Przejdź do spisu treści...

Kryształ losu

Rozdz. 1
Było południe, lecz na uliczce w parku nie było dużo osób. Termometr wskazywał już 33°C, co sprawiało, że nikt nie chciał wychodzić z domu, zaś nieliczni, którzy się na to odważyli posiadali czarne okulary...Mick Dills wiedział to, pomimo iż jego oczy nie widziały wiele. Wiedział też, że jest jedynym, któremu nie szkodziło ostre światło. "Światło- nie! Ale upał tak"- pomyślał ocierając ręką czoło.
Miał 17 lat, lecz jego umysł pracował znacznie mocniej a inteligencja i bystrość rozumowania przewyższała niejednego dorosłego. Jego długie czarne włosy delikatnie opadały mu na oczy, których spojrzenie było przerażające nawet zza zasłony włosów. Chłopiec był dobrze zbudowany i zdrowy, choć na jego ciele widniała tajemnicza mapa blizn i ran.
Część z nich zadał sobie sam walcząc z bólem psychicznym i znacząc zdarzenia z swego życia. Niekoniecznie z resztą te dobre... Bo, pomimo iż był spokojny, odczuwał strasznie swą odmienność. Życie rzucało mu kłody pod nogi, a on sam często się załamywał...
"Kim jestem? Gdzie jest moje miejsce? Czy w ogóle będąc naznaczony INNOŚCIĄ mam jakieś miejsce?" Często, tak jak i dziś, zadawał sobie te pytania. Jednocześnie odczuł powracają depresję, a "naznaczona" ręka zaczęła go szczypać.
- Nie myśl o tym! - powiedział do siebie i odrywając się na chwilę od swego wewnętrznego istnienia, rozejrzał się po otoczeniu... W swym mlecznobiałym świecie ujrzał przechodnia przyglądającego mu się chwilę. "Pewnie zdało mu się, że mamrocze coś o upale i swoim losie niewidomego" - stwierdził nie wypowiadając słów na głos, po czym wzruszył ramionami... Wszyscy przecież uważali go za ślepca, więc takiego udawał... Bo, po co ukazywać swoją odmienność...W rzeczywistości, w wyniku wrodzonych wad(o ile w ogóle były to wady) jego oczy nie posiadały źrenic i nie widział on wiele barw - tylko mieszankę czerni i bieli...I choć na początku było to przerażające to jednak ten kryształowy świat ukazywał wszystkie elementy codzienności jako czyste wspaniałe.
Tu przerwał swe rozmyślania, gdyż blizna na ręce paliła go coraz bardziej..."To pewnie wynik osłabienia jego organizmu - po tygodniowym pobycie w szpitalu." A trafił tam, ponieważ po ostatnich ważnych chwilach ostrze trafiło zbyt głęboko, przecinając żyły. Nie miało to jednak dla niego znaczenia, nawet jeśli w oczach innych wyglądało to na próbę samobójstwa. Dla Mick'a życie nie miało znaczenia - już dawno nauczył się, że jego egzystencja była kryształowym kielichem, w którym zbierały się dobre i złe krople dni życia i wiedział, że w każdym momencie, gdy ta czara stanie się zbyt cierpka dla jego serca, może ją zbić. Bo dla niego "życie" było dotychczas okresem. Ostatnio jednak za sprawą dwojga ludzi ten sposób spoglądania trochę wykrzywił się. Spotkał kogoś, kto równie był odmienny a jednak walczył. TAMTEN ( Dills nie wiedział jak ma na imię) tak jak on udawał niewidomego, ponieważ świat nie chciał zaakceptować jego prawdziwego ja. Widział go może raz czy dwa, a mimo to, człowiek ten głęboko wpłynął na jego psychikę... Mick znał go jednak jak brata. Nie w rzeczywistości, lecz poprzez swą podświadomość. I sny. Męczyły go koszmary o tym jak nieznajomy cierpiał; jak stracił narzeczoną; walczył ze złem, i o tym, jak skoczył w nurt rzeki nie mogąc wytrzymać tego bólu. Chłopiec wiedział jednak gdzieś wewnątrz siebie, że to nie są zwyczajne sny; że większa z nich część to najprawdopodobniej prawda... Zaczynał zastanawiać się czy to nie jest nadzwyczajna wiadomość od Czegoś, co jest w górze..."A może kogoś" jednak nie nad tym Mick chciał rozmyślać. Tak czy siak Mick przekonał się o tym, gdy pewnego razu znalazł białą laskę odrzuconą przy pewnym moście w pożegnalnym geście. Z jej boku wystawały nierówności, które wciśnięte tworzyły śmiercionośną broń. Przybył jednak za późno- po mężczyźnie została tylko czarna skórzana rękawiczka, która unosiła się na wodzie. Wiedział, że wiele stracił... Że gdyby uświadomił sobie wcześniej tę obcą moc w jego głowie, uratowałby to niezwykłe istnienie, a być może zyskałby przyjaciela i nauczyciela. Stracił kolejną osobę, która mogła go zrozumieć. Miał wrażenie, że śmierć rozpostarła wokół niego swe skrzydła. Teraz stracił - Aloera - tak nazywał swojego "mistrza", którego tak naprawdę nie znał... Wcześniej stracił przyjaciółkę- czytał z ręki jak z księgi. Jaśniały na niej dwie gorejące blizny, które tak wielkie znaczenie miały dla niego. Jedna Aloera - zwykła podłużna; druga zaś przedstawiała inicjały jego nocnej przyjaciółki Nestron. Stracił ją nie wiedząc, dlaczego... Popełniła samobójstwo, a on nie miał nawet pojęcia, kiedy wkroczyła nad tą bezpowrotną przepaść. Jej pogrzeb odbył się niespełna miesiąc temu, lecz cały czas przed oczami miał jej mlecznobiałą skórę otoczoną aureolą ciemnych kruczoczarnych włosów. A tak byłą mu bliska, chociaż nie była jego ukochaną... Bo była kimś więcej - towarzyszką nocnych wędrówek i powiernikiem umysłu. Rozumiała go bez słów, a on wiedział, że zawsze znajdzie u niej zrozumienie. Była jego kobiecym odpowiednikiem, a zarazem przyjaciółką, matką i opiekunką. Tracąc ją, stracił część swojego życia. Wiedział już, że żadne dyskoteki ani nocne seanse w fabularne gry wyobraźni, nie będą już takie same. Oraz, że nocne wędrówki będą długo sprawiały mu ból...
- Długo to raczej ironiczne spojrzenie na rzeczywistość- powiedział do siebie a może tej części siebie, z którą właściwie teraz obcował. Odczuł jednocześnie głód jakby ta prosta czynność nagle zadała mu ogromny wysiłek, a jego wzrok mechanicznie powędrował tym razem na nadgarstek i znajdujący się tam zegarek...
Była już piętnasta - tyle czasu przesiedział w parku rozmyślając. Westchnął a ten gest był zaklęciem przywracającym go do brutalnej rzeczywistości...W jego oczach pojawiły się łzy- otarł, więc je nie zgrabnie wierzchem dłoni i ruszył do domu...W głowie zaś przewijały się obrazy z jednej z ostatnich nocy spędzonej razem z dziewczyną, kiedy leżąc na płytach cmentarnych grobów patrzyli w niebo rozmawiając o życiu.. Tym razem łzy polały się strumieniem....

Rozdz. 2
Doktor Charles Kirk siedział w swoim domu i wpatrywał się w leżącą na jego biurku teczkę. Zajmował się psychologią i obecnie był to jego zawód. Nie zawsze jednak tak było- kiedyś pracował jako nauczyciel i dlatego teraz zgłębia tajemnice umysłów tych dwóch młodzieńców. " A właściwie to już tylko jednego" pomyślał wracając do teczki.
Leżały w niej papiery John'a Lifeded'a i Mick'a Dills'a. Pierwszy nie żył - popełnił przypuszczalnie samobójstwo skacząc z mostu... Przypuszczalnie, bo znaleziono tylko części jego garderoby, zaś ciała nigdzie nie było nawet w odległości kilkunastu kilometrów od miejsca, z którego skoczył. Jedynym potencjalnym świadkiem miał być nastoletni Mick.
Zaś historia tego chłopca była dość brutalna: Matka zmarła w kilka lat po porodzie, ojciec będąc cholerykiem odnosił się do syna bardzo chłodno, choć nigdy go nie uderzył. Jego osierocone dzieciństwo przebiegło w miarę spokojnie. W wieku ośmiu lat chłopiec trafił pod skrzydła babki, gdy jego ojciec zaginął prowadząc dziwną działalność nieoficjalnie podwiązywaną z sektami. "Niby był znawcą historii, prowadzącym jednocześnie mały sklepik z antykami, a tu takie bagno"- pomyślał doktor, odchylając się na krześle...Ta sprawa zaczynała go męczyć, mimo iż tak naprawdę dopiero ją rozpoczynał. Tyle niewiadomych i tyle pytań, na które nie miał jeszcze odpowiedzi...
Np. co z ojcem chłopca i sektami?... Czy to w wyniku jakichś dziwnych "czynników" z zewnątrz Mick otrzymał takie oczy? ...I jaka rolę w tym wszystkim odgrywał Lifeded?
Nauczyciele z "Saint's Arthur's Hight School" spotkali się z nim ostatnio prosząc o zwrócenie uwagi na chłopca, który wydawał się im zagubiony i zamknięty w sobie. Powiedzieli, że nie chciał z nikim rozmawiać, a gdy któryś z pedagogów, próbował go zagadnąć zbywał go słowami typu: "Niech pan mi da spokój! Jak pan chce to niech mnie pan katuje na lekcji, mi i tak bez różnicy- radzę sobie dość dobrze..." I odchodził...
Zauważyli też pogłębienie tej reakcji po śmierci Johna( co dziwne, bo przecież oni się nie znali) oraz jego przyjaciółki- Nestron. Chłopiec wewnętrznie walczył, mimo iż nadal nic na ten temat nie wspominał nikomu, a nawet próbował popełnić samobójstwo. Zaś po rozmowach z lekarzami Charles dowiedział się, że to nie była jedyna masochistyczna praktyka chłopca.
Kirk zdawał sobie jednak sprawę, że młodzieniec skrywa swą osobą, więcej niż może się wydawać... Drugą rzeczą, której był pewny, to wrażenie, że śmierć tej dwójki była raczej jednym z czynników a nie czynnikiem głównym... I choć nie wierzył w żadne nadprzyrodzone moce, które jego zdaniem, były tylko grą cwanych kuglarzy, to jednak przed chłopcem czuł respekt. A nasiliło się to po dziwnym telefonie ostatniej nocy.
Siedział on tak jak teraz pogrążony w pracy- przyszły papiery chłopca, z którymi musiał się zaznajomić. Na biurku - starym mahoniowym, wiktoriańskim biurku stała jego szklanka z ulubionym kambambulu, a w popielniczce dopalał się pozostawiony samemu sobie papieros. Telefon zadzwonił grubo po północy. Doktor odebrał, lecz usłyszał jednak tylko głuche brzęczenie aparatu. I gdy miał już odłożyć słuchawkę, myśląc, że padł ofiarą żartu samotnie przebywających dzieciaków, usłyszał głos, który zmroził mu żyły. Jego właściciel martwym, pozbawionym wszelkich emocji głosem powiedział:
- Umrzesz!
- Kim jesteś?- Zapytał zmęczony Kirk, który nie zrozumiał od razu sensu słów swego rozmówcy...Tamten jednak jakby go słysząc powtórzył:
- Umrzesz... I tylko tyle zyskasz zajmując się mym Mickiem...Tylko to Cię czeka gdy zajmujesz się Haketo
Doktor jednak nie miał zamiaru przerwać swej pracy...

Kilka godzin później, robiąc sobie kolejną tej nocy kawę, zbierał się do podróży. Choć była dopiero 6:43 rano, lecz przed wyruszeniem do swego biura musiał zgłosić się do swej przyjaciółki Anny Klaine- bibliotekarki- która obiecała poszukać mu czegoś o tej rzeczy, o której usłyszał przez telefon... O Haketo... Już miał wychodzić: teczka z papierami stała przy drzwiach; na stole leżały jego klucze i okulary przeciwsłoneczne, a on sam poprawiał krawat- drogi czarny krawat o deseniu w szare romby, gdy nagle zadzwonił telefon:
- Doktor Charles Kirk, słucham- odebrał wyuczonym w swym zawodzie sposobem. Dzwonił jego przyjaciel ze szpitala.
- Witaj George, coś się stało? A może masz dla mnie coś nowego?. Bo widzisz śpieszę się. Jeśli chcesz mogę wpaść do ciebie po lunchu, bo teraz mam spotkanie z piękną bibliotekarką.
- Tak- odpowiedział lekarz, choć na myśli miał pierwsze dwa pytania niż raczej to ostatnie.
- Tylko, że mam raczej nie coś ale kogoś... A z tego co mówiłeś, to być może się mylę, ale możesz przyjechać od razu. Chodzi o Annie...Annie Klaine.
Doktor, który nie spodziewał się takiej informacji, stanął w bezruchu trawiąc ostatnie słowa lekarza. Na ciele wystąpił mu zimny pot, a z oczu spłynęły pozostałości snu i zmęczenia. Jego rozmówca jakby to wyczuł poprzez zwój kabli i zapytał:
- Charles? Czy wszystko w porządku?
- Prawie... Zaraz Przyjadę!

Droga do szpitala zajęła mu około dziesięciu minut. To była karkołomna jazda grożąca w ostateczności dość groźnym wypadkiem i niejednym mandatem. Nie wydawała się też świętym celem tak jak i sam szpital: budynek był starym gmachem z szarego kamienia wzniesionym na początku stulecia. Spełniał on z początku tylko funkcję fizyczno leczniczą. Dopiero niedawno, bo około 20 lat wstecz otworzono w nim wydział psychologiczno - uzależnieniowy, gdzie trafiali niedoszli samobójcy, ludzie po przedawkowaniu i osoby zniszczone psychicznie. Gdy szedł jego korytarzami personel odprowadzał go spojrzeniem. Czuł ich palący wzrok na plecach i uświadomiło mu to, że wydarzyło się coś bardzo niedobrego. Na odpowiedź nie musiał długo czekać- ukazała się mu w swym najgorszym wcieleniu.
W szarej szpitalnej sali pachnącej chlorem, stało łóżko, a na nim spała Annie i wydawało się, że śpi spokojnie. Jednak, gdy podszedł bliżej zobaczył coś, co sprawiło, iż z jego ust mimowolnie wydobył się jęk: jej twarz i prawe ramie było zmasakrowane. Strzępy ciała wystawały z pod koszuli, a pocięte oko nikło pod grubą warstwą zakrzepłej krwi. Nawet nie będąc lekarzem wiedział, że przy takich obrażeniach raczej nie będzie już widzieć na to oko, a prawa ręka nie będzie już nigdy tak sprawna jak kiedyś.
Coś oszpeciło ją- pozostawiło na niej skazę nie tylko fizyczną, ale i psychiczną, z której pewnie leczyć się będzie latami. Kirk nie wiedział, czym mogłaby sobie zasłużyć, na takie cierpienie, choć podświadomie wiedział co to mogło być. Nadal w głowie dźwięczał mu ton głosu tajemniczego rozmówcy. "Ale takich ran nie mógł zadać żaden człowiek!" - toczył walkę myśli- "A może..."
W tym momencie usłyszał za sobą dźwięk zamykanych drzwi. To Lovenson- lekarz opiekujący się Annie.
- Witaj Charles...Powiedziano mi, że już przybyłeś. Przykro mi, że spotykamy się znów w takich okolicznościach...Hmm, właściwie to spotykamy się tylko w paskudnych sprawach! Kiedyś powinniśmy olać cały świat i pójść razem napić się piwa- tylko ty i ja, bez żadnych kurewskich zmartwień!
- Witaj Lou- odpowiedział Kirk, lecz jego głos dotarł do niego samego jakby z oddali.
- Wiesz, znaleziono ją wczoraj wieczorem w parku...W tym starym parku, obok tego gotyckiego zachodniego cmentarza. Policja przypuszcza, że wracała z pracy. To było tylko kilkaset metrów od biblioteki.
- Co jej się stało?
- Szczerze mówiąc to nie wiadomo nic konkretnego, ale z ran, które są strasznie poszarpane to musiało być jakieś zwierzę. Tylko skąd do diabła dzikie zwierze w parku?... Jednak miała szczęście, że od razu ją znaleziono, inaczej by się wykrwawiła. Ściągnięto też straż miejską, ale nic nie znaleźli...A żadne pobliskie ZOO nie podało żadnej wiadomości o jakiejkolwiek ucieczce zwierząt....Aha, wczoraj wieczorem się przebudziła. To był tylko ten jeden raz, kiedy odzyskała świadomość... Kazała ci powtórzyć, że to, czego szukała jest u niej w biurze w siwej teczce.. Kazała dać ci te klucze- zakończył Lovenson podając mu, żelazny pęk.
"Haketo" - pomyślał a serce zaczęło mu bić szybciej. "W tym musi coś być!"
- Dobra, dzięki! - odrzekł. Był już w drzwiach, gdy nagle odwrócił się jakby coś sobie nagle przypomniał. - A Lou! Mówiłeś, że masz jakieś nowe rzeczy o Mick'u.
- Tak! Słuchaj, kiedy robiliśmy badania krwi, otrzymaliśmy dziwny wynik. Później je powtórzyliśmy i wyszło to samo... -
Tu przerwał jakby nadal nie wierzył w słowa, które ma wypowiedzieć...
- Ale co się stało? Co takiego otrzymaliście?
- Chodzi o to, że to nie może mieć miejsca. Ścianki jego układu krwionośnego są oszklone, jakby pokryte elastycznym kryształem. Mniejsze rany też mu się tak zasklepiały! To tak jakby jego osocze wytworzyło specjalny rodzaj "bąbli" osłaniających go przed utratą krwi.
- Oki, dzięki...
Machnął Lovensonowi na "do widzenia" i wyszedł... Nie miał teraz czasu myśleć
o chłopcu... Zaczynał odczuwać wypadek Annie, na co nie mógł sobie teraz pozwolić. A to dopiero była namiastka jego myśli. Chciał już jak najszybciej dowiedzieć się
o Haketo. Nie brał wcale pod uwagę, że taka ciekawość może być zgubna. Nie wiedział przez nią, że Annie przebudziła się przedśmiertnie i krzyczała- on gnał drogą w kierunku miasta ...

Rozdz 3
Była druga trzydzieści, kiedy Mick zerwał się z wewnętrznym krzykiem: "To zaszło za daleko!"
Jego włosy były potargane a pościel, na której spał wyglądała jakby przetoczyło się przez nią stado dzikich psów. Poduszkę zresztą znalazł dopiero na podłodze pod łóżkiem. Wszystko zaś mokre było od potu. Chłopiec zerknął jeszcze raz na zegarek, jakby dopiero teraz zdał dotarły do niego impulsy wysyłane przez mózg, a potem na tabletki nasenne przepisane mu przez doktora Kirka. Ten człowiek był dla niego taki dobry, mimo iż to tylko materialny dorosły. "Ale to dla niego tylko praca, więc nie może mi on pomóc, bo nigdy mnie nie zrozumie.."- Pomyślał, lecz w rzeczywistości nie był pewny swoich myśli. Miał wrażenie, że kryje się pod nimi coś, czego nie rozumiał, lub czego zrozumieć nie chciał... A jednocześnie, że płynie po metafizycznym wymiarze... Był ponad czasem i nie trwał ani w teraźniejszości, przyszłości ani też w przeszłości. Wszystko, co tworzyło jego otoczenie. Życie i stan psychiczny, było dla niego obrazami z przeszłości. Czymś- schematem, który już kiedyś się wydarzył... Jak uczucie deja vu, którego jest głównym kapłanem. I mimo, że nie pamiętał żadnej przemykającej przez jego umysł rzeczy, chwili ani zdarzenia, to czuł się często bardziej jak irracjonalny obserwator swego życia, a nie jego twórca . A zwłaszcza tego snu. Tu Mick spojrzał ponownie na tabletki Deoxtyny, jednak szybko odrzucił tą myśl... "Nie mam ochoty już śnić, a zbyt duża ilość tabletek potrzebna mi do "czystej nocy" już nie pomoże raczej tylko wszystko może spieprzyć"- pomyślał. Przekręcił się na plecy i postanowił czas jaki mu pozostał do rana spędzić na próbie zrozumienia tego wszystkiego...
A zaczęło się to tej nocy kiedy zmarł Lifeded. Chłopiec dowiedział się o jego tożsamości zupełnie przypadkowo leżąc w szpitalu. Gdy trwał półprzytomny i osłabiony po transfuzji, słyszał głosy pozostałych pacjentów w sali, którzy rozmawiali o jakimś niezwykłym człowieku. Dopiero po chwili, gdy powiedzieli coś o niedawnym jego samobójstwie poprzez skok z mostu, chłopiec uświadomił sobie, o kogo chodzi. Jednocześnie też przypomniał sobie o człowieku, którego kiedyś przypadkiem mijał ulicą- o jego czystej kryształowej aurze i oczach odcinających się od sylwetki jak dwie srebrne błyszczące łzy... "Czyżby to ta sama osoba"- zaczął się zastanawiać.
To byłą też ta noc kiedy zaczął miewać koszmary. Lifeded też był w nich, którego tożsamości już był całkowicie pewny, lecz który dla niego zawsze pozostanie Aloerem. Jednak sny te nie były przepełnione bólem i choć dla chłopca były straszne tchnęły spokojem i jakimś przeznaczeniem. "Hmm prawie jak jakiś Nekroskop śniący o wampirach" - stwierdził myśląc o książce, którą ostatnio czytał... Opowiadała ona o mężczyźnie którego paranormalną zdolnością była możliwość rozmowy z duszami zmarłych, którzy uczyli go i pomagali mu. Mick'owi spodobała się też tutaj ocena czasu wypowiedziana przez uczonego zajmującego się matematyką - Mobiusa: Dla niego czas był przestrzenią która łączy wszystkie zdarzenie - zarówno te obecne jak i te przebyte oraz które jeszcze nie nastąpiły. I wystarczy opracować odpowiednie równania aby dostać się do tego kontinuum i poznać wszystko oraz dostać się wszędzie...
- "Tyle, że ja jestem prawdziwy a TO nie książka i nie bardzo mi się to podoba"
- Burknął chłopiec wyglądając przez okno na biały kryształowy Księżyc.
Była pełnia a jego blask przyćmiewał wszystko wokół magiczną poświatą tajemniczości i majestatyczności. W jego dzisiejszym śnie, najwyraźniejszym i najbardziej szczegółowym ze wszystkich, był taki sam, a Mick obserwował go siedząc nocą na cmentarzu. Spoglądał na gwieździste niebo, które go fascynowało, choć realnie nie poświęcał mu zbyt wiele czasu. Wolał w nocy jak najszybciej zasypiać, gdyż zbyt wiele łez i krwi one kosztowały go, gdy spędzał je nad książkami. Wspomnienia o nieżyjących i tej, która tyle pustego miejsca pozostawiła w jego życiu porozrzucanym w chaosie, zadawały mu niewyobrażalne męki, zżerając jego duszę kawałek po kawałku jak wielkie żarłoczne ćmy.
Nagle zaczął padać deszcz. To była ulewa wręcz z czystego nieba, gdyż chmury pojawiły się rzadko i tylko gdzieniegdzie przysłaniały gwiazdy. Woda jednak mu nie przeszkadzała, bo wcale nie czuł zimna, a krople wyglądały dla niego jak małe perełki.
W końcu zaczął iść główną alejką cmentarza wiedziony jakąś tajemną siłą. Coś- jakiś głos, kazało mu kroczyć i ciągnęło go w głąb cmentarza. Czasami wydawało mu się, że widzi sylwetkę Nestron przemykającą przed nim pośpiesznie jakby w obawie. Nim jednak udało mu się upewnić znikała. Co rusz mijał spokojne groby, które emitowały słaby blask, kontrastujący z ulewą. W którymś śnie dojrzał też marmurowe posągi aniołów, które z zamkniętymi oczami stały jak strażnicy zaginionego świata. W powietrzu wyczuł woń kadzideł, przedzierającą się nawet przez wodny potop, a z czasem także usłyszał dźwięki jakiejś rytualnej muzyki.
Pewnej nocy odwrócił się a to, co ujrzał, w realnym świecie wywołałoby w nim uczucie paniki, jednak tylko z powodu niezręcznością i niezwykłością miejsca.
Za chłopcem, bowiem poruszało się stado szarych wilków, które uformowały coś w rodzaju czubka trójkąta zamykającego pochód. Chwilę zaś potem, gdy podniósł twarz ku niebu, aby krople deszczu uświadomiły mu, że on naprawdę tam jest (oczywiście we śnie) ujrzał trzy nadlatujące nietoperze - jeden ze wschodu, drugi z przeciwległego zachodu, a trzeci zza jego pleców. One także leciały nad nim jakby prowadziły go lub też w milczeniu oddając razem z nim hołd ku jakiejś potężnej istocie.
Mick wiedział, że nie pozostawało mu nic innego jak tylko poddać się temu rytuałowi i dalej iść do przodu. Podejrzewał jednak, że nawet gdyby próbował i tak nie mógłby złamać tego czaru i zmienić snu. W końcu dotarł do grobowca. Pisało, że spoczywał tu jakiś Pet a pod jego imieniem oplecionym przez wyrzeźbione lilie widniał między innymi napis: "Nie jest umarłym ten, kto odpoczywa wiekami..."
Chłopiec uśmiechnął się - był to wers Lovercrafta - pisarza zajmującego się fantastyką i światem mitów. Stworzył on też system gry fabularnej, w którą z chęcią grała młodzież na całym świecie. Z niej też pochodził ten cytat.
Mick chciał obejrzeć bardziej szczegółowo to miejsce pochówku, lecz gdy tylko przesunął dłonią po zimnym marmurze zdarzenia zaczęły dziać się niewyobrażalnie szybko. Wrota grobowca uchyliły się, wydając przy tym zgrzyt jakby, jakiegoś mechanizmu, a on w oka mgnieniu znalazł się w jego wnętrzu. Coś zaatakowało go i poczuł narastający ból na całym ciele. Nie potrafił jednak określić, co to było, gdyż widział już wewnętrznie tylko migawki zdarzeń. Po kilkunastu sekundach bólu i ciosów, które równie dobrze mogły być wiecznością wszystko zastygło w towarzystwie jego krzyku. W tym też momencie snu zawsze się budził, a ostatnim najmniej zrozumiałym obrazem był widok kryształowego tworu, który go pochłaniał.
To był cały jego sen. Tylko sen, lecz najbardziej przeraził go fakt, że tak jak ostatnim razem mógł się on spełnić...

Rozdz. 4
Charles Kirk jadąc obwodnicą na drugą stronę miasta do biblioteki, walczył z dopadającymi go myślami. Były one jak te czarne chmury, które zaczęły gromadzić się na niebie. Ludzie mówili, że podobno nie może padać wiecznie, ale on dobrze wiedział, że słońce też ponadczasowe nie jest. Tak jak spokój. Gdy wyszedł z szpitala czuł jak myśli zaczynają go truć i rozrywać. Dwa razy upuścił kluczyki zanim odpalił samochód. Ruszył też zbyt pośpiesznie z parkingu tracąc prawie przy tym lusterko.
Był zmęczony. Ostatnie trzy dni pracy wykończyły go, lecz to był dopiero początek. Nic właściwie nie wiedział o sprawie Dills'a. Czekało go wiele pracy: dziś miał do zaliczenia bibliotekę a jutro, o drugiej miał spotkać się z chłopcem na sesji terapeutycznej.
"To dobrze, że mam robotę, bo mam się czym zająć"- stwierdził.
Przed jego samochodem w oddali pojawiły się zarysy gmachu biblioteki. Był w parku, który teraz opustoszał z powodu możliwych opadów. Znajdując się obok cmentarza to miejsce wyglądało strasznie. Kirk podziwiał Annie, że tędy wracała codziennie z pracy- on by tak nie potrafił, nawet jeśli nawet jeśli miałoby mu to zaoszczędzić drogi do domu.
Gdy tak patrzył przez szybę to przez chwilę widział żółtą taśmę policyjną. Postanowił jednak pozostawić ją samą sobie i tylko odprowadził ją w milczeniu we wstecznym lusterku, aż znikła za drzewami. Nie mógł sobie pozwolić na łzy i chwilę słabości. Miał zbyt wiele do zrobienia. Lecz czym jest praca w porównaniu z miłością; z uczuciami? Niczym. Choć ukrywał przed sobą swe wewnętrzne rozterki, to podświadomie wiedział o tym... I chyba dlatego czuł się tak źle.. Gorsza od szoku po stracie była jednak gorycz i to ona wyciskała z niego resztki sił. Bardzo dotknął go wypadek Annie. Odkąd rozstał się z swą jedyną dziewczyną, z którą był kilkanaście lat, Annie byłą jedyną osobą, która coś dla niego znaczyła i do której pragnął się zbliżyć. Była dla niego wyjątkowa. Parę razy był bliski wyznania jej swych uczuć lecz zawsze panikował powstrzymywany przez myśl, że będzie maił jeszcze czas. Teraz było za późno- Ann leżała w szpitalu i walczyła o życie... Najbardziej załamujący był fakt, że przyszłą mu do głowy pewna paraliżująca myśl: dlaczego dziś?
Była to egoistyczna myśl jednak pragnął być z tą dziewczyną, zjeść z nią wcześniejszy lunch, a może i zaprosić na kolację. A teraz przez długi czas nic razem nie zjedzą, gdyż miał świadomość, że nie odłączy się ona od kroplówki przez dłuższy czas. Gdy o tym myślał, to modlił się do Boga aby jak najszybciej jej stan zdrowia znormalizował się . Zaczynał jednocześnie wątpić czy On właściwie gdzieś jest. Bo żadna myśląca istota nie pozwoliłaby na oszpecenie w ten sposób kobiety czy dziecka, nawet przestępcy. A On jeśli jest- to jak mógł pozostawić to wszystko ot tak sobie?
Znów zbierało mu się na płacz. Na szczęście dojeżdżał do celu swej podróży i mógł zająć się tym po co tu przyjechał. Gdy stanął przed ogromnym gmachem, ten pomimo posępnego nastroju doktora zachwycił go.
Zbudowany w XVIII wieku a ostatnio odremontowany robił wrażenie.
W ciemnobrązowym ziemistym kolorze, biblioteka górowała nad zwykłymi sklepikami, rozrzuconymi gdzieniegdzie po tej gotyckiej części miasta. Popielaty dach zdobiły cztery strzeliste sześciokątne wieże po bokach i jedna główna. Okna tworzyły wysokie wąskie "oczy", które groźnie spozierały na zewnątrz. W ich witrażach królowały postacie zakapturzonych mnichów z mieczami w dłoniach, które podświetlane w nocy wewnętrznym światłem dawały niesamowite wrażenie równoległego świata.
Ruszył w kierunku drzwi- a właściwie wrót do tego magicznego miejsca, a prowadził do nich wachlarz schodów rozłożony zarówno w kierunku frontowym jak i kierunkach bocznych.
Gdy otworzył drzwi znalazł się w średniowiecznej scenerii. W środku panował przyjemny półmrok, który jednak rozproszony był w czytelni przez dziesiątki świeczników, wiszących wysoko pod sufitem. Rzucały one niespokojne cienie na ściany w których pierwotny właściciel, niejaki niemiecki szlachcic von Klois, kazał wyrzeźbić kilkanaście rycin i obrazów w tym przeciwieństwo dzieła Michała Anioła- "Upadek Pierwszych Ludzi"
Kiedyś doktor zastanawiał się jak one są zapalane, wyobrażając sobie kilkanaście osób biegających z płonącymi żagwiami i drabinami, lecz Annie wyjaśniła mu, że do każdego świecznika przeprowadzony jest przewód gazowy i zapalnik, który odpala wszystkie świece. Wtedy też ją poznał i zarazem pierwszy raz spotkał. Miała na sobie czerwony ręcznie robiony sweter, na który opadała jasna peleryna włosów. Jej usta były pomalowane na lekki nie rzucający się w oczy róż, a oczy błyszczały delikatnym zielonym blaskiem zza okularów w cienkich drucianych oprawkach. Wyglądała ona dla niego niewinnie jak z bajki o kopciuszku. Zupełne przeciwieństwo tej kobiety którą dziś ujrzał w szpitalu- to był kopciuszek po wyjątkowo krwawym dniu: koszeniu hektarowego trawnika, murowaniu, przeniesieniu czterdziestu worków z cementem i walce ze stadem szczurów wielkości małych kociaków.
To sprawiło, że w oczach pojawiły mu się łzy, a gardło zaschło i zamieniło się w nieprzyjemną gulę.
Doktor przełknął ją i ruszył do biurka w recepcji.. Siedziała tam Monica Bells- koleżanka Annie. Gdy spostrzegała go zbladła, jednak uśmiechnęła się niepewnie i powiedziała:
- Hej, Charles! Jak się masz?
- Dobrze. Cześć Monico - to powitanie było jakoś smutne, pełne kłopotliwego zamyślenia. Jednocześnie zdawało mu się, że dziewczyna nie chciała aby to wyczuł. Zapytała:
- Nadal jeździsz tym złomem, Charles?. Dawno Cię tutaj nie było... Pewnie nadal ściągasz dzieciaki z dachów?
- Tak- odpowiedział na oba jej pytania. Pierwszy raz, ładnych parę lat wstecz, kiedy się tu pojawił po raz pierwszy, szukał książek innego znanego psychologa, który opisywał kilka wyjątkowo trudnych przypadków ze swej pracy. Kirk rozpoczynając swoją karierę potrzebował porady, ponieważ sam trafił na orzeszek trudny do zgryzienia. Sam miał pacjenta który próbował skoczyć z dachu.
- Przyszedłem po kilka książek... Annie miała wypadek.. Ona jest w szpitalu.. Ale mam klucze- zaplątał się w swej wypowiedzi. Cały ból rósł w nim, ale po dwóch głębszych oddechach powtórzył jeszcze raz spokojniej:
- Przepraszam. Annie miała coś dla mnie znaleźć- byłem z nią umówiony. Jednak miała wypadek, więc dała mi klucze abym sam to odebrał. A właściwie to dała je lekarzowi, a on przekazał je mi. Mówiła, że te informacje których szukam są u niej. Czy mogę? - zapytał, a te ostatnie słowa mimo opanowania przycichły i były wypowiedziane prawie szeptem. W bibliotece brzmiały jednak jak wystrzał, a zrezygnowanie w nich miało wyjątkowo mocny wyraz.
- Owszem Kirku...- odrzekła próbując się uśmiechnąć, lecz urwała zdając sobie sprawę z nietaktu, gdyż tak Annie zwykła o nim mówić, gdy razem pracowały. I choć Monica mu dotąd tego nie powiedziała, to jej koleżanka była w nim zadurzona. Ale nie powiedziała mu tego ze względu na swa pechową przeszłość.
- Owszem...- powtórzyła- Możesz... Przykro mi z powodu Annie. Wiesz, dzwonił...-zaczęła lecz jakby na dowód jej słów zadzwonił telefon:
- Biblioteka ,West Side Century'. Słucham... Tak. Jest już...Nie. Nie zdążyłam mu powiedzieć... Tak... Już- Do ciebie.- szepnęła podając mu słuchawkę. Po jej twarzy spłynęła łza.
- Charles Kirk- rozpoczął.
- To ja- dzwonił Lou- Słuchaj, nie wiem jak Ci to powiedzieć, ale uwierz mi nigdy nie lubiłem tej roboty. Ale nie ma chyba, co owijać, sam zresztą wiesz. Jesteś psychologiem... Annie już z nami nie ma... Stało się to zaraz po twoim wyjeździe. Próbowałem Cię złapać, ale już Cię nie było... Pomyślałem, że spróbuje tutaj...
- Mój Boże!- jęknął doktor , a jego twarz wykrzywił wewnętrzny ból- Mój Boże!
- Bardzo mi przykro- naprawdę!r12; odrzekł znowu Lou- Czy jest coś co mogę dla Ciebie zrobić?
- Nie. Dzięki, ale muszę to jakoś sam przełknąć...Znów to samo- powiedział choć bardziej do siebie niż do kogokolwiek. - Ale powiedz mi proszę, jak odeszła? Czy czułą ból?
- Nie- skłamał lekarz. Uważał, że nie trzeba mówić przygnębiającej prawdy.
- Przebudziła się ze snu, a potem szepnęła abyś złapał tego sukinsyna...Choć moim zdaniem tego zwierzaka już dawno nie ma. A jeśli gdzieś jest, to pewnie hycle już go dawno uśpili.
- Dzięki.
- Wiesz, że nie ma za co. Nic dobrego Ci nie oznajmiłem..
- Owszem, ale i tak dzięki.
Charles odłożył bezwiednie słuchawkę. Poprzez chmury swoich myśli zobaczył, że Monica płacze. Chciał jej powiedzieć, że wszystko jest z nim ok., i, że dla Annie tak było najlepiej, że już nie cierpi, ale nie potrafił. Położył jej tylko rękę na dłoni i ścisnął lekko.
- Och Kirku...Tak mi będzie jej brak. Wiesz, nie powinnam Ci tego mówić, zwłaszcza teraz, ale chcę, żebyś wiedział...Żebyś nie zadawał sobie tego pytania...Annie kochała Cię. Bała się TEGO: przeszłości, twej reakcji, ale kochała Cię. Ona ... Wy... A teraz jej nie ma. Co ty zrobisz teraz biedaku?- wyrzuciła z siebie w słowach pełnych bólu i łez. Choć tak naprawdę widać było, ze to ona bardziej potrzebowała ramienia do wypłakania. Dlatego podszedł i objął ją ramieniem, mimo, iż sam był wewnętrznie rozbity. I trwali tak w tej dziwacznej pozie dwie godziny. Co dziwne nie było w tym czasie żadnych klientów, a jak już się któryś przewinął, to zostawiał po prostu książki i czując tą napiętą atmosferę smutku odchodził. Tak, więc zanim Kirk uspokoił dziewczynę i ruszył na górę po schodach, znajdujących się na zapleczu do gabinetu Annie, było już po piętnastej.
Pomieszczenie miało jasnozielony kolor, a w jego rogach stały dwie rzeźby rycerzy i dwa popiersia znanych pisarzy. Pierwszą rzeczą, którą uczynił Charles to podejście do biurka. Było to trafne myślenie, gdyż to na nim leżał stos rycin, książek a nawet rękopisów, o sektach. Przejrzał tytuły kilku z nich: "Czarnoksięstwo dzisiejszych czasów" , "Zagadki rytuałów", "Liberus Satanis"(licencja poetico), "Sekty a prastara magia" i inne. Znalazł też notatkę Annie dotyczącą Haketo:

"HAKETO. Stowarzyszenie ludzi posługujących się niektórymi praktykami voodoo i czarnoksięstwem. Legenda głosi, że ich przywódca Drunko Czarny wywodził się ze znanego rodu z Węgier, ale porwał inną szlachciankę na swą żonę wywołując tym oburzenie wśród ludności. Przypuszcza się, iż czara goryczy dopełniła się gdy jego niewolnik wydostał się i opowiedział o rytuałach, w których zmuszana była brać udział.
Zapisy podają, że ruszył "święty bunt". Ludzie dopadli go i spalili jego posiadłość oraz jego samego. Nie obyło się jednak bez ofiar- zginęły dziesiątki osób a ci którym udało się przeżyć byli zdeformowani i zmasakrowani tak bardzo, że woleli umrzeć niż żyć ze świadomością tego kim się stali i co widzieli. Późniejsi potomkowie sekty Drunka stworzyli organizacje mieszczące się w podziemiach budynków, lub kościołów. Gromadzili się w ściśle określonych datach i godzinach, a na ich czele stało trzynastu kapłanów.
Ci sami jednak byli nikim w porównaniu ze swym władcą, który mógł pojawiać się na krótkie okresy w świecie realnym tylko w tedy gdy jego słudzy zdobywali mu władzę nad obcymi duszami będącymi pożywieniem dla hrabiego. Legenda głosi też, że gdy Haketo zdobędzie białą duszę i opanuje ją, wtedy będzie mogło przywrócić postać swego pana jednak w jego starej kruchej i nie mobilnej postaci. Mówi też jednak, iż jeśli ofiara ta zaś sama poświęci swą egzystencję lub zostanie złożona w płomiennej ofierze podczas świętych rytuałów, wtedy Drunko otrzyma młode ciało ofiary. Podania zastrzegają jednak, że podczas "zdobywania" tej wyjątkowej, bo co dziesięciotysięcznej duszy nie może być poświęcona żadna inna osoba nieświadomie stojąca na drodze Haketo.
Wyjątkiem stanowią otwarci wrogowie, uznawani według Wielkiego Kodeksu Haketo.
Sekta została rozbita w XIV wieku. Nie zachowało się jednak wiele z ksiąg mówiących o sposobie i zgładzeniu ich potężnego władcy. Podobno wzięły w nim udział określony magiczne formuły wypowiedziane w wymiarze Xeo w Mowie Umarłych. Wymiar ten potocznie nazywany jest..."
Tu doktor przerwał czytanie, gdyż uwagę jego przykuły głosy dobiegające zza ściany i szybkie kroki po korytarzu. Po chwili poły drzwi uderzyły o ścianę, a do środka wkroczył mężczyzna w czarnym płaszczu. Wyglądał na pięćdziesiąt lat, jednak jego ruchy były niespodziewanie zwinne. Miał długie kasztanowe włosy opadające falą oraz krótką brodę. Kirk próbował uchwycić jego wzrok lecz pozostawał on w cieniu. Wiedział jednak, że patrzą na niego zimne oczy pełne złą i nienawiści.
Za nim stała Monica, która będąc jednak osłabiona psychicznie, stała się praktycznie uległa na brutalne wtargnięcie. Doktor czuł się w obowiązku pójść zatrzymać tego mężczyznę, lecz w momencie, kiedy o tym pomyślał, ten obrócił się w jego kierunku, a on sam po chwili już leżał na ziemi z dwoma sztyletami wbitymi w ramiona. Czuł piekący ból, który według niego wywołały jakieś środki a nie same uderzenie, a przed oczami pojawiły mu się kolorowe plamy. "Pewnie ostrza są trafiły w czuły punkt; jakiś nerw"- pomyślał. Chciał wyrwać je, lecz gdy tylko chwycił za rączkę jednego z nich, zauważył, że przebił mu rękę na wylot przytwierdzając ją do ściany.
Nagle usłyszał w głowie niewypowiedziane słowa wpatrującego się w niego intruza:
- Mówiłem Ci, że spraw Haketo nie wolno ruszać
- Kim jesteś i czego chcesz?- zapytał doktor, lecz odpowiedź przyszła nim jeszcze zdołał wypowiedzieć te słowa, tak jakby tamten czytał w jego głowie.
- Wiesz..- usłyszał - Wiesz przecież
Tak. Domyślał się , kto mógł się ukrywać za tym spojrzeniem, lecz jego umysł nie potrafił tego zaakceptować. Charles był jednak człowiekiem który zajmował się filozofią i psychologią, więc gdy spostrzegł co robi mężczyzna uwierzył.
Agresor, który go przyszpilił, zdążył już wywrócić wszystkie półki i zdemolować pomieszczenie. Potem zaczął zbliżać się w kierunku biurka. Mimo iż Charles walczył o przytomność, to zauważył, że krok mężczyzny był lekki i swobodny, a w ruchach było widać opanowanie, spokój i dziwna pewność jakby to było przygotowanie naleśników a nie wtargnięcie i niszczenie biblioteki.
Człowiek w czerni ręce miał opuszczone. Co dziwne doktorowi zdawało się, że palce mężczyzny są jakieś dłuższe częściowo zaciśnięte w pięści, lecz tylko do tego stopnia tak aby wnętrze dłoni pozostawało odsłonięte. W nich zaś zaczęły się formować dwie ogniste kule, które powiększały się z sekundy na sekundę. To właśnie te dwie błękitne płomyki sprawiły, że doktor uwierzył w to, iż to nie był sen odpływającej świadomości. Zrozumiał, że ten mężczyzna pragnie Micka, dlatego nadludzkim wysiłkiem, poprzez który o mało nie stracił przytomności, wyrwał jeden z raniących go sztyletów i cisnął nim w oprawcę.
Stało się to jednak chwilę za późno. Jedna z kul zajęła już leżące na biurku kruche papiery. Jednocześnie ten akt obrony sprawił, że mężczyzna zostawił wszystko i rzucając tylko jedno groźne spojrzenie wybiegł z sali.
Kirk został sam. Tracił świadomość, a brak sił nie pozwalał mu na walkę. Dźwięki syren, które rozbrzmiewały już gdzieś w okolicy zaczęły milknąć, lecz doktor zdążył jeszcze pomyśleć, że jeśli przeżyje to już chyba nie jest nieświadomym "nie wrogiem" Hakety.
- Teraz też jestem zwierzyną- powiedział cicho i zapadł w sen.

Rozdz. 5
Była ósma rano, kiedy Mick dotarł do bramy cmentarza. Na niebie zawisły ciężkie chmury, które gromadziły się już od dwóch dni. Sprawiały posępne wrażenie, jednak nie dla niego. Nie dla jego niezwykłych oczu. On znajdował się w magicznej przestrzeni szarego cmentarza, nad którym rozlały się czarne jak smoła niebo. Cienie krzyży na tle swych grobów kontrastowały jak Czyściec pod czarnym złem Piekła chmur. W rękach chłopiec trzymał czerwone róże, które zamierzał położyć na grobie swej przyjaciółki. To właśnie ją pragnął odwiedzić. Jej grób znajdował się w tylniej części cmentarza. Choć była to jedna ze starszych części to Nestron leżała właśnie dlatego tam, gdyż po śmierci jej ojca, zostało wykupione tam miejsce pochówku dla całej jej rodziny. Nie był to jednak rodzinny grobowiec, ale kilka grobów przykrytych marmurowymi rzeźbieniami aniołów. Był to wyraz artystycznego "ja" jej matki.
Teraz ten anioł- ten smutny anioł, siedzący na grobie jego przyjaciółki z głową ukrytą w dłoniach, jakby w smutku albo rozmyślaniach, był jego wewnętrznym łącznikiem z duszą Nestron.
Brakowało mu jej. Ale był romantykiem poprzez swoje fizyczne oszpecenie i wierzył, że jej dusza może go usłyszeć. Dlatego rozmawiał z nią. Mówił jej o wszystkim co działo się w jego życiu: o troskach, o smutkach, o wewnętrznych rozterkach. Czasem jego wizyty kończyły się tym, że wracał myślami do wspólnie przebytych chwil. Dziś też tak było... Znów pojawiły się magiczne słowa:
- Brakuj mi ciebie Nocny Aniołku...
A po nich polał się potok słów:
- Dlaczego odeszłaś? Dlaczego nic mi nie powiedziałaś co Cię gnębi? Chociaż to ja powinienem się domyśleć. Zawsze byłem beznadziejny... Przepraszam... Teraz za moją ułomność płacę karą podobną do śmierci- karę wspomnień...
Pamiętasz, kiedyś prawie z pół miesiąca od Twojej śmierci, a ponad pięć tygodni od teraz byliśmy na tych skalnych ruinach nad jeziorem. Siedzieliśmy sobie na ich skraju a we włosach szalał nam wiatr. Przytuleni do siebie oglądaliśmy krwawy zachód słońca, który dla nas emocjonalnych wampirów, znaczył początek nocy. Czuć było lato, choć było ono nie tak męczące i nie tak upalne jak ostatnio. Pamiętam ten wieczór bardzo dobrze, gdyż wtedy zaczęła się dla mnie nowa Era Nocy. Dzięki Tobie. Chłodna, bardziej uczuciowa, która szybciej zabijała, ale i która dała mi też coś innego. Widzę to jakby to było dziesięć minut temu: miałaś wtedy na sobie czarny przewiewny sweter i czarne dżinsy. Twoje atramentowe czarne włosy wyjątkowo pasowały do tego stroju a uzupełniały go srebrne pierścionki oraz krzyż życia, który teraz wydaje się mi tak bardzo bez sensu. Nie dał Ci przecież wieczności. A może, Nestron, jesteś już gdzieś gdzie trwa tylko spokój? Jednak jeśli o mnie chodzi, to ja jestem rozrywany przez rozpacz. Od tamtej pory, zmieniło się moje życie... Wiesz, gdy tak siedzieliśmy na miejscu jednego z okien to pamiętam, że rozmawialiśmy o życiu, o szkole- naszych przyszłych egzaminach do colleger17;u i zbliżającej się nieubłaganie dojrzałości. Ale rozmawialiśmy też filozoficznie o Aniołach, wampirach i ich romantycznej walce o siebie i swe człowieczeństwo, i o uczuciach... Widzisz- pamiętam dokładnie. Pamiętam to szczęście gdy byłem z Tobą moja przyjaciółko. I to jest to moje przekleństwo. Hmmm - wręcz piętno Kaina. Dosięgło mnie naprawdę, bo zakażony jestem pamięcią. Wieczną. Jak te gwiazdy o których lubiłaś pisać. Czytam Twoje dzieła każdego wieczoru, choć to boli. Mówiłaś, że są beznadziejne, ale ja za każdym razem płaczę. Wiesz, jednego nauczyłem się na pamięć, gdyż w nich ukryta jest pamięć o Tobie. Posłuchaj to ten:


"Gwiazdy świecące jak oczy marzeń,
Szybują po bezkresie naszej skrywanej nadziei.
Gwiazdy to nasza wiara w ciepło jutra,
Nurzająca się w brudnym dzisiejszym świecie.
Gwiazdy, to Wrota zamieszczone w czasoprzestrzeni-
Łącznicy, którzy pozwalają nam się spotkać
Gwiazdy, są zarodkami naszych uczuć
Wiecznych, czystych, promiennych,
Eksplodujących w naszych duszach.
A prowadzi je staruszek Księżyc
Odkrywając nam tajemnice nieskończoności
Nie pozwólmy, więc im zagasnąć"


Tutaj chłopiec przerwał, rozerwany przez jedną z takich gwiazdeczek z jego wnętrza.
Z oczu popłynęły mu łzy i ciurkiem pociekły na szary marmur. Zerwał się leciutki wiatr i zdawać by się mogło, że to jej niematerialna ręka ociera jego łzy. Po chwili, gdy uspokoił się podjął:
"- Widzisz nie zapomniałem. I nie pozwoliłem im nawet troszkę przygasnąć- nawet za dnia. Tamtego wieczoru, krótko przed odejściem dyskutowaliśmy o naszej przyjaźni. Doszliśmy do wniosku, że to nie jest przyjaźń ani i nie miłość, że to jest coś więcej. Gwieździste powiernictwo i pewien rodzaj nieograniczonego partnerstwa. Nie szło za tym przywiązanie serca, ale bardziej przywiązanie duszy. Później zaczęliśmy żartować. Powiesiłaś mi się na szyi od tyłu i powiedziałaś, że pewnie jestem wampirem a ty moją bestią z którą będę się męczył i stykał co dnia. Uśmialiśmy się aż w oczach zaszkliły nam się łzy. Później zaś siedzieliśmy wpatrzeni w srebrzysty blask księżyca, a ty powiedziałaś, że jestem wspaniałym gryzącym przyjacielem i wpisałem się przyjaźnią trwale w twoje życie. I dałaś mi buziaka. To było jednak coś, więcej niż tylko kiss. Dłuższy i mocniejszy niż przyjacielski całus, ale nie tak namiętny jak pocałunek. Poczułem słodki, lecz delikatny zapach twoich perfum i smak twoich ust. A wraz z tym pocałunkiem dotarło do mnie znaczenie naszej znajomości. Nasze dusze były jednością, choć w dwóch ciałach. Przeplecione ze sobą tak gęsto, że myśleliśmy tak samo i rozumieliśmy się bez słów. Pamiętam, że wtuliłem się wtedy w twą skórę i dziękowałem Bogu za taką przyjaźń, a ty prawie na potwierdzenie mych słów, wypowiedziałaś prawie to samo...I siedzieliśmy tak do wschodu słońca. Przez tą resztkę nocy prowadziliśmy już tylko krótkie rozmowy o wszystkim i o niczym. Nie potrzebne nam były już słowa, a bardziej od języków rozmawiały nasze oczy, śląc sobie radosne uśmiechy. A ja tak jak me oczy byłem bardzo szczęśliwy. To wewnętrzne szczęście zajmowało całego mnie. Magiczne szczęście bez uczuć, bez lęków, bez marzeń, bez miłości- po prostu szczęście przyjaźni. Wróciliśmy do domu trzymając się za ręce, rozmawiając o wampirach i śmiejąc się, że pozostało nam dziesięć minut zanim promienie słońca roztopią nas. Wiesz Nestron, pomyślałem wtedy, że w takiej chwili mógłbym odejść pełen szczęścia a śmierć wcale nie byłaby czarna. Choć wolałem zostać razem z życiem i tobą. Później mieliśmy tydzień egzaminów, a my rozmawialiśmy wieczorami przez telefon gadając o głupotach. W końcu zostało nam już tylko po jednym zaliczeniu i ustaliliśmy, że spotkamy się w naszym magicznym miejscu w sobotę i przy piwie pożegnamy męki szkoły. Lecz los chciał inaczej- odeszłaś...Wszystko prysło: księżyc przestał świecić, tylko zaczął razić nie miłosiernie. Gwiazdy spojrzały szyderczo, a słońce szkarłatem zadrwiło z mego cierpienia. Wiesz, tej soboty chciałem Ci powiedzieć to o czym myślałem przez cały ten tydzień, że jesteś dla mnie wszystkim i chciałbym z tobą być zawsze, bo twe ciepło, twa przyjaźń była lepsza od jakiejkolwiek miłości jaką mógłbym sobie wyobrazić. Wiem, że zrozumiałabyś mnie; wiem też, że nie wystraszyłoby cię to wyznanie. Było już jednak za późno, o te kilka godzin, tę jedną Noc. Dowiedziałem się następnego ranka czekając całą noc na tym oknie, że nigdy nie będzie dane mi wypowiedzieć tych słów. Nigdy... Odeszłaś...Chciałem do ciebie dołączyć, jednak nie mogłem. Nie dlatego, że bałem się śmierci, bo przecież jak wiesz ostrze nie było mi obce, ale dlatego, że wiedziałem, że cokolwiek cię do TEGO nie nakłoniło, to ty nie chciałaś abym też odchodził. Napisałaś mi też kilka słów na cmentarzu tam gdzie zawsze byliśmy- Nasze dusze zawsze ponad Śmiercią Wcześniej myślałem, że wiem co oznaczają te słowa, lecz dopiero teraz jestem pewien. Żyję i wiem, iż gdy nadejdzie czas, dasz mi znak i połączymy się znów."
Znów umilkł, a tym razem gdy popłynęły łzy, chłopiec już nie przejmował się nimi. Jeszcze raz z namaszczeniem poprawił kwiaty, które przyniósł i ruszył powoli z powrotem do domu. Wiatr zaś cichutko popłynął za nim pomiędzy grobami, jakby chciał mu odpowiedzieć albo dać mu do zrozumienia chociaż, że słyszała. On był jednak tego pewien...

Rozdz. 6
W ciemnym pomieszczeniu trwała rozmowa dwóch osób. Jedną z nich był starszy mężczyzna ubrany w prochowiec. Miał on powściągnięte rysy twarzy, siwą brodę i zapadnięte oczy. Jego głos był silny i dziwnie hipnotyzujący. Jednak nie on był mistrzem ceremonii, a jego oczy zdawały się być omotane. Widać też było w nich strach.
Drugą postać ciężko było zobaczyć. Stała pod ścianą w mroku pod zasłoną dymu z kadzideł. Można jednak było o niej powiedzieć co nieco choć nie to jak wyglądała.
Miała na sobie ciemny garnitur najprawdopodobniej czarny lub koloru ciemnego ołowiu i długi ciężki płaszcz w takim samym kolorze. Jej twarz była szczupła w przeciwieństwie do muskularnego ciała, a włosy długie związane nisko w kucyk. I to było wszystko co można było powiedzieć o tym człowieku. Tylko to było widoczne- to, oraz ciemne oczy.
­ A więc mówisz, że ściągnięty z odmętów mroku Ythor wykonał swoje zadanie i zniszczył wszystko co mogło nas zdradzić.
­ Tak Mistrzu.
­ A co z ofiarami? Czy pamiętałeś o tym aby nikogo nie skrzywdzić?
­ Tak Panie. Poleciłem tak jak zapisane jest w Wielkim Kodeksie: Ten mężczyzna otrzymał Ostatnie Ostrzeżenie Słowa, potem Ostatnie Ostrzeżenie Krwi i Straty. A dziś demon zaniósł Ostrzeżenie śmierci.
­ Czy zostało ono przyjęte? Odnoszę wrażenie, że znów potrzebujesz mojej pomocy. Jak bardzo jesteście nieudaczni? A może się mylę- powiedz mi, że nie mam racji.
­ Nie Potężny. Wszystko zostało zniszczone tak jak kazałeś. Jednak nie wiem czy nie będzie jeszcze raz potrzebna twoja moc i potęga. Potrzebna będzie Twa Ciemność ponieważ najwidoczniej ten doktorek nie zrezygnuje.
­ Co chcesz przez to powiedzieć?- zapytał po raz kolejny mroczny grobowy głos.
To pytanie miało jednak w sobie nutkę ironii i rozbawienia, jakby tajemnicza postać wszystko wiedziała i pytała tylko po to aby podręczyć jeszcze starca.
­ Ythor został zraniony swoim własnym ostrzem. Chyba jednak nic mu nie jest mimo narkotyku, panie... potrzebna jest, więc twa pomoc aby przekonać tego niewiernego.
­ Głupcze, jeśli chodzi o demona, to nie można zabić nieumarłego, chyba, że jest się w jego świecie. A co do tego marnego profesorczyny to musi poczekać.
­ Niech będzie panie twa wola.
­ Jasne, że będzie, nie mógłbyś się jej postawić. To dzięki niej jesteś nadal tym kim jesteś. Teraz jednak oczyść swój umysł abym mógł do niego wejść. Nie jest mi to potrzebne, ale jesteś dobrym sługą, a nie chcę szukać kolejnego. Napal kadzidła w sali obrzędowej na narożach znaku Khan i połącz się ze światem Xeo, aby przywołać duszę tej dziewczyny. Nie powinna stawiać oporu skażona poprzez Śmierć Pierwotnym Grzechem. Będzie doskonałą przynętą na chłopaka. Do czasu przesilenia, kiedy bogowie są silniejsi zostało niewiele czasu. Śpiesz się, więc, abyś był gotowy na przyjście chłopca... A teraz oddaj mi swą duszę.
­ Tak jest...
*****
Tymczasem inny osobnik obserwował miasto z jego granic. Co dziwnego zdawałoby się, że znajduje się on gdzieś w tropikach, przy zapomnianym Eldorado, a nie na obrzeżach wielomilionowego miasta
Wokół było pełno wiszących drzew i lian, a wszystko pokryte było niezdrowo wyglądającym mchem. Gwiazdy zdawały się niebieskie a miasto opuszczone i zanurzone w jakiejś mgle. Dźwięki nocnego życia zdawały się zaś rozciągnięte i zniekształcone jakby przechodziły przez magnetyczną barierę. Mężczyzna myślał. Wiele w ostatnim czasie się wydarzyło. Wiele też pojawiło się obok nowych osób- zrozpaczonych i załamanych. Nadal słyszał w swej głowie ich wrzaski. Jednocześnie dochodziły do niego niespokojne głosy. Mówiły one o zbierających się czarnoksiężnikach pragnących powrócić do miasta zabijając wiele innych osób. Martwił go też chłopiec, który nie wiedział co go czeka. Chciał pokierować nim; powiedzieć mu wszystko co wie lecz był bezsilny. Jeszcze nie teraz. Wierzył jednak, że już niedługo. Miał nadzieje, że już w najbliższych godzinach, gdyż od tego zależało wszystko... Czas tykał. Teraz mógł jednak tylko czekać.
I czekał aż do szmaragdowego wschodu słońca, w kompletnej ciszy. W końcu zaczął nucić niezrozumiałą mantrę o dziwnie melodyjnym brzmieniu w tym surrealistycznym świecie. Jedno słowo się tylko powtarzało niosąc z sobą jakieś dziwne wyładowania elektryczne w powietrzu...Mick
*****
W mieście zadzwonił telefon. Starsza kobieta ocknęła się z półsnu. Myślała, że jej wnuczek odbierze. Ale telefon dzwonił i dzwonił- widocznie go już nie było.. Przesiadywał godzinami poza domem ale dzięki temu wracał do zdrowia. "No i dobrze"- pomyślała. "To przecież jeszcze tylko dziecko"
Chłopiec był dla niej wszystkim. Choć miała już swoje lata to jednak jako tako zdrowie jej dopisywało. Dlatego chciała opiekować się wnukiem. Chciała dać mu rodzinę, której nigdy nie miał. Dzięki temu mógł jakoś normalnie żyć, a ona czuła się komuś potrzebna. Nie chciała oddawać chłopca do domu dziecka, tak bardzo jak sama nie chciałaby trafić do domu starców. Dlatego starała się być aktywna i zdrowa. Ostatnio jednak czuła lekki paraliż w ramionach. "Nie ważne- zapomnij" powiedziała do siebie zsuwając nogi z łóżka w swe puchowe papucie. Gdy dotarła do telefonu znajdującego się na korytarzu rozbrzmiewał już jedenasty dzwonek. Dziwiła się że jeszcze dzwonił. Komuś widocznie niewątpliwie zależało na tej rozmowie.
­ Słucham.
­ Pani Winston?- pytający głos był zaspany i lekko zdenerwowany.
­ A kogo się pan spodziewał? Breatney Spears?
­ Przepraszam. Nazywam się Mitch Jonas. Nie wiem czy mnie pani pamięta...
­ Tak, pamiętam. Pan zajmował się moim wnukiem i ustanowił mnie jego prawną opiekunką, po zniknięciu jego ojca.
­ Wie pani, pani Winston, chodzi właśnie o pana Dillsa
­ Przecież jego tu już długo nie ma. Wyjechał włóczyć się gdzieś zostawiając małego dzieciaka samego na pastwę losu. A przecież on już stracił jednego z rodziców. Ach, nie rozumiem jak mój zięć mógł być tak nieodpowiedzialny- podsumował zrezygnowana i poirytowana na wspomnienie tego człowieka, który tak zamieszał w jej życiu.
­ Właśnie chodzi o to że pani zięć jest tutaj ze mną... Tu w mieście na lotnisku. Umiera- cierpi na jakąś egzotyczną odmianę raka płuc.. Lekarze ocenili, że pozostało mu kilka dni życia. Nie wiedzą dokładnie, ale sądzą że tydzień byłby cudem. Dlatego pragnie się on zobaczyć z synem ten ostatni raz. Najlepiej jeszcze dziś. Czy pani wnuczek jest w pobliżu?
­ Niech panu będzie. Ale Mick wyszedł... Być może jest na Zachodnim Cmentarzu. Często chodzi do swej zmarłej przyjaciółki. Zresztą kupił dziś kwiaty, więc pewnikiem będzie właśnie tam. Sprawdzę i może za godzinę półtorej Edward będzie mógł się spotkać z swym porzuconym synem.
­ Wie pani, szczerze mówiąc wolałbym odnaleźć pani wnuczka jak najszybciej póki pan Dills czyje się dobrze. Może, więc podjadę i sprawdzę- wiem gdzie to jest- a pani niech poczeka jeśliby wrócił.
­ Niech będzie- rzekła zrezygnowana- Tylko niech pan nie mówi mu o tym wprost!!! On wiele już wycierpiał
­ Wiem o tym- odrzekł i rozłączył się. Ona też odłożyła słuchawkę.
Czuła jednak, że w powietrzu jest coś złego co nie pozwali jej położyć się z powrotem spać.

Rozdz. 7

Gdy chłopiec wychodził z terenu cmentarza już nie płakał a jego oczy były już tylko czerwone.- osuszone przez wirujące powiewy wiatru. Wiedział, że nie może sobie pozwolić na długie rozterki bo jeśli te wszystkie skrywane uczucia wyleciałyby z niego już by nad nimi nie zapanował. Przyoblekł się więc szybko w wyćwiczoną swą maskę nieczułego wampira. Jednocześnie usłyszał swój wewnętrzny głos.
- Jesteś głupi chłopie wierząc a co gorsza tworząc w sobie tę wyimaginowaną "cząstkę"- mówił do niego ten głos.
- Wcale nie! To, co że to wszystko nie istnieje. Czasem przecież lepiej jest zwariować niż normalnie żyć. A moje życie jest przecież rozbite - nie mam nic w co mógłbym wierzyć, ani powodu dla którego miałbym egzystować. Dlatego będąc wampirem, kim one naprawdę by nie były, mogę pochować ten bolący ochłap we mnie i istnieć. Być nieczułym choć czuć. Romantyczny Kainita - pomyślał a po tej myśli na jego twarzy pojawił się grymas podobny do uśmiechu. Był już w bramie cmentarnej. Tu odwrócił się i z westchnieniem ostatni raz spojrzał na grób Nestron. Jednocześnie wpadł prawie na jakiegoś człowieka w garniturze i drugą osobę prowadzoną przez niego na wózku. Pierwszym jego spostrzeżeniem jakie mu przyszło na myśl było że w sam raz skończył swoją wizytę zanim pojawili się pierwsi tubylcy. Dopiero potem przejawiła się jego dobroć i uczuciowość. Wyrzucił więc coś z siebie na wzór przeprosin i ruszył obojętnie dalej. Gdy mijał jednak mężczyzn poczuł jak coś szarpie go za poły jego płaszcza lecz puściło nim zdążył się obejrzeć. Nie na długo jednak odrzucono to postanowienie bo kilka kroków dalej usłyszał cichy lecz dźwięczny szept
- To tak syn wita powracającego ojca marnotrawnego
Mick odwrócił się a jego obojętność opadła po raz kolejny w ciągu tych kilku dni. Tym razem zastąpiło je tak dawno tłumione uczucie. "To nie możliwe. Przecież ja NIE MAM ojca"- pomyślał- "Ale te głos"- kłócił się z sobą - brzmi tak znajomo nawet poprzez zasłonę lat...
Mężczyzna zaś jakby chciał przytaknąć powiedział:
- Wiem że ciężko ci w to uwierzyć Mick. Tyle czasu mnie nie było, zwłaszcza kiedy mnie najbardziej potrzebowałeś. Nie proszę Cię więc o wybaczenie jednak muszę Ci coś przekazać. Ale nie tu!!! Proszę, tutejszy nastrój mnie przygnębia
Chłopiec jednak nadal stał nadal jakby słowa nie docierały do niego.
- Synu, proszę!! Musisz mi uwierzyć!! Musisz Mick. Ten jeden raz. Czas mi ucieka...
- Dobrze. Jednak wiedz jedno- wychowałem się bez ojca i nie masz prawa wkraczać w moje życie, gdy po tylu latach ruszyło Cię sumienie. Nauczyłem się żyć bez ciebie i nie każ mi tego teraz tego zmieniać...Tato!!!


Choć dochodziło dopiero południe to jednak w pokoju, w którym zasiedli panował przyjemny chłodny półmrok. Znajdowali się w domu seniorki w pokoju gościnnym. Jego ściany wyłożone były jasną drewnianą boazerią tak by harmonizowały się ze znajdującym się pośrodku kominkiem. Mimo dnia i letniej pory palił się ogień, który rzucał niespokojne cienie na meble i znajdujących się wokół ludzi. Był to jednak tylko element dekoracji, który nie mógłby funkcjonować bez zainstalowania systemu wentylacji, pozwalającego na ogień nawet mimo upalnego lipca.
Gospodyni zazwyczaj, zwłaszcza po śmierci męża, używała tego pomieszczenia do cichych kontemplacji, dziś jednak postanowiła przyjąć w nim gości, więc wstawiła do niego z jadalni rozkładany stół piknikowy.
Pan Dills zajął już przy nim miejsce, tyłem do ognia, zaś chłopiec zasiadł naprzeciwko. Wpatrzony był w buzujące płomienie, zagubiony, nie wiedząc właściwie co ma czuć i myśleć. Obaj mieli spięte twarze jakby ta rozmowa była gorsza od gestapowskich przesłuchań. Po dłuższej chwili milczenia otworzyły się drzwi i weszła pani Winston niosąc na tacy parującą herbatę. Postawiła ją na stole i już miała usiąść, gdy poczuła na ramieniu rękę adwokata.
- Chyba lepiej będzie jeśli zostawi ich się samych.
Starsza kobieta nie była jednak tego taka pewna:
- Ale.. To niedobry pomysł- wyszeptała choć nie wiedziała co właściwie chce powiedzieć. Bała się że chłopiec pomimo ustaleń dowie się czegoś czego nie powinien wiedzieć. Za wszelką cenę chciała uniknąć kolejnego cierpienia w jego życiu. Choć wieść o stanie zdrowia ojca nie była rzeczą zakazaną to jednak w tej chwili miała wrażenie, że jeśli jej wnuczek dowie się tego, to przeżyje szok jakby ktoś zdradził mu sekret o bestialskim zamordowaniu kogoś z jego bliskich, może przyjaciół, choć wmawiano by oficjalnie chorobę. Bała się o taki szok u chłopca, a nawet o gorszą reakcję, dlatego chciała przy nim być.
Mitch jakby widział tą niepewność w jej oczach, dlatego rzekł:
- Wiem, że pani się boi, ale jak obiecał mój klient- wszystko będzie dobrze. Gdy tylko skończą rozmawiać, pojedziemy na lotnisko i odbierzemy bilety powrotne. Wtedy tylko od pani zależeć będzie, czy w przypadku śmierci Edwarda chłopiec dowie się o tym czy nie.
- Dobrze- odpowiedziała po chwili, poczym jeszcze ciszej dodała do siebie- Boże, weź w końcu w opiekę tego chłopca. Nie rań go więcej

Gdy mężczyźni zostali sami zapadła długa chwila milczenia. Przerywały ją tylko dobiegające od czasu do czasu dźwięki strzelającego ognia i hałas dobiegający z ulicy. Pierwszy odezwał się Edward, być może dlatego iż zdawał sobie sprawę z możliwego jego stanu, a być może dlatego że nie mógł wytrzymać tej ciszy.
- Synu przepraszam, że odszedłem! - zaczął.
- Przepraszam cię..- powtórzył wpatrzony w syna. Ten jednak nadal nie reagował.
- Odezwij się! nie słyszał. Zdawał się być pogrążonym w jakimś niedostępnym dla innych miejscu, własnym azylu, którego wejścia znał tylko on sam.
W końcu powoli jednak spojrzał na ojca spojrzeniem stanowczym i chłodnym, ale mającym w sobie niekończący się martwy ból...
- Umierasz...
- Kto ci o tym powiedział?- zapytał tamten przerażony, szukając w synu nawrotu cierpienia, którego przecież obiecał nie wywoływać. Na szczęście Mick wydawał się być nadal w swym stoickim spokoju.
- Nikt- choć na to nie wygląda widzę więcej niż większość. Widzę to w twoich oczach, pełnych mgiełki choć jeszcze o ostrym spojrzeniu... Po twoich trzęsących się rękach... Nawet po twoim zapachu. Twa postać jest po prostu rozmazana jak skazany pęknięciami kryształ... A poza tym po co wracałabyś po tylu latach...
- Pewnie masz racje w tym co mówisz... Zawsze byłem dumny z Twojej bystrości. Choć teraz ta sprawność sprawia mi ból... Mówiąc to sięgnął poskręcaną ręką po filiżankę. Widocznie potrzebował myśli na przemyślenie tego co ma powiedzieć... Lub też zebrania w sobie odwagi aby przezwyciężyć uczucia które to w sobie niosło.
- Wiesz byłem złym ojcem. Wróciłem bo muszę ci o czymś powiedzieć.
A dokładnie mówiąc o tym co wiązało się z mą pracą dla korporacji BI-TEX. Byłem tam znawcą historii i wierzeń, a za to płacono mi hojnie- otrzymałem na własność mały sklepik a mój szef płacił za mnie czynsz. Dzięki temu mogliśmy z moją żona a twoją matką pomyśleć o tobie, a było to jeszcze grubo rok przed twoimi narodzinami. Z zapałem więc zajmowałem się moją posadą, a ówczesny szef Drako Pain chciał abym znalazł mu podania o demonach i celtyckiej magii druidów. Miał tak charyzmatyczny głos, a poza tym tyle mu zawdzięczałem że nawet myśl mi nie przeszła że te wiadomości mogą być potrzebne do złych celów. Drako jednocześnie sam był okazjonalnym wykładowcą na naszym głównym Uniwersytecie i sam pokazywał mi ciekawe moce i sztuczki o których nauczył się jeszcze przed moim zatrudnieniem i które niewątpliwe były zabawne i zadziwiające, a w które nigdy bym nie uwierzył że tak można. Gasił płomienie i zapalał je myślą rodząc je wprost z dłoni. Znał sztuki alchemiczne o właściwości substancji o których nie mówiły podręczniki, lecz on skromnie mówił że jego nagrody nie interesują, lecz tylko poznanie świata. A ja mu wierzyłem i byłem dumny gdy ufał mi i pokazywał co potrafi. Pokazywał mi jak znika stosując ułomności ludzkich zmysłów i tłumaczył że ta wiedza to tylko część pradawnych mądrości i że tą moc można przywrócić dzięki odpowiednim rytuałom... I szukałem ich ,a przez trzy pierwsze lata mej pracy zdobyłem 3 z pięciu potrzebnych zwoi. Znalazłem w nich potwierdzenie jego słów, choć teraz wiem że przebiegle mówił mi to co pragnąłem usłyszeć, jako że pismo Ko-hoi jest pismem symbolicznym mogącym być tylko luźno i pobieżnie interpretowanym, zaś nigdy szczegółowo. Tak więc była moc...było i naczynie przyjmujące wiedzę...
Potem urodziłeś się ty. Tu też pojawiła się ostatnia część Przeznaczenia którą wykorzystał wobec mnie Stephen Pain. Maria była w 7 miesiącu ciąży. Przedwczesny poród. Zawał... Lekarze walczyli o ciebie . Nawet nie zobaczyła cię gdyż zemdlała i ocknęła się dopiero po kilkunastu godzinach.
Lekarze myśleli, że jej serce nie wytrzymało. Mieli wolny sprzęt do podtrzymywania życia tylko dla jednej osoby- wybrali ciebie. Ja zobaczyłem cię o wiele później gdy już sam egzystowałeś a twój prawie cały organizm funkcjonował już dobrze. Tak mi też powiedzieli lekarze w momencie, kiedy już mogłem do ciebie iść: "prawie cały organizm". Ale twe oczy- ich puste wyschnięte naczynia krwionośne w obumarłych źrenicach, brak tęczówki i osłabione mięśnie siatkówki. Mimo to żyłeś!!! Drako powiedział że będzie mógł to naprawić gdy tylko poznamy tą ukrytą mądrość. Rozpoczęliśmy szereg rytuałów, choć żaden z nas nie wiedział kiedy nadejdzie dzień ostatniego i czy w ogóle nadejdzie. Potrzebny był czwarty i piąty zwój. Pierwszy znalazłem po 4 lata potem, więc po jego odtworzeniu znów kontynuowaliśmy obrzędy. Przez kolejne 4 tygodnie znikałeś z przedszkola o różnych porach, wyznaczanych przez Gwiazdę Życia według celtyckiego pomiaru czasu. Czasem wracałeś po dniu lub dwóch. Twoja przedszkolanka zaczęła się niepokoić i podejrzewać coś dziwnego znajdując od czasu do czasu na tobie inskrypcje nakreślone nieznanymi jej substancjami. Pomyślała pewnie że coś ci robię bo poprosiła mnie o rozmowę, a potem gdy opowiedziałem o tym Drako, pokłóciła się z nim gdyż był także jej szefem. Wiedziała że też dla niego pracuje. Wiele też słyszała o nim i zaczęła się bać o ciebie. A była oddana swej pracy. Każde dziecko darzyła miłością jak własne. Dlatego chyba nie przeraziła się próbą zamknięcia przedszkola, tylko z czasem wywalczyła swoje dla siebie i dzieci. Po tym incydencie zacząłem poważnie o wszystkim rozważać... Zacząłem mieć wątpliwości. Ze swych ukrytych źródeł dowiedziałem się że nie za dobrzy ludzie są w firmie dla której pracowałem. A dodatkowo ktoś zaczynał węszyć. Poza tym Twoja matka potrzebowała stałej opieki rodziny, nie tylko pielęgniarki. Wymówiłem więc swe stanowisko, choć Pain się nie chciał zgodzić. Nie zostałem z nim, bo nie chciałem byś przeze mnie miał kryminalną przyszłość. Czekało na jednak coś gorszego. Na początku mieliśmy spokój, mimo iż Stephen wydzwaniał do domu biorąc moje wypowiedzenie za urlop i nie mogąc zaakceptować tego co się stało. Problemy pojawiły się później.
W czasie gdy miałeś 5 lat zmarła twa matka. Następny problem ujawnił się gdy miałeś 7 lat. W twej sypialni zaczęły ukazywać się w nocy, gdy spałeś dziwne przemiany, a gdy budziłeś się nieświadomy zajścia cały pokój pokryty był szklistym coraz grubszym szronem. Bałem się tego. Przerażał mnie fakt że z twoim ciałem jest coś nie tak i że każdego dnia poprzez niezrozumiałą magię mogę znaleźć cię zamienionego w zimny posąg. Wyjechałem więc niedługo potem gdy usłyszałem że tamta kobieta z przedszkola zaginęła. I zrobiłem to nie tylko po to aby odciągnąć od ciebie ewentualna policję ale aby szukać dla ciebie pomocy. I znalazłem w końcu coś choć nie wiem nadal dokładnie co to. Tak czy siak wiele czasu zajęło mi dotarcie do człowieka który mógł mi pomóc.
A zanim do tego doszło przewertowałem setki starożytnych rycin z czego połowa okazała się głupotami w obecnym położeniu. Poznałem prastare wiary...Pełne krwi i okrucieństwa ofiary oraz stowarzyszenia o których nikt nic nie wie. Widziałem nawet jak ciężarnej kobiecie szaleniec rozszarpał brzuch i wyrywając noworodka zamienił go w oślizłego nietoperza który żywiony krwią dzieci miał dawać nadludzko siłę. Zresztą wielu rzeczy nie potrafiłbym ci nawet uzmysłowić ani też nawet opowiedzieć jakie to okropieństwa i obłąkańcy pojawiają się na świecie gdy tylko zgaśnie słońce. Nie to jest w końcu ważne, ale fakt że w końcu znalazłem kogoś kto coś wiedział o Haketo. Był to były pierwszy kapłan który przeraził się swą "pracą" i uciekł. Powiedział mi że o wielu rzeczach które znam nawet on nie miał pojęcia i przyznał że w takiej sytuacji nie pomoże mi chyba nawet wiedza Watykanu... Wskazał mi jednak jeszcze jednego szamana. On też dał mi medalion z zielonego szmaragdu. Powiedział że jeśli jeszcze żyjesz to abym ci go przekazał, a być może to ochroni cię przed diabelska mocą Nieumarłego Drunko, czarnoksiężnika któremu służył Pain i że tylko Moc serca może pokonać bramy Otchłani. Rozpocząłem drogę powrotną lecz złapała mnie choroba która uziemiła mnie na pół roku-zaawansowany rak płuc. Jednak mimo nalegań lekarzy popędzany obawami czy jeszcze żyjesz po tylu długich latach ruszyłem by ci to oddać.
Po tych słowach podał chłopcu medalion. Był on pokryty jakby siatką pęknięć. Jeśli jednak się mu dobrze przyjrzało można było dostrzec że to co wydawało się skazą było mikroskopijnie wykonanymi runami i symbolami.
- To wszystko co mam Ci do powiedzenia i przekazania- zakończył ojciec.
- A więc mamy się teraz pożegnać. Powiedział chłodno chłopiec, lecz w jego oczach mrok był tak głęboki, tak raniący, że aż namacalny. W końcu dowiedział się że ma ojca ale ten umierał. Mick odwrócił się i już o wiele ciszej mówiąc "Żegnaj tato..." opuścił pomieszczenie. Choć sobie z tego nie zdawał sprawy rękę miał tak mocno zaciśniętą na wisiorku, jakby był on niewyobrażalnym skarbem. Bo był skarbem-być może ostatnią rzeczą od ojca.
Wychodząc miał spuszczoną głowę, dzięki czemu włosy zasłoniły opadającą łzę. Chłopiec udał się do swojego pokoju gdzie nie wiedząc co z sobą zrobić topił myśli w kolejnym portrecie upadłego anioła. A o drugiej bez słowa wyszedł z domu udając się do szpitala gdzie przeniesiona została jego sesja terapeutyczna...

Koniec części 1 z 2

Nefalin86 [ nefalin86@vp.pl ]


Storytellers 2oo6. Wszelkie prawa zastrzeżone. Oprawa graficzna: aNomaLy


Online Napisz do nas! Ankieta - pomóż nam stworzyć jeszcze lepszy magazyn! Regulamin dla writerów

Spis treści
W górę

Spis treści