu w którym siedział wcześniej.
- Wiem kiedy przegrywam. Gdybyś sam nie korzystał z podobnych zabawek, nigdy byś mnie nie znalazł. Dla kogo pracujesz? Kosa, Protektorzy?
- Tylko dla siebie. Myślałem że znasz mnie choć na tyle. A może twoja paranoja nie pozwala ci uwierzyć że mogę nie mieć z nimi nic wspólnego?
- Dla siebie, ech? - spojrzał nieufnie - Jeśli tak, powinieneś mnie puścić.
- Pracuję dla siebie, lecz nie jestem sam. Przekonaj mnie że nie zaufałem niewłaściwej osobie. Dla kogo ty pracujesz?
- Jeszcze się nie domyśliłeś? - zdziwienie kolonisty zawsze było udawane, lecz Buris chyba aż tak daleko nie zaszedł. Jego uniesione brwi wyglądały bardzo przekonywująco.
Wilan przyznał mu w myśli rację. Był głupi, zaiste był! Powinien na to wpaść dużo, dużo wcześniej, ale aż do teraz nie zwrócił na to uwagi. Buris siedział w tym o wiele głębiej niż myślał po ostrzeżeniach kolonisty. Owszem, czuł że jest z nim coś jest nie tak, lecz gdy zaczął pracować nad statkiem, czuł to wobec każdej osoby. Jego umysł zbyt często wszczynał alarm bez powodu, więc przestał zwracać na niego uwagę.
- Nie wiedziałem że Podziemie ma kogoś w stoczni - stwierdził ironicznie - Nie wiedziałem że jesteśmy aż tacy ważni.
- Myślałeś że Podziemie to tylko żołnierze? Ktoś musi im dostarczać sprzęt i materiały. Drobnica, jak ja. Ktoś, kto wie co robić, umie to i zrobi za niewygórowaną sumkę - uśmiechnął się do siebie, patrząc na swoje stopy - lecz w razie kłopotów nikt nie będzie za nim płakał - uniósł głowę - Wiesz co jest najzabawniejsze? Połowa z tego o co mnie teraz posądzasz to nie moja robota. Te skrzynie - poklepał tę na której siedział - są otwierane gdzieś po drodze. Wiedziałbym, gdyby to działo się tutaj. Czasem brakuje kilka drobiazgów, czasem nie. Co mi tam - machnął ręką - Każdy kradnie jak może. Nie mój problem, jak długo mnie nie złapią i nie oskarżą.
Wilan spojrzał w stronę wejścia. Schował depolaryzator. Ani chciał go używać, ani wierzył by Buris spróbował sztuczek. Każdy miał dość haków na drugiego by to poczuć.
- Dobrze odegrałem swoją rolę, co? - Buris też się uspokoił.
- Byłeś bardzo przekonujący - stwierdził Wilan, zastanawiając się czy kiedykolwiek nauczy się poznawać na ludziach, czy też na zawsze pozostanie beznadziejnym przypadkiem - Co wspólnego miał reaktor, mój reaktor, z twoimi kolegami po fachu? Przeszkadzał przy przemycie? Nie mogłeś od razu wydusić o co ci chodzi?
- I co miałbym powiedzieć? Wil, stary, pamiętam co mówiłeś o Podziemiu, ale widzisz, ja jestem jednym z nich? Nawet ci się nie dziwię. Media od lat wsadzają nas do jednej skrzyni z przestępcami, wywrotowcami i zamachowcami, a ludzie w to wierzą, bo nie chce im się myśleć. Nawet nasi znajomi z innych organizacji wolą wszystko zwalić na nas. W Układzie działa z tuzin różnych dużych organizacji, plus dziesiątki mniejszych, takich co pojawiają się nagle i szybko zostają wyłapane. Ledwie kilka istnieje dłużej niż kilkadziesiąt lat i liczy się naprawdę. Wiedziałeś że Podziemie ma już dwa wieki?
- Ale jak...?
- Taka jest nasza natura. Informujemy ludzi o ciemniej stronie działalności Rządu. Nie podkładamy bomb, nie porywamy ludzi ani statków. Nasze ataki to głównie włamania do komputerów, wykradanie lub niszczenie jakichś rzeczy czy tajnych projektów... Mnie o to nie pytaj. Do tego potrzeba sprzętu. Ja - wskazał kciukiem na siebie - jestem nikim, lecz jest nas wielu i działamy razem. To dlatego jesteśmy najniebezpieczniejsi dla Rządu i dlatego obwinia nas on o wszystko, nawet o plamy na Słońcu.
- Nie jesteście niewinni! Przekazujecie informacje prawdziwym zamachowcom. To wy mówicie im gdzie i jak uderzyć, zdradzacie zabezpieczenia...
- Niektórzy tak robią - Buris kiwnął głową - Czasami dla kolonistów, czasami dla siebie, dla impulsów. Czasem zdarza się coś większego, jak porwanie czy ta historia Argo... lecz tamto to był wypadek. Rząd sam tak to pociągnął, byle tylko nie ustąpić. Tak czy inaczej, wszystko co złe, to wina Podziemia. Nikt nie zastanawia się nad tym skąd się biorą plotki które ludzie z takim przekonaniem powtarzają między sobą. Kto ujawnił że Rząd próbuje rozszerzyć sieć podsłuchową? Politycy? Ha! To my utrzymujemy równowagę między tym co robi Rząd i tym co chcieliby zrobić zwykli ludzie! Nie kreujemy się na zbawców i też popełniamy błędy. Czasami nasze metody nie różnią się wiele od tego co robią Protektorzy, ale trudno robić inaczej gdy ma się takiego wroga.
- I nie wiecie że to przez was są te wszystkie zabezpieczenia? - Wilan z oburzeniem wskazał na najbliższy perceptor, obserwujący ich martwym spojrzeniem swoich analizatorów - Wasze istnienie jest dla Rządu dobrą wymówką by nas śledzić, podsłuchiwać sieć i podglądać gdy tylko jest to możliwe!
Z trudem opanował gniew. Gdyby nie perceptory nie musieliby teraz tańczyć na włóknie, doprowadzając całą operację do końca. Chociaż... kto wie czy Lerszen, kolonista, on sam czy nawet Buris nie byli tylko nieświadomymi narzędziami w tym rzekomym bałaganie?
- Wil, wierz sobie w co chcesz, mi to obojętne - Buris wzruszył ramionami - lecz zastanów się nad tym. Co jeśli Rząd mógłby nas zniszczyć, w każdej chwili? Co stałoby się z całą tą siecią? Wraz z końcem Podziemia Rząd straciłby wiele wymówek, nie sądzisz? Wiele bym dał by wiedzieć za iloma zamachami stoją sami Protektorzy. Sam mam wątpliwości. Każdy je ma. Trudno ich nie mieć. Co byśmy nie robili, ludzie przywykają do wszystkiego. Nie wierzą, gdy próbujemy ich ostrzec. Nie ufają już nikomu, nawet tym co mówią prawdę. Protestują dopiero wtedy gdy coś zmieni ich życie na gorsze, lecz wtedy jest już za późno. Ich protest jest osamotniony i skazany na porażkę. Póki system jest znośny, póki daje dość swobody by nie widzieć go na co dzień, siedzą w nim cicho i robią co do nich należy. Może poza nielicznymi, ale to wyjątki.
- Jak ty.
- Nie jak ja! - Buris podniósł głos - Właśnie o to chodzi że ja też zacząłem przywykać! Myślisz że dlaczego jestem już tym zmęczony?
- Buris, ty naprawdę masz paranoję - uznał, nie wierząc że sam to powiedział - Czy jest ktoś, ktokolwiek, komu jeszcze ufasz? To twoje... zajęcie...
- Paranoję? - Buris spojrzał na niego dziko - Gdyby nie ja, ci z ochrony już dawno by cię mieli! Nasza wspólna zabawa nieźle mnie ubawiła, ale trzymając cię przy sobie, utrzymując przy grze, kontrolowałem twoje ruchy. Wiedziałem co zamierzasz, wiedziałem co podejrzewasz, nawet gdy mi o tym nie mówiłeś. Cieszyłem się gdy postanowiłeś się wycofać, lecz gra musiała toczyć się dalej, inaczej nabrałbyś podejrzeń. Myślisz że nie widziałem jak mój udawany upór zniechęca cię do powrotu do tego śmiesznego planu? Beze mnie automaty już dawno by coś zwęszyły! Zwłaszcza po historii z Lerszenem.
- Ach, więc teraz jesteś nie tylko bohaterem ludzkości, lecz także moim cichym opiekunem? A Rubio jest pewnie Protektorem...
- Nie traktuj mnie jak głupka! - ryknął Buris. Zerwał się i wycelował palcem w Wilana - Nie wiesz w co się wpakowałeś, więc nie drażnij jedynej osoby, która ci pomaga wyjść z tego cało! Myślisz że Protektorzy tak bardzo są potrzebni do inwigilacji? - zatoczył ręką - Po co, skoro Kosa ma komputer, perceptory i automaty? Jak z nimi wygrasz, agenci Kosy czy Protektorzy stają się najmniejszym problemem. Są ludźmi! Ty nie potrafisz oszukiwać ani jednych, ani drugich. Ja tak - Buris uspokoił się - Gdy mnie podszedłeś... pomyślałem że może już nie jestem tak dobry, ale... - machnął ręką.
Po reakcji Burisa Wilan wiedział jedno - prawda bywa zbyt względna, w rezultacie czego staje się tym w co ktoś wierzy. Buris wierzył właśnie w to, a że dotąd zawsze był o krok przed nim, iż wiedział dość o Lerszenie i potrafił przez lata niepostrzeżenie okradać magazyny stoczni, skutecznie oszukując automaty, Wilan nie miał prawa wątpić że jest głupi czy naiwny. Wiedział też kiedy się wściec. Jego gniew przywrócił Wilanowi rozsądek.
- Dlaczego, Buris?
Buris znów usiadł.
- To... skomplikowane. Nie ty jeden wpadłeś na ten pomysł z gwiazdolotami. My robimy to od dawna. Nie, nie wysyłamy ludzi, tylko wyposażenie. Dobrze odgadłeś, planujemy przemyt, od samego początku. Twój plan mógł narazić nasze przedsięwzięcie. Gdy zacząłeś węszyć... Czułem że coś odkryłeś. Jeśli chodzi o te sprawy, nie jesteś taki głupi jak z początku myślałem. Dlatego... Zamiast czekać aż popełnisz błąd i narobisz zamieszania, wolałem zabrać się za to razem z tobą.
Wilan zacisnął zęby. Nie był pewien czy go udusić, czy stłuc na miazgę pięściami.
- Wcale nie zamierzałeś uciec, czy tak? To całe przedstawienie...
- Wierzyłem że ci się uda! - zaprzeczenie Burisa było dziwnie stanowcze. Ospałość, z jaką mówił i działał na co dzień, gdzieś się ulotniła - Umiesz myśleć i nieźle kombinować. Pomysł był dobry, naprawdę mogłeś... Zrozum. Rodzina... to mój problem. To dobry kamuflaż, lecz... ciężko go utrzymać i nic nie czuć. Liczyłem że nam pozwolą... Przyznaję, z początku nie wierzyłem że to się może udać, ale twoja zabawa w niczym mi nie przeszkadzała. Wiedziałem o wszystkim, od jakichś trzech miesięcy. Ile zauważyłby ktoś wyposażony w odpowiedni sprzęt? Z czasem tak cię to wciągnęło że zacząłeś popełniać błędy. Ktoś mógł to zauważyć, mógł zacząć ci się przyglądać i wtedy by zauważył że ja też coś robię. Problemy były tylko kwestią czasu. Zaczęły się dokładnie wtedy gdy Kosa zaczęła obserwować Lerszena nie tylko poza stocznią, ale także w pracy. Coś musiałem zrobić.
- To była twoja robota? - niemal wysyczał - To ty podłożyłeś bombę?
- Zaraza! Dobrze wiesz że nigdy nie miała wybuchnąć! Liczyłem że się wystraszysz i rzucisz wszystko w kosmos, ale gdzie tam! Wcale cię nie ruszyło, choć to ty ją znalazłeś.
- Naprawdę wierzyłeś że byle bomba skłoni mnie do porzucenia planów? Och, ależ jestem ślepy! Od początku chciałeś w to wrobić Hemula! - wycelował oskarżycielsko palec - Mógł coś zauważyć, więc wholowałeś go w tę bombę! Moja rezygnacja miała być tylko dodatkiem!
Łatwo było Wilanowi wybaczyć mu jego gierki. Robił swoje, starając się nikomu nie zaszkodzić. Lecz tego że oberwało się za to Hemulowi wybaczyć Burisowi nie mógł.
Twarz Burisa stężała; usta ściągnęły się w wąską, prostą linię, oczy zapłonęły gniewem.
- Ofiary są konieczne - wycedził - Ty po prostu nic nie rozumiesz! Nie znasz ludzi, nie wiesz kto... Gdy odszedł, atmosfera w stoczni zaraz się oczyściła! Wszyscy stali się spokojniejsi, podskoczyła wydajność... Wszyscy uwierzyli że jego zaniedbanie umożliwiło podłożenie bomby. Wszyscy tylko nie ty! Gdybym powiedział prawdę, wtedy, zacząłbyś mnie obserwować. Historia z projekcją była dobrym wyjściem. Myśl że mam na ciebie haka skupiła twoją uwagę na mnie i nie pozwoliła szaleć.
Miał rację. Wilan potrafił być podejrzliwy. Od dziś nawet wobec własnego dziecka.
- Gdyby nie to, pewnie już byś siedział - ciągnął Buris - Nie wiedziałeś za co się zabrałeś!
- Chroniąc mnie, chroniłeś własny tyłek - podsumował.
- Z początku. Potem... Może się uśmiejesz, ale potem uwierzyłem że to się może udać. Pomyślałem... Skoro przerzucamy towar, to dlaczego nie ludzi? Wtedy... wtedy moje kłamstwo stało się prawdą. Nie wiem czy jeszcze wierzę w to co robię, czy robię to z przyzwyczajenia i dla korzyści. Brzmi to dość egoistycznie, wiem, lecz takie jest życie. Takie się staje, prędzej czy później.
- Więc co się stało? - spytał, nie rozumiejąc - Dlaczego...?
- Dlaczego zabronili mi cię stąd wypuścić? Zdecydowali tak gdy po stoczni nagle zaczęły latać automaty. Przez Lerszena - machnął ręką - Och, już kiedy tu się zjawił wiedziałem że będą problemy. Nie opuściłby tak nagle Ziemi bez powodu, nie po tylu latach. Nie wiem czego tu szuka, ale rozkaz przyszedł z góry i musiałem go wykonać. Lubię cię, naprawdę. Tym gorzej przyszło mi wbijać ci nóż w plecy.
Wilan ledwo się powstrzymał by nie rzucić się na niego i nie zacząć dusić. Poświęcił tyle czasu, tyle ryzykował... Po tym, co przeszedł, po wszystkich wątpliwościach, rezygnacji... i on był temu winien! Chwilę potem przyszło otrzeźwienie. Buris mógł być manipulowany na równi z nim. Może od początku mieli go nie puścić, tylko go o tym nie poinformowali?
Nie tylko ja tu grałem, pomyślał, uspokajając się. To nie moja gra okazała się najpodlejsza. Czy Lerszen także wiedział o przemycie? Buris nie wyglądał na kogoś kto mógł to wiedzieć. Zdawał się nie wiedzieć że Wilan wciąż może opuścić stację.
- Więc stworzyłeś ten problem, tak? By go chronić?
- Nie ja i nie tylko jego. Także siebie. Afera z twoją ucieczką, w połączeniu z kłopotami Lerszena, mogłaby mnie wystawić. Nie martwiło mnie to póki chciałem zabrać się z tobą, dopiero potem... Zresztą, cały czas zostawiałem sobie otwartą śluzę, że może jednak...
- Wspomniałeś o Podziemiu, by w razie czego mieć wiarygodną wymówkę. Wykopałbyś nagle reaktor i komory... a ja, jak ostatni idiota, byłbym ci za to wdzięczny!
- Nie chodziło mi o twoją wdzięczność. Wciąż miałem nadzieję - Buris oparł łokcie na kolanach, złożył dłonie i pokiwał głową - Starałem się ich nakłonić do przemyślenia decyzji, ale nie mogłem złamać rozkazu. Ujawnienie twojego zamówienia było dla mnie jasnym znakiem. Ty byś tego nie zrozumiał. Podziemie, to prawdziwe, wybiera tylko takich ludzi których odpowiedzialność i poświęcenie nie budzą wątpliwości. To nawet rodzaj zaszczytu - uśmiechnął się ze smutkiem - Przykro mi, Wil, lecz oni potrzebują tego statku. Ja sam nie miałbym nic przeciwko, lecz ładunek... Części mogą zniknąć po cichu, lecz z ludźmi tak się nie da, zwłaszcza z całą rodziną. Wy dotarlibyście do celu i uciekli bez problemu, lecz po zatrzymaniu statku przepadłby cały ładunek, a tu, na Ziemi, zaczęłoby się śledztwo. Nawet nie wiesz jak bardzo jest on cenny dla tych którzy na niego czekają. Być może tak cenny, że Kosiarze woleliby rozwalić cały statek, gdyby tylko się dowiedzieli.
Domyślał się jego ceny. Przemyt... Gotów był się założyć o powodzenie ucieczki że z części, jakie polecą tym statkiem na Absolom, złożą broń lub narzędzia potrzebne do jego własnej pracy. Zefred nigdy nie mówił gdzie osiądą, mówił tylko o kolonii do której miał dotrzeć statek, lecz Wilan był pewien że to tam jest ich ostatnia przystań. Zresztą, nawet jeśli się mylił, nie mógł i nie chciał niczego zmienić. To były wyższe racje, dobro jednostki przeciwko dobru ludzkości.
- To nie byłem ja, jeśli to cię pocieszy - Buris rozłożył ramiona i wstał - Ja tylko miałem się do ciebie przykleić i uważać byś nie narobił kłopotów. To inni zadecydowali. Nie czułem się z tym dobrze wtedy i nie czuje się z tym dobrze teraz. Wiedziałem że muszę cię tu zatrzymać, ale... są rzeczy ważniejsze niż ucieczka kilku osób. Czy wiesz że... - urwał.
- Wiem co? Jesteś tak lojalny Podziemiu że na ich rozkaz zniszczyłeś mój plan!
Buris nie odpowiedział. Zachowywał się jakby naprawdę żałował tego co się stało. Podziemie Podziemiem, lecz to trwało lata. Nic dziwnego że zaczął się sypać.
- Więc masz mnie, jak na talerzu - powiedział po chwili Buris - Wiesz wszystko. Co teraz?
Dobre pytanie. Obecność Burisa krzyżowała jego plan. Z drugiej strony, Buris, gdyby chciał, mógłby się go już dawno pozbyć, lecz czekał. Ocalił jego skórę i rodzinę. Do śluzy z Zefredem! Czas przerwać krąg podejrzeń i oskarżeń i zacząć rewanż.
- Zastanawiam się czy masz w sobie dość przyzwoitości by mi pomóc bez pytania swoich przełożonych o zdanie. Jeśli nie mi, to chociaż Lerszenowi. To, zdaję się, wasz bohater.
- Lerszenowi? - Buris spojrzał na niego, zaskoczony - A co on...?
- Ach, więc teraz to ty nic nie wiesz!
Buris długo się wahał. Uważnie przyglądał się Wilanowi, jakby sprawdzał czy wie o czym mówi. Wilan robił to samo, w tym samym celu.
- Może myślisz że jako Podziemiowiec wiem o wszystkim co się dzieje na stacji - odezwał się w końcu - Nic z tego. Przełożeni mówią mi tylko tyle ile uznają za konieczne i ani słowa więcej. To na wypadek wpadki i neuroskanu. Takie czasy, nawet trupa zmuszą do mówienia. Jednak... Słyszałem plotki. Jedni mówili że Lerszen ma wrócić do pracy, ale jak? Jest spalony! Zaczynają go obserwować gdy tylko przekroczy próg drzwi swojego domu. Więc, tak sobie pomyślałem... Może ktoś chce zabrać go w gwiazdy? Wiesz coś o tym?
- Wierzysz że powiedziałbym ci cokolwiek, po tym wszystkim? - tym razem Wilan wolał zastosować się do rady kolonisty - Sprawa jest prosta. W twoim i waszym interesie jest by mi pomóc. Muszę coś zrobić. Jeśli mi się nie uda, na pewno mnie zeskanują, lecz wtedy i bez niego dopilnuję by ten statek nigdzie nie poleciał. Żadnych pytań, masz robić co ci każę. A na wypadek gdybyś czegoś próbował - spojrzał znacząco na schowaną niedoszłą broń - uprzedzam że są ludzie którzy wiedzą gdzie jestem i co zamierzam zrobić.
Buris chwilę siedział w milczeniu.
- Więc co mam zrobić? - spytał, wstając.

* * *

Arto podczołgał się do kratki, ciągnąc za sobą pusty plecak. Spojrzał na zegarek. Tłumaczenie Iwenowi co ma robić trwało tak długo że spóźnił się na zaplanowane okno między impulsami. W dodatku musiał upewnić się czy nikt go nie śledził. Teraz, bardziej niż kiedykolwiek, nie ufał nikomu i niczemu.
Ostrożnie wyjrzał na zewnątrz. Poustawiane w pobliżu skrzynie ograniczały jego widoczność, lecz także zasłaniały przed ciekawskimi spojrzeniami ludzi z głębi stoczni. Na dole nikogo nie było. Postanowił czekać, wierząc że ojciec spróbuje jeszcze raz. Odczepił zaczepy kratki, lecz pozostawił ją na swoim miejscu.
Leżał tak kilkanaście minut, coraz bardziej obawiając się najgorszego. Nawet nie dostrzegł gdy jego oddech stał się płytki i urywany.
- Hej, chłopcze! - drgnął, zaskoczony i zdezorientowany. Nieznajomy, dochodzący znikąd głos sprawił że uderzył głową w szyb. Nie odpowiedział. Myślał tylko o tym że coś poszło nie tak. Słyszał o niewidzialnym przebraniu i o tym że zwykle używało go Podziemie i Protektorzy, a już na pewno nie jego ojciec. Cofnął się, ostrożnie szukając zza kraty tego kto go wołał. Na dole nikogo nie było.
Nagle na jego oczach między skrzyniami pojawił się potężnie zbudowany dorosły. Arto nie raz widział go kręcącego się po stoczni; pracował tu, lecz to było wszystko co o nim wiedział. Cofnął się bardziej, kryjąc się w szybie, lecz nieznajomy patrzył prosto do jego wnętrza.
- Chłopcze, jesteś tam? - mężczyzna podszedł bliżej, ciągle gapiąc się na kratkę wentylacyjną - Na zarazę, nie mam czasu na zabawę! Nie jestem z Kosy. Przysłał mnie Wilan, twój ojciec. Pracujemy razem. Mam jego identyfikator. Widzisz?
Mężczyzna wyciągnął rękę w stronę szybu, tak by z jego wnętrza wyraźnie było widać trzymany w niej przedmiot. Mówił prawdę, to był identyfikator ojca, lecz mógł go zdobyć na różne sposoby. Ukrywanie się i tak nie miało sensu. Arto zbliżył się do kratki, pozwalając by nieznajomy go zobaczył. Teraz dostrzegł że trzymał on w drugiej ręce jakąś dużą paczkę.
- Potrafi to pan udowodnić?
- Zaraza, nie! Niby jak miałbym to zrobić?
- Gdzie jest mój ojciec? - spytał podejrzliwie.
- Został w składziku. Nie potrafi pracować, gdy nie widzi swoich rąk ani nóg - mężczyzna uśmiechnął się. Uniósł pakunek - To dla ciebie. Nie bój się, w stoczni nie ma czujników.
Arto pozostał niespokojny i nieufny, lecz uniósł kratkę i opuścił na dół wolny koniec włókna. Chwilę potem ciągnął w górę ciężki pakunek, odkrywając iż jest on zbyt duży by przenieść go przez kanał za jednym razem.
- Mam ci przekazać byś zaniósł to prosto do Lerszena - powiedział mężczyzna - Rozumiesz? Uważaj co z tym robisz. Większość z tych rzeczy nigdy nie powinna się znaleźć poza stocznią. Są bardziej niebezpieczne niż broń.
Kiwnął szybko głową. Mężczyzna zniknął. Arto wystraszył się że odejdzie.
- Potrzebny mi jeszcze jeden klucz! - zawołał trochę zbyt głośno - To bardzo ważne!
- Klucz?! Niech mnie, jeśli wiem co kombinujecie - mężczyzna się nie pojawił - Zaczekaj!
Arto zamknął kratkę. Pakunek okazał się być workiem pełnym szczelnie owiniętych narzędzi, łatwych do podzielenia na dwie porcje. Odwiązał włókno. I tak musiał czekać nim kanał ostygnie po kolejnym impulsie.
Leżał już kilka minut gdy jego uszu dobiegło ciche piśniecie. Ściągnął rękaw koszulki, odsłaniając przypiętą do ramienia maskę. Jedno ze światełek migotaniem potwierdzało odebranie sygnału. Odetchnął z ulgą. System nie mógł tak szybko wysłać kolejnego impulsu, zatem nie wywołał go w drodze przez kanał i nie wywoła gdy wkrótce znów do niego wejdzie. Miał czas by się ze wszystkim bezpiecznie wyrobić.
Nieznajomy zjawił się równie nagle jak za pierwszym razem. Arto bez słowa opuścił włókno i wciągnął dodatkowe zawiniątko.
- Ojciec nie był zachwycony - ostrzegł mężczyzna - Teraz już idź. Masz na siebie uważać.
Dopiero teraz uwierzył że nieznajomy naprawdę pomaga ojcu. Ile razy by mu tego nie tłumaczył, dla niego nie liczyło się że nie robił tego po raz pierwszy.
- Niech pan mu powie że wszystko jest w porządku - odpowiedział nim się wycofał.

* * *

Iwen chodził już parę dobrych godzin po promenadzie, z nadajnikiem maski ukrytym pod rękawem. Choć starał się zachowywać swobodnie nie potrafił powstrzymać się od ciągłego gapienia się naokoło. Za bardzo bał się że ktoś ukradnie mu sam nadajnik.
Jak dotąd tarcza na pasku odezwała się tylko raz. To był dobry znak. Zasadę działania maski zrozumiał lepiej niż Arto, jednak jego przeciągająca się nieobecność zaczęła go niepokoić. Pamiętał ile trwa jeden impuls. Arto powinien już wrócić, chyba że coś go zatrzymało. Jeśli automaty zaczną go szukać, myślał, nawet maska mu nie pomoże. A jeśli...
Stał przy szybie, lecz tym razem nie patrzył się na Ziemię. Oparł się o nią plecami, nasłuchując i wypatrując Arto. Mijali go różni przechodnie. Wśród nich było wielu starszych chłopców. Nie zwracał na nich uwagi, aż do chwili gdy w jednym z nich, stojącym kilkadziesiąt metrów dalej, rozpoznał kogoś kogo już widział, kogoś ze szkoły.
Nie oszukiwał się. Prawdopodobnie nie mieli już przyjaciół. Wróg, czy ktoś neutralny? Rozejrzał się, dostrzegając dwie kolejne znajome twarze. Patrzyli na niego, nie tylko oni, lecz tych kilku innych nie rozpoznawał.
Znaleźli go.
Siląc się na spokój, nieśpiesznie odszedł od szyby. Minął pas zieleni, kierując się w stronę tłumu, wędrującego po przeciwnej stronie gigantycznego korytarza. Skrył się za roślinami i odwrócił, patrząc zza liści czy tamci idą za nim. Szli, co więcej, od boku zbliżała się para kolejnych nieznajomych starszaków.
Wmieszał się w grupkę przechodzących przy witrynach kolonistów, próbując niepostrzeżenie wejść do któregoś ze sklepów czy jakiejś sali. Dorośli nie zwracali uwagi na dzieci, lecz to równie dobrze ułatwiało ucieczkę jak i pościg. Przez chwilę miał wrażenie że widzi Anhela, lecz nie był do końca pewny czy to był naprawdę on. Pochylił się i podbiegł do przodu, próbując zgubić napastników, lecz gdy się odwrócił, tamci wciąż patrzyli w jego stronę. Byli zbyt dobrzy.
Kluczył jak tylko mógł, zastanawiając się czy dorośli jakoś nie zareagują, by w końcu zrozumieć że dla nich wygląda to na kolejną dziecięcą zabawę. Nikt mu nie pomoże, dopóki nie zaczną go bić, a tego chciał uniknąć. Był pewien że nie odważą się zabić go tutaj, wśród ludzi, lecz Anhelo mógł już wymyślić coś nowego, jakiś sposób by go gdzieś zawlec.
Jego strach rósł w miarę skracania się odległości do starszaków. W końcu osaczyli go pod ścianą. Gdzie by się nie ruszył, wpadłby na któregoś z nich. Zamarł, przerażony. Tamci byli już blisko. Teraz wyraźnie widział Anhela, z jego rozszerzającym się, nienawistnym uśmiechem. Już prawie go mieli, gdy nagle satysfakcja znikła z twarzy Anhela, niczym zdmuchnięta przez słoneczną erupcję, ustępując miejsca grymasowi nienawiści. Jego towarzysze cofnęli się i znikli w tłumie. Anhelo pozostał dłużej, rozglądając się na boki. Idąc za jego wzrokiem, Iwen zaczął szukać przyczyny zmiany jego nastawienia. Kręcąca się w pobliżu grupka Azjatów rozglądała się wokół, niby przypadkowo, lecz patrzyli wszędzie, tylko nie na niego. Kilku zbliżyło się leniwie, ostentacyjnie gapiąc się na Anhela. Starszak wycofał się dopiero gdy dzieliło go od nich ledwie kilkanaście metrów.
Odetchnął, uspokojony. Nie wiedział co się dzieje, rozumiał tylko że mają obrońców.
- Wróciłem - kilkanaście minut później znajomy głos zabrzmiał w tkwiącej w jego uchu słuchawce - Wyłącz maskę i wracaj domu.
Nie mógł odpowiedzieć. By nie zwracać na siebie uwagi nie nakleił mikrofonu. Rozejrzał się, licząc że Arto jest gdzieś blisko, lecz mógł być równie dobrze w sklepie obok jak i pół kilometra dalej i kilka sekcji wyżej.
Wciąż czujny, udał się prosto ku najbliższej windzie. Kilku Azjatów ruszyło jego śladem.

* * *

Lerszen ostrożnie wyjmował pakunki z plecaka, jeden po drugim, niczym granaty. Ważył je w ręce, wodząc wolną dłonią po ich powierzchni, szukając znajomych kształtów. Wiedział co jest w środku bez rozpakowywania. Ułożył je na stole, jeden przy drugim. Wreszcie usiadł. Odkąd przyszli na minutę nie włączył zagłuszania, co przyprawiało Arto o dreszcz niepokoju.
- Wiele ryzykowałeś, Arto - odezwał się po dłuższej chwili - Szkoda że nadaremnie.
- Ale to nasza jedyna szansa! - zawołał, nie rozumiejąc - Przecież pan to potrafi!
- Nie w tym rzecz co potrafię lecz w tym co jestem w stanie zrobić. Potrzebuję komory ekranującej. Do swojej się nie dostanę, a bez niej nie wyciągnę ani jednej szpili!
- A zakłócanie? - spytał Iwen.
- Jeśli pozostawię to włączone, mały, za godzinę pojawi się u nas banda ponurych urzędasów gotowa zdemolować nam mieszkanie. Oni tylko czekają na okazję - wskazał na pakunki -Potrzebuję kilku godzin i spokojnego miejsca. Bez komory, jak tylko je odwinę...
- Chodzi o ekranowanie? - Arto spytał z przejęciem - Mogę pomóc! Znam miejsce gdzie można bezpiecznie odsłonić każdą pluskwę! Mogę nawet ogłupić automaty...
- Co to za miejsce?
- Osłona reaktora, całkiem niedaleko!
- Nie mamy wielkiego wyboru - Lerszen jednym ruchem ręki zagarnął pakunki do plecaka -Ty prowadzisz. Ty - wskazał palcem na syna - zostajesz tutaj. Bez dyskusji - rzucił plecak Arto - Automatami sam się zajmę.

* * *

Nawet dla niego kryjówka była ciasna i niewygodna, lecz Lerszen zdawał się być przyzwyczajony do pracy w ograniczonej przestrzeni. Sprawnie umocował lampę, rozłożył wokół narzędzia oraz przyrządy i zabrał się do pracy. Arto obserwował w przygaszonym świetle jak rozwija pierwszy kokon. Zawierał niepozornie wyglądający, podłużny przyrząd, z niewielką rękojeścią, przechodzącą w talerz wielkości dłoni.
- To jest dyfuzytor? - spytał.
- Oto on. Bardzo niebezpieczny w niewłaściwych rękach.
- Mogę zostać?
- Wolałbym nie - Lerszen położył przyrząd na prostokątnej, srebrzystej podstawce - Ale jeśli naprawdę musisz...
Więc został. Na usta cisnęło mu się wiele pytań, lecz milczał. Obserwował jak z pomocą pary haczyków Lerszen zdjął obudowę przyrządu, odsłaniając wnętrze zalane błękitną poświatą jakiegoś pola. Jego ruchy były pewne i precyzyjne. A jednak... Tak wiele zależało od jednego dorosłego. Dla Arto była to bardzo niepokojąca myśl.
Lerszen odłożył haczyki i boczną część obudowy. Końcówką czegoś w rodzaju szpikulca dotknął punktu na wewnętrznej części obudowy. Poświata przygasła i znikła. Lerszen odłożył narzędzie. Zaczepił Arto wzrokiem.
- Nienajlepsze uczucie, nie wiedzieć co się dzieje, co? - spytał - Miałem to przez wiele lat.
To jedno ich łączyło. Na pewnym etapie życia obaj spostrzegli że otaczający ich świat i ludzie nie zawsze wyglądają na takich jakim starają się wyglądać. Rzecz której nie można zmienić, można się tylko pogodzić - lub popaść w paranoję.
- Ale w końcu pan zrozumiał?
- W końcu tak. I wcale nie było mi z tym dobrze. Wolałem nie wiedzieć, lecz było za późno.
- A teraz?
- Teraz jest tak samo jak wtedy, poza tym że ludzie nie lubią gdy mówię co wiem. Cena za szczerość - wykrzywił się w grymasie uśmiechu.
Wziął do ręki coś co wyglądało jak pierścień z doczepionymi długimi drutami. Rozłożył je na boki i unieruchomił zatrzaskami. Powstały czwórnóg ustawił nad przyrządem. Sięgnął po szczypczyki, ostrożnie zbliżył je do wnętrza urządzenia i zacisnął. Końcówki szczypczyków zetknęły się, tworząc iskierkę światła. Lerszen zagłębił je we wnętrzu przyrządu, zacisnął i lekko pociągnął, wydobywając pluskwę.
Była duża, na oko ze trzy razy większa od tej z magazynu. Z tłumionym niepokojem Arto obserwował jak Lerszen przenosi ją na kawałek przygotowanej folii ekranującej. Obawiał się pluskiew, jak każdy, lecz wiedział że aby je kontrolować, musi najpierw nauczyć się panować nad własnymi lękami. Lerszen musiał dobrze rozumieć tę lekcję. Traktował ją jak kolejną część, choć wymagającą starannego traktowania.
Ze zdziwieniem obserwował jak Lerszen rozwinął leżące obok niewielkie zawiniątko. Szczypczykami wydobył z niego inną pluskwę i włożył do wnętrza przyrządu.
- Wymienia pan jedną pluskwę na inną? - spytał, nie wytrzymując z ciekawości.
Lerszen sięgnął szczypczykami do zawiniątka i wydobył kolejną. Sięgnął w jego stronę, gestem dając do zrozumienia by sam się jej przyjrzał. Arto ostrożnie przejął od niego szczypczyki, nie upuszczając trzymanego w nich obiektu.
- To atrapa - wyjaśnił - Samo wyjęcie szpili... po waszemu pluskwy... to tylko część zadania. Narzędzia, takie jak dyfuzytor, blokują się automatycznie gdy poczują że coś jest nie tak.
Zupełnie jak moja pluskwa, pomyślał, patrząc z bliska na atrapę. Słabe światło kryło jej większą część w cieniu. Próbując przyjrzeć się jej całej, poruszał szczypczykami, oświetlając ją ze wszystkich stron.
- Najpierw musiałem zmostkować pole przekaźnikowe, by ogłupić wewnętrzne układy kontroli - Lerszen dotknął szpikulcem wnętrza przyrządu. Poświata znów zajaśniała delikatnym blaskiem - Szczypczyki, które trzymasz, wysyłają przy zaciśnięciu impuls szokowy, ogłuszający prawdziwą szpilę. Pozwalają ją usunąć, lecz bez niej dyfuzytor pozostałby bezużyteczny - odstawił czwórnóg i zakrył wnętrze obudową - Atrapa jest szpilą ze zmodyfikowanymi układami lokalizatora. Udaje że łączy się z systemem i potwierdza że wszystko jest w porządku.
Zupełnie jak maska, pomyślał, wciąż przypatrując się atrapie, albo nauczyciel w szkole.
- Mógłby pan... zamienić moją pluskwę na jedną z tych? Proszę, wytrzymam! To żaden problem, niech tylko...
Lerszen położył dłoń na jego barku i mocno uścisnął.
- Nie wątpię, nie wątpię - powiedział uspokajająco - Nikt nie lubi nosić obroży ze smyczą. Widzisz... To nie pomoże. Szpila wewnątrz narzędzi służy do ich odnajdywania, zabezpiecza je przed wyniesieniem z pracy. Twój lokalizator ma cię pilnować, sprawić by system wiedział że wciąż tu jesteś. Nie oszukasz go w ten sposób.
Arto spuścił głowę. Dobrze było pomarzyć. Może później, gdy uciekną...
- Interesuje cię elektronika? Mógłbym cię poduczyć. Mówią że jesteś zdolny.
- Jeszcze nie wiem czym się zajmę - nagle ogarnął go smutek. Oddał szczypczyki Lerszenowi. Czym mógłby się zająć, po takiej szkole? Rozumiał wyjaśnienia Lerszena, lecz czy to znaczyło że ma talent? I do czego?
- Można jakoś unieruchomić pluskwę z narzędzi bez jej wyjmowania? Rozkodować, nie wiem...
- Można to zrobić, lecz musisz znać kod danego urządzenia. Nie mamy czasu by rozpracować każdą szpilę z osobna. Zresztą, nigdy nie wiadomo co jeszcze drzemie w tym małym diabelstwie.
- Czy w szkołach na dole uczą takich rzeczy? Czy chodził pan do... takiej szkoły?
- Takiej jak twoja? Nie, mój mały, ale swoje przeszedłem. Zajmując się pewnymi rzeczami odpowiednią wiedzę zbierasz gdzieś po drodze, nie wiedząc kiedy i gdzie. Twoją szkołę znam jedynie z suchych raportów. Nigdy tam nie byłem. Nawet rząd nie wie o wszystkim co się u was dzieje. Trzyma to w tajemnicy i korzysta z tego, reszta ich nie interesuje.
- Więc skąd, jak...?
- Gdzie istnieje przymus, tam istnieje i opór. Zaś opór jest najskuteczniejszy gdy opiera się na szantażu. Nie wiedzieliśmy o niczym. Te informacje same to nas trafiły. Wtedy zrozumiałem o co w tym chodzi i wycofałem się. To walka w której wy cierpicie najwięcej. Istnienie szkół każdemu jest na rękę. Nikt ich nigdy nie chciał zniszczyć i nikt tego nigdy nie zrobi. Wszyscy liczą że po opuszczeniu fabryki żołnierzy wybierzecie właśnie ich stronę.
- A rodzice? Zwykli dorośli?
- Tak... oni mogliby chcieć... lecz nigdy się nie dowiedzą. Odwracają głowę gdy tylko zaczynasz do nich mówić, bo tak jest bezpieczniej. Zwykli dorośli chcą po prostu żyć własnym życiem. Ruszają ich tylko problemy które wzbudzają pierwotny lęk, jak próby podsłuchiwania ich za pomocą waszych lokalizatorów. Kiedyś wierzyłem że mogę to zmienić, lecz odkryłem że tu, w środku, niczego nie da się ruszyć. Otrzymałem od losu swoją część trudów i błędów. Dlatego odchodzę. Tu ledwie garstka ludzi może i próbuje naprawdę coś zmienić. Na zewnątrz ledwie garstka chce by wszystko pozostało tak jak jest. To ważne by trzymać się tego co czujesz, nieważne jakim kosztem.
Sięgając po kolejny przyrząd spojrzał na Arto. Znał to spojrzenie u dorosłych, ale nigdy go nie rozumiał. Na krótko poczuł się jakby Lerszen przejrzał jego umysł.
- Wiedział pan, a jednak nic nie zrobił?
- To taka sama selekcja jak u was. Wy, jeśli mówicie, kończycie w akademii. My za to samo lądujemy w kopalni, lub znikamy.
- Mógł pan uprzedzić Iwena! Byłoby mu łatwiej...
- Ale mi byłoby trudniej. Nie zrozumiesz dlaczego stchórzyłem. Nie potrafisz, tak jak ja nie potrafiłbym Iwenowi wyjaśnić dlaczego mu to robię. Nie martw się - w głosie Lerszena zabrzmiała nuta determinacji - Pewne rzeczy muszą się skończyć.

Reszta pracy przebiegała w milczeniu. Arto chciał odejść, lecz został. Lerszen stał się dla niego uzupełnieniem Zefreda - mógł mu zaufać. Stosik pluskiew rósł szybko. Na koniec Lerszen zawinął je razem w folię i ukrył w zanadrzu, jakby chował identyfikator.
- Szpil pozbędę się sam - zebrał swoje narzędzia - Zabierz dyfuzytory i wracaj do domu, zanim ktoś coś zauważy. Są czyste. Oddaj je ojcu. Pamiętaj, musi je schować poza domem.
- Nie będą bezpieczniejsze u pana? Jeśli jesteśmy obserwowani...
- Nasz towarzysz z gwiazd na pewno nauczył go jak sobie poradzić z takimi drobiazgami. W razie kłopotów to my jako pierwsi trafimy za plaszkło.
- Więc może zostawić je tutaj...?
- Zaryzykujesz? Kosa może odkryć że tu byłem.
Arto kiwnął głową. Podniósł odłożoną na bok parę pakunków i wyczołgał się do wentylacji.

* * * * *

Wieczór zbliżał się przeraźliwie wolno. Czas dłużył się tym silniej iż nie miał co robić, choć wokół działy się rzeczy decydujące dla jego losu. Arto mógł jedynie czekać na sygnał który zezwoli mu pchnąć zdarzenia o jeden krok naprzód. Bezsilny rodzaj czekania był najgorszy; od paru godzin podniecenie pchało go do działania, podczas gdy zdrowy rozsądek powtarzał z uporem metronomu że nic więcej nie może zrobić.
Iwen miał go zawiadomić gdy tylko dostanie kartę dla jego ojca. Miał mu ją przekazać. Po drodze Arto zamierzał spotkać się z Zemem. Starał się wczuć w tę nową dla niego grę, toczącą się poza szkołą, między buntownikami i kolonistami a Rządem i jego sługusami. Przekazanie klucza Zemowi miało odwrócić uwagę władców gry od spotkania z Iwenem. Planowanie obu rzeczy pomagało mu zabić napięcie. Nie na długo.
Próbował siedzieć - nie pomagało. Próbował zająć się czymś na konsoli. Wyciągnął się na łóżku, próbując się zrelaksować - nic nie pomagało. Jak długo ta wyssana Rossie będzie się włóczyć po stacji? Dlaczego, na kosmos, nie wraca prosto do domu? Coś się stało...? W desperacji zaczął liczyć sekundy, lecz cyfry zegara zmieniały się tak wolno... Brakowało tylko by zaczął odliczać wstecz! Nigdy wcześniej nie był tak roztrzęsiony, nawet gdy pierwszy raz wlazł do kanału. Wtedy mógł działać. Teraz musiał czekać. Nienawidził gdy sprawy toczyły się bez jego udziału.
Był już bliski walenia głową w plastalową ścianę gdy ogarnęło go uczucie iż coś jest nie tak. Wierzył swoim uczuciom. jego umysł nie raz dostrzegał szczegóły pominięte przez świadomość; szkoła wyostrzyła jego zmysł podświadomej analizy niemal do granicy za którą rozciągał się już tylko ciągły, uporczywy i nieustający paranoiczny lęk przed wszystkim i wszystkimi. Lecz dlaczego teraz, dlaczego w domu? Czy to przez zegar?
Przyjrzał mu się, nie zmieniając pozycji. Uczucie wzmocniło się; był na dobrym tropie. Uważnie rozejrzał się po pokoju. Rzadko kiedy coś przestawiał; potrafił odnaleźć każdą ze swoich rzeczy na żądanie, zanim uświadamiał sobie że jej szuka. Tym łatwiej odkrył drobne zmiany w otoczeniu. O milimetr przesunięte biurko, zegar i lustro również wydały mu się poruszone, tak jak przyczepiona na suficie lampa. Ktoś ją ruszył, odczepił i przyczepił ponownie, prawie niezauważalnie zmieniając grę cieni na znajomych meblach. Ktoś grzebał w jego pokoju, starając się zostawić go takim jakim go zastał - już sama dbałość o szczegóły była ostrzeżeniem - lecz tylko ktoś kto znał to miejsce na wylot mógł ustawić wszystko tak jak naprawdę być powinno. Szukał czegoś, a może coś ukrył?
Byli obserwowani. Nielegalnie. Chwilę leżał, zastanawiając się nad odkryciem, nie zdając sobie sprawy że uruchomiony przez poczucie zagrożenia, niezależny od jego woli mechanizm przygotowuje jego ciało do działania. Mięśnie rozluźniły się, umysł skupił się na zadaniu, zapominając o mękach oczekiwania. Wstał powoli, podszedł do biurka i zaczął grzebać w swoich rzeczach, udając że czegoś szuka. Urządzenie zagłuszające było na miejscu, lecz stracił do niego zaufanie. Nie miał pewności czy niechciani goście go nie unieczynnili, lub gorzej, nie zapluskwili, zamieniając na urządzenie naprowadzające. Nie mógł go zbadać - robiąc to ogłosiłby szpiegom że coś zauważył. Pozostały mu tylko własne zmysły.
Weszli na jego terytorium, zamienili jego mieszkanie na strefę wojny! Ich sekretna obecność zbrukała ostatnie miejsce w którym czuł się bezpieczny, niszcząc jego zaufanie do własnych przyrządów. Pożałował że nigdy nie założył własnych czujników, lecz aż do dziś nie miał ku temu powodów. Rodzice szanowali jego prywatność, nie wiedział o władcach gry, nie wierzył że nawet Kosiarze mogą posunąć się tak daleko. Sam na co dzień oszukiwał czujniki dorosłych - mógłby liczyć że jego własne okażą się lepsze?
Wyszedł z pokoju. Jego serce pracowało normalnym, spokojnym rytmem. Starając się zachowywać naturalnie, obszedł całe mieszkanie. Takich szczegółów było więcej, choć był pewien że rano wszystko było normalnie.
Teraz wiedział że tamci wiedzą. Dlaczego więc ich nie zamknęli? Widocznie nie wiedzieli wszystkiego. Nie miał wyjścia, musiał zachować wszystko dla siebie. Rodzice nie potrafili udawać, ich zagłuszanie nie było wiele warte - mogli je uszkodzić czy nawet podłożyć coś co nie dało się tak łatwo uciszyć. Wchodząc do ich mieszkania, ich wrogowie pokazali że są gotowi działać. Jak by zareagowali na wiadomość że ich działanie zostało wykryte?

Był w jadalni gdy nadeszła wiadomość. Na dźwięk znajomego sygnału matka nerwowo uaktywniła projektor.
- Do ciebie - oznajmiła, nadaremnie skrywając zdenerwowanie.
Jak gdyby nigdy nic, Arto wyciągnął dłoń do projekcji, przyciągając obraz do siebie. Nie zwracająca na siebie uwagi niewinna wiadomość była zawczasu umówionym sygnałem. Potwierdził odbiór i wywołał adres domowej konsoli Zema.
"To co ostatnio tam gdzie ostatnio mam mało czasu" - napisał. Niemal natychmiast sieć potwierdziła odbiór. Nie oczekiwał odpowiedzi. Wstał i ruszył do drzwi.
- Wychodzę! - oznajmił naturalnym głosem - Wrócę przed zaciemnieniem.
Szybko sklął się za swój spokój. Powinien udawać napięcie, jeśli nie dla obserwatorów to chociaż dla matki. Czy wypisane na jej twarzy obawy wiązały się z ich nerwową sytuacją, czy z myślami jak dobrze nad sobą panuje? Zbyt doskonały kamuflaż pogłębiał tylko rozdzierającą się między nimi przepaść. Gdyby ojciec był w domu, gdyby spojrzał podobnie... To mogło okazać się czymś ponad jego siły.

* * *

Zem już na niego czekał, wraz ze swoją ochroną. W milczeniu oddał mu klucz.
- Wypełniłeś swoją część umowy - krótko powiedział Zem - Powodzenia.
- Są ważniejsze rzeczy - szybko odpowiedział Arto - Mrówki mają oko. To co widzi trafia do niebezpiecznych osób.
Przeszedł na slang. By taka rozmowa była skuteczna, już w pierwszych zdaniach musiał nawiązać nić zrozumienia, naprowadzić Zema na temat tak by tylko on go zrozumiał.
- Myślałem że w tej sprawie uszło z niego powietrze - aluzja Zema była wyjątkowo udana. Musiał słyszeć o zdarzeniu w łazience.
- Próżnia jest groźniejsza niż brak powietrza - zripostował - Zamiast mieć ją przed oczami, powinien jej zasmakować.
Zem zmarszczył brwi.
- Czujne oko widzi granicę między uchodzącym powietrzem a czystą próżnią. Śluza wie jak regulować jego upływ, nie wypuszczając zbyt wiele.
Slang miał swoje wady. Zem nie rozumiał co Arto miał na myśli. Nie rozumiał że Karros musi mieć wypadek nie dlatego że zrobił to co zrobił, lecz za to kim był i czym miał się stać.
Przymknął oczy. Pewne rzeczy musiały być powiedziane wprost, lecz jak to osiągnąć?
Myślał gorączkowo. Zem czekał. Oni muszą mieć jakiś sposób, uznał, coś co stosują od dawna, język który pozwala im mówić co chcą, bez zgadywania co naprawdę chciała powiedzieć druga osoba. Sposób jednoznacznego porozumiewania się. Nie, to nie mogła być mowa Żółtoskórych. Tego można było się nauczyć i podsłuchać...
Język dłoni... Podszedł do Zema i wyciągnął rękę. Zem podał swoją. Zetknęli dłonie podstawami. Arto wyobraził sobie iż dłoń Zema jest wirtualną klawiaturą. Ułożył kciuk na krawędzi palca wskazującego, starając się wyczuć przestrzenie między stawami. To jak przestawianie płaszczyzn, pomyślał. Człony palców i poduszeczki u ich nasady tworzą klawiaturę, panel cztery na cztery. Położył drugą dłoń na wierzch swojej, zasłaniając palce. Zem docisnął ją swoją dłonią.
"Nie rozumiesz" - Arto począł niezgrabnie wystukiwać swoją wiadomość. Zamknął oczy. Dłoń stała się całym jego ciałem; człony palców Zema były klawiszami, krawędź palca wskazującego stała się przełącznikiem płaszczyzn - "ja i ty jesteśmy tym co chciał dael lecz karros jest tym co chcą władcy szkoły".
Przerwał, czując że gubi rytm i wyczucie. Latami pisał na klawiaturze z taką samą swobodą z jaką wciągał powietrze do płuc, lecz bez pomocy wzroku, zdany jedynie na dotyk, nie potrafił skutecznie przełożyć swojej wprawy, choć było to ledwie nowe zastosowanie już opanowanych umiejętności.
"Zrozum jeśli szkoła ma pozostać taka jak jest jeśli nie ma się pogorszyć on musi zginąć i wszyscy jemu podobni znam go za kilka lat będzie gorszy niż anhelo niż dziesięciu anhelów ale to musi wyglądać na wypadek nawet dla władców gry inaczej spróbują ponownie ale tym razem usuną i ciebie i anhela i nawet pilpa wyjmą wszystkich którzy mają związek z daelem".
Skończył. Odetchnął. Otworzył oczy.
Po raz pierwszy dostrzegł na twarzy Zema cień zaskoczenia. Z zażenowaniem, ostrożnie wysunął dłoń z jego dłoni. Zem bezwiednie opuścił ręce. Nie patrzył na Arto. Patrzył w głąb siebie. Myślał. Minęła długa chwila nim poruszył głową. Spojrzał na Arto.
- Jesteś pewien? Skąd wiesz?
- Po prostu wiem. Widziałem znaki. To nie tylko tu, u nas. Inne szkoły też. Na razie jest nieostrożny i niedoświadczony. Sam możesz to zobaczyć. Umowy z nim są niebezpieczne. Zbyt często bierze w nich udział ktoś jeszcze.
- Jeżeli to prawda... - Zem kiwnął głową - To niełatwe zadanie.
- Nie jest aż tak dobry! - zaprotestował - Wystarczy...
- Nie o nim mówię - przerwał mu Zem - Jesteś za młody by poznać siebie, lecz ja wiem że wykonanie pewnych rzeczy niszczy sprawcę. To jedna z tych rzeczy. Nie mogę stać się jak wy, to by zniszczyło wszystko co... - pokręcił głową, widząc że Arto nie rozumie - Szkoła nastawiła nas w specyficzny sposób. Ominęliśmy wiele granic naturalnych dla zwykłych ludzi. Jeszcze możemy zawrócić. Nie jest to łatwe, gdyż zasmakowaliśmy swobody płynącej z ich przejścia, lecz jest to możliwe. Niestety ta jedna... - złożył dłonie - Póki stoisz przed nią, wszystko jest w porządku. Możesz śnić o jej przekroczeniu, to nic złego. Możesz czuć jak cię pociąga, fascynuje, czuć obiecaną przez nią moc. Możesz chodzić wzdłuż niej, planować gdzie i jak ją przejść, lecz gdy to zrobisz ona zniknie, na zawsze. Nie można za nią wrócić, jak nie można wrócić na rozbity o planetę statek.
To stało się z Anhelem, pomyślał Arto, a ja powiedziałem mu by zrobił to samo...
- Więc tacy jak on mają zostać?
- Jeszcze nie wiem czy się tym zajmę. Być może to zrobię, być może wykorzystam to co wiem by inni zobaczyli to co ty. Są też inne sposoby. Mogę sprawić by cień doświadczonego drzewa przesłonił kiełkujące nasienie.
Doświadczenie przeciwko... Anhelo! Wystarczy by ktoś szepnął o zdarzeniu w łazience...
- Rozumiem. To dobry sposób. Mądry.
- Obyś był równie mądry tam gdziekolwiek się wybierasz, młodszaku.
Zem kiwnął głową i odszedł. Obaj wiedzieli że więcej się nie zobaczą.

Nie od razu pozwolił Iwenowi przekazać kartę. Dopiero gdy uznał że ryzyko jest najmniejsze niewielki przedmiot przeszedł z ręki do ręki, znikając w ukrytej kieszeni. Potem długo spacerowali po promenadzie. Niewiele mówili. Iwen często przystawał i patrzył planetę. Wciąż był rozbity. Obaj winili się za powstałe kłopoty. Sam mógł czuć się winny i wciąż działać, lecz Iwen poddawał się temu, tym mocniej że widział jak Arto pomaga, podczas gdy jemu pozostało tylko siedzieć i czekać. Znał ten typ winy. Cokolwiek by nie powiedział, ono zostanie. Tylko powodzenie akcji mogło go wyleczyć.
- Powinienem sobie odgryźć język gdy to wymyśliłem - powiedział Iwen, jakby czytał w myślach Arto - Nie powinienem cię namawiać. Wiedziałeś lepiej, jak zawsze.
- A ja powinienem sam się odstrzelić za to że się zgodziłem. Jesteśmy tak samo winni.
- Ale to był mój pomysł.
- Nie zgodziłbym się, gdybym w niego nie wierzył. Stało się. Trudno.
Spojrzeli na siebie. Pożegnali się bez słów. Do zobaczenia przy szybie, powiedział w myśli.

Z niecierpliwością wracał do domu. Karta musiała zawierać wyznaczony termin odlotu - nic innego nie przychodziło mu do głowy. Lecz bezpieczeństwo przede wszystkim, myślał, idąc nieśpiesznie. Po drodze zajrzał w kilka miejsc, by jego wyjście było jak najbardziej wiarygodne. Ostatnią rzeczą, na którą chciał by zwrócono uwagę, było spotkanie z Iwenem.
Gdy wrócił, ojciec był już w domu. Niewiarygodne ile się wydarzyło odkąd widzieli się ostatnio. Teraz musieli się śpieszyć. Czas im się kończył. O ile dobrze policzył, miał im się skończyć dokładnie tego rozjaśnienia.
Ojciec niecierpliwie rozkodował wiadomość. Przeczytał ją z niedowierzaniem.
- Dziwne - powiedział - Nie tego oczekiwałem...
- O co chodzi? - spytała ze zdziwieniem matka. Arto poczuł ucisk w gardle że wszystko powie i tamci usłyszą - Problemy?
- Nie wiem... Nie mogę mówić. To nie mój wymysł, tak musi być. Nie wiem dlaczego, ale musi.
Wstał od stołu. Chwilę pokręcił się nerwowo po pokoju, myśląc nad czymś. Na koniec wziął swój identyfikator, po czym wyszedł.

* * * * *

Wilan starał się jak mógł by jego ostatnie dni na stacji wyglądały normalnie. W jego odczuciu wiadomość od kolonisty nie była normalna. Oczekiwał informacji o terminie odlotu, lecz zamiast niej otrzymał polecenie spotkania się w WIR-ze.
Opuścił windę, nieśpiesznie zmierzając w stronę sal terminali, niczym zmęczony pracą człowiek, liczący przed nocą na odrobinę rozrywki w innym świecie. Opłacił sesję i wyciągnął się wygodnie w kokonie. Będąc już w systemie uruchomił swoją ulubioną symulację stromych, skalistych i śnieżnych gór. Chwilę czekał, lecz kolonista się nie zjawiał. By zabić narastający niepokój Wilan wyłączył czucie temperatury i zaczął się wspinać na najbliższy szczyt, jak zawsze, bez asekuracji. Z początku nie przykładał do tego należytej uwagi, wierząc iż Zefred pojawi się lada moment, lecz po kilku odpadnięciach od ściany podświadoma wola rozładowania napięcia wzięła górę.
Oczekiwanie się przedłużało, lecz Wilan zapomniał o wszystkim. Kolonista pojawi się gdy uzna to za stosowne i bezpieczne, jak zawsze. Dwadzieścia minut później liczył się już tylko szczyt, on sam i dzieląca ich wysoka, pionowo opadająca, zamarznięta skalna ściana. Zapomniał o stresie i stoczni. Całkowicie oddany karkołomnej wspinaczce, szybko dotarł do połowy trasy. Zakładał kolejny zaczep na ścianę gdy niewiadomo skąd wokół pojawiły się plastalowe ściany. Otoczyły go, zawirowały i zamknęły w niewielkiej, pozbawionej otworów szczelnej klatce. Pozbawiony uchwytu, padł na podłogę. Wstał, pełen złości. Zmiana była nagła, jego poziom adrenaliny - wysoki. Nie tak odbyło się to poprzednim razem...
Chwilę później zmaterializował się także kolonista. Zignorował czytelną irytację Wilana.
- Mam powody wierzyć iż twój dom został zarażony. Okablowany - przeszedł do rzeczy.
- Jak, kiedy? Bez nakazu, bez...? - myśli Wilana rozleciały się bez składu po jego głowie.
- Nie bądź dzieckiem! - kolonista ofuknął go jak ucznia - To nie dochodzenie kryminalne! Reguły są dobre dla zwykłych przestępców. Ucieczka to zdrada stanu, w takich przypadkach wchodzą kiedy chcą, robią co chcą a gdy skończą, usuwają po sobie wszelkie ślady. Musiałem zmienić wiadomość. Muszę to przekazać ustnie, każdemu z osobna.
- Więc kiedy termin?
- O tym chcę mówić. Nikt inny nie może o tym wiedzieć. Nikt! Chłopiec sam wyczuje ten moment, lecz twoja żona... nie chcę by swoim zachowaniem dała im jakiś sygnał.
Coś o tym wiedział. Robił co mógł lecz w miarę jak zbliżał się termin, w miarę jak rosło napięcie, ich rozpaczliwa normalność stawała się rozpaczliwie nienormalna. Gdyby nie to że ktoś musiał wiedzieć, nawet jemu kolonista nie puściłby powietrza ze śluzy.
- Arto już wie gdzie mamy się spotkać? Ja mam tylko powiedzieć kiedy i pójść za nim?
- Mniej więcej. Termin nie jest ustalony. Akcję zaczniemy podczas jednej z najbliższych nocy. Jutro, pojutrze, w ostateczności dzień później. Wiem, przekraczamy granicę bezpieczeństwa, lecz nie ma na to rady. Ustaliliśmy sygnał. Gdy Alfa będzie podchodzić do dokowania, zasymulujemy awarię dysz plazmowych. Przelecimy tuż obok waszej stoczni i statku. Ruszycie podczas najbliższej nocy.
To był dobry plan. Zbliżający się gwiazdolot na chwilę utraci - rzekomo - kontrolę nad siłą ciągu. Przyciąganie pól magnetycznych przyciągnie go do stacji, kierując w stronę stoczni. Kontrola lotów zacznie szaleć, lecz nie nabierze żadnych podejrzeń. By skompensować utratę spójności strumienia, załoga zwiększy moc cewki, by tym silniej wypchnąć plazmę na zewnątrz. Taki manewr pozwalał relatywnie szybko odzyskać kontrolę nad statkiem, lecz zwiększał też siłę jego pola magnetycznego.
- O której zbiórka?
- Każda z dotychczasowych wiadomości zawierała kod potwierdzający. Po zsumowaniu cyfr, aż do uzyskania liczny jednocyfrowej, otrzymasz godzinę startu operacji. Bądźcie wcześniej na miejscu, lecz nie za wcześnie. Musicie być gotowi. Nie będzie drugiej szansy - kolonista gestem otworzył widoczny tylko dla jego oczu panel kontroli symulacji.
- Nie spodziewasz się że właśnie zaraz po cumowaniu statek będzie najbardziej strzeżony? Zwłaszcza jeśli powiążą nas z...
Ręka kolonisty nieruchomo zawisła w powietrzu.
- Niech się domyślają czego chcą. Choćby głowili się nad tym cały miesiąc, nigdy nie zgadną którędy przerzucimy was na pokład - na jego twarzy zagościł przebiegły uśmieszek - Jeśli ja nie wpadłem na ten pomysł, oni tym bardziej. Nie możemy przedłużać operacji.
- Już i tak tańczymy z czasem na włóknie - mruknął Wilan.
- Nie tylko to. Alfa ma ledwie tyle ładunku by podtrzymać swój kamuflaż przez dobę, może kilka godzin dłużej. Potem fałszywa ładownia opustoszeje. Pamiętaj o urządzeniach. Tylko w razie potrzeby - kolonista zniknął w chwili gdy skończył ruch ręką.
Dziesięć sekund później klatka rozpadła się i rozleciała na wszystkie strony, niknąc Wilanowi z oczu. Znów był na ścianie. Miał ledwie tyle czasu by złapać się umieszczonego wcześniej zaczepu. Uwiesił się go, podciągnął, poprawił chwyt i oparł stopę na niewielkim występie skalnym. Spojrzał w dół, potem w górę. Opuścił głowę. Westchnął ciężko, po czym podciągnął się w górę, z silniejszym niż wcześniej postanowieniem dotarcia na szczyt.

Alan Akab [ akabala@autograf.pl ]


Storytellers 2oo6. Wszelkie prawa zastrzeżone. Oprawa graficzna: aNomaLy


Online Napisz do nas! Ankieta - pomóż nam stworzyć jeszcze lepszy magazyn! Regulamin dla writerów

Spis treści
W górę

Spis treści