Przejdź do spisu treści...

W miejskich podziemiach

Jedna z rozpadlin ziemi, właśnie największa, przewierca ziemię na wskroś od końca do końca. To jest ta, o której Homer powiedział:
"Bardzo daleko; gdzie głębie swe otchłań otwiera bezdenna."
I on, i wielu innych poetów nazywało ją Tartarem. Do tej otchłani spływają wszystkie rzeki i wypływają z niej na powrót. A każda z nich staje się taka lub inna zależnie od tego, przez jaką krainę przepływa. A przyczyna tego, że wypływają stamtąd i wpadają tam wszystkie strumienie, jest ta, że płynne masy nie mają dna i podstawy. Więc wiszą w przestrzeni i falują w górę i w dół, a powietrze i wicher, które je otacza, robią to samo. Bo idzie za nimi wiatr i wtedy, gdy na tamtą stronę ziemi ruszają, i gdy wracają na tę tutaj; jakby człowiek oddychał, tak wciąż wicher dmie z wnętrza ziemi i znów w jej głąb wpada strumień powierza, i tam też powietrze wraz z wilgocią w przestrzeni zawieszone straszne jakieś i nieopisane burze wywołuje, wchodząc i wychodząc.
Platon
Fedon



I

Syk zamykanych drzwi autobusu wyrwał Lecha Krzyżanowskiego z zadumy. Uniósł powieki, aby zobaczyć gdzie się znajduję, ponieważ od kilkunastu minut zatracił poczucie otaczającej go rzeczywistości. Za przybrudzonym oknem, oklejonym gdzieniegdzie reklamami SKOK-u Stefczyka i radia ESKA, widział przesuwający się pejzaż oddalającego się miasta.
Poszarzałe domy, oraz ich zniszczone ogrodzenia stojące przy dziurawej drodze, znikały ustępując miejsca drzewom lasu, porastającego południowo-zachodni skraj Szczecina. Autobus przejechał przez fragment drogi, który przecinały tory kolejowe - na szczęście szlabany były uniesione, gdyż inaczej czekałby ich dodatkowy postój. Przy przejeżdżaniu przez dwie szyny zatrzęsło starym pojazdem, a silnik zawył, niemal jak ktoś, komu podcinano gardło.
Ze znużenia Lechowi obraz zafalował przed oczyma i ostatni z ciągu domów, już prawie w całości skryty za drzewami, dodatkowo zakryła na półprzezroczysta mgiełka. Potrząsnął głową, starając się zrobić to tak, aby siedzący obok niego człowiek nie zwrócił na to uwagi. Odwrócił wzrok od szyby, patrząc w głąb pełnego autobusu.
Wszystkie miejsca były zajęte i dodatkowo drugie tyle pasażerów stało między siedzeniami. Spora ich ilość milczała, a ci, co siedzieli patrzyli w las, albo z zamkniętymi powiekami znosili trudy podróży. Zdecydowana większość jednak rozmawiała ze sobą, przez co w pojeździe panowała trudny do zniesienie gwar. W połączeniu z lipcowym upałem na dworze - i brakiem klimatyzacji w środku - stanowił uciążliwą torturę, która nawet najbardziej wytrwałych potrafiła zmęczyć.
Jedynym lekarstwem na letni upał - dzisiejszego dnia temperatura sięgała trzydziestu dwóch stopni w cieniu - były otwarte okna. Niestety, w całym autobusie kilka z nich nie dawało się otworzyć i tylko cztery rozsunięto do granic możliwości. Dzięki temu choć odrobinę chłodu wpadało do wnętrza.

Lech Krzyżanowski patrzył po pasażerach, jakby był to, co najmniej najbardziej fascynujący widok na świecie. Przeważali wśród nich ludzie w przedziale wiekowym mniej więcej od trzydziestu do trzydziestu pięciu lat. Na ich twarzach malowało się zrezygnowanie wymieszane ze zmęczeniem po całym dniu pracy. Dodatkowo na pewno męczyło ich ubranie, ponieważ większość miała na sobie ciuchy bardziej pasujące na jakąś uroczystość niż na jazdę autobusem przy takiej spiekocie. Mężczyźni prezentowali się elegancko w swoich garniturach, od których marynarki trzymali razem z teczkami w rękach - na białych, lub niebieskich koszulach widniały groteskowe plamy potu. Wśród kobiet przeważały czarnobiałe, letnie komplety, które zapewne były tak samo nieprzystosowane do upałów, jak stroje mężczyzn.
Ten cały widok nasunął Lechowi skojarzenie, że jedzie autobusem z ludźmi wracającymi z jakiejś smutnej uroczystość, bądź z pracy w urzędzie albo jakimś biurze. Oprócz tego wzięła go refleksja nad tym, jak bardzo dzisiejsze społeczeństwo jest jednolite i mało wyraźne.
Z elegancko ubranymi mężczyznami i kobietami kontrastowały nastolatkami oraz ludzie starsi. Ta grupa prezentowała się nad wyraz kolorowo. Nastolatki najbardziej hałasowały, a ich cienkie ubrania z krótkimi rękawami nasuwały myśl, że w takich chwilach oni najlepiej wiedzą, jak należy się ubrać. Babcie z dziadkami - w całym autobusie było ich około czwórki, piątki - wydawali się Lechowi przybyszami z innego świata. Nie potrafił zrozumieć, jak przy tak wysokiej temperaturze, mogą oni chodzić w grubych ciuchach w ciemnych odcieniach. Dla niego zakrywało to na masochizm. A co najśmieszniejsze każdy z dziadków, albo babć, nieustannie narzekał na otwarte okna.
Lech westchnął, jakby w ten sposób wyrażał swoją dezaprobatę dla takiego postępowania. Zaraz potem skrzywił się, gdyż do jego uszu doszło płakanie małego dziecka, mieszające się z krzykami matki próbującej je uspokoić. Na domiar złego zaczął do niego dolatywać smród jakiegoś lumpa siedzącego niedaleko. Płacz z krzykiem mieszał się z gwarem rozmów i grzmotem silnika pracującego na najwyższych obrotach, a pot znajdujących się wszędzie dookoła pasażerów połączył się z odorem pijaka. Cała ta mieszanina doprowadzała Lecha do furii oraz powodowała narastający ból głowy.
Ponownie westchnął, odwracając przy tym wzrok z powrotem do okna. Domy stały się tylko nikłym wspomnieniem, a ich miejsce zajęły całkowicie drzewa. Śladem ludzkiej obecności były tylko śmieci na poboczu i metalowa barierka odgradzająca drogę od drzew. Teren zaczynał się powoli wznosić, robiąc się przy tym zdecydowanie bardziej kręty. Z tego, co pamiętał Lech, to zbliżali się do mostu nad drogą ekspresową.
Serce zabiło mu szybciej ze zdenerwowania. Wiedział, że czas się zbliża, czekał tylko na znak i mógł rozpoczynać akcję. Poczuł w ustach metaliczny smak krwi, który nie wiadomo dlaczego napłynął mu do ust. Skrzywił się, jednocześnie wycierając spocone ręce w materiał błękitnych krótkich spodenek.
Musiał włożyć sporo wewnętrznej siły, aby przestać wpatrywać się w uciekające drzewa i ciągnącą się przy poboczu barierkę. Spojrzał na dół, w kierunku swoich ud.
Zobaczył ich tylko dolny fragment, na którym nadal trzymał dłonie, ponieważ resztę skrywała niewielka czarna torba wypełniona w połowie. Oderwał jedną z dłoni, po czym włożył ją do wewnętrznej kieszeni dżinsowej kurtki - spośród pasażerów nikt nie zwracał uwagi na tę raczej dziwną różnicę w ubiorze jego i jeszcze dwóch innych mężczyzn. Wyczuł palcami chłód stalowego narzędzia i, nie wiedząc czemu, odczuł przy tym chwilowy spokój. Nie wyciągnął ręki z powrotem - czekał na znak mający nadejść w najbliższych sekundach.
Popatrzył ukradkiem na pasażera obok. Był to jeden z bezbarwnych elegancików, który z zamkniętymi powiekami, oraz z neseserem na kolanach, próbował izolować się od reszty świata we własnych rozmyślaniach. Jego opalona, przystojna twarz nie wyrażała żadnych emocji.
Następnie Lech spojrzał przed siebie, w miejsce gdzie siedział kolejny pasażer. Krzyżanowski wybrał sobie miejsce na lekkim podwyższeniu, dzięki czemu mógł spoglądać na niego z góry. Człowiekiem przed nim był łysawym mężczyzną po czterdziestce, mający na sobie biały podkoszulek - więcej Lech nie widział. Ze znanych tylko sobie powodów skupił się na jego łysej czaszce.
Skóra na głowie faceta przed nim błyszczała w promieniach słońca przedzierających się przez drzewa. Najbardziej jaskrawy fragment głowy stanowił jej środek i to tam najintensywniej wpatrywał się Lech.
Pomarszczona, upstrzona krzywym nosem i zielonymi oczami, twarz Krzyżanowskiego wyglądała tak, jakby jej właściciel uległ autohipnozie. To wrażenie było całkowicie mylne, gdyż on tylko czekał...
Czekał na sygnał, który zbliżał się wielkimi krokami. Był tego pewny - czuł to całym ciałem, napiętym jak struny harfy. Węch mu się wyostrzył razem ze słuchem, ale pomimo tego bodźce z otoczenia dochodziły do niego z pewnym opóźnieniem.
Sekundy stały się dłuższe od minuty i Lech Krzyżanowski myślał już, że z tego podenerwowania wysiądzie mu serce, kiedy z tyłu autobusu doszedł go podwójny gwizd. Nie był to dźwięk głośny, taki, który każdy bez problemów mógł wyłowić z natłoku innych, bardziej wyraźnych, ale on doskonale wiedział, czego wysłuchiwać, więc od razu rozpoznał umówiony sygnał.
Początkowo drgnął, lecz zaraz się uspokoił. Dodatkowym znakiem do tego, aby zacząć działać, było odczucie, iż droga opada w dół. Znaczyło to, że autobus zjeżdżał ze wniesienia i za niedługo skręci z głównej trasy w las.
Z tyłu pojazdu rozległ się krzyk, a później dołączył do niego lament podróżujących ludzi. W tym samym czasie Lech wyciągnął prawą ręką nóż z bocznej kieszeni torby - miał ostrze o długości piętnastu centymetrów połyskujące w blasku letniego słońca. Lewą ręką niemal nieświadomie rozsunął zamek czarnej torby.
Nie zwracał uwagi na powstały gwar i wzmagające się krzyki. Uniósł nóż do góry, a wolną ręką z całej siły uderzył w tył głowy łysego mężczyzny siedzącego przed nim. Pasażer odwracał się właśnie, aby zobaczyć, co się dzieje z tyłu, ale cios sprawił, że głowa poleciała mu do przodu i skroniom odbił się od rurki przytwierdzonej do górnej części siedzenia. Pomimo hałasu dało się słyszeć jego jęk bólu.
Łysy podnosił głowę, starając się nie zważać na krew ściekającą z małego rozcięcia, kiedy Lech zaatakował go nożem. Pierwsze uderzenie było zbyt słabe i ostrze ześlizgnęło się po czaszce, rozcinając ją tylko. Krew popłynęła gęstszym strumieniem. Zanim siedzący obok Krzyżanowskiego elegancik zdążył zareagować, ten ponowił uderzenie. Tym razem nóż wszedł w kość i utkwił w niej nie dochodząc do mózgu. Łysy krzycząc z bólu próbował wstać, ale nie potrafił. Swoim zachowaniem wzbudzał panikę ludzi dookoła.
- Kurwa mać! - zaklął Lech w chwili, gdy autobusem wstrząsnął pierwszy z serii strzałów.
Zrezygnowany wyszarpnął nóż z czaszki łysego. Krew rozlała się wokoło, brocząc siedzącą obok niego kobietę, która z jękiem wstała z miejsca. Nie minęła sekunda, kiedy Krzyżanowski opuścił ostrze w dół, wkładając w to tym razem całą energię. Narzędzie znużyło się aż po rękojeść w głowie ofiary. Szkarłat zalewał wszystko powoli, ale potęgująca się panika pasażerów zdawała się przyspieszać jego nurt.
Gdy wyciągnął ubabrany krwią nóż z czaszki łysego, zdał sobie sprawę, że ktoś krzyczy do niego, szarpiąc go za poły kurtki. Nie myśląc wiele odepchnął łokciem elegancika, a ten zachwiał się na swoim miejscu. Nie czekając aż tamten ponowi próbę powstrzymania go, Lech uniósł lewą rękę i przekładając pod prawą pachą nóż, dźgnął w bok drugiego pasażera. Tamten zajęczał, ale spróbował wstać. Krzyżanowski nie dopuścił do tego. Szybko ponowił atak i elegant padł na wrzeszczących pasażerów w przejściu. Z okolic wątroby sterczała mu sama rękojeść, a posoka zalewała kolejne centymetry powierzchni pojazdu.
Spojrzał na łysego, aby po chwili stwierdzić, że tamten skonał. Ten sam los w niedługim czasie spotkał jednego z elegantów.
Strzały wypełniały swoim hukiem ciasną przestrzeń autobusu. Odór prochu robił się gryzący i co najgorsze stale się wzmagał. Kilkoro ludzi, w przypływie odwagi ruszyło na Lecha. Między siedzeniami było jednak za mało miejsca na to, żeby zmieścił się więcej niż jeden. Zanim ręce pierwszego dotknęły Krzyżanowskiego, ten sięgnął do torby, którą miał na kolanach. Zdążył zobaczyć, że jej czarny materiał pokrył się plamami krwi. Wyciągnął z niej rewolwer marki Colt.
Niemal w mgnieniu oka odbezpieczył go i strzał powalił kolejnego pasażera. Całość autobusu krzyknęła w popłochu. Lech nie myślał o tym, co robi, tylko pociągał za spust. Drugi strzał, trzeci, czwarty... i następni ludzie padali na siebie w przejściu oraz na siedzeniach w pobliżu. W ich głowach, bądź klatkach piersiowych, pojawiały się dymiące dziury, a z nich zaraz wypływał ciemny szkarłat.
W końcu wstał, ale zanim to zrobił przeładował. Kopniakiem odsunął ciało eleganta, ażeby łatwiej było mu się przecisnąć. Widząc poruszającego się w kierunku przejścia Krzyżanowskiego, ludzie w popłochu parli w przeciwną stronę, zapominając o tym, że i stamtąd dochodzi odgłos strzałów.
Lech na nowo pociągał za spust. Torbę przewiesił przez ramię, trzymając ją w pogotowiu. W powietrze tryskały strugi płynnej czerwieni, fragmenty skóry czy nawet w pewnym momencie kawałek odstrzelonego ucha. Pasażerowie padali z taką łatwością, że aż dziw brał Lecha na ten widok - już dawno nie poszło im tak sprawnie.
Znowu przeładował, kiedy dotarł do pasma większej przestrzeni, gdzie zrobiono miejsce dla matek z wózkami. Ludzie ciągle tłoczyli się z dala od niego, lecz i tam czekała na nich zagłada. Dwóch partnerów Lecha z taką sama precyzją likwidowało kolejnych pasażerów. Nie zwracali uwagi na ich krzyki, jęki, prośby. W dupie mieli to, czy było to mężczyzna, kobieta, dorosły czy nastolatek. Wszyscy po kolei padali na podłogę, albo opadali bezwładni w swoich siedzeniach.
W zatęchłym powietrzu autobusu czuć było, oprócz potu, zapachu lumpa i prochu, woń strachu, wymieszaną z odorem moczu tych, których pęcherze puściły w chwili śmierci.
Z sześćdziesięciu trzech pasażerów przy życiu została tylko niecała dziesiątka. Lech widział jak Janek z Bogusławem zabijają śmierdzącego lumpa, a ten na moment przed skonaniem wyrzygał się na swoje buty. W następnej sekundzie pół jego głowy zniknęło i zamiast niej widniała tylko krwawa mielonka, a z niej na podłogę strumieniem sączyła się krew.
Krzyżanowski podszedł z dymiąca bronią w ręku do wózka, z którego dochodził przeraźliwy krzyk rozpłakanego malucha. Matka dziecka jeszcze żyła. Jedna z kul trafiła ją w płuco, ale mimo tego starała się zasłonić swojego syna. Lech pociągnął za spust i ostatni nabój w komorze wystrzelił jej prosto w usta. Przednie zęby połamały się w drobny mak, a z przodu i z tyło głowy trysnął szkarłat - najwidoczniej kula przeszła na wylot. W sekundę później świszczący oddech matki ustał. Ona sama dołączyła do ludzkiego dywanu na podłodze.
Płaczliwy protest dziecka łączył się z odgłosami wydawanymi przez ludzi pozostałych przy życiu oraz z hałasem pracującego silnika. Jak przez mgłę Lech zdawał sobie sprawę, że kierowca skręcał właśnie z głównej trasy w las.
Brodząc miedzy jeszcze drgającymi szczątkami pasażerów, zbliżył się do kwilącego dziecka. Musiał je ogłuszyć, ponieważ było im potrzebne, a on nie wyobrażał sobie, jak wytrzyma kolejne godziny przy jego krzyku. Wrzucił rozgrzany prawie do czerwoności pistolet do torby. Nachylił się nad zieloną spacerówką w szare wzory - oraz ze śladami krwi na boku - i zajrzał do środka.
Dziecko nie liczyło sobie więcej niż siedem miesięcy. Było bardzo pulchne i zaczerwienione od łkania. Oczy mu napuchły, a po policzkach spływał strumień łez. Zanim Lecha naszła jakaś głębsza refleksja nad tym widokiem uniósł pięść. Następnie opuścił ją z olbrzymią siłą. Cios był tak potężny, że wybił maluchowi z dziąseł jego pierwszy, mleczny ząb. Niemowlę umilkło od razu. Straciło przytomność, pogrążając się w błogim stanie nieświadomości. Krzyżanowski odwrócił je na bok, aby nie udławiło się własną krwią. Było im potrzebne żywe, a nie martwe.
Wyprostował się, odwracając w kierunku skąd dochodziły ostatnie wystrzały, mieszające się z krótkimi okrzykami bólu.
Jan razem z Bogusławem, jeden za drugim, niczym para osłaniających się rewolwerowców, stali w odległości mniej więcej trzech metrów od niego. Przy życiu pozostały cztery osoby. Dwie z nich powaliły jednoczesne strzały towarzyszy Lecha. Do dwóch następnych przybliżył się Krzyżanowski, wyciągając w tym samym czasie z torby dwa lśniące noże - o połowę mniejsze od pierwszego, ale z ładniejszą, rzeźbioną rękojeścią. Ustawił się tak, że był akurat między nimi. Żaden z nich nie uciekał, ponieważ dobrze wiedzieli, że nie mieli dokąd. Stali tylko otępiali, z plamami krwi na ubraniach i na policzkach; jeden krwawił z prawego ramienia.
- Proszę, nie zabijaj nas - błagali niemal razem; z ich oczu płynęły łzy strachu, obmywając bladą skórę.
Lech nie odpowiedział, tylko przyjrzał im się. Ofiary nie dostrzegły w jego oczach ani krzty litości czy wyrzutów. Ich twarze stężały w apogeum strachu. Krzyżanowski uśmiechnął się, po czym parsknął śmiechem tak wesołym, jakby brał udział w najlepszej zabawie w swoim życiu. Jan z Bogusławem zawtórowali mu.
Żywi pasażerowie, dwóch mężczyzn w wieku około trzydziestu lat o zbliżonych strojach, czuli jak ich serca ściskają się w zbyt energicznych skurczach. Krew wrzała im w żyłach, a myśli szalały wraz z nią. Pot oblewał im skórę, potęgując doskwierający upał.
Gdy ich nerwy napięły się do granic możliwości, Lech wbił im noże w gardła. Zrobił to tak szybko, że nawet najbardziej spostrzegawcze oko miałoby problem z dojrzeniem tego ruchu. Obydwaj zachwiali się. Posoka spływała po nich i w nich, a ból przyćmiewał strach przed nadciągającą śmiercią.
Wykrwawiali się. Początkowo na stojąco, ale w miarę upływu krwi ciała im słabły i w końcu popadali na podłogę, gdzie spoczęli na innych zwłokach. Ten po prawej upadł na kobietę - w takiej pozie wyglądali tak, jakby niedawno przestali ze sobą współżyć.
Nareszcie, po niedługim czasie oczekiwania, drgnęli w przedśmiertnych spazmach. Zwieracze z pęcherzami puściły im, przez co z pracującym silnikiem dało się słyszeć odgłosy wypróżniania się. Ostatnie dwie ofiary wkroczyły w błogą ciemność, gdzie przywitała ich cisza nieprzerywana strzałami, ani jękami umierających, gdzie wszystko traciło swoje dotychczasowe znaczenie i liczyła się tylko podróż do jasności pozbawionej letniego skwaru.

II

Autobus, po kilkunastu minutach podążania wyboistą, leśną ścieżką, zatrzymał się na polanie otoczonej drzewami. Przez jej środek droga biegła dalej, jeszcze głębiej w las, gdzie mogło czaić się cokolwiek i tylko wystarczyło zapuścić się w to miejsce w nocy, aby przekonać się na własnej skórze, co to takiego.
Dookoła ścieżki rosła soczyście zielona trawa, która dzięki osłonie wysokich roślin nie ucierpiała z powodu uciążliwych upałów. Nie wiadomo skąd zerwał się wiatr i w każdym jego delikatnym podmuchu źdźbła zieleni tańczyły ze sobą nawzajem, wywołując w ten sposób falowanie. W powietrzu czuć było zapach żywicy, silniejszy niż zazwyczaj przez wiaterek, a z koron drzew dochodziły śpiewy ptaków oraz trzaski poruszających się konarów. W gąszczu trawy rozpoczął koncert jakiś owad i jego słodki, melodyjny dźwięk niósł się do uszu wychodzących z pojazdu mężczyzn.
Pierwszy na zewnątrz wyszedł Lech Krzyżanowski. Nie kłopotał się stawianiem stóp na trzech schodkach, tylko po prostu zeskoczył w trawę. Zachwiał się przy tym, ale nie stracił równowagi i po chwili odwrócił się w stronę autobusu. Nie minęły dwie sekundy, a Jan Maciąg, Bogusław Zając i Alojzy Michalczyszyn (kierowca) dołączyli do niego. Wszyscy czterej stanęli tak, aby mogli patrzeć na siebie, przez co utworzyli coś na kształt czworokąta o niesymetrycznych bokach.
Bogusław poklepał się po kieszeniach w poszukiwaniu fajek. Odnalazł je w spodniach, po czym wyciągnął razem z zapalniczką i po włożeniu camela do ust zapalił. Zaciągnął się upajając swój organizm jego smakiem.
- Chce ktoś? - spytał wystawiając paczkę przed siebie.
- Jasne - odparł Lech, a reszta zawtórowała mu kiwnięciami głowy.
Każdy wziął po jednym szlugu od Bogusława, a później odpalili je jego zapalniczką. Początkowo stali bez słów, delektując się przerwą w pracy. Palenie ukajało ich nerwy, które po akcji w autobusie zdawały się im napięte niczym postronki. Jan, Lech i Bogusław mieli poplamione od krwi ubrania, a także odsłonięte fragmenty skóry; głównie kolana, ręce oraz niektóre miejsca na twarzy. Alojzy wyglądał przy nich na schludnego.
- Sprawnie dzisiaj poszło - stwierdził Michalczyszyn; mówił bardziej do siebie, niż do któregoś z kompanów.
- Racja, aż chciałoby się powiedzieć, że zbyt gładko - odpowiedział mu Lech, a pozostali patrzyli na nich bez wyrazu.
- Pewnie to dlatego, że robimy to niepierwszy raz. Która to już akcja?
Lech zastanowił się krótko, po czym powiedział:
- Jeśli dobrze pamiętam, to szósta.
- Nie, siódma - poprawił go Jan. - Możesz nie pamiętać czwartej, ponieważ byłeś wtedy za bardzo...
- ...na haju - dokończył za niego Lech.
Maciąg nie odpowiedział mu, tylko wzruszył ramionami. Spojrzał na swoje szare adidasy noszące ślady krwi i zaciągnął się resztką papierosa. Gdy skończył odsunął go od ust, a następnie odrzucił w trawę. Pomiędzy zieleniom unosił się przez kilkadziesiąt sekund szary dym, ale zaraz zniknął.
- Co z dzieckiem? Żyje, czy zabiliście je tak, jak resztę? - zapytał Alojzy.
- Nie wiem. Ja w tym czasie zajmowałem się innymi pasażerami - odparł Jan. - Pośród huku strzałów usłyszałem jak przestaję płakać.
- Niemowlę żyję. Uciszyłem je tylko, aby nie przeszkadzało nam swoim wyciem. Gdybym miał słuchać tego płaczu, to chyba sam skończyłbym ze sobą.
Reszta spojrzała tylko na Lecha, nie komentując jego wypowiedzi. Wszyscy skończyli palić, a na ich postarzałych już, pomarszczonych twarzach malował się wyraz zniechęcenia. W tej chwili prezentowali się jak grupa robotników budowlanych kończąca przerwę w pracy, brakowała tylko placu budowy oraz ekwipunku murarskiego; i zamiast śladów cementu ich ubrania nosiły plamy krwi.
Krzyżanowski odwrócił się i odchodząc kawałek, jakieś dziesięć metrów w kierunku skraju polanki, powiedział:
- Idę się odlać. Jak wrócę, to zabierzemy się za dalszą robotę. Musimy się pośpieszyć, bo mamy być na zajezdni po dwudziestej, czyli zostało - spojrzał na zegarek - dwie i pół godziny.
Gdy się załatwiał, reszta pogrążyła się w krótkiej rozmowie dotyczącej poprzednich akcji. Wspominali je tak, jakby to było coś najlepszego w ich życiu.
Skończył sikać, po czym wrócił do towarzyszy.
Bez słowa weszli z powrotem do autobusu. Wchodząc po schodkach dopiero zauważyli, że dwie boczne szyby zbiły się podczas strzelaniny. Nie przejęli się tym zbytnio i popatrzyli po wnętrzu, podziwiając efekty swojej pracy. W żadnym z nich nawet nie drgnął najmniejszy wyrzut sumienia, czy odraza do samego siebie. Byli zadowoleni z efektu, a najważniejsze, że za kilka godzin czekała ich nagroda, która swoją wspaniałością przekraczała najśmielsze marzenia i przysłaniała inne wartości.
Lech, Bogusław i Jan zaczęli układać ciała w taki sposób, aby oczyścić z nich, choć odrobinę podłogę. Alojzy w tym czasie poszedł do kabiny kierowcy, gdzie włączył radio. Z drobnych głośników umieszczonych po bokach siedzenia popłynęła muzyka. Były to stare przeboje - takie najbardziej lubili - nadawane w radiu Na fali. Muzyka doskonale uprzyjemniała czas w pracy.
Michalczyszyn wrócił do kolegów i zaczął im pomagać w przenoszeniu zwłok. Jeśli zaistniała taka potrzeba, to odcinali komuś kawałek ręki - bądź nogi - ażeby łatwiej było zmieścić ciało w ciasnych przestrzeniach między siedzeniami i na nich. Podczas tej czynności rozmawiali na błahe tematy, bardziej skupiając się na nagrodzie, niż na rzeczywistości.

III

Obrazy za oknem po raz kolejny dzisiejszego dnia płynęły w równym tempie, a to co przez jakiś czas znajdowało się z przodu, szybko zostawało z tyłu, po czym bledło, aby całkiem zniknąć.
Zostawili za sobą polanę i oddalali się od niej w kierunku głównej, asfaltowej drogi. Gdy jechali przez las rzucało autobusem, a jego silnik wył co rusz podczas wyjeżdżania z głębszych kolein. Ciała sześćdziesięciu dwóch pasażerów spoczywały ułożone jedno na drugim. Zasłaniały sporą część siedzeń i podłogi między nimi. Z większości wypływały jeszcze resztki krwi.
Lech Krzyżanowski siedział na swoim miejscu koło okna, dwa rzędy za środkowymi drzwiami pojazdu. Wpatrywał się w szybę, nawet nie zauważając uciekających drzew, zastępowanych przez kolejne; wyboje również mu nie przeszkadzały. Denerwował go tylko upał i kilka much latających w autobusie - od czasu do czasu machał ręką, aby odgonić któregoś z natrętów.
Jan siedział z Bogusławem na czwórce i obydwaj omawiali jakiś problem, nadmiernie przy tym gestykulując; na przeciwległym siedzeniu opierali swoje buty. Z kabiny kierowcy dochodził głos spikera radiowego zapowiadającego kolejny kawałek - jego głos mieszał się z silnikiem autobusu, więc Lech nie potrafił powiedzieć, o czym dokładnie mówił i szczerze powiedziawszy miał to głęboko w dupie.
Krzyżanowski wpadał w jeden ze swoich transów. Podczas ich trwania nie rozmawiał z nikim, tylko siedział - albo leżał - wpatrzony tępo przed siebie. Myśli snuły się w jego głowie, niczym powolne zwierzęta, które pomimo swojej nieporadności mogły w dowolnym momencie zaatakować, dotkliwie raniąc świadomość.
Stopniowo dźwięki przestały do niego docierać, a jedyne, z czego zdawał sobie sprawę to to, że jadą w kierunku zajezdni SPA Dąbie, gdzie czekał ich ostatni etap do wykonania. Jak przez mgłę zdawał sobie sprawę, iż pojazd skręca w główną drogę, aby po ponownym przejechaniu przez most nad drogą ekspresową dotrzeć na skraj lasu.
Myśli Lecha krążyły w tym czasie dookoła swojej przeszłości. Zawsze tak miał po udanej akcji. Jadąc do zajezdni przypominał sobie pracę w policji - w której do niedawna służył razem z Janem i Bogusławem. Widział oczyma duszy otrzymane odznaczenia, awanse oraz gratulacje szefów za wzorową służbę. W końcu widział siebie samego z córką i żoną...
Z żoną i córką, które pewnego dnia odeszły, znikając na zawsze z jego życia. Wspominał ich wspólnie spędzone wakacje, wypady nad morze czy w góry. Aż umysł podsunął mu finał wspólnego życia.
Zniknęły obydwie trzy lata temu. Dzień był podobny do dzisiejszego. Upał dawał się we znaki każdemu mieszkańcowi Szczecina, odbierając wszelkie chęci do pracy i zabawy.
Jak zawsze wrócił do domu pod wieczór. Cieszył się na widok znajomego białego płotu oraz elewacji ukochanego, niewielkiego domu. Zaparkował samochód na podjeździe, po czym wysiadł i ruszył do drzwi wejściowych.
Niestety, w środku przywitał go tylko chłód znajomych pomieszczeń, pozbawiony śmiechu córki - Katarzyny - oraz jedwabistego głosu żony - Anety. Zdziwiło go to trochę, ponieważ nic mu nie mówiły o tym, że ich nie będzie. Od panicznego strachu o życie Anety i Katarzyny było jeszcze daleko. Brakowało tylko ich butów, więc prędzej czy później musiały wrócić do domu...
Zajął się robieniem kolacji, czekając przy tym na żonę z córką. Mijały minuty, godziny, a one ciągle nie wracały. Gdy dochodziła dwudziesta trzecia zaczął dzwonić po znajomych. Serce w piersi szalało mu, niczym wzburzone morze. Przy trzecim telefonie dowiedział się, że były na Bukowym u koleżanki Anety ze studiów. Lecz z tego, co się mu powiedziała wynikało, że wyszły stamtąd po osiemnastej.
Wtedy ogarnęła go panika. Rozpoczął poszukiwania żony i córki. Przez pierwsze dni robił to sam, a później pomagał mu w tym cały wydział z Janem i Bogusławem na czele. To oni trzej znaleźli trop prowadzący do dwudziestu dwóch zaginionych z tego samego dnia, których łączył jeden wspólny fakt - po raz ostatni widziano ich wsiadających do autobusu linii numer 73. Później trop rozmywał się, ponieważ pracownicy zajezdni twierdzili, iż taki autobus o godzinie 18:23 z Bukowego nigdy nie kursował.
Lech, Jan i Bogusław nie potrafili dać za wygraną. Kierowani policyjnym przeczuciem zakradli się na teren zajezdni próbując odnaleźć jakieś ślady. Sprawdzali pogrążone w mroku pojazdy, baraki oraz zewnętrzne pomieszczenia gospodarcze. Już prawie świtało, kiedy trafili do magazynu numer H-44.
Stał na uboczu - przy niemal samym krańcu terenu SPA Dąbie. Otaczał go asfaltowy plac porośnięty pożółkłą trawą, na którym walały się pety, opakowania po Marlboro czy batonach. W tym miejscu nie stał żaden z pojazdów należących do zajezdni, co policjantom wydawało się, co najmniej dziwne.
Dostali się do środka przez boczne drzwi - były otwarte i później zgodnie twierdzili, że Coś ich oczekiwało, zwabiło do środka, jak szczury w labiryncie. Na pierwszy rzut oka wnętrze wyglądało na od dawna opuszczone, ale gdy zapuścili się głębiej w mrok budynku - rozświetlany tylko ich latarkami - poczuli, iż teren znacznie opada w dół, a wszędzie robi się coraz wilgotniej...
Dotarli do wysokiej, stalowej bramy, w której mógł zmieścić się pojazd wielkości najwyższego z autobusów. Otworzyli ją i to, co odkryli, zaważyło na ich dalszym życiu.
Znaleźli tam dwóch mężczyzn - morderców Katarzyny i Anety. Dowiedzieli się tego od istoty szepczącej z mroku; od bestii obdarzonej niszczycielską mocą, posiadającą zgubny wpływ na Lecha, Jana i Bogusława. Zabili zabójców (jak się później okazało byli to miejscy radni) ze swojej policyjnej broni, aby później zaznać jedynej, prawdziwej Rozkoszy. Coś dało Lechowi zapomnienie - przyjemność. Jan z Bogusławem także otrzymali nagrodę.
Istota przyjęła ich w swe ramiona, pragnąc dać jak najwięcej, lecz również żądając czegoś w zamian. Chciała ofiar, pragnęła krwi, mięsa - w szczególności młodego. Zobowiązali się wypełnić powierzoną im misję. Zrezygnowali z pracy w policji, co wzbudziło ogólne jęki sprzeciwu. Proszono ich, aby zostali, ale nie zgodzili się na to.
Wkrótce zaczęli zabijać. Istota nie pozwalała na to, ażeby wyrzuty sumienia przeszkadzały im w pracy i uśmierciła je. Oprócz tego uzależniła ich od siebie. Stali się jak narkomani marzący tylko o kolejnej działce. Ale w tym wypadku nie były to narkotyki, tylko coś znacznie wspanialszego. Tego stanu nie da się normalnie opisać - nawet nieustannie trwający orgazm nie mógłby mu dorównać. Przebywając w magazynie H-44 czuli się jak jedyni ludzie niewygnani z Edenu; jak jedyni, którzy nie zjedli jabłka z Drzewa Zrozumienia.
Teraz zbliżała się dwudziesta prawie w trzy lata później - dzień jeszcze trwał i słońce schowa się za horyzontem dopiero za około dwie godziny - a oni znowu tam jadą. Zbliżają się do swojego domu, noszącego nazwę Zapomnienie, gdzie żony z córkami nie umierają, albo nie rozwodzą się z mężami, aby później odejść z innym.
Ciąg drzew zastąpiły domy, osiedlowe sklepy oraz parkingi. Mijali przystanki, na których się nie zatrzymywali - kierowca wywiesił z przodu tabliczkę z napisem "Do zajezdni". Ciała ofiar ułożyli tak, że nie można było ich dostrzec z zewnątrz. Jan z Bogusławem nadal rozmawiali. Alojzy kierował słuchając starych przebojów, a Lech wracał powoli do siebie.
Za niedługo - już za kilkadziesiąt minut - to wszystko nie będzie istotne. Zwłoki, krew, odcięte kończyny, martwa rodzina... to wszystko przestanie mieć znaczenie i zapomną o tym, co doprowadziło ich aż tutaj - zapomną oddając się Rozkoszy spełniającej najskrytsze marzenia.

IV

Lech Krzyżanowski wyrwał się całkiem ze stanu otępienia w momencie, gdy stanieli przy wjeździe do zajezdni.
Za oknem powoli robiło się szaro, ale na zachodzie ciągle widoczne było słońce; jego pomarańczowe promienie podświetlały nieliczne chmury na niebie. Bramy do SPA Dąbie strzegł stróż w małej budce po lewej, który wpuszczał autobusy na teren zajezdni przez uniesienie czerwonobiałego szlabanu w górę. Zatrzymali się w pobliżu jego stanowiska i czekali, aż im otworzy.
Alojzy uchylił okno, aby się przywitać.
- Cześć Stefan, co u ciebie?
- Nic ciekawego, strasznie gorąco dzisiaj i serce mi dokucza - odkrzyknął ochroniarz, wychylając swoją łysa głowę przez okno. Jego twarz nosiła na sobie ślady kilku blizn, a głęboko osadzone, zielone oczy wydawały się bez wyrazu.
- To niedobrze. Możesz mi otworzyć?
- Jasne, a czemu tak szybko dzisiaj? Dlaczego masz dwie szyby boczne zbite i co to za ludzie z tyłu siedzą?
Michalczyszyn milczał przez kilka sekund, przez co trzej mężczyźni myśleli, że nie wie, co ma odpowiedzieć. Na opalonej twarzy Alojzego pojawił się grymas niezadowolenia; jego orzechowe oczy niemal w jednej sekundzie straciły cały swój blask i stały się czujne.
- Jacyś gówniarze rzucili w nie kamienie, jak zatrzymywałem się na przystanku. Zadzwoniłem do centrali i kazali mi zjechać do H-44, zamiast mnie wysłali Zbyszka Nowaka z rezerwowym autobusem - zaczerpnął tchu, patrząc przy tym w oczy Stefanowi. - Ci trzej panowie to moi dobrzy znajomi. Kończę teraz zmianę i idziemy razem na piwo. Chyba nie będzie problemu z wpuszczeniem ich, co?
Gdy Stefan usłyszał informację, że Alojzy ma zjechać do H-44, pobladł na twarzy. Po wymienieniu nazwy starego magazynu Michalczyszyn nie musiał mówić nic więcej, ponieważ to wystarczyło, aby przekonać ochroniarza.
- Ja-ja-ss-ne, że nn-ie bę-bę-dzie - wyjąkał z trudem Stefan, a następnie schował głowę, naciskając przy tym przycisk unoszący szlaban. Alojzy pomachał mu ręką na do widzenia, obdarzając go uśmiechem; tak wyszczerzył zęby, iż wyglądało to bardziej na grymas bólu, niż na oznakę radości. Stefan nie odpowiedział mu ani machnięciem reki, ani uśmiechem.
Autobus ruszył z miejsca. Jak tylko znalazł się poza bramą wjazdową szlaban ponownie opadł na swoje miejsce. Ochroniarz wziął do ręki gazetę, próbując opanować podenerwowanie. Niestety, ręce za bardzo mu się trzęsły i nie potrafił skupić wzroku na tekście o ojcu Rydzyku, który widniał na pierwszej stronie Faktu.
Gdy zobaczył jak autobus linii 62, o numerze 2132, skręca za jednym z budynków i znika, poczuł się odrobinę lepiej. Przynajmniej mógł już spokojnie oddychać.

Alojzy zatrzymał pojazd z piskiem na asfaltowym placu. Od pierwszej wizyty Lecha, Jana i Bogusława nic się tutaj nie zmieniło - no, może przybyło trochę opakowań po papierosach i jakiś butelek po piwie lub tanim winie. Trawa wyrastała z licznych dziur w nawierzchni, lecz nie była tak soczysta, jak ta w lesie, wręcz przeciwnie - już dawno zdążyła zżółknąć. Michalczyszyn nie zgasił silnika, tylko czekał aż któryś z towarzyszy otworzy bramę wjazdową do magazynu H-44.
Lech wstał ze swojego siedzenia. Ominął pozostawioną na podłodze czarną torbę, kierując się do środkowych drzwi.
- Pójdę otworzyć bramę - powiedział do Jana i Bogusława - a wy szykujcie się, czeka nas teraz najcięższa część zadania.
Zanim zdążyli odpowiedzieć zszedł po trzech schodkach. Przeszedł przez otwierające się dopiero drzwi i znalazł się na dworze.
Idąc w kierunku bocznego wejścia dla personelu stwierdził, że w tym miejscu nawet powietrze inaczej smakuję. Wyczuwał w nim jakiś dziwny zapach, jakby pleśniejącego mięsa, pozostawionego między kwitnącymi chryzantemami. Oprócz tego nerwy, wraz ze skórą, mimowolnie napinały się.
Skręcił za róg. Z tego miejsca widział po prawej pobliską drogę oraz kilka bloków, a także końcowe ogrodzenie zajezdni. Podszedł do pordzewiałych, stalowych drzwi, aby od razu pociągnąć za klamkę.
Usłyszał skrzypnięcie, po czym wejście do magazynu stało przed nim otworem. W nozdrza uderzył go znajomy zapach - woń śmierci, zgnilizny, krwi i zepsucia. W środku panowała ciemność, którą rozjaśniły odrobinę promienie słońca. Widział starą szafę - na jej pułkach stało kilka zwilgotniałych segregatorów - biurko, a także następne drzwi, prowadzące do głównej hali.
Wszedł do środka, zamykając za sobą wejście, odcinając się w ten sposób od jasności, ponieważ tutaj elektryczność nie istniała. Mrok wtulił go w swoje ramiona tak, jak matka wtula w nie dawno niewidziane dziecko.
Przebywał w tym pomieszczeniu nie pierwszy raz, więc potrafił określić, gdzie, co się znajduję, a także oczy dosyć szybko przyzwyczajały mu się do ciemności. Umiał rozróżnić wystające fragmenty biurka, szafy czy kontury kolejnych drzwi; zbliżał się do nich oddychając przez usta, ponieważ kurz drażnił jego śluzówki, co w następstwie powodowało serię kichnięć.
Zawsze dziwiło go to, że gdy tylko ktoś przekraczał próg wejścia, odgłosy normalnego świata niemal przestawały do niego docierać. Zamiast tego pojawiało się mnóstwo innych, niekoniecznie przyjemniejszych dźwięków - tylko czasami przeplatały je hałasy ze świata zewnętrznego; najczęściej były to pojedyncze, słabo słyszalne szmery.
Lechowi ciągle zdawało się, że w ścianach poruszają się jakieś bliżej nieokreślone istoty, które towarzyszą każdemu wykonanemu krokowi. Gdzieś dalej rozbrzmiewały kaskady spływającej wody, płynącej niewiadomo w jakim kierunku, ani w jakie miejsce. Z tymi odgłosami mieszał się dźwięk stawionych na posadzce butów, a wszystko wzmagał wiejący bez przerwy wicher - był to główny powód, dla którego Lech, Jan i Bogusław mieli na sobie dżinsowe kurtki.
Lech dotarł do drzwi prowadzących do głównej części budynku. Otwierając je walczył z narastającym uczuciem, że Ktoś - bądź Coś - go obserwuję. Te nieprzyjemne wrażenie zawsze im towarzyszyło, ale tym razem było inne, jakby z jakiegoś powodu niewidzące oczy patrzyły na niego z nienawiścią - z żądzą mordu.
Wzdrygnął się, co bardzo go zdziwiło, gdyż nie odczuwał strachu w magazynie H-44 od czasu pierwszej wizyty w nim. Miał przez to niejasne przeczucie, że coś jest nie tak, jak powinno.
Pozbył się tej myśli, aby móc dotrzeć do bramy.
Po przekroczeni kolejnego progu ciemność zrobiła się gęstsza. Otulała Krzyżanowskiego z całych sił, pokrywała jego ubranie, odkryte fragmenty skóry, aż w końcu wnikała do układu oddechowego wraz z kolejnymi wdechami. Już kiedyś wbił sobie do głowy, że mrok później nie wydostaje się z powrotem z płuc, tylko zostaje tam i zaczyna krążyć w krwioobiegu. Krąży i krąż zatruwając kolejne komórki, docierając do mózgu, który poddaje się jej naporowi, pogrążając się w wariackich omamach...
Idąc w stronę masywnej bramy liczył kroki. Wiedział, że ma ich do przebycia około pięćdziesięciu. Po raz drugi w tym miejscu stawiał stopy na podłodze z taka nerwowością, przejmując się najmniejszym szmerem, stuknięciem, podmuchem lodowatego wiatru kąsającego obnażone łydki.
Usłyszał za plecami...
(szszszszyyy...szszszszyyy...szszszszyyy...SZSZSZSZYYY...)
szumiący dźwięk, który po kilku sekundach zmienił natężenie, stając się głośny niczym krzyk mordowanej kobiety. Później zamilkł na moment, aby zaraz pojawić się z prawej, następnie z lewej.
Słysząc to przystanął. Za cholerę nie wiedział, co tu jest grane - jeszcze nigdy tak tutaj nie było. Zrobił głęboki wdech i wydech ustami, przy czym zobaczył, że na tle ciemności pojawił się biały obłok. Zatrząsł się z zimna.
(...szszszszyyy...szszszszyyy...szszszszyyy...szszszszyyy...szszszszyyy...szszszszyyy)
Dźwięk stopniowo rozlegał się coraz bliżej, jakby skradał się do ofiary. Gdy wydawało się Lechowi, że zaraz znajdzie się w jego epicentrum, usłyszał bardzo stłumiony (prawie niesłyszalny) klakson za wrotami. Drgnął zaskoczony, jednocześnie czując, jak kamień wielkości szafy spada mu z serca.
Odgłos umilkł, a na jego miejscu pojawiły się te już znajome; chodzące w ścianach nieznane istoty, rozbijająca się o niewidzialne skały woda oraz świst wiatru. Po chwili dołączyły do nich kroki Lecha. Postanowił nie czekać dłużej i podbiegł do wysokich drzwi. Schylił się odsuwając zasuwę oraz wyciągając z podłogi stalowy zaczep. Pchnął i poły wrót skrzypiąc rozchyliły się.
Chwycił te po prawej, aby zabezpieczyć je przed samozamknięciem. Później zrobił to samo z drugimi.
Już dawno widok słonecznego światła nie wzbudził w nim tyle radości. Machnął ręką w stronę Alojzego, a ten ruszył z miejsca wjeżdżając do magazynu numer H-44 - zapalił przy tym długie światła w autobusie. Lech zamknął za pojazdem wrota, aby następnie ruszyć w kierunku Jana, Alojzego i Bogusława.
W sztucznym świetle magazyn prezentował się znacznie przyjaźniej - nawet wydawało się, że wszelkie odgłosy cichną. Zbliżając się do przyjaciół postanowił im nie mówić o swoich obawach; jeszcze stwierdziliby, iż mięknie, albo coś w tym stylu.
- Już myślałem, że coś cię wciągnęło - zaśmiał się Bogusław, ale jego nosząca ślady po trądziku twarz pozostała poważna; tak samo jak lazurowe oczy.
- Jak widzisz nic mnie nie zjadło, na wasze nieszczęście - zripostował Lech. - Nie mogłem w ciemności znaleźć wejścia do głównej hali.
- Oj, chyba Lech się starzeje. Co wzrok ci wysiada? Jeszcze trochę i ze słuchem też będziesz miał problemy, dziaduniu - wtrącił Jan.
Krzyżanowski nie odpowiedział, tylko popatrzył na niego z ukosa; z przyjemnością dostrzegł, jak Jan krzywi się na to spojrzenie.
- Dobra, panowie, pora zabrać się do roboty. Chodźmy otworzyć drugą bramę, aby wjechać dalej - rozkazał Alojzy, ruszając z miejsca w stronę ledwo widocznych kolejnych wrót.
Michalczyszyn szedł na przedzie, a za nim podążali kolejno Bogusław, Jan i Lech. Ich kroki były szybkie, ale nie wyrażały nerwowości bądź podenerwowania. Alojzemu zrobiło się zimno, ponieważ jako jedyny zapomniał wziąć dzisiaj ze sobą jakiejś kurtki; miał na sobie tylko spodnie khaki oraz błękitną koszulę z kołnierzem.
Była to piąta wspólna misja Alojzego z trzema byłymi policjantami. Wcześniej na jego miejscu jeździł Adaś Niemcewicz, ale dwa lata temu nowotwór zadał mu śmiertelny cios. Zarząd SPA Dąbie zaproponował mu wtedy prowadzenie autobusu na specjalnej linii, co wiązało się z podwyżkami i innymi przywilejami w firmie. Nie zastanawiając się nad tym długo zgodził się. Dopiero później dowiedział się, że jego praca będzie związana bezpośrednio z magazynem H-44, o którym wśród pracowników zajezdni krążyły najdziwniejsze historie. Wówczas chciał zrezygnować, lecz wcześniej podpisał kontrakt i nie mógł się już wycofać. Sam szef SPA Dąbie zaprowadził go do magazyny, każąc przejść do drugiej bramy i dalej...
To tam odnalazł swoją motywację, sens w pracy oraz spełnienie marzeń.
Idąc do drugiej bramy, zostawiając za sobą cicho pomrukujący autobus, mijali po drodze porozrzucane wszędzie papiery - głównie wydania miejscowych gazet - porozwalane szafki, skorodowany czajnik, a również kępy ludzkich włosów, paznokci i liczne sterty ubrań, noszących na sobie plamy krwi oraz śmierdzące kurzem.
Odgłos ich kroków peszył żyjące tutaj gryzonie, które zaraz pierzchały w mrok uniemożliwiając przyjrzenie się im; czwórka mężczyzn zawsze myślała, że są to szczury, ale nigdy żadnego nie widzieli, więc nie mogli tego potwierdzić.
Teren magazynu opadał coraz bardziej w dół, przez co światło traciło na swojej intensywności. Nawierzchnia hali była śliska i im znajdowali się dalej, tym ostrożniej stawiali stopy na betonowej posadzce; nikt nie słyszał odgłosów towarzyszących Lechowi w niedawnej wędrówce w ciemnościach.
Oczom czwórki mężczyzn ukazywały się powoli monumentalne wrota, które zawsze robiły na nich piorunujące wrażenie. Pomimo skąpego oświetlenia widzieli masywną, betonową ścianę pnącą się na wiele metrów w górę, a na samym jej środku dwuskrzydłowe drzwi o wysokości mniej więcej dwunastu i szerokości dziesięciu metrów. Futryna dookoła nich była rzeźbiona, a utrwalono w niej różne bestie, wywodzące się niemal ze wszystkich mitologii.
Same wrota pokryto wizerunkami nagich ludzi w makabrycznych sytuacjach; jedni kochali się ze sobą w najdziwniejszych pozycjach, inni mordowali siebie nawzajem, albo dokonywali rzezi na zwierzętach-mutantach. Wszyscy czterej pamiętali, że na ich środku znajduję się kilka sentencji, znanych z dzieł literatury.
W samym centrum umieszczono napis:
Porzućcie wszelką nadzieję wy, którzy tu wchodzicie!
A od niego odchodziły koncentrycznie kolejne sentencje:
Sam w sobie, samoistny, JEDYNY po wsze czasy;
Za winy przodków niezasłużenie będziesz cierpieć;
Bardzo daleko; gdzie głębie swe otchłań otwiera bezdenna.
Ostatnim ważnym szczegółem był rysunek znajdujący się po prawej stronie na ścianie; przy nim też widniały napisy, z taką różnicą, iż wykonano je mało starannie, wręcz koślawie:



Stanęli pod drzwiami i Bogusław zbliżył się do znaku z napisem po prawej. Światło ukazywało w miarę dokładnie tylko górną część ściany, a reszta - przez spad terenu - widoczna była jak przez czarny, półprzezroczysty materiał. Na szczęście ich oczy już dawno przyzwyczaiły się do tego miejsca, więc bez problemów umieli odróżnić większość szczegółów.
Lech, Jan i Alojzy przystanęli przy samych wrotach, czekając aż Bogusław je otworzy. Aby to zrobić trzeba było wcisnąć odpowiedni mechanizm skryty w ścianie.
Bogusław spoglądał na znak z napisem Wiecznie Żywy, zbierając motywacje do tego, co musiał zrobić. Zrobił głęboki wdech, po czym wypuścił powietrze z sykiem. Czuł jak pozostali wpatrują się w niego i te spojrzenia stawały się coraz bardziej ponaglające. Lech chrząknął, chcąc przyśpieszyć otwarcie bramy.
Zając przypatrzył się rysunkowi, zdając sobie sprawę, że drży - zawsze tak było. Przybliżył się do ściany, która zdawała się pokryta śluzem spływającym aż z samego sufitu; wyżej, gdzie docierało więcej światła ta dziwna maź lśniła zielenią wymieszaną ze szkarłatem. Mężczyzna odwrócił wzrok od symbolu, skupiając wzrok na tym, co było obok.
Przy prawej krawędzi rysunku znajdowała się dziura w ścianie o średnicy około dwudziestu centymetrów; nie była idealnie okrągła, tylko poszarpana na bokach - z ich krawędzi spływały duże ilości gęstej cieczy. Żeby otworzyć wrota musiał włożyć tam rękę i przekręcić umieszczony w ścianie mechanizm.
Wyciągnął dłoń przed siebie, kierując ją w ciemność zagłębienia. Nerwy napięły mu się, lecz nie odczuwał strachu; była to bardziej niechęć wymieszana z niesmakiem. Jego dłoń zagłębiła się w dziurze. Odsłonięte fragmenty skóry ocierały się o ściekającą maź, co powodowało jej natychmiastowe cierpnięcie, a także odruch wymiotny w żołądku mężczyzny.
Ściany wgłębienia emanowały chłodem i wilgocią; wręcz namacalny był ruch zwierząt zamieszkujących ściany, które milczały do niedawna, lecz teraz zaczęły kłębić się oraz hałasować; znowu stał się słyszalny dźwięk opadającej wody, któremu towarzyszyły wzmagające się podmuchy wiatru.
Bogusław dotykał bokiem ściany. Palcami prawej dłoni wyczuwał nierówności dziury, aż w końcu trafił ręką na znajomy kształt mechanizmu. Zaczął tak operować ręką, aby móc przekręcić go w odpowiednią stronę.
Pozostała trójka spoglądała na niego ze zniecierpliwieniem. Dłużyło im się czekanie, ponieważ wszystkim spieszyło się do zakończenia dzisiejszego dnia. Widzieli jak Bogusław wkłada rękę do zagłębienia w ścianie, jak krzywi się po dotknięciu zielonkawo-szkarłatnej cieczy. Spostrzegli, że włożył już rękę do maksimum i manewruje nią tak, aby otworzyć zamek.
Usłyszeli jak Zając wypuszcza z sykiem powietrze, a następnie krzyknął; jego wrzask był niemal kobiecy. Jak na komendę wyrwali z miejsca ruszając do niego.
Nie upłynęła sekunda, a Lech, Alojzy i Jan znaleźli się przy koledze. Bogusław wił się z uwięzioną ręką w ścianie, krzycząc przy tym, błagając o pomoc.
- Chłopaki pomóżcie mi. Coś mnie wciągaaaa! Co za ból...
Złapali go za ramiona, ciągnąc z całej siły do siebie. Bogusław trwał nieporuszony, skręcając się w agonii. Przyjaciele dostrzegli, że jego ręka znika coraz bardziej w otworze; schował się już nawet kawałek barku. Pociągnęli jeszcze raz, zapierając się tym razem z całej siły.
Nie spodziewali się, iż Bogusławowi uda się wydostać właśnie przy tym pociągnięciu, więc gdy z dziury wyskoczyła jego wilgotna dłoń cała czwórka poleciała na śliską posadzkę. Z ust Bogusława zamiast krzyku zaczął dochodzić śmiech. Do reszty w jednej sekundzie dotarło to, że kolega ich nabrał.
Początkowo byli wściekli, ale zaraz dołączyli do niego i wstając każdy zaśmiewał się do rozpuku. Bogusław zbliżył się jeszcze raz do otworu. Włożył rękę, przekręcając znajomy mechanizm do końca.
Cała czwórka usłyszała zgrzyt starego zamka. Poły bramy odskoczyły. Popchali je do tak, ażeby autobus zmieścił się między nimi. Ze środka emanowała ciemność, rozjaśniana od czasu do czasu błękitnawą poświatą. Odwrócili wzrok, kierując się razem do pojazdu. Idąc pod górkę ślizgali się na boki.
- Ale się ciebie żarty trzymają - rzucił Lech do Bogusława.
- Trzeba świrować, żeby całkiem nie zwariować, chłopie - odparł ocierając łzy z kąciku oczu.
- Kurwa, myślałem, że faktycznie coś cię wciąga. Jak to zrobiłeś, że nie daliśmy rady wyciągnąć cię przy pierwszym podejściu? - spytał Alojzy.
- Złapałem dłonią za ten mały murek przed samym mechanizmem otwierającym drzwi. Jak mnie próbowaliście ratować, to bałem się, że mi rękę ze stawów wyrwiecie. A swoją drogą zauważyliście, że dzisiaj jakoś dziwniej tutaj. Chodzi mi o to, że jakby śluzu jest więcej, no i jak wkładałem łapę do otworu, to słyszałem kaskady wody, zwierzęta w ścianach i wiatr się wzmógł.
- Co w tym dziwnego? - zapytał Jan.
- To, że wcześniej jak otwierałem bramę to nigdy tak nie było. Wodę słychać w całym budynku, zresztą zwierzęta też, ale nigdy tak głośno jak...
- Ja tam nic nie słyszałem, a wiatr wcale się nie wzmógł - przerwał mu Alojzy.
- Racja - potwierdził Lech, a Jan skinął głową.
Krzyżanowski postanowił nie dorzucać do relacji Bogusława swoich niedawnych przeżyć, tylko zaczął się zastanawiać, czy faktycznie coś się zmieniło od ich ostatniego pobytu, czy to daję się we znaki zmęczenie.
Weszli do autobusu. Nie minęło trzydzieści sekund, a ruszyli z miejsca z powrotem do drugich wrót. Zjeżdżali kilkadziesiąt sekund; samochód ślizgał się po wilgotnej nawierzchni magazynu H-44. W końcu zniknęli za progiem bramy, wnikając w inny, skrywający wiele niebezpieczeństw świat. Poły drzwi zatrzasnęły się same za nimi; wywołany przy tym huk rozszedł się echem po całej długości hali, wzbudzając do życia koncert upiornych odgłosów - tych samych, które słyszał Lech.

V

Krzysztof Kulczycki ukrywał się za podniszczoną szafą w pomieszczeniu, do którego wchodzi się bocznym wejściem magazynu H-44.
Nie było tam wiele miejsca, ale on ze swoimi wymiarami - metr sześćdziesiąt osiem wzrostu, sześćdziesiąt kilo wagi - zmieścił się prawe bez problemu; na początku musiał tylko przesunąć ją trochę do przodu. Schował się za szafą w momencie, gdy usłyszał podjeżdżający do magazynu samochód, a następnie dotarły do niego stłumione kroki idącego Lecha Krzyżanowskiego.
Po usłyszeniu, że ktoś się zbliża, jego serce ogarnęła panika, lecz szybko zdusił ją w zarodku, zamknął za sobą drzwi i skulił się w miejscu, w którym trwał aż do tej chwili. Czekał cierpliwie, nasłuchując najmniejszego poruszenia, śledząc wedle możliwości poczynania Lecha oraz reszty jego współpracowników.
Wiedział, że Krzyżanowski otwierał bramę główną - co swoją drogą zajęło mu sporo czasu - aby później wpuścić autobus do środka. Zdawał sobie sprawę, że rozmawiają ze sobą, ale nie umiał wyłowić z natłoku słów niczego konkretnego - oprócz grubych ścian przeszkadzały mu w tym normalne dźwięki tego miejsca, wywołujące na ciele Krzysztofa gęsią skórkę, napinające nerwy czy przyśpieszające serce.
Po niezliczonych minutach wyczekiwania dotarło do niego, iż pojazd ponownie rusza i gdy silnik zaczął milknąć postanowił wyjść z ukrycia, aby podążyć za czwórką oprawców.
Oparł się o ścianę, wyciągając przy tym ręce do przodu. Postanowił nie zawracać sobie głowy wychodzeniem bokiem, więc pchnął szafę z całej siły, a ta poleciała na zakurzoną podłogę, wzbijając w powietrze tumany gryzącego kurzu; na ten hałas dźwięki w ścianach zawtórowały przeciągłym wyciem - Kulczycki zadrżał słysząc to.
Wyciągnął z kieszeni spodni poręczną latarkę. Nacisnął guzik na jej grzbiecie i światło zalało ciasne pomieszczenie. Szczątki szafy walały się pod jego nogami, a rozmokłe segregatory rozpadły się, pozostawiając po sobie wspomnienie w postaci drobnych kawałków tektury. Gdy robił pierwszy krok do przodu, stąpając przy tym po rozwalonych deskach, wydawało mu się, iż przed strugami światła uciekają niewielkie gryzonie, popiskujące cicho, lecz nie dostrzegł żadnego z nich...
Zbliżył się do przymkniętych drzwi prowadzących do głównej hali. W sztucznym blasku miały kolor przegniłej zieleni; w górnych częściach farba odchodziła płatami. Z klamki zwisały pajęczyny, prezentujące się w świetle niczym posiwiałe włosy pozostawione przez jakiegoś starca.
Oczyścił ręką klamkę. Pociągnął ją w dół, naparł na drzwi i hala magazynu H-44 stanęła przed nim otworem. Panowała w niej taka ciemność, że zdawała się ona przypominać konsystencją gęstą mgłę. Po zrobieniu kilku kroków w głąb naszła go taka sama refleksja, jak wcześniej Lecha - o tym, że mrok dostaję się do krwioobiegu, po czym zaraża po kolei komórki...
Skierował snop światła w stronę, po której jego zdaniem znajdowały się wrota głównej bramy. Nie pomylił się i oczom Kulczyckiego ukazały się jej zamknięte, skorodowane poły. Widział je rozmazane, jakby dopiero co obudził się ze snu, albo narkozy. Winę za słabą widoczność zrzucił na wyczerpujące się baterie, starając się nie dopuszczać do głosu myśli, że przecież jeszcze ich nie używał, iż za to wszystko odpowiada mrok.
Odwrócił się na pięcie w kierunku spadku terenu oraz kolejnych, niewidocznych w takiej pozycji wrót. Znowu wydawało mu się, że coś uciekło w bok po tym, jak odwrócił w tę stronę latarkę; wyraźnie usłyszał drapanie paznokci na posadzce oraz krótki jęk strachu. Czując podchodzące do gardła serce ruszył z miejsca w ślad za Lechem, Janem, Bogdanem i Alojzym.
Idąc przed siebie zdawał sobie sprawę, że teren opada, a nawierzchnia robi się śliska od dziwnie gęstej cieczy. Oświetlając oddaloną o kilkanaście metrów prawą boczną ścianę dostrzegł, jak po tynku spływa zielono-szkarłatna maź; skrzywił się na ten widok. Ale uczucie niepokoju zwiększył w nim nie płyn pokrywający wszystko dookoła, ale stosy zakrwawionych ciuchów, włosy ze śladami krwi na końcu, a także kilka palców i jedna stopa leżące dwa metry na lewo od niego.
Starał się nie zwracać uwagi na podążające za nim dźwięki - istoty w ścianach oraz w podłodze, szum wody, podmuchy wiatru - ale im dalej był, tym bardziej się wzmagały, wygrywając upiorną melodie potęgującą przerażenie; na szczęście dla niego na razie szumiący dźwięk, którego wystraszył się Lech, nie powtórzył się dotychczas. Od panującej w budynku wilgoci i wiejącego wiatru było mu zimno - aż trząsł się, szczękając na dodatek zębami.
Przychodząc w to miejsce nie wiedział czego się spodziewać. Sugerując się pogodą na dworze ubrał się w krótkie, bordowe spodenki oraz czarną koszulę polo. Oprócz tego zaopatrzył się w rewolwer wetknięty za pas - miał do niego osiemnaście dodatkowych naboi w kieszeni - a także nóż; ostrze skrył w skórzanej pochwie umieszczonej w skarpetce.
Przyszedł tutaj w takim celu, jak trzy lata wcześniej Lech, któremu wówczas towarzyszył Jan z Bogusławem. Cztery miesiące temu, dokładnie trzeciego marca, zniknęła jego żona - Monika - wraz z synem i córką (ośmioletnimi bliźniakami) - Marcelem oraz Elą. Początkowo przyszło mu do głowy, że po prostu odeszli, gdyż ostatnimi czasami nie układało się najlepiej między nim, a Moniką; żona robiła mu wyrzuty, że zbyt dużo czasu spędza w pracy - był agentem ubezpieczeniowym PZU - zaniedbując rodzinę.
Obdzwonił każdego znajomego, całą rodzinę Moniki i nie na trafił na ich najmniejszy ślad. Złożył doniesienie o zaginięciu, ale policja po dwóch miesiącach z braku dowodów (trop kończył się na wyjeździe na zakupy do Tesco) zaniechała śledztwa. Wtedy zaczął poszukiwania na własną rękę.
Dowiedział się, że żona z bliźniakami wracała do domu specjalnym autobusem, kursującym spod hipermarketu do Bramy Portowej - wyciągnął te informacje od jednego z ochroniarzy, który z dużymi oporami wyznał mu, iż pomagał jej załadować do niego torby z zakupami. Później ślad zanikał, ale do myślana dawał fakt, że oprócz niej zaginęło jeszcze czterdzieści jeden osób - w ich przypadku śledztwa równie szybko zamykano, traktując zrozpaczoną rodzinę, jak obłąkanych natrętów.
Śledząc jednego z kierowców dowiedział się, że autobus zjeżdża na noc do zajezdni SPA Dąbie, więc postanowił sprawdzić, czy któryś z pracowników wie coś na temat jego rodziny. Najpierw spróbował tego z kierowcą, którego obserwował. Dopadł go w zaułku, gdzie wybił mu trzy przednie zęby, a następnie zaczął zadawać pytania.
Ten powiedział Krzysztofowi, że on trzeciego marca jeździł tylko do południa, a później wysłali na jego miejsce innego kierowcę - nie wiedział jakiego. Plujący krwią mężczyzna wyznał, że słyszał od innych kolegów, iż pod koniec dnia autobus linii Tesco - Brama Portowa, trafił do magazynu H-44. Wtedy Kulczycki usłyszał pierwszą z legend, jaka krążyła wśród pracowników SPA Dąbie... dowiedział się, że większość ludzi, jacy się tam zapuszczali, nigdy nie wracała, albo zmieniała się nie do poznania.
Jego poszukiwania zakończyły się w momencie, gdy spotkał się z członkiem zarządu zajezdni - Stanisławem Frydrykiewiczem. Nie można powiedzieć, że była to przyjemna rozmowa. Miała miejsce w toalecie przy biurze Stanisława, a jej początek przypominał spotkanie z kierowcą; z taką różnicą, iż Frydrykiewicz stracił cztery zęby, dorobił się sińców pod oczami oraz złamań na szczęce. Przerażony członek zarządu wskazał mu magazyn H-44 jako miejsce, gdzie raz na kilka miesięcy zajeżdża specjalny autobus z niezwykłą dostawą. Stanisław potwierdził, iż w trzewiach tego budynku zginęło już wiele osób, o czym wiedzą również najwyżsi urzędnicy w mieście, łącznie z szefami policji. Frydrykiewicz nie umiał powiedzieć, kto odpowiada za całą akcję - znał tylko kierowcę - ani dlaczego wszystko odkrywa tajemnice. Na zakończenie rozmowy Krzysztof wyciągnął ze Stanisława informację, że najprawdopodobniej specjalna linia wyruszy ponownie siódmego lipca.
Na dowidzenia potraktował skurwysyna podeszwą swojego buta, łamiąc mu przy tym szczękę w dwóch miejscach.
Od tamtej pory wziął urlop w PZU i ukrywał się w różnych miejscach Szczecina, aby nie narazić się na niebezpieczeństwo, które zawisło nad nim w momencie, gdy wplatał się w tę sprawę. Szykował się do zemsty i tak dzisiaj, dnia siódmego lipca, wylądował w magazynie H-44 na terenie zajezdni autobusowej SPA Dąbie.
Pokonywał kolejne metry opadającego terenu ślizgając się na prawo i lewo. Wiatr wiał Krzysztofowi prosto w twarz, powodując drżenie przy każdym podmuchy. Promień latarki wyławiał kolejne fragmenty magazynu, oświetlając również w oddali słabo widoczną bramę. Kulczycki spojrzał na ogromne wrota majaczące w odległości stu metrów przed nim,
Stal rozbłysła przez chwilę w blasku latarki, po czym stała się niewyraźna przez otulający wnętrze mrok. Krzysztof zadrżał na ten widok. Przez te kilka sekund nie patrzył pod nogi i akurat wtedy poślizgnął się.
Próbował złapać równowagę, ale nadepnął na niewielkie, futrzane zwierzę. Istota - prawdopodobnie szczur - zapiszczała. Udrapała go w dolną część łydki, a on tracąc przyczepność poleciał przed siebie. Turlając się w dół wzniesienia krzyknął dwa razy, wyrażając w ten sposób dezaprobatę oraz strach.
Czuł jak ciecz pokrywająca podłogę klei się do jego skóry - wrażenie było tak obrzydliwe, jakby tarzał się we własnych smarkach. Całą swoją koncentracje skupił na tym, ażeby utrzymać w ręce latarkę - nie bał się oto, że straci pistolet z nożem, ponieważ wcześniej zadbał o to, aby nie przemieszczały się bez powodu.
Światło latarki tańczyło po okolicznej przestrzeni; gdy Krzysztof próbował się zorientować jak długo będzie jeszcze opadał, blask sztucznego światła wyłowił pod sufitem falujący obraz skrzydlatej istoty o ostro zakończonym dziobie oraz łuskach pokrywających ciało - z tyłu sterczała jej imitacja ogona. Ptak skrzywił się. Nie oderwał się jednak od stalowego pręta, tylko odwrócił głowę. Zakrakał, aby za ułamek sekundy ponownie stać się częścią ciemności.
Zatrzymując się Krzysztof jęknął usłyszawszy odgłos wydany przez skrzydlatą bestię. Przestał turlać się przy samych wrotach. Wstał dotykając odkrytych części ciała oraz fragmentów ubrania. Cały był pokryty lepkim śluzem, nawet włosy miał mokre. Westchnął, wiedząc, że nic nie jest w stanie na to poradzić.
Postanowił zignorować wilgoć i zająć się podążaniem za mordercami swojej rodziny. Sprawdził czy broń z nożem są na swoim miejscu - były. Obejrzał latarkę, która nadal świeciła, ale szybka osłaniająca żarówkę popękała.
Skierował snop światła na wrota mieszczce się trzy metry przed nim. Ponownie zadrżał na ich widok. Twarze mitycznych bestii - między innymi cyklopów oraz sturękich - spoglądały na niego z nienawiścią; za nimi płonęły ognie, z których wychodziły ogromne macki. Ludzie kochali się ze sobą - kobiety z mężczyznami, mężczyźni z mężczyznami, kobiety z kobietami - wykorzystując wszelkie możliwe układy oraz stymulujące narzędzia; ich twarze gorały w nieopisanej, narkotycznej rozkoszy. Nadzy myśliwi, pochodzący pewnie z epoki kamienia łupanego, polowali na trzygłowe stwory o podwójnych ogonach, rogach oraz zbyt człowieczych twarzach. Po środku widniały sentencje pochodzące z dzieł literatury; rozpoznał ich autorów jako Dantego, Platona oraz Homera.
Na boku, po prawej, dostrzegł ten sam znak, na który zawsze spoglądał Lech, Jan, Bogusław oraz Alojzy. Gdyby był tutaj wcześniej razem z nimi, to teraz spostrzegłby, iż symbol uległ drobnej transformacji. Nie dotyczyła ona samego rysunku, tylko tekstów nad i pod nim.
Jakieś piętnaście minut temu brzmiały:
Wiecznie żywy;
A'lle omine deo.
Za to w chwili obecnej widniały tam napisy, wykonane tym samym koślawym pismem, o następującej treści:
Życie za Życie, Śmierć za Śmierć, otwórz w Mroku Wrota i w Przeznaczenie wejdź;
Deo k'aar inlluminne 'lle ome.
Zaczął dygotać czytając te słowa. Szczególnym lekiem napawały go wyrazy brzmieniem przypominające łaciński, ale niebędące nim. Przesunął opuszkami palców po powierzchni rysunku. Natychmiast je odsunął, gdyż całość była gorętsza od pieca.
- Cholera jasna - zaklął.
Przybliżył się do drzwi, szukając klamki. Nie dostrzegł jej - widział tylko pionową linię biegnącą w górę, ku końcowej części wrót. Zrobił krótki rozpęd, uderzając z barku w stalowe poły. Brama ani drgnęła, za to Krzysztof krzyknął. Rozmasowując bark rozglądał się na boki, poszukując dźwigi, bądź czegoś, co pomogłoby mu dostać się do środka.
Po kilku sekundach zobaczył obok rysunku na ścianie dziurę.
Nie zastanawiając się długo włożył do niej rękę, powtarzając czynność wykonywaną niedawno przez Bogusława.
Serce biło mu w piersi z taką intensywnością, że przy każdym uderzeniu obawiał się jego wyskoczenia. Grube krople potu pokrywały czoło Krzyśka, a mięśnie drżały jak w febrze. Zanurzając w ciemności otworu rękę odczuł obrzydzenie, ale pomimo tego nie zawahał się sięgać coraz głębiej.
Śluz pokrywał mu odsłonięte fragmenty ciała, spowalniając funkcjonowanie synaps. Kulczyckiemu zaczęło wydawać się, iż światło latarki przygasło odrobinę, przez co wzmogło się jego przekonanie o inteligencji panującego wokoło mroku.
Wnętrze dziury było wilgotne, czym przypominało odrobinę kobiecą pochwę. W jej ścianach coś się poruszało, wydając podczas tej czynności popiskiwania, lub mlaskanie. Sam śluz emanował chłodem; zimno potęgowało się dodatkowo przez kłujące podmuchy wiatru, atakujące bezbronne ciało Krzysztofa.
Dotarł opuszkami palców do murka wewnątrz ściany - tego samego, który posłużył Bogusławowi do złapania się w chwili, gdy reszta starała się go wyciągnąć. Uniósł dłoń wyżej, wysuwając ją do granic możliwości. Wyczuł metalowy mechanizm na wprost. W zamku mieściła się zapadka - trzeba było ją wcisnąć końcówką wskazującego palca, a później przekręcić.
Ze względu na swój niski wzrost musiał przycisnąć się do ściany, aby tego dokonać. Stłumił krzyk, rodzący się w krtani przez świadomość spływającego po niej śluzu. Wcisnął opuszek palca głębiej.
Coś zaskrzypiało, przesunęło się, a następnie zagrzechotało. Stalowa obrączka zacisnęła się na palcu Krzyśka.
Pożar wywołany przez panikę ogarnął jego ciało. Zaczął się szarpać, jęcząc przy tym. W jednym momencie przypomniały mu się obejrzane filmy grozy, gdzie bohaterowie ginęli przez takie coś. Tak samo jak on wkładali palce - albo całe ręce - w bliżej nieokreślone miejsca, po czym coś dopadało ich, rozmazując ich wnętrzności na pobliskiej ścianie albo podłodze. Najbardziej w pamięci utkwił mu mały dzieciak z książki "TO", który wkłada rękę do kanału, aby odzyskać swój okręcik, a później bestia wyrywa mu ramię prosto ze stawu...
Szarpał się z całych sił, ale mechanizm ani myślał go wypuścić. Krzyknął w ciemność, ponieważ z tego wszystkiego upuścił latarkę, a ta zgasła. Ku jego zdziwieniu z mroku dobiegła go odpowiedź - coś zakrakało głośno i nie był to zwykły, potulny kruk. Większą zgrozę wywołała u Krzyśka świadomość, że istota ta poderwała się do lotu wydając przy tym
(szszszszyyy...szszszszyyy...szszszszyyy...SZSZSZSZYYY...)
szumiący dźwięk.
- Boże, boże, boże, boże, boże... - lamentował pod nosem.
Podejrzewał, że jego modlitwa pozostanie niewysłuchana, ale w tej samej sekundzie zdał sobie sprawę, że jest wolny. Zaczął wyciągać rękę ze środka.
Na nieszczęście dla Krzysztofa to nie był koniec przygód. Gdy łokieć znalazł się z powrotem na wolności, poczuł jak drobne zwierze wbija mu zęby w kciuka. Krzyknął ponownie, niemal wyszarpując pozostałą część ręki na zewnątrz. Nie przejmując się latarką ruszył z miejsca do drzwi, które stały uchylone.
W połowie drogi spostrzegł, iż jakiś cień wije mu się przy dłoni. Biegnąc próbował go strącić. Machał ręką, wywołując przez to palące ogniska bólu. Gdy znalazł się między połami wrót pociągnął za ogon istoty. Ta pisnęła i rozluźniła szczęki wypuszczając z nich ciało Kulczyckiego. Ten zrobił zamach, odrzucając za siebie gryzonia.
Wskoczył w dalszą część budynku. Drzwi zatrzasnęły się za nim. Oddychając ciężko usłyszał jak coś dużego uderza z impetem z drugiej strony - pewnie ptak, który niedawno odpowiedział mu krakaniem. Kolejny odgłos należał do zwierzęcia ze ściany - zapiszczało, aby zaraz zamilknąć. Po kilku sekundach dało się słyszeć stłumione dźwięki rozrywania ciała, mlaskania, przełykania...

VI

Musiało minąć dziesięć minut zanim przestała Krzyśkowi lecieć krew z kciuka. W tym czasie zdążył się uspokoić, ale dopiero po zrobieniu pierwszych kroków zaczął rozglądać się po pomieszczeniu, a raczej jaskini.
Latarka nie była mu w tym miejscu potrzebna, ponieważ mrok rozświetlała błękitnawa poświata. Na początku myślał, że poblask emanuje z jakiś lamp przytwierdzonych przy suficie, ale nie zauważył niczego takiego. Światło zdawało się wydobywać bardziej z boków, niż z góry, ale nigdzie nie mógł dostrzec żadnych żarówek, neonów czy jarzeniówek. Postanowił nie zaprzątać sobie tym głowy i oglądając się na boki szedł naprzód.
Ściany nie były już murowane, lecz z litej skały. Wznosiły się na wysokość mniej więcej dwudziestu metrów; ich boki stanowiły postrzępioną mozaikę, tak ostrą w niektórych miejscach, iż dotknięcie mogło skończyć się poważną raną. Patrząc na nie widział, jak po powierzchni spływają strumienie wody; wydawały przy tym donośny szum, niosący się w głąb jaskini.
Odgłosy harcujących w ścianach zwierząt umilkły, lecz wicher nie zmniejszył się, a wręcz przeciwnie - dął siniej niż dotychczas. Przez wilgoć, oraz wiatr, czuł jak kostnieją mu palce u nóg i rąk. Pokonując następne metry trząsł się z zimna. Próbował rozgrzać się choć trochę, więc dmuchał w złożone dłonie; widział jak para wydobywa mu się z ust.
Dotarł do szerokiego skrętu w prawo. Na miękkawym, pełnym kałuż podłożu, zauważył ślady opon autobusu. Patrząc na nie uprzytomnił sobie, że za niedługo stanie twarzą w twarz z mordercami swojej rodziny, iż zobaczy, co oni robią tutaj. Na samą myśl o dokonanych w tej jaskini zbrodniach, o istotach mogących w niej mieszkać, zadrżał, ale nie z zimna, lecz ze strachu.
Po przejściu zakrętu zdał sobie sprawę z tego, że podłoże ponownie zaczyna opadać. Gdzieś z oddali słyszał grzmot. Nie był to jednak odgłos podobny do uderzenia pioruna, lecz do opadających z wysokości ton wody.
Omijał kolejne kałuże, przeskakując je, jeśli zachodziła taka potrzeba, schodząc coraz bardziej w głąb ziemi. Oddalał się od znanego mu świata spalin, samochodów, seksu za pieniądze i skorumpowanych polityków, jednocześnie żegnając się na nieokreślony czas - a może na zawsze - ze słońcem.

Nie wiedział ile minut, albo godzin trwała jego podróż przez jaskinię. Zdawał sobie tylko sprawę z otaczającego go chłodu, spływających strumieni wody ze ścian - które niknęły niewiadomo gdzie - a także z wiejącego wiatru. Pokonywał kolejne kroki niczym maszyna, próbując ignorować podchodzące do gardła serce oraz kwaśny smak żółci w ustach.
Przeszedł przez niezliczoną ilość zakrętów w prawo i lewo - było ich tyle, że całkowicie zatracił poczucie rzeczywistości - aż dotarł do miejsca, gdzie jaskinia przestawała być złożona z postrzępionej skały, a stawała się gładka. Dotychczasowa forma wnętrza przypominająca nierówny kwadrat zmieniła się w coś na kształt okręgu o spłaszczonym spodzie, pełniącym funkcje podłogi.
W blasku błękitnawej poświaty widział, że po bokach nie spływała już woda. Na dodatek wicher przestał kąsać mu skórę. Zanim wszedł całkiem w dalszą część jaskini spostrzegł, iż na gładkich ścianach widnieją napisy w tym samym dziwnym języku, który widział w magazynie H-44. Zadrżał na ich widok. Nie wiedział dlaczego, ale z jakiegoś powodu budziły w nim lęk.
Postanowił się nie zatrzymywać. Szedł dalej, patrząc przed siebie.
W oddali zamigotało silniejsze światło - nie błękitnawe, lecz trupio-białe. Widok ten zamiast odgonić strach wzmógł go. Jęknął cicho, czemu towarzyszyła kolejna intensywna fala jasności. Gdy zamknął usta dotychczasowa poświata przestała go otaczać i pozostał tylko mrok.
W krtani Krzyśka zamarł rodzący się krzyk. W pierwszej chwili znieruchomiał, nie bardzo wiedząc czy iść dalej, czy nie. Po upływie kilkudziesięciu sekund ruszył z miejsca, przybliżając się do jednej ze ścian. Wyciągnął w bok lewą rękę, starając się ją wymacać. Jego place dotknęły gładkiej powierzchni i ponownie musiał stłumić rodzący się w nim wrzask. Woda nie spływała już po ścianach, ale za to w dotyku wydawały się miękkie niczym skóra nieboszczyka.
Wzdrygnął się, ale szedł przed siebie dotykając końcówkami palców dziwnej skały. Wyczuwał w niej nieliczne bruzdy, będące na pewno wgłębieniami liter.
Ciemność otulała go tak samo, jak ta w magazynie H-44. Była tak gęsta, że można by kroić ją nożem. Znowu zaczął zastanawiać się nad tym, czy dostaje się ona do organizmu, aby osiąść tam na dobre...
Ponownie zobaczył rozbłysk białego światła w oddali. Zamigotało do niego tak, jakby mrugnęło mu porozumiewawczo okiem. Po chwili zjawisko powtórzyło się, lecz tym razem poświata nie zgasła. Została tworząc z przodu jaskrawobiały punkt. Najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że nie oświetlał on niczego, co znajdowało się w jaskini.
Podążał w jego kierunku, ponieważ droga nie prowadziła nigdzie indziej, tylko właśnie tam. Zbliżał się do jasności, niczym dusza po śmierci, mająca odnaleźć po przekroczeniu bieli szczęście oraz życie wieczne.
Poświata rosła w oczach Krzysztofa. Rozrastała się od średniej wielkości kuli, do okrągłej tarczy przysłaniającej całą przestrzeń jaskini majaczącą w oddali. Przybliżał się do niej z każdym krokiem, mając niejasne wrażenie, że nie znajdzie tam ocalenia, ani tym bardziej wiecznej radości... w głębi duszy zdawał sobie sprawę, iż nie ma tam nic innego oprócz cierpienia.
Im mniejsza dzieliła go odległość od trupio-białej poświaty, tym bardziej stawał się wyczuwalny odór gnijącego mięsa, wymieszany z wonią odchodów. Huk opadającej wody zrobił się tak głośny, że powodował ból bębenków, od którego wibrowały zęby w dziąsłach.
Pokonał ostatnie metry dzielące go od ściany bieli, aby w końcu stanąć przed nią. Patrząc na to zjawisko widział jak poświata wiruje. Wyglądało na to, że zrobiona jest z niewielkich, obracających się drobin materii.
Wstrzymał oddech, po czym postąpił krok do przodu, wchodząc w ścianę trupio-białego światła.

VII

Jasność wypełniła jego umysł. Zdawała się zakrywać wszystko w taki sam sposób, w jaki robił to wcześniej mrok. Już nie widział wirujących pyłków bieli, tylko promienie światła tak jasnego, że Słońce przy nich prezentowało się niczym ledwo tlący ognik. Początkowo dziwiło go to, że nie odczuwał ciepła, a mróz przekraczający wszelkie granice pojmowania. Jego zmysły były świadome ogarniające je paraliżu i przekazywały do przerażonego mózgu informację, że gruby szron zakrywa całą powierzchnie ciała Krzyśka. On nie mógł tego potwierdzić, ponieważ jego oczy nie postrzegały nic oprócz trupo-białego światła.
Zaczął opadać. Początkowo powoli, aby później przyśpieszać. Spadając w bliżej nieokreślone miejsce był przekonany, że dodatkowo obraca się w powietrzu - te wrażenie potwierdzał fikający koziołki żołądek.
W między czasie oczy Krzysztofa przyzwyczajały się do nowego otoczenia, albo to otoczenie przyzwyczajało się do nich. Z jasności wyławiał porozrzucane obrazy, z których po chwili można było usłyszeć niewyraźne ludzkie głosy. Rozróżnił, że była to kobieta, dwójka dzieci oraz kilku mężczyzn. Potwierdziły to obrazy ukazujące się jego oczom, wypierające światłość.
Zobaczył swoją żonę, wyglądającą tak samo jak w dniu zaginięcia. Blond włosy rozwiewał jej wiatr, kocie oczy mrużyła od wczesnowiosennego słońca, a mleczno biała skóra lśniła w jego blasku. Jej drobny nos nosił ślady czerwieni od używania chusteczek higienicznych. Obok niej, trzymając się za ręce stały ich dzieci. Spostrzegł, że stoją oni w pędzącym autobusie, niedaleko otwartego okna. Bliźniaki rozmawiały ze sobą, odcinając się od reszty majaczących w tle ludzi podobnymi twarzami oraz takimi samymi, niebiesko-białymi kompletami ciuchów.
Monika pochyliła się do pociech, wyciągając z kieszeni chusteczkę. Ocierała twarz córki, kiedy umysłem Krzysztofa, a także pędzącym autobusem, wstrząsnął huk wystrzału. Kulczycki ujrzał jak kula przecina miejsce, gdzie przed chwilą stała jego żona, a następnie leci dalej zagłębiając się w czoło starszej pani w grubej, pomarańczowej kurtce i okularach na twarzy. Z czoła poleciała krew wymieszana z tkanką mózgu. Babcia opadła na podłogę, zadzierając nogi do góry, przy czym z pomarszczonego nosa spadły jej okulary.
Monika razem z bliźniakami wrzeszczała - towarzyszył im tłum pasażerów, co wzmagało krzyk do takiego stopnia, że wibrował w uszach.
Czarny, zimowy but mężczyzny zdeptał okulary leżące na podłodze. Jednocześnie strzelił kilka razy, powalając kolejne osoby, które z zamarłym protestem padały na podłogę pojazdu. Widać było jak z lufy broni unosi się strużka dymu, a na twarzy mężczyzny - Bogusława Zająca - widniała pozbawiona litości mina. Jego partnerzy - Lech Krzyżanowski, Jan Maciąg - ostrzeliwali pozostałych ludzi po bokach; gdy kończyła się amunicja używali do zabijania noży, które wbijali w ciała ofiar z precyzją rzeźników.
Bogusław podszedł do kucającej ciągle Moniki. Jej śliczna twarz zsiniała z przerażenia, a oczy błagały o darowanie życia. Bliźniaki płakały wtulone w siebie.
- Proszę, oszczędź moje dzieci - wyszlochała żona Krzysztofa.
Bogusław odpowiedział jej uśmiechem, po czym przeładował broń i wystrzelił Monice z bliskiej odległości w twarz. Bryzgnęła skóra wymieszana z krwią oraz kością. Z oczu spłynęły łzy, które opadły na dół razem z nią. Ciało Moniki drgnęło w ostatnich spazmach, zalewając posoką buty mężczyzny i dzieci.
Bogusław popatrzył na Lecha i Jana. Kończyli już zabijać ostatnich pasażerów, dobijając tych, którzy nie umierali od razu. Zając zbliżył się do łkających za mamą bliźniaków. Spojrzały na niego pełnymi łez oczami. Nie wzruszył go jednak ten widok. Odrzucił na bok pistolet, wyciągając następnie przed siebie obydwie ręce. Złapał nimi za głowy dwójki dzieci. Z całych sił zderzył je ze sobą. Krew popłynęła z rozciętych skroni, a bliźniaki padły bezprzytomności obok swej martwej matki.
Krzysztof ciągle opadał w dół wirując przy tym. Jasność odeszła. Jej miejsce zastąpiły sceny prosto z horroru, które - niestety - wydarzyły się naprawdę. Głowa pękała mu od krzyków umierających ludzi, a serce łamało mu się widząc jak ginie jego żona, a dzieci tracą przytomność.
Myślał, że to koniec, iż zaraz obudzi się z krzykiem, albo oszaleje i już nigdy nie odzyska zdrowych zmysłów, ale wtedy wnętrze autobusu zastąpiło inne miejsce.
Ujrzał magazyn H-44, a później mijane jakiś czas temu wrota. Przebył jeszcze raz jaskinię, z taką różnicą, że tym razem nie trafił na ścianę światła. Zamiast tego dotarł do miejsca wyłożonego czarną kostką z licznymi rozpadlinami. Po jednej ze ścian, z olbrzymiej wysokości, spadały na dół kaskady wody - wpadały one do szerokiej jak boisko do piłki nożnej dziury, z której na powierzchnie wydobywały się spore ilości pary. Przy końcowej ścianie majaczyło Coś złożone z ciemności, Coś, co miało swoje korzenie głęboko w ziemi. Od czasu do czasu stawały się widoczne oślizgłe macki zakończone sześcioma kolcami. Przez moment ukazała się wielka głowa bestii, ale trwało to zbyt krótko, aby zapamiętać jakikolwiek kształt.
Czterech mężczyzn - Lech, Bogusław, Jan i Alozy, który dołączył do nich po zaparkowaniu autobusu - wrzucało ciała zabitych ludzi wprost pod strumień opadającej wody. Z wnętrza ziemi dochodziły piskliwe krzyki.
Gdy skończyli tę czynność Lech przyniósł z autobusu dzieci - bliźniaki Krzysztofa oraz Moniki. Powoli wracały do siebie, ale nie było im dane zaznać wybawienia. Alojzy ściągnął z nich ubrania, obnażając niedojrzałe ciała. Złapali je za nogi i ostrożnie przybliżyli się do końcowej ściany, gdzie majaczyła poruszająca się ciemność.
Z sufitu, niknącego na niemożliwej do określenia wysokości, zwisały łańcuchy zakończone hakami. Mężczyźni podeszli do nich, aby po kilku sekundach nadziać na nie bezbronne ciała. Dzieci krzyczał z bólu wzbudzone ze stanu otępienia, a ich łzy opadały na spękaną posadzkę, na której leżały stosy rozkładających się ubrań wymieszanych z drobnymi kościami rozpadającymi się w pył.
Krew płynęła gęstym strumieniem, aż spod ściany wyskoczyły dwie macki. Kolce wbiły się w gładką skórę, wzbudzając nową, głośniejszą niż dotychczas falę szlochu. Uniosły bliźniaki do góry z haków, wciągając je dalej w mrok, ku niewiadomemu przeznaczeniu. Oprawcy patrzyli na to z fascynacją.
W końcu sami zbliżyli się do poruszającej się ciemności, kładąc się na ziemi. Położyli się brzuchami na podłodze, zamykając oczy.
Macki ponownie wyskoczyły naprzód, lecz tym razem było ich cztery. Najdłuższe z kolców przybliżyły się do dziury potylicznej w karku, aby zaraz się w nią wbić. Ciałami mężczyzn wstrząsnęły spazmy, lecz nie bólu, a Rozkoszy. Patrzącemu na ten obraz Krzysztofowi wydawało się, że ich sylwetki rozmywały się w miarę upływu sekund.
Kulczycki miał już dosyć opadania i pojawiających się obrazów. Zamknął oczy, ale i tak wszystko widział. Próbował krzyknąć, ale nie mógł. Serce skakało mu w piersi, a pot - mimo chłodu - oblewał ciało. Prędkość upadku stała się tak duża, iż czuł jak skóra mu faluję.
Gdy obrazy się skończyły, a ich miejsce zastąpił rozbłysk światła, usłyszał głos - zdawał się dobywać z każdej komórki Krzyśka, rozrywając je swoją siłą:
- Życie za Życie, Śmierć za Śmierć, otwórz w Mroku Wrota i w Przeznaczenie wejdź! Deo k'aar inlluminne 'lle ome. Zabij trzech. Zabij i złóż w ofierze, a ponownie zobaczysz, a ponownie dotkniesz żony, przytulisz dzieci! A'lle omine Deo! Narr' sallum tet! Narr' sallum tet! Narr' sallum tet!!! Zachowaj ciągłość...!
Dźwięk wibrował z coraz większą siłą, a z jasności zaczęły dochodzić Krzysztofa szepty rodziny. Zanim uderzył o niewidzialną nawierzchnię zobaczył ich uśmiechnięte twarze oraz długie włosy Moniki rozwiewane przez wiatr.

VIII

Kulczycki upadł na twarde podłoże, rozbijając sobie kolana i drapiąc do krwi skórę na rękach.
Leżał chrapliwie łapiąc powietrz do rozpalonych płuc. Serce już mu się uspakajało, ale umysł nadal był pod wpływem szoku. Początkowo nie umiał sobie przypomnieć gdzie się znajduje, ani co konkretnie sprawiło, że znalazł się w tym ciemnym miejscu z dala od miejskiego zgiełku.
Wstając musiał włożyć w tę czynność mnóstwo energii, ponieważ mięśnie skostniały mu od zimna. Ręce Krzyśka drżały, jakby niedawno odstawił alkohol i męczyła go delirka. W skroniach czuł pulsujące łupanie, które w niedługim czasie zmieni się w uciążliwy ból głowy, przyćmiewający myśli.
Stopniowo odzyskiwał cel swojej wyprawy, a także przypominał sobie, kim jest i gdzie się znajduję. Odruchowo złapał się za kolbę pistoletu, aby sprawdzić czy jest na swoim miejscu; dotyk chłodnej stali podziałał na jego skołatane nerwy kojąco. Gdy szok minął całkiem, nie potrafił się pozbyć wrażenia, że coś się w nim zmieniło - był jakby bardziej pewny siebie, ani nie bał się już tak otaczającego go mroku, który ponownie rozświetlała błękitnawa poświata.
Ruszył z miejsca, podążając dalej znienawidzonym już korytarzem wydrążonym w litej skale. Otaczające go ściany ciągle były daleko od siebie odsunięte, a sufit znajdował się na bliżej nieokreślonej wysokości. Podłoże zrobiło się twardsze, przez co buty Kulczyckiego stukały o jego powierzchnie, niosąc się echem w głąb ziemi.
Wyczuwał ten sam smród, co przed wejściem w jasność, ale znacznie mocniejszy. Woń rozkładającego się mięsa docierała do nozdrzy Krzyśka z taką intensywnością, że musiał oddychać przez usta, żeby nie zwymiotować. Woda zdawała się opadać w pobliżu i choć ściany pozostawały na razie suche, to wilgoć dawała się odsłoniętej skórze Kulczyckiego we znaki.
Zbliżył się do kolejnego zakrętu. Pokonał go, starając się sobie przypomnieć, który to już z kolei, ale nie potrafił. Wzruszył ramionami, postanawiając się tym nie przejmować, gdyż od tego szlaku nie było żadnych bocznych dróg - prowadził w jedno miejsce, pamiętane przez Krzyśka jak przez mgłę z wizji po wejściu w jasność.
Najbardziej w podświadomości utkwiły mu słowa zasłyszane pod sam koniec, tuż przed upadkiem na podłogę jaskini.
(Życie za Życie, Śmierć za Śmierć, otwórz w Mroku Wrota i w Przeznaczenie wejdź!)
(zabij trzech, zabij i złóż w ofierze...)
(a ponownie zobaczysz...)
(a ponownie dotkniesz żony, przytulisz dzieci!)
(zachowaj ciągłość...)
(Narr' sallum tet!!!)

Zadrżał, wspominając to. Dodatkowo męczyły go obrazy ginącej rodziny: Monika postrzelona w głowę z bliskiej odległości i jej krew wymieszana z kością oraz mózgiem, obryzgująca wszystko dookoła podczas upadku bezwładnego ciała; bliźniaki - Marcel z Elą - ogłuszone przez mężczyznę o twarzy bez wyrazu z licznymi zmarszczkami; budzące się z otępienia dzieci obnażone do naga, następnie nadziane na stalowe haki, które przebiły ich skórę, powodując krwotok; macki wychodzące z ciemności, zabierające jego pociechy ze świata żywych w miejsce bez czasu...
Później przypomniał sobie ostatnią scenę wizji w trupio-białych światłach, a mianowicie rozwiewane przez wiatr włosy Moniki oraz uśmiech na twarzy jej i dzieci - uśmiech odzwierciedlający tęsknotę, oczekiwanie.

Po pokonaniu zakrętu Krzysztof Kulczycki ujrzał kres swojej wędrówki. Dotarł do punktu, gdzie ściany przyjmowały po raz drugi owalny kształt, z taką różnicą, że tym razem po kilku metrach kończyły się, aby rozstąpić się na boki, rozszerzając pole powierzchni do niewyobrażalnych przestrzeni. Sufit też unosił się wyżej, aż niknął w obłokach unoszącej się wszędzie pary. Podłoga była pokryta czarną kostką, spękaną i chropowatą w wielu miejscach. Błękitna poświata stała się jaskrawsza, odganiając kłęby mroku z powrotem w podziemną czeluść - ukazując wnętrze pomieszczenia na mniej więcej cztery metry do przodu oraz kilkadziesiąt w bok.
Z miejsca, w którym stał, nie widział Lecha oraz reszty towarzyszących mu mężczyzn. Nie słyszał też ich głosów, ani warczenia pracującego silnika, gdyż przeszkadzał w tym huk wody, opadającej wprost w przepaść wielkości boiska. Był pewny, że spływa ona z jakiejś dziury w skale sufitu, ale nie mógł tego potwierdzić przez przysłaniającą go obłoki mgiełki. Idąc w kierunku rozpadliny w podłodze odwrócił głowę w przeciwną stronę. Tam również mieściła się podobnej wielkości szczelina, do której opadały hektolitry wody.
Zostawił za sobą tunel, którym poruszał się przez bliżej nieokreślony czas. Po dojściu do obydwu wodospadów jego ciało zaatakował wicher, uderzając z taką siłą, że mało brakowało, a zmiótłby go do rozpadliny po prawej.
Zgarbił się odrobinę, zwalniając kroku, chcąc w ten sposób ochronić się przed kolejnymi podmuchami. Udało mu się to i pokonywał kolejne metry spękanej, wyłożonej kostką podłogi - między dwoma dziurami czuł się tak, jakby szedł po moście nad otchłanią i to stwierdzenie nie miało w sobie nic z przesady.
Tknięty ciekawością postanowił sprawdzić, czy widać kres wodospadu. Przybliżył się na skraj krawędzi, uważając, aby zdradziecki wiatr nie zdmuchnął go w kaskady wody. Pochylił sylwetkę do przodu wytężając wzrok. Chwilowo przestał oddychać przez usta i omal nie zwymiotował od smrodu gnijącego mięsa wymieszanego z wonią spalonego oleju oraz kwitnących chryzantem.
Wrócił do oddychania przez usta, ponieważ nie uśmiechała mu się perspektywa rzygania w głąb ziemi. Starał się coś dojrzeć przez strugi wody i unoszących się w górę jej rozprysków z nowymi falami białawej pary, wyglądającej na tle mroku - rozświetlanego przez błękitnawą poświatę - jak sylwetki bezpostaciowych duchów.
Początkowo Krzyśkowi nie udawało się zobaczyć niczego konkretnego, ale po trzydziestu sekundach zaczęło mu się wydawać, że na dole widzi jakiś ruch. Zmrużył powieki, skupiając siłę swojego wzroku na głębi rozpadliny. Wtedy pośród wody dostrzegł coś na wzór długich na dziesięć, a szerokich na dwa metry macek poruszających się poniżej. Wszystkie miały kolor ciała nieboszczyka, zakończone były kolcami, a one z kolei niknęły w nagich zwłokach wrzuconych tam ludzi. Martwe ciała rozmyły się szybko razem z mackami pod wodą, zamiast tego przez chwilę Kulczycki odniósł wrażenie, iż wzlatująca w górę para przybrała kształt twarzy z ustami pełnymi ostrych kłów, rogami wychodzącymi z czaszki..., ale trwało to zbyt krótko, aby mieć pewność.
Odchodząc na środek mostu zdążył dostrzec jak woda poniżej przybiera na moment szkarłatny kolor krwi.
- Mój Boże - wyszeptał do siebie, a wypowiedziane przez niego słowa porwał kolejny podmuch wiatru.
Ruszył chcąc zobaczyć, co znajduję się dalej.
Po mniej więcej dwóch minutach dwie rozpadliny z wodospadami zostały z tyłu, nadal tłumiąc każdy odgłos swoim hukiem.
Błękitny blask ułatwiał Krzyśkowi pokonywanie kolejnych metrów, ponieważ rozpraszał pobliski mrok, a także mgiełkę. Po przejściu kilkudziesięciu kroków stwierdził, że to jest ta część jaskini, którą widział na końcu swojej wizji.
Po prawej widział stojący autobus zroszony, tak samo jak Krzysztof, od wszechobecnych w powietrzu kropli wody. Po lewej ciągnęła się masywna ściana pokryta napisami w dziwnym języku oraz malowidłami, podobnymi do tych na wrotach w magazynie H-44 - z taką różnicą, że tym razem przedstawiały one odpowiednio zmienione sceny z biblii. W jednej z nich Adam zabił Ewę wbijając ją na gałąź Drzewa Zrozumienia, a jej miejsce zajęła kobieta z ogonem węża i z kłami jadowych. W kolejnej Hiob wyłupił swojej żonie oczy, zjadając je następnie, przy czym klęczał nagi na stercie gnoju. Krzyśka najbardziej zszokowała wizja ukrzyżowania...
Odwrócił wzrok, nie chcąc patrzeć na takie bluźnierstwo.
Skierował spojrzenie w przód, szukając oprawców swojej rodziny, ale nie widział ich. Zrobił siedem kroków przed siebie. Z białawych oparów i mroku zaczęła wyłaniać się ściana ciemności ciemniejszej niż wszystkie - ta sama, którą widział będąc w trupio-białym świetle. Znajdował się jeszcze od niej jakieś dziesięć metrów, ale już z tego miejsca stwierdził, że to Coś oddycha, zresztą tak samo jak ściana z malowidłami i ta po prawej przysłonięta odrobinę przez autobus.
Dopiero teraz, przez huk opadającej wody, usłyszał donośne bicie serca. Jęknął, ale pomimo tego nie bał się.
Poszedł dalej, dochodząc do zwisających z sufitu łańcuchów zakończonych hakami. Przypomniał sobie, jak nadziano na nie jego dzieci i poczuł w sobie rodzącą się furię. Spoglądając na każdy z nich zobaczył drgające w przedśmiertelnych spazmach niemowlę. Zapragnął mu pomóc, mimo że z brzuszka zwisały dziecku szare jelita, a na posadzkę opadały strugi krwi.
Zanim zdążył podejść ze ściany mroku wyskoczyła macka, nadziała małego człowieczka na jeden z kolców, ciągnąc go ze sobą z powrotem. Patrząc na to Krzyśkowi zdawało się, że niknie ona w kolejnej, skrywanej przez ciemność rozpadlinie, ale nie był tego pewny. Gdy dosłyszał ostatni szloch dziecka, do uszu doszedł go dźwięk rozdzierania, mlaskania, wysysania, a na końcu upiorny śmiech...
Zadrżał, lecz nie poczuł rodzącego się strachu.
Postąpił kolejne kilka kroków do przodu, omijając po drodze zwisające haki. Gdyby nie patrzył pod nogi, to zdeptałby leżących na ziemi mężczyzn.
(zabij. zabij trzech...)
(zachowaj ciągłość...)
(Narr' sallum tet!!!)
(zachowaj ciągłość...)
(a ponownie spotkasz rodzinę)

Głosy wydawały się rozchodzić na przemian wprost z głowy Kulczyckiego, ściany złożonej z ciemności oraz tej pokrytej malowidłami obłąkanego artysty.
Oj tak, zabije nawet czterech - pomyślał Krzysztof, po czym wyciągnął pistolet.
Odbezpieczył go, pochylając się na głową pierwszego z brzegu. Był to Alojzy Michalczyszyn. Nie można było przyjrzeć się jego twarzy, ponieważ leżał na brzuchu - z wgłębienia potylicznego sterczał najdłuższy z kolców jednej z macek. Reszta morderców rodziny Kulczyckiego spoczywała w takich samych pozycjach. Ich ciała drżały nieprzerwanie, a skórę pokrywała gruba warstwa potu. Od czasu do czasu z ust któregoś wyrywało się jęknięcie, niknące po chwili w huku otoczenia.
Krzysztof przyłożył zimną lufę do czubka głowy Alojzego i, poczuwszy, że jest gotowy, pociągnął za spust. Wystrzał był głośny, ale nie wyrwał z letargu pozostałych. Krew ochlapała posadzkę, buty oraz spodenki Kulczyckiego. Dla pewności chciał strzelić po raz drugi, ale w tym samym momencie macka poderwała się do góry, podrzucając krwawiące zwłoki, wciągając je w żywy mrok. Krzysiek zdążył tylko zauważyć błogi wyraz rozkoszy malujący się na twarzy Alojzego. Później było już tylko rozrywanie, ssanie, śmiech...
- To za Monikę, skurwysynie - krzyknął w ślad za niknącym ciałem.
Następni w kolejce byli Jan z Bogusławem. Krzysztof tak samo jak poprzednio przystawiał im lufę do czubka głowy, następnie naciskając spust. Ich mózgi - razem z krwią - ujrzały, co znajduję się poza organizmem. Po chwili zwłoki także pochłonęła ciemność ze swoimi upiornymi odgłosami.
- To za Marcela i Elę - krzyknął, a z oczu popłynęło mu kilka łez.
Został tylko Lech Krzyżanowski.
W tym momencie dla Krzyśka nie było istotne to, co stanie się z nim po dokonaniu zemsty - przestało się liczyć cokolwiek, oprócz pomszczenia przedwczesnej śmierci jego rodziny. Zemsta może nie przywróci im życia, ale przywróci cholerną sprawiedliwość.
Z lufy pistoletu unosiła się strużka dymu. Bez wahania przystawił ją do głowy Krzyżanowskiego; włosy potopiły się od gorąca, a skóra zasyczała. Przymknął oczy, przywołując przed obraz duszy twarze Moniki, Eli i Marcela. Westchnął, aby zaraz nacisnąć spust.
Był tak skupiony, że w pierwszej sekundzie nie zauważył, że pistolet nie wypalił. Z transu wyrwał go szept
(tylko trzech)
roznoszący się na przemian z różnych stron. Chciał ponowić ruch, ale broń zrobiła się tak ciężka i gorąca, iż wypuścił ją z dłoni. Zanim zdążył ją podnieść, macka wyrwała się z głowy Lecha, wzbijając w powietrze kropelki krwi. Chowała się z powrotem w oddychającą ciemność, przy czym pociągnęła ze sobą pistolet.
Krzyżanowski zaczął wracać do siebie. Kulczycki, nie słuchając głosu, sięgnął do noża skrytego przy kostce. Wyszarpnął go, złapał w dłoń i jednym ruchem skierował w unoszące się plecy Lecha. Ostrze ześlizgnęło się po materiale kurtki, łamiąc się. Nóż wyleciał Krzyśkowi z ręki, kończąc w podobny sposób, co pistolet.
Nie czekając aż morderca jego rodziny się obróci, Krzysztof skoczył mu na plecy, siadając na nim okrakiem, zajmując dogodną pozycje do unieruchomienia leżącego.
- Co jest do kurwy nędzy? - wydyszał odzyskujący przytomność Lech; chciał się podnieść, ale mu się nie udało. Dopiero wtedy dotarło do niego, w jakiej sytuacji się znalazł. Poczuł ręce zaciskające się na tylnej części jego głowy, próbujące ją wykręcić.
- Jan, Bogusław, Alojzy pomocy! - krzyknął Krzyżanowski wierzgając.
- Nikt ci nie pomoże, sukinsynu. Wszyscy nie żyją oprócz ciebie - szepnął mu do ucha Krzysiek, czując jak leżący drży.
Kulczycki ścisnął uda, unieruchamiając bardziej i tak już niemal bezwładnego Lecha. Zaparł się, wykręcając do oporu głowę leżącego. Usiłował skręcić mu od tyłu kark. Był na dobrej drodze do tego, ponieważ usłyszał chrzęst kości.
Nie dokończył jednak swojego dzieła. Poczuł jak coś oplata mu ramiona, aby następnie unieść go nad posadzkę - jego stopy wisiały około dwudziestu centymetrów nad nią.
Krzysztof z przerażeniem patrzył jak Lech wstaje i podchodzi do niego. Macki, które go zniewoliły, oplatały ciało coraz szczelniej, zostawiając odsłoniętą głowę. Wzdrygał się przy każdym ich dotyku, w szczególności przez chłód, jaki niosły ze sobą.
- I co teraz, frajerze? Chciałeś mnie zabić? Nic z tych rzeczy. Jestem potrzebny komuś znacznie potężniejszemu od ciebie - powiedział idący w kierunku Krzyśka Lech.
- No i co z tego. Twoi przyjaciele też byli potrzebni, a nie żyją - wychrypiał w odpowiedzi Kulczycki.
Krzyżanowski wzruszył na to tylko ramionami, zaciskając jednocześnie palce w pięści. Zbliżył się na odległość pół metra, zrobił zamach. Zanim uderzył jedna z macek oderwała się od ciała zniewolonego, zdzielając napastnika po twarzy. Ostrza rozcięły mu nos, a także skórę na policzkach.
- Nie! Zachowajcie ciągłość! Narr' sallum tet!!! Tylko dwaj na wieki! - usłyszeli głos z głębi ziemi, wprawiający w drgania całą jaskinię.
Lech rozluźnił ręce przykładając je do krwawiącej twarzy.
- Widocznie ja też jestem potrzebny - odezwał się Krzysiek.
- Zabiłeś moich przyjaciół, sukinsynie! Zabiłeś ich, ale bądź pewny, że spotkam ich ponownie. Tutaj nikt i nic nie umiera! A'lle omine Deo! - krzyknął Krzyżanowski, po czym roześmiał się.
Krzysztof zadrżał słysząc to.
- Trafiłeś do miejsca poza czasem i poza przestrzenią, gdzie może czekać na ciebie nagroda. To czy przeżyjesz, czy nie, nie zależy już od ciebie. Teraz o wszystkim decyduje Wiecznie Żywy, kryjący się w tej jaskini, a także wszędzie dookoła. To On ma wszelkie prawa, to On żyje i oddycha, a my mu służymy chcąc poczuć jego tchnienie.
- Co ty bredzisz... - Krzysiek próbował przerwać monolog Lechowi.
- Od tysiącleci ludzie musieli się Mu podporządkowywać. Wiedzą o nim nieliczni, skrywając Jego tajemnicę, dostarczając niezbędnych ofiar, a w zamian za to zyskując Rozkosz i dalsze trwanie miasta. Gdyby nie ofiary, to Szczecin, ale i nie tylko on, już dawno by nie istniał, a wszyscy ludzie zgniliby w mrokach zapomnienia i bólu. Teraz poczujesz, co znaczy latać, co oznacza Rozkosz. Zobaczysz to, za czym tęsknisz, o czym marzysz, lecz w zamian będziesz służył. Od tego nie ma już odwrotu, bowiem nie pokonasz Wiecznie Żywego...
Obłąkańcza wypowiedź Lecha Krzyżanowskiego trwała dalej, ale Krzysztof już nie słuchał. Skupił się na ruchach macek. Jedna uniosła długi kolec, zanurzając go w dziurze potylicznej na karku.
Huk opadającej wody, mrok wymieszany z białawymi obłokami rozświetlany przez błękitnawą poświatę, gadanina Lecha - wszystko to stało się nieistotne. Ból towarzyszący przebiciu skóry - oraz reszty tkanek - trwał tylko chwilę, a zaraz po nim pojawiło się uczucie wiatru wymieszanego z deszczem obmywające mózg.
Krzysztof Kulczycki zamknął oczy pogrążając się w innej, bardziej przyjaznej ciemności. Czuł jak całym ciałem wzlatuję gdzieś ponad nieboskłon ku wspaniałym krainą spowitym wiecznym blaskiem, wypełnionym szczęściem.
Pod powiekami ciemność wypłynęły obrazy mitycznego Raju. Liczne drzewa owocowe skłaniały się zachęcająco, zwierzęta pasły się na olbrzymich, zielonych łąkach. W powietrzu nie było już woni rozkładu, a soczysty zapach owoców, warzyw, trawy...
Ujrzał siebie samego idącego w stronę krzewów. Serce biło mu jak nigdy w życiu - nawet podczas proszenie o rękę Moniki się tak nie denerwował - pot oblewał całe ciało, a w spodniach czuł tak wielką erekcję, że aż bolała. Zanim doszedł do soczyście-zielonych krzewów wyskoczyły z nich trzy postacie - każda naga.
Od razu rozpoznał w nich swoją rodzinę. Nic nie zmienili się od czasu, gdy widział ich po raz ostatni. Wtulił się w delikatne ciało żony, czując bicie jej serca przy swoim. Spojrzał w kocie oczy Moniki, pogrążając się w szczęściu. W końcu pocałował jej usta i było to tak, jakby rozbił to pierwszy raz w życiu. Była taka słodka i delikatna, że aż zadrżał z podniecenia. Ona wyczuła to. Zaśmiała się tym swoim uroczym głosem.
Uwolnił jedną z rąk, gładząc nią rozwiewane przez delikatny wiaterek włosy bliźniaków. One również się uśmiechały. Pocałował znowu żonę, sycąc swe nienasycenie. Później złapał ją za dłoń, stając bokiem. Wolną ręką pochwycił Elę, a Monika załapała z drugiej strony Marcela. Ruszyli razem we czwórkę, aby zaraz zniknąć pośród bujnej zieleni mitycznego ogrodu, nie zastanawiając się nad tym, czy to wszystko jest prawdziwe, czy też nie.
Na polance - przed krzewami - rozwiewana przez wiatr trawa przybrała na ułamek sekundy twarz bestii. Rysy miała niesymetryczne, jakby namalowane przez trzyletnie dziecko. Z pomiędzy warg wystawały kły węża, z czubka głowy sterczały zakręcone rogi. Oczy zdawały się pozbawione źrenic, lecz jednocześnie tak głębokie, że można by w nich utonąć... Usta, napędzane przez wzmagający się wicher, poruszały się, szepcząc słowo: iluzja.
Przed rozwianiem się wargi przybrały kształt uśmiechu, po czym całość zniknęła, tak samo, jak niedawno Krzysztof Kulczycki ze swoją rodziną.

.....................................................................................................................................


Zakończenie numer dwa:


(Różnice zaczynają się przy opisie zemsty dokonywanej przez Krzysztofa Kulczyckiego. W tej wersji zabija wszystkich morderców swojej rodziny, przez co logiczne staję się to, iż wszelkie wzmianki podtytułem zabij trzech stają się nieaktualne. Do czego doprowadzi ten czyn Krzyśka zobaczcie sami...)

Krzysztof przyłożył zimną lufę do czubka głowy Alojzego i, poczuwszy, że jest gotowy, pociągnął za spust. Wystrzał był głośny, ale nie wyrwał z letargu pozostałych. Krew ochlapała posadzkę, buty oraz spodenki Kulczyckiego. Dla pewności chciał strzelić po raz drugi, ale w tym samym momencie macka poderwała się do góry, podrzucając krwawiące zwłoki, wciągając je w żywy mrok. Krzysiek zdążył tylko zauważyć błogi wyraz rozkoszy malujący się na twarzy Alojzego. Później było już tylko rozrywanie, ssanie, śmiech...
- To za Monikę, skurwysynie - krzyknął w ślad za niknącym ciałem.
Następni w kolejce byli Jan z Bogusławem. Krzysztof tak samo jak poprzednio przystawiał lufę do czubka głowy, następnie naciskając spust. Ich mózgi - razem z krwią - ujrzały, co znajduję się poza organizmem. Po chwili zwłoki także pochłonęła ciemność ze swoimi upiornymi odgłosami.
- To za Marcela i Elę - krzyknął, a z oczu popłynęło mu kilka łez.
Został tylko Lech Krzyżanowski.
W tym momencie dla Krzyśka nie było istotne to, co stanie się z nim po dokonaniu zemsty - przestało się liczyć cokolwiek, oprócz pomszczenia przedwczesnej śmierci jego rodziny. Zemsta może nie wróci im życia, ale przywróci cholerną sprawiedliwość.
Z lufy pistoletu unosiła się strużka dymu. Bez wahania przystawił ją do głowy Krzyżanowskiego; włosy potopiły się od gorąca, a skóra zasyczała. Przymknął oczy, przywołując z pamięci twarze Moniki, Eli i Marcela. Westchnął, aby zaraz nacisnąć spust.
Był tak skupiony, że w pierwszej sekundzie nie zauważył, że pistolet nie wypalił. Dopiero po upływie prawie piętnastu sekund uświadomił sobie, że to, co usłyszał, było tylko suchym trzaskiem. Spociły mu się ręce, ale umysł wraz z sercem pozostawały gotowe do tego, co chciał zrobić. Ponownie nacisnął spust. Po raz kolejni huk wystrzału nie wymieszał się z hałasami jaskini.
- No kurwa mać, co jest?! - zaklął pod nosem wyrażając swoją dezaprobatę.
W magazynku pistoletu zostały mu dwie kule plus dodatkowe w kieszeni, co razem dawało dwadzieścia naboi. Jego palec wskazujący zacisnął się dwukrotnie na spuście. Tak samo jak wcześnie i tym razem nie przyniosło to żądanego efektu. Krzysiek zaczął mamrotać po nosem wszystkie znane mu przekleństwa.
Postanowił sprawdzić, czy kolejne pociski także nie wypalą. Otworzył komorę, wyrzucając z niej gorące łuski; upadły na podłogę, rozrzucając się na boki. Wyciągnął z kieszeni komplet nowych sześciu naboi. Załadował, po czym znowu spróbował strzelić do pogrążonego w letargu Lecha Krzyżanowskiego.
Powietrze wypełnił suchy trzask niewypału, który szybko zanikł w hałasach tego miejsca.
Krzysztof, coraz bardziej zdenerwowany, odrzucił rewolwer za siebie, obdarzając go na do widzenia wiązką bluzgów. Sięgnął do skarpetki, gdzie w ukryciu czekał na niego nóż. Była to zwykła finka harcerska, z rękojeścią pokrytą czarną gumą, a ostrzem o długości około dziesięciu centymetrów.
Spojrzał na Lecha Krzyżanowskiego. Ten spał na brzuchu tak, jak pozostali przed swoją śmiercią. Od czasu do czasu wypuszczał z ust westchnięcie, a raz zaśmiał się krótko - wyglądało na to, że śni mu się coś miłego, bądź jest w całkiem innym, odległym o tysiące mil miejscu, pozbawionym ciemności oraz smrodu gnijącego mięsa. Jego ciało momentami migotało, jakby chciało zniknąć.
Kulczycki obrócił nóż w ręce tak, aby skierować go ostrzem w dół - w kierunku pleców Lecha. Wysoko uniósł dłoń, zacisnął palce i dając upust morderczej furii opuścił narzędzie wprost między tylną część żeber śpiącego.
Ostrze zanurzyło się aż po samą rękojeść. Z ust Lecha wydobył się jęk bólu - może przyjemny sen zmienił się w koszmar? Dżinsowa kurtka Krzyżanowskiego pokrywała się czerwienią, spływając na posadzkę, gdzie wcześniej wylądowała już krew Alojzego, Jana oraz Bogusława.
Lech drgnął, a jego ciało uniosło się kilka centymetrów nad czarną, spękaną kostkę.
Kulczycki wyszarpnął nóż z klatki piersiowej mężczyzny - po raz kolejny dało się słyszeć jęk bólu, a krew przyśpieszyła swój nurt, ochlapując skórę i ciuchy Krzysztofa. Złapał wygodniej za rękojeść, będąc w gotowości na zadanie następnego ciosu. Jednocześnie czekał na to, aż macka pociągnie leżącego człowieka w ciemność, wzbudzając przy tym kakofonie przerażających dźwięków.
Nic takiego nie następowało. Za to Lech podnosił się powoli. Opierał się już na rękach, oddychając z trudem, kiedy Kulczycki postanowił zakończyć swoją zemstę. Opuścił ostrze noża po raz drugi - wbiło się pięć centymetrów wyżej niż wcześnie, ponownie mijając żebra, dziurawiąc płuco.
Krzyżanowski krzyknął, opadając z powrotem na dół:
- Jan, Bogusław, Alojzy pomocy!
- Nikt z nich cię nie usłyszy. Wszyscy nie żyją i ty także dołączysz do nich - wyszeptał Krzysiek w odpowiedzi, pochylając się do ucha Lecha.
Zanim krwawiący mężczyzna zdążył cokolwiek zrobić, napastnik wyciągnął z jego ciała uwierające ostrze. Nie czekając na ponowny cios, Krzyżanowski obrócił się na bok wkładając w to resztki wypływającej z organizmu energii - macka przesunęła się tak, aby nie zawadzać, lecz stale tkwiła w karku.
Kulczycki zaatakował ostatni raz. Jego finalne uderzenie było mierzone prosto w odsłoniętą teraz krtań leżącego i tam trafiło. Nóż schował się w gardle Lecha po rękojeść. Krzysztof odsunął rękę, wstał, aby pożegnać jednego z morderców swojej rodziny kopniakiem w szczękę; gdy but znalazł się u celu, rozległ się trzask łamanej kości, któremu zawtórowało bulgotanie w krtani.
Krew spływała po Lechu i w niego. Krztusił się, a twarz zsiniała mu. Próbował odetchnąć, ale rany uniemożliwiały to. Zachłysnął się szkarłatem, przymknął oczy czekając na koniec swojego życia. Nie czuł rozczarowania, żalu, wściekłości, ani strachu. Zdawał sobie sprawę, że zasłużył na taką śmierć. Odkąd stracił rodzinę zabił wiele osób i to, dlatego, żeby w omamach sprowadzanych przez demona, mógł ponownie ujrzeć twarze utraconej żony oraz córki.
Lech Krzyżanowski drgnął w przedśmiertelnych spazmach, wypluwając z ust wielkie krople krwi. Skonał krwawiąc z trzech ran, czując w ustach smak własnej posoki. Po chwili macka wciągnęła go w ścianę żyjącej ciemność. Słysząc koncert pożywiającej się istoty Krzysztof skrzywił się z obrzydzenia.
Kulczycki postanowił odejść z tego miejsca. Kierował krok do pozostawionego na uboczu autobusu, kiedy macki oplotły mu ramiona, aby unieść go dwadzieścia centymetrów nad grunt. Z każdą sekundą oplatały mu ciało coraz szczelniej, zostawiając odsłoniętą głowę. Wzdrygał się przy każdym ich dotyku, w szczególności przez chłód, jaki niosły ze sobą.
Jedna uniosła długi kolec, zanurzając go w dziurze potylicznej na karku.
Huk opadającej wody, mrok wymieszany z białawymi obłokami rozświetlany przez błękitnawą poświatę, śmierć rodziny, zemsta na mordercach - wszystko to stało się nieistotne. Ból towarzyszący przebiciu skóry - oraz reszty tkanek - trwał tylko chwilę, a zaraz po nim pojawiło się uczucie wznoszenia i wiatru wmieszanego z wiosennym deszczem, które zdawały się oczyszczać umysł.
Krzysztof Kulczycki zamknął oczy pogrążając się w innej, bardziej przyjaznej ciemności. Czuł jak całym ciałem wzlatuję gdzieś ponad nieboskłon ku wspaniałym krainą spowitym wiecznym blaskiem, wypełnionym szczęściem.
Mrok pod zamkniętymi powiekami nie otaczał go długo. Po upływie kilkunastu sekund pojawiła się ta sama jasność, co podczas pokonywania kolejnych metrów w tunelu wydrążonym w skale jaskini. Zaraz za nią przyszły obraz i dźwięki, całkowicie odgradzając jaźń Krzysztofa od dotychczasowego życia.

IX

Tworząc świat Bóg zaczął od rozdzielenia światła od nocy. Po dokonaniu tego stwierdził, że jasność jest dobra i to w jej blaskach przyszli ludzie zaznają najlepszych chwili podczas swojego bytu. Jednak zepchnięta na bok ciemność na początku również była dobra. To w niej schronienie znalazły zwierzęta i istoty, które za dnia nie potrafiły funkcjonować. Także ludzie odkryli potęgę mroku i dzięki jego obojętności skrywali w nim swe pragnienia oraz lęki. To właśnie w nocy Adam z Ewą zbliżyli się do siebie, dając upust nagromadzonym emocją, przez co na świecie miał pojawić się ich pierwszy potomek...
Wszystko to trwało do czasu zerwania owocu z Drzewa Zrozumienia.
Bóg wtedy opuścił Eden, udając się w odmęty wszechświata, aby zregenerować siły po procesie twórczym. Adam z Ewą wypełnieni obawami kryli się nadzy między krzewami, unikając światła dziennego, zatapiając się we własnych rozmyślaniach. Nie zauważyli jak Raj skrył się w ciemnościach, a na żer zaczęły wychodzić drapieżniki o długich kłach w paszczy, zwinnych sylwetkach oraz skórach pokrytych łuską, albo gęstą sierścią.
Pierwszy mężczyzna ze swoją kobietą ze strachu skryli się pod rozłożystymi gałęziami drzewa, z którego owoce zakazano im spożywać. Trwali wtuleni w siebie, ukajając skołatane nerwy wzajemnym ciepłem, rozkoszując się biciem dwóch serce blisko siebie. Czekali powrotu Stwórcy, gdyż bez Niego czuli się zagubieni, a wręcz bezużyteczni.
Gdy Adam zaczął pokrywać ciało Ewy pocałunkami, z korony drzewa doszedł ich syk jednego ze zwierząt budzących się do życia po zachodzie słońca. Nie wiedząc czemu, zadrżeli obydwoje ze strachu.
Odsunęli się od siebie, niczym para nastolatków nakryta przez rodziców w pokoju. Rozglądali się dookoła szukając istoty zakłócającej ich spokój. Pośród ciemności rozjaśnianej błękitnym blaskiem dojrzeli obydwoje długiego na jedenaście metrów węża z ludzką głową, uwieńczoną twarzą nastolatki o ostrych rysach i długich kłach wystających spomiędzy warg. Nieproszony gość zaczął szeptać, kusząc, zachęcając do złamania zakazu narzuconego im przez Boga.
Pierwsza rękę wyciągnęła kobieta. Złapała za czerwony, okrągły owoc zrywając go z gałęzi. Nie zastanawiając się długo wgryzła się w jego miąższ, przebijając najpierw twardą skórkę. Słodki smak zalał jej usta, które zaraz rozciągnęły się w uśmiechu wyrażającym przyjemność. Podała owoc Adamowi, a on zjadł go do końca. Wówczas Edenem wstrząsnęła seria błyskawic oraz grzmotów, wprawiająca w drżenie grunt.
Serca ścisnęły im się w panice, lecz spoglądając w oczy kusicielskiego stworzenia - Przeciwności Boga - uspokoili się. Zaczynali rozumieć, że bywa im zimno, ponieważ nie mają na sobie ubrań. Ewa dowiedziała się, iż poranne mdłości wywołane są rozwojem nowego człowieka w jej łonie...
Adam popatrzył na swoją oblubienice. Nie wiedział dlaczego, ale w duszy odczuwał nienawiść do niej. Nie panując nad rękami pochwycił ją w nie, uniósł nad ziemie, po czym rzucił do przodu, wprost na długą wystającą gałąź Drzewa Zrozumienia. Wbiła się jej w okolice splotu słonecznego. Z rany popłynęła krew, która barwiła korę rośliny, spływając na wysoką trawę. Wąż zaśmiał się szczerząc swe kły do mężczyzny.
Na Eden spłynęły pierwsze od czasu stworzenia strugi deszczu, a z nimi razem powrócił rozgniewany Bóg. Adam nie widział Go już w postaci przypominającej człowieka, lecz jako strugę drgającego powierza, huczącą potężnym głosem.
- Cóż wyście uczynili! - rozlegało się za każdym grzmotem. - Pierwszy mężczyzno bądź przeklęty na wieki. Niechaj twą oblubienicą stanie się demon skryty w koronie tego drzewa. Spłodzicie dziecko, którego przeznaczeniem będzie żyć pod ziemią do końca świata. Jego jedynym pokarmem staną się ciała ludzi skalanych grzechem, a wy sami znikniecie pochłonięci przez niego. Jeśli dziecko - ten demon! - nie będzie jadło przez długi czas, to miejsce jego żerowania zostanie zniszczone, razem z tymi, co niegodnie żyli. Precz z moich oczu!
Po tym, gdy w naelektryzowanym powietrzu rozległ się huk ostatniego zdania, ziemia za drzewem zadrżała, rozstępując się. Powstała szczelina o szerokości trzech, a o długości trzydziestu metrów. Silny podmuch wiatru strącił do niej Adama wraz z jego nową, syczącą oblubienicą, przyjmującą w locie postać kobiety - z ust wysuwał się jej gadzi język, który zwilżał spierzchnięte wargi. Za nimi w rozpadlinę wpadały liczne zwierzęta, które podczas podróży potępionej pary w podziemiach staną się jej pożywieniem.
Gdy wicher ucichł, a deszcz przestał padać, ciało zmarłej Ewy opadło z Drzewa Zrozumienia na rozmokły grunt. Drgająca masa powietrza złożyła na jej ustach pocałunek. Kobieta otworzyła oczy; rana na piersi zasklepiła się nie pozostawiając po sobie żadnego śladu.
- Ty również odpokutujesz za swój grzech - rozległo się. - Porodzisz syna, lecz oprócz niego będziesz także matką dla wielu. Ześlę ci męża o tym samym imieniu, co ukarany potępieniec, aby przypominał tobie twe winy. Opuścicie Raj, zamieszkując na jego obrzeżach. Jednak waszym przekleństwem stanie się dziecko porodzone pod ziemią. Ono będzie zważać na wasze grzechy, wchłaniając zbrukanych. Jeśli nie poddacie się jego woli, to wtedy świat pogrąży się w ciemnościach. Ono omami, zabije i wchłonie! Zostawię was samych sobie, lecz będę się przyglądał. A teraz precz!

Wzlatujący w górę Krzysztof Kulczycki widział to wszystko tak, jakby sam w tym uczestniczył - poczuł nawet na języku smak zakazanego owocu.
Po ostatnim zdaniu niosącym się przez Eden obraz się zaciemnił, aby zaraz ukazać Ewę z jej nowym mężem. Siedzieli razem na zielonej trawie, bawiąc rozpłakane nowonarodzone dziecko. W tym samym czasie w podziemiach przyszło na świat stworzenie odmienne od ludzkiego, choć nosiło na twarzy kilka rys, stanowiących dziedzictwo po ojcu.
Cała postać demona wyglądała podobnie do rysunku trzyletniego dziecka, czyli jego ciało było niesymetryczne, mało-składne i od patrzenia na nie kręciło się człowiekowi w głowie. Skórę miało wężowatą i spływała po niej szkarłatno-zielona maź. Z prawie każdego fragmentu postaci noworodka wyrastały macki, wtedy jeszcze krótkie, ale już zakończone sześcioma kolcami. Z głowy sterczały zakręcone rogi, z ust wystawały zębiska węża, po których ściekały krople jadu. Oczy były pozbawione źrenic, ale posiadały tak głęboki, czarny odcień, że patrząc w nie można by utonąć.
W jednej chwili demon rozrósł się do niewyobrażalnych rozmiarów, nadziewając na kolce swoich rodziców. Przyjrzał się im, po czym wsadził w usta, przy czym dało się słyszeć odgłosy ssania, rozrywania, a na końcu śmiechu.
Wirujący w nieznanym uniwersum Krzysztof zadrżał.
Zdawał sobie sprawę, że znajduję się coraz bliżej celu swojej wędrówki, ale zyskał też świadomość, że musi coś jeszcze zobaczyć przed końcem.
Nie mylił się. Widok ponownie ściemniał, aby rozbłysnąć innymi obrazami.
Kulczycki widział w nich wyłażące z ziemi istoty: począwszy od zmutowanych ptaków, przez biegających drapieżników o ludzkich twarzach, po pełzające bestie. Wszystkie trzymały w ustach zwłoki ludzi. Najbardziej przerażające było to, że martwi nie padli ofiarą bezinteresownego ataku, a zostali wydani przez swoich znajomych, bądź rodzinę. Niektórzy próbowali walczyć, lecz opór nie trwał długo - prędzej czy później, i tak trafiali pod ziemię, gdzie żywił się nimi Wiecznie Żywy.
Widok praojców ludzkości zastąpiło wnętrze autobusu. Znajdowało się w nim wiele osób, przez co wszyscy stali ściśnięci obok siebie. Z odgłosem silnika wymieszały się strzały. Martwi pasażerowie zaczęli padać na innych, aby później wylądować na ziemi. Jednocześnie jakaś moc prezentowała winy umierających.
Biznesmen napastował swoją sekretarkę. Robił z nią to, na co miał akurat ochotę.
Kobieta w czarnej sukience dorabiała jako ekskluzywna prostytutka.
Babcia z dziadkiem zabawiali się ze swoimi wnukami.
Małe dziecko przyszło na świat, jako owoc związku jego matki z księdzem.
Widział umierającą żonę Lecha Krzyżanowskiego i jego córkę. Ich grzechem była wspólna miłość, której oddawały się, gdy Lech pracował. Widok ich złączonych ust, rąk obniżających się do łona budził odruch wymiotny w Krzyśku.
Zrozumiał, że każdy z zabitych miał coś na sumieniu, dlatego istota z podziemi ich pragnęła. Dorośli grzeszyli, a dzieci okazywały się owocami chorych związków. Następnie wszyscy trafiali do jaskini, gdzie zrzucano ciała w otchłań, albo nadziewko na haki jeszcze za życia...
Odstani obraz przedstawiał grupy ludzi bijące pokłony przed ścianą mroku. Najpierw byli odziani w wyprawione skóry, później w cienkie szaty z materiałów... Na końcu zobaczył prezydenta miasta Szczecina na kolanach, którego sięgnęły macki, zanurzając w nim kolec. Upadł na brzuch pogrążając się w niebycie, gdzie spełniały się jego marzenia, tak samo, jak innych zniewolonych nieszczęśników odpowiadających za składanie ofiar...
Tym razem zamiast ciemności pojawiło się światło, aby szybko rozproszyć się odsłaniając Ziemię Obiecaną.

Krzysztof Kulczycki szedł w stronę krzewów. Serce biło mu jak nigdy w życiu - nawet podczas proszenie o rękę Moniki się tak nie denerwował - pot oblewał całe ciało, a w spodniach czuł tak wielką erekcję, że aż bolała. Zanim doszedł do soczyście-zielonych krzewów wyskoczyły z nich trzy postacie - każda naga.
Od razu rozpoznał w nich swoją rodzinę. Nic nie zmienili się od czasu, gdy widział ich po raz ostatni. Wtulił się w delikatne ciało żony, czując bicie jej serca przy swoim. Spojrzał w kocie oczy Moniki, pogrążając się w szczęściu. W końcu pocałował jej usta i było to tak, jakby rozbił to pierwszy raz w życiu. Była taka słodka i delikatna, że aż zadrżał z podniecenia. Ona wyczuła to. Zaśmiała się tym swoim uroczym głosem.
Uwolnił jedną z rąk, gładząc nią rozwiewane przez delikatny wiaterek włosy bliźniaków. One również się uśmiechały. Pocałował znowu żonę, sycąc swe nienasycenie. Później złapał ją za dłoń, stając bokiem. Wolną ręką pochwycił Elę, a Monika złapała z drugiej strony Marcela. Ruszyli razem, aby zaraz zniknąć pośród bujnej zieleni mitycznego ogrodu.
Przed odejściem Krzysztof nie zdążył zastanowić się, jaka była wina Moniki i bliźniaków. Zniknął w omamach nie zdając sobie sprawy, że Marcel z Elą są dziećmi jego brata - Monika od dawna zdradzała go z nim, a także z resztą krewnych...

***
Na polance - przed krzewami - rozwiewana przez wiatr trawa przybrała na ułamek sekundy twarz bestii. Rysy miała niesymetryczne, jakby namalowane przez trzyletnie dziecko. Z pomiędzy warg wystawały kły węża, z czubka głowy sterczały zakręcone rogi. Oczy zdawały się pozbawione źrenic, lecz jednocześnie tak głębokie, że można by w nich utonąć...
Przed rozwianiem się wargi przybrały kształt uśmiechu, po czym całość zniknęła, tak samo, jak niedawno Krzysztof Kulczycki ze swoją rodziną.

KONIEC?

Szczecin - Wielgowo
5 kwietnia do 2 maja 2006



Tak oto dotarliście do końca powyższego opowiadania. Standardowo rozrosło się strasznie, choć wydaje mu się, że nie nudziliście się podczas jego lektury:) Objętość na pewno wydłuża drugie zakończenie. Co do końcówki, to nie wiem, co mogę więcej powiedzieć na jej temat. Zapewne zastanawiacie się, dlaczego istnieją dwie wersje zakończenia. Otóż po skończeniu piania stwierdziłem, że znowu stworzyłem wiele niedopowiedzeń - jak zawsze u mnie - i przydałoby się je zredukować do minimum. Usiadłem więc przy komputerze i w miarę szybko wyskrobałem zakończenie vol. 2. Oceńcie sami, które wolicie. Ja osobiście skłaniam się ku pierwszemu, ponieważ pozostawia w cholerę miejsca na własne domysły. Na dzień dzisiejszy nie umiem ocenić czy ta historia jest dobra, czy też nie. Musi minąć trochę czasu, aby wyrobiło mi się zdanie na ten temat. W każdym razie na czas najbliższy odchodzę od pisania o demonach, duchach i o rozkopywaniu grobów. Zajmę się spisywaniem opowiadań całkiem krótkich - mam kilka takich pomysłów, które powinny okazać się dosyć dobre. Nie mówię tutaj, że nie napisze jakiegoś horroru, ale na pewno nie będzie on tak obszerny. Oprócz tego wrócę do spisywania pewnego innego projektu, od którego odpoczywałem tworząc W miejskich podziemiach. Po głowie ostatnio chodzą mi pomysły z innych gatunków niż groza -bo przecież nie można się dać zaszufladkować - i ich pisaniem zajmę się przez najbliższe miesiące. To byłoby na tyle. Standardowo dziękuję tym osobą, które dotarły aż tutaj - tym bardziej, że jest to moje pierwsze ukończone opowiadanie od stycznia (miałem ostatnio z tym trochę kłopotów). Do napisania!

Ogór [ gaau@wp.pl ]


Storytellers 2oo6. Wszelkie prawa zastrzeżone. Oprawa graficzna: aNomaLy


Online Napisz do nas! Ankieta - pomóż nam stworzyć jeszcze lepszy magazyn! Regulamin dla writerów

Spis treści
W górę

Spis treści