Przejdź do spisu treści...

Piołun

Ponieważ wylali krew świętych i proroków, krew również pić im dałeś. Godni są tego!
Apokalipsa św. Jana

freedom is only a hallucination
that waits at the edge of the places you go when you dream

Anathema


To jest początek boleści.
Ewangelia wg św. Marka


Na paryskim bruku.
Wyczuł go jeszcze zanim cokolwiek zobaczył czy usłyszał. Okropna, wdzierająca się w głąb gardła woń niemytego, spoconego ciała, starych, nigdy chyba niepranych ubrań, zastarzałego moczu i jeszcze czegoś innego, nieokreślonego (choroby, śmierci, a może...?)
Nie, zapuszczanie się na Rue Lhomond to stanowczo nie był dobry pomysł, pomyślał Christophe Fingale. Nie trzeba było szukać skrótu.
Wypełznął na czworakach z ciemnego, zawalonego gruzem i chyba wszystkimi możliwymi rodzajami śmieci zaułka.
Był strasznie brudny. To umysł rejestrował najpierw, oczywiście zaraz po fakcie, że przeraźliwie śmierdział. Podarte ubranie (szmaty, to są po prostu szmaty, poprawił się w myślach Christophe), ciemna, skołtuniona broda i bezkształtna, wełniana czapka- ożywiony stereotyp dawnego żebraka.
I rzeczywiście, obdartus rozpłaszczył się przed Christophe'm, wyciągając rozwartą dłoń i charcząc coś błagalnie.
Odrażające.
Christophe ściągnął dłonią poły płaszcza i przyspieszył, chcąc go ominąć, przechodząc po drugiej stronie sterty gruzu leżącej na środku ulicy.
Żebrak z szybkością o jaką nikt by go nie podejrzewał, nawet nie wstając z kolan, znów znalazł się przed Fingalem, znów wyciągnął rękę.
-Panie szlachetny, wspomóżcie, dwa dni nic nie jadłem- wycharczał kolejną prośbę.
Tego już za wiele, nie będę przecież finansował życia jakiegoś darmozjada.
Christophe chciał iść dalej, ale żebrak nie schodził z drogi. W końcu sięgnął więc do kieszeni, by dać mu coś, dla spokoju, choć czyn taki budził w nim odrazę.
Żebrak uniósł głowę, spojrzał mu w twarz.
Pośrodku czoła piętrzył się dumnie ogromny czyrak.
Gardło Fingale'a ścisnęło się w cienki, zatkany kłującym bólem kanalik.
-Znamię... Gdzie masz znamię?- wyszeptał bezwiednie.
Dłoń wsunięta do kieszeni w poszukiwaniu pieniędzy sama odnalazła tuleję paralizatora, palce zacisnęły się na zbawczo chłodnym tworzywie.
Nie zdążył.
Żebrak zamachnął się, rękę przedłużyła wyciągnięta nie wiadomo kiedy krótka, ołowiana pałka.
Twardy, ciężki metal uderza w kość skroniową, miażdży ją i rozszczepia na setkę cienkich, białych drzazg przeszywających opony i korę mózgową. I koniec, nie ma nawet eksplozji bólu, zbyt szybko, zbyt mocno...
Nie.
Żebrak nie zdążył nawet wziąć dobrego zamachu, gdy dosięgnął go wystrzelony z paralizatora ładunek. Trafił prosto w serce. A potem drugi, trzeci, czwarty, aż krew nie przestała krążyć, aż nie zgasł błysk w oczach, aż nie ustały konwulsje.
Taki jest los buntowników.

1
Rosnące w parku palmy tańczą opętańczo sieczone tropikalnym deszczem. Cayenne przesuwa się za oknami szarą, rozmazaną masą, samochód jedzie zbyt szybko by rozróżnić szczegóły.
Fingale patrzy przez mokrą szybę, obserwuje spływające po niej strugi mętnej wody. W tropikach wszystko jest brudne, nieświeże, mętne. Nawet tutaj, w kolonii Federacji, nawet tutaj wdarł się egzotyczny kurz i zgnilizna.
Cayenne bynajmniej nie jest wyjątkiem. Brudne, śmierdzące ulice, domy, ludzie, powietrze... Czysta jest tylko rosnąca na południu dżungla, ale nie było czasu by do niej jechać i pewnie już nie będzie.
Zresztą, to tylko ułuda. Christophe był już kiedyś w dżungli. Natychmiast po przekroczeniu zwartej ściany drzew wpadało się w gęsty, niemal organicznie oblepiający skórę zaduch, wyciskający z człowieka całe powietrze i hektolitry potu.
Nie, dżungla tylko z powietrza trochę (tak, tak, tylko trochę) przypominała normalny, europejski las.
Christohe ma dość tępego patrzenia na deszcz, palmy i niskie, kolonialne budynki. Silnik szumi usypiająco...
Zakłada okulary, kolory rozjarzają się tuż przed oczyma.
Kolejne ofiary epidemii w Singapurze - otwiera pierwszy nagłówek.
Grypa stulecia wciąż szaleje w Singapurze, wczoraj zmarło kolejne 1000 osób. Wszystkie szpitale są już przepełnione, a chorych wciąż przybywa. Wszelkie metody leczenia lub choćby złagodzenia przebiegu choroby nie dają rezultatu...
Dalej.
Teheran w gruzach - 9, 5 stopnia w skali Richtera
Dziś rano w Iranie miało miejsce najsilniejsze w tym stuleciu trzęsienie ziemi. Epicentrum znajdowało się w okolicach stolicy kraju, Teheranu. Miasto praktycznie przestało istnieć, zniszczonych zostało ponad 90% budynków. Brak jeszcze informacji o ofiarach, ale wszystko wskazuje, że będą ich miliony (miasto liczy ponad 18 mln mieszkańców). Trzęsienie odczuwane było aż w Berlinie i Tokio .Jeszcze nie nastąpiły wstrząsy wtórne, ale należy spodziewać się, że...
Dalej.
Afryka płonie- ogromne pożary buszu w kotlinie Kongo.
Dalej.
Zamach bombowy w Warszawie. Setki zabitych i rannych.
Jeszcze. Dalej.
Zamieszki w Paryżu. Przedmieścia w ogniu
Co? Ale...
Otwórz
Zamieszki na przedmieściach Paryża. Zbuntowana, w większości nie zarejestrowana biedota domaga się praw obywatelskich. Na razie nie ma ofiar śmiertelnych, ale sytuacja cały czas zaognia się.
Jak udało się nam ustalić, bezpośrednią przyczyną wybuchu zamieszek były nasilające się ostatnio przypadki morderstw nie zarejestrowanych bezdomnych...
Deszcz spływa po oknach, okulary świecą zimno, niebiesko. Gdzieś daleko słychać strzał.


2
Ostra owiewka dziobu kaleczy brudne niebo, pozostawia na przewalających się chmurach długie, zakażone rany. Pogoda w Gujanie jest okropna, męcząca. I ta nieznośna, tropikalna duchota, wysysająca z ciała ostatnie krople wody, tylko po to by za chwilę zwrócić je nagłą ulewą. Szybko brakuje sił.
Lucide już czeka, wystarczy tylko wejść, zając stanowiska, uruchomić silniki by w otoczeniu ognia, dymu i gromu znaleźć się na orbicie. A tam już czeka Absinthe. A Absinthe poleci dalej, do gwiazd.
Absinthe. Piołun. Co za kretyńska nazwa dla statku, myśli Fingale. I jak takim czymś lecieć? I to na Marsa? No popisali się w Agencji pomysłowością, niech ich...
Lucide już czeka, ostry dziób rakiety nośnej celuje w niebo. Czy w nocy widać tam Absinthe, jak cicho prześlizguje się między gwiazdami, jeszcze pusty i martwy, ale już niedługo, tylko dwa dni i uwolnią się od Ziemi, uwolnią się od świata nieodwołalnie, na tak długo, że wszystko przestanie być ważne.
-Co, nie możesz się doczekać?- Tak ci pilno w przestrzeń?- kobiecy głos sprowadza myśli z powrotem, znów jest na płycie Kourou, znów płyną nad nim szare chmury.
Odwraca się szybko, nerwowo. Tanith Liberes, uśmiechnięta, z niewielkim plecakiem na ramieniu.
-Nie, dopiero przyjechałem, chciałem na własne oczy zobaczyć, czym lecimy.
-Jeśli lecimy... Słyszałeś już co się dzieje w kraju?
-Tak, ale chyba nie odwołają misji z powodu jakichś zamieszek? Na pewno nie, za duże koszty.
-Oby. Ale tu chyba też coś jest nie w porządku... Nie wiem, takie irracjonalne przeczucie...
-Kobieca intuicja?
-Może... No nic, nieważne. Ale do rzeczy. Widzisz, chciałam cię prosić o radę...- zniża konfidencjonalnie ton.
-Tak?- Christophe unosi brwi. Czego ona może chcieć? Czyżby coś sprzecznego z regulaminem, albo wręcz z prawem?
-Cóż... Chciałabym zabrać na pokład coś osobistego... sam rozumiesz
Finagale uśmiecha się do swoich myśli- widać nie tylko on ma coś do ukrycia.
-No, pomyślimy. A jak duże jest to coś?
-Nieduże, mała książka, sam zobacz- wyjmuje z kieszeni wiatrówki mały, wymięty i pożółkły tomik.
Christophe bierze go bez słowa. Książka jest niewątpliwie stara, oprawiona w wytarte, pożółkłe okładki bez tytułu. Otwiera, na wyklejce umieszczono mapkę Palestyny, a dalej napis PISMO ŚWIĘTE NOWEGO TESTAMENTU.
-Biblia? No i po co ci to? Tak jesteś przywiązana do tej książki? Bo chyba w to nie wierzysz?
-To w co wierzę to już moja sprawa- jej głos zamarza błyskawicznie, wyjmuje książkę z jego rąk, odwraca się.
-Daj spokój, tak tylko zapytałem. Jest mała, więc po prostu owiń ją w folię i zanim włożysz skafander przylep taśmą do wewnętrznej strony uda. Wszyscy tak robią z małymi przedmiotami.
-Dobrze, dziękuję- uraza jednak nie znika.

3
Chmury napierają na pancerne szyby- i oto staje się, oto jest wielka ucieczka, już, teraz, przyszłość cudowanie namacalnie przebija teraźniejszość. Lot, drgania, a z każdą sekundą dalej, dalej, tak daleko jak sięga myśl i po stokroć dalej.
Więc- udało się, wbrew wszystkiemu, wbrew prawom logiki i prawdopodobieństwa, a każda sekunda i każda dziesiąta część sekundy jest tego potwierdzeniem. Każda chwila buduje sukces, buduje wolność i nadzieje.
Cud, że się udało, bo jak to inaczej nazwać? Przecież to nie mogło się udać, wszyscy powinniśmy być martwi. Gdyby tylko wszystkim się udało... Ale tak się nie da, trzeba ponieść ofiary, zawsze. Szkoda tylko, że to akurat on, lubiłem drania.
Więc- lot, więc wolność. Ale na co właściwie liczymy? Że tam wszystko będzie normalne, że wszystko będzie dobrze? Cóż, nadzieja matką głupców, ile w tym prawdy.
Tak blisko....
***

Nie odważyli się wyjść jeszcze długo po tym, jak najpierw przycichł, a potem umilkł zupełnie wściekły terkot karabinów.
Cisza przygniatała, nie pozwalała swobodnie oddychać, nikt się nie ruszał choćby o centymetr, jakby czas całkiem przestał płynąć, jakby powietrze stwardniało, zakrzepło w twardy kryształ.
-I to... już?- ktoś w końcu odważył się odezwać.
-Chyba tak. Nic nie słychać.
-Więc... wychodzimy?
Minęła jeszcze chwila i korowód kilku postaci wynurzył się na powierzchnię, na przestrzeń zalaną oślepiającym, zwrotnikowym światłem, na powietrze jeszcze gorące od przelatujących niedawno kul.

Gdy go znaleźli, krew już krzepła. Najpierw był krzyk, rozdzierający, nachalnie wciskający się w umysł. A potem krzyk umilkł gwałtownie, zamieniając się w przerywany charkot. Ktoś wymiotował, ktoś inny zaczął szlochać.
Kule roztrzaskały czaszkę niemal doszczętnie- urywała się szkarłatną, poszarpaną linią tuż nad łukami brwiowymi. Oczy zostały nietknięte, odbijało się w nich czyste, błękitne niebo. Kałuża krwi zmieszanej z ochłapami mózgu przybrała kształt wyrzutu sumienia. Ale twarz Edgara Berne wciąż można było rozpoznać.
Głośno i pięknie grały cykady.
Potem znaleźli jeszcze Renauld, z przestrzeloną piersią. A później Poussina.

***

W kabinie jest cicho i bezpiecznie, nie słychać dalekich strzałów, nie słychać nawet potwornego ryku silników. Ogromny, amortyzowany fotel obejmuje dokładnie, z czułością. Nie można czuć strachu ani przeciążenia zdolnego zmienić klatkę piersiową w jednolitą mieszaninę kości, płuc, mięśni i powietrza, które nie zdąży uciec.
Tak bezpiecznie.
Można tylko czuć żal. Ale niezbyt silny i zagłuszony przez eksplodującą z siłą tysięcy megaton euforią.
Lucide jest wolny, i niesie do wolności także ich.
Tylko ten żal...

***

-Słyszałeś już co się dzieje w Europie?
-Te zamieszki? No, w końcu puszczą wojsko, spacyfikują idiotów. Padnie kilkaset trupów, to im się odechce wolności.
-Nie słyszałeś- stwierdzenie, bez śladu pytania- Zamieszki ogarnęły pół kraju. W Strasburgu... W Strasburgu wdarli się do parlamentu... zabili kilkudziesięciu posłów. To już nie zamieszki, to regularne powstanie, pieprzona nowa rewolucja.
Fingale słyszał dokładnie każde słowo, ale ich znaczenie rozbijało się o jakąś barierę. Rewolucja... Parlament... Ale jak to daleko, jakie nieważne...
-I jeszcze jedno: tu też coś się dzieje. Od jakiegoś czasu paru wariatów agitowało w Cayenne za niepodległością, ale nikt tego nie brał na poważnie. A tymczasem... już się robi gorąco. Innymi słowy mamy pakować manatki i wracać do kraju.
-Ale jak to? Niemożliwe, przecież wszystko gotowe... Nie odwołają misji ze względu na politykę... Za duże koszty.
-Nie odwołają? Już odwołali. To koniec, niech ich szlag!
-Nie. Polecimy. Dzisiaj.
-Ale...
-Żadnych ale. Lecimy.

***

I wreszcie koniec powietrza, a za oknami tylko czerń nieograniczonej przestrzeni, roziskrzona tysiącem gwiazd. Wolność.
A gdzieś tam odwieczne, niemal atawistyczne pragnienie- Mars, już gotowy, by ich przyjąć, tak cudownie pusty i samotny.
A całkiem blisko- Absinthe, dziwaczne kłębowisko stali, tak bardzo tu nie pasuje, ale to właśnie jest klucz.

***

Ciężki kamień uderzył w głowę strażnika, chrupnęła miażdżona czaszka. Wolność.

4
Dni zlewają się ze sobą, jeden za drugim, ile ich już minęło? Zresztą- nieważne, normalnego, kalendarzowego czasu już nie ma, nie ma dni i nocy; tylko kolejne wartości sinusoidy.
Absinthe lekko, niezauważalnie drży- trwa rozpędzanie, maszyny pracują pełną mocą.
Więc- coraz szybciej, coraz szybciej, aż umysł nie ogarnie odległości. I ciągle dalej od Ziemi, ciągle dalej od wszystkiego, co tam zostało.
Więc- coraz bliżej celu, jeszcze niepewnej, rozmazanej, a może w ogóle nieistniejącej przyszłości. W koloni. Ale ile można tam żyć bez kontaktu z Ziemią? Długo? Ale nie dość długo, może nawet nie do śmierci.

Długa, ciemna sylweta statku zasłania coraz to nowe gwiazdy.
Absinthe leci, coraz szybciej. A gdzieś daleko za nim znikają gwiazdy. I słychać tętent podkutych kopyt.

5
Cisza głucho, jednostajnie szumi w uszach. Wzrok Fingale'a błądzi po cały czas takim samym suficie. Ciało drętwieje od nudy. Bo kosmos jest nudny, śmiertelnie nudny, w tym nie ma poezji, to tylko propaganda. Najpierw jest śmiertelna nuda lotu, potem krótka, przelotna fascynacja innością świata- a potem nużąca, ciężka praca na stacji. I nuda, tyle że na dodatek męcząca fizycznie. Nie ma miejsca na przygodę czy ekscytację, może tylko za pierwszym razem.
A jeszcze teraz- chyba nigdy nie było na pokładzie tak koszmarnej atmosfery, wszyscy są jak struci, milczący, nerwowi. Wszyscy się separują, byleby tylko nie spojrzeć komuś w oczy. Może dlatego nie było jeszcze na pokładzie żadnego poważnego konfliktu. Ale to chyba tylko kwestia czasu. A potem- przecież w końcu dolecimy do tego Marsa i coś trzeba będzie robić. I współpracować. Choć- to jeszcze dużo czasu, wszyscy ochłoną, przemyślą to, już przecież jest mniej nerwowo niż zaraz po starcie.
Ktoś staje za drzwiami, czuje to, nie słyszy.
Tanith otwiera drzwi powoli, niepewnie przekracza próg.
-Mogę wejść?
-Już weszłaś. Stało się coś?
-Nie, tak po prostu... Bo wiesz...
-Tak?
-Przyszło mi do głowy, że to co się dzieje na Ziemi- że to Apokalipsa...
-Koniec świata? No, daj spokój, bez przesady, to że tu było trzęsienie ziemi, a tam wojna to jeszcze nie znaczy że się Ziemia rozpadnie.
-Ale to się dzieje wszystko naraz! Kataklizmy, wojny, zarazy... wszystko naraz. Przecież tak się nigdy nie działo. Ale właściwie to jest jeszcze coś. Czytałeś Biblię?
-No... nie.
-Ale o Apokalipsie słyszałeś?
-Słyszałem, o tym akurat każdy słyszał. Ci jeźdźcy i tak dalej. Durer ich przecież rysował.
-Widzisz... Wszyscy zawsze myśleli, że to jedna wielka metafora, że nie wiadomo, co znaczy i w ogóle... A gdyby tak to było dosłowne?
-Znaczy co? Ci durerowi jeźdźcy hop, wyskoczą z papieru i zmiotą świat?
-Nie, oczywiście nie wszystko. Ale wiele rzeczy. Na przykład Larousse, w Apokalipsie jest taki fragment o bestii
-Dajże spokój, co, mało to było dyktatorów? I to o wiele gorszych? Może i Federacja za czasów republiki była lepsza, ale przecież nie ma żadnego terroru, represji... Wpadasz w paranoję.
-Możliwe, za dużo myślałam o tym wszystkim. Ale przeczytaj to, może zrozumiesz- kładzie na stoliku tą samą starą książkę w brązowych okładkach, wstaje, wychodzi szybko, powiewając ciemnymi włosami, uniform opina ciało
-Tanith...
-Przeczytaj- rzuca przez ramię i zamyka drzwi.
Ech, ładna jest, cholera, i jakaś taka... intrygująca. Może już nie najmłodsza, ale bez przesady, kto to mówi? Gdyby tak... Tylko ta pieprzona apatia, nawet ja się poddaję.

6
Biały proszek znaczy na szkle ścieżki zapomnienia, kontury wrót do wolności. Linie najpierw układają się abstrakcyjnie, bez sensu, potem jednak odnajdują swoją Formę, najpierw skomplikowanych, geometrycznych ornamentów, potem zwierząt, ludzi i bestii, aż wreszcie pojawiają się znaki.
Christophe Fingale potrząsa lustrem, przywraca chaos, białe drobiny rozsypują się jak gwiazdy odbite w jeziorze. Siada wygodniej, przysuwa bliżej starą, pożółkłą książeczkę.
Jeszcze nie, nie tak.
Zagina kartkę papieru, zsypuje proszek w zagięcie, zażywa.
Tak, teraz jest gotów, teraz ma przepustkę do zrozumienia.
Teraz dopiero może zacząć czytać. Otwiera przy końcu.
...i ujrzałem gwiazdę, która z nieba spadła na ziemię i dano jej klucz do studni Czeluści...
Drobny druk mieni się w nabiegłych łzami oczach, palce bezwiednie przewracają strony.
...a oblicze jego było jak słońce, a nogi jego jak słupy ogniste, i w prawej ręce miał otwartą książeczkę...
...wstań i zmierz Świątynię Bożą i ołtarz....
...i księżyc pod jej stopami, a na głowie jej wieniec z gwiazd dwunastu...
Czemu nie widać gwiazd? Jest dzień? Nie, zasłania je sklepienie...

Sklepienie jest szare, kamienne, wsparte cienkimi żebrami, po których wzrok mknie aż do nieba.
Pająkowata, fantasmagoryczna konstrukcja Muzeum Szkła w Chartres pnie się, wyżej i wyżej, hipnotyzuje, mami. I przytłacza, zwłaszcza dziecko, stojące na dole, w chłodzie posadzki, między labiryntami gablot pełnych zwierciadeł, pucharów i figurek.
Christophe opuszcza zadartą dotychczas głowę i patrzy w głąb potwornego budynku (na "nawę", tak nazwała to matka) Ciągnie się w nieskończoność , najpierw dotykając posadzki kamiennymi filarami (zupełnie jak wij na obrazku w encyklopedii), potem już nawet bez nich, aż do końca, zamkniętego wielokątnym łbem z niebieskimi, wielopolowymi oczami (witraże- to się nazywa witraże, dlatego tu przyszliśmy).
Witraże są wszędzie, w każdej ścianie, nad każdą parą odnóży, z przodu i z tyłu, setki półprzeźroczystych, niebieskich i czerwonych postaci, królów i aniołów, tylko czekających aż się odwrócisz, aż przestaniesz być czujny, setki bajecznie kolorowych potworów oprawionych w szary kamień.
Muzeum przeraża Christophe'a. Bardziej niż film, bardziej niż obrazki w książce. Jest naprawdę, namacalne, odgradzające świat ze wszystkich stron. Straszne. Zwyrodniałe, jak miejska bazylika widziana w koszmarze, przefiltrowana przez czające się głęboko w głowie lęki. Straszne.
Christophe rozgląda się w poszukiwaniu rodziców i nie widzi ich. Jeszcze nad sobą panuje, jeszcze się nie martwi, ale gdzieś głęboko, na ścianie żołądka wyrasta już nowotwór paniki, twarda, kulista narośl uciskająca kręgosłup. Zaraz pęknie, zaleje organizm przegniłą ropą.
Idzie w kierunku łba, mały chłopiec zagubiony w trzewiach bestii, między iskrzącymi się kolorami płytami szkła, tysięczne postacie odwracają ku niemu głowy, patrzą tak uważnie...
A gdzie podziali się wszyscy ludzie... Tylu ich tutaj było...
Król jest daleko, bardzo daleko, wypełnia jedno z okien przy końcu korpusu. Siedzi na tronie, w szkarłatnej (pewnie barwionej we krwi) szacie, w otoczeniu kilku kobiet. Wychyla uważnie głowę, by lepiej widzieć Christophe'a. W dłoniach trzyma berło i miecz.
Król ociężale podnosi się z tronu, unosi ręce w dziwnym geście, klinga lśni oślepiająco, czerwono i niebiesko. Jego twarz jaśnieje jak słońce. Idzie, gdzieś znikła korona i berło, z pleców wyrastają ogromne, białe skrzydła.
Król- Niekról wychodzi z witraża, leci, wyprostowany, unosi nad głową miecz, skrzydła furkoczą złowrogo, jak nadlatujący pocisk. Christophe...
...nie jest już dzieckiem, jest astronautą, leci do gwiazd, a gwiazdy migoczą jak brylanty. Gwiazdy, a wśród nich jeźdźcy na koniach, w szalonym i strasznym galopie, furkoczą płaszcze, brzęczą łańcuchy ...

Skrzydlaty Król unosi miecz nad jego głową i mówi, a jego głos jest jak dźwięk złotej trąby
-Wstań i zmierz Świątynię Bożą! Wstań i zmierz!
Mierzy. A gwiazdy gasną. I nie ma nic prócz ciemności. A potem nie ma nawet ciemności.
Mierzy. Mierzy Świątynię Bożą.
Jaką...
Świątynię!
Nie ma nic.
Ból (od cięcia mieczem?) pulsuje w skroniach, tępo i nieustępliwie. Nie trzeba było...
Światło.
...tego brać.
Boleśnie rani oczy. Krew ścieka na skronie.

7
Światło boleśnie kłuje w dopiero co otwarte oczy, wzmagając jeszcze ostry i nieustępliwy ból głowy.
-Nie trzeba było tego brać- mruczy Christophe Fingale, przez wyschnięte gardło przedostaje się tylko stłumiony charkot.
Światło jest jasne, białe- statek na dobre przestawił się już na tryb dzienny
-Która może być godzina...- Christophe trze knykciami zaropiałe oczy, nabrzmiałe od długiego snu policzki, szczecina zarostu nieprzyjemnie drapie skórę.
Wreszcie siada, patrzy półprzytomnie na ekranik wysunięty z szafki nocnej. Cyfry wskazują godzinę 24:00:00. Nie zmieniają się, zegar stoi.
-Żesz... Pieprzony statek, dlaczego tu wszystko się psuje...
Przerywa mu mocne pukanie do drzwi.
-Taak?- nawet bardziej nieprzyjemnie niż zamierzał.
Drzwi otwierają się szybko, zbyt szybko. Nie ma czasu by zrozumieć.
-Edd... Edg...- głos Fingale'a klinuje się w tchawicy, rani ją twardymi, ostrymi krawędziami nieprawdopodobieństwa.
-No co? Co masz taką minę? Taki silny kac, że mnie nie poznajesz? Wracamy do rzeczywistości.- tak spokojnie, tak żartobliwie, tak jak gdyby nigdy nic.
-Edgar... Ale ty nie żyjesz... Ciebie nie było na pokładzie... Ty jesteś kurwa martwy!
-Oj, chyba solidnie się przećpałeś. Weźże zimny prysznic albo co, może to ci świadomość przywróci. Swoją drogą, ciekawe- śniło ci się, że umarłem?
-Ale to niemożliwe- słowa Christophe'a załamują się w rozpaczliwe łkanie- Przecież to było wcześniej... To się nie dzieje naprawdę...
-Zapewniam cię, że się dzieje. Naprawdę jak cholera. A teraz doprowadź się do porządku i zejdź do sterowni, są problemy.
-Edgar... Ale ty nie masz znamienia...
-Tak, ty też, przejrzyj się. To część tych problemów.
Wychodzi, normalnie, trzaskając lekko drzwiami, ale w powietrzu wciąż wisi wspomnienie, kształt utkany z zapachów, obrazów i wrażeń bardziej ulotnych, nieokreślonych.

8
-No słuchaj, ale to mi się nie wydawało, ja naprawdę widziałem, jak umierasz i wiem, że w momencie startu ciebie nie było na pokładzie, i do tej pory też.-
-Christophe, daj spokój- Edgar stara się mówić spokojnie, ale zaczyna już tracić cierpliwość- Jestem. Popatrz na mnie. Jestem. Prawdziwy jak nigdy. I wiem, że tu byłem. Od początku. Pamiętam cały lot, pamiętam start...
-Nie, nie, to nie tak, to wszystko to jest jakaś halucynacja, jakiś koszmar...
-Właśnie, halucynacja. Brałeś jakieś prochy, sam dokładnie nie wiesz co, i przede wszystkim nie wiesz, jaki to miało wpływ na twój mózg. No a co jest bardziej prawdopodobne...? Wystarczy brzytwa Ockhama...
-Prawdopodobne? Brzytwa? O czym ty mówisz? Weź popatrz za okno i powiedz, czy to jest prawdopodobne!- Christophe wstaje, odsuwa krzesło, chodzi naokoło stołu.
Zza grubych, pancernych szyb wyziera jednolita czerń, bez gwiazd, bez odbarwień.
-Ale ja też twierdzę, że cię nie było- odzywa się milczący dotychczas Shepard- A cały czas byłem trzeźwy jak niemowlę.
Drzwi otwierają się, w progu staje Raineri.
-I co? - pyta od niechcenia Edgar
Raineri zamyka drzwi, siada, nonszalancko kładzie nogi na stole, patrzy w sufit.
-I nic. Nikogo. Nigdzie.
-I to jest, jak rozumiem prawdopodobne jak nie wiem- Christophe nie próbuje nawet kryć sarkazmu i rozdrażnienia.
-Daruj sobie. I siadaj, oszaleć można jak tak chodzisz i chodzisz.- Raineri zdejmuje nogi ze stołu, siada prosto- Usiądź jak człowiek, trzeba przynajmniej ustalić, co robimy.
-Znaczy masz jakieś propozycje?- Edgar patrzy na niego żywo.
-W zasadzie... Możemy udawać, że nic się nie dzieje i lecieć dalej. Tylko, dokąd?
-Możemy jeszcze wyhamować, zawrócić i lecieć z powrotem na Ziemię- zasugerował Shepard. Przecież tam jakoś muszą sobie radzić, wracajmy.
-Tak... tyle że za nami jest tak samo pusto jak przed nami. Ziemia też zniknęła, jak wszystko inne.
-On nas naznaczył- słowa Christophe'a tną ciemny wrzód ciszy, uwalniają nagromadzoną, zastałą krew i nagle już nic ich nie dzieli, ale zrozumienie dopiero wlewa się w pustkę- Jesteśmy przeklęci. Potępieni. Na wieki.
Raineri chce coś powiedzieć, skomentować, ośmieszyć go, dobitnie i okrutnie, ale w końcu macha tylko ręką i mówi:
-Dobra, no to podsumujmy. W ciągu jednej nocy zniknęła połowa załogi, jak również cały kosmos i nasze znamiona. Nikt nie został ranny, za to wszyscy zostaliśmy... ee ... przeklęci. Nic nie pominąłem?
-Ja nie żartowałem. Ja to wiem. Czytałem...- Christophe unosi wymiętą Biblię, wysuwając ją nieco do przodu, jakby chciał opromienić ich jej mocą.- Nie ma nadziei.
-A toś znalazł czas na zabobony
-Powtarzam, mówiłem poważnie.- Fingale emanuje niezwyczajnym dla siebie spokojem, jakby... naprawdę pełen był jakiejś nadnaturalnej mocy- I to nie są zabobony. Pomyśl. Brzytwa Ockhama, logika, co chcesz. Wszyscy oprócz nas zniknęli, i to z zamkniętego statku. A nam zniknęły znamiona. Nie wspominając oczywiście o banalnym fakcie, że zniknął wszechświat.
-No, bez przesady, przecież nie mamy dowodu, że cały Wszechświat, to że materia w naszym rejonie, nie wiem, może to jakaś... lokalna anomalia?
-Co? Słyszysz co mówisz? Przecież nawet nie mamy dowodu, że w ogóle się poruszamy, bo i względem czego? I jak wytłumaczysz, że zniknęło wszystko, nagle, w różnej odległości?
-Dobrze więc, oszalejmy wszyscy, bądźmy przynajmniej solidarni- Edgar zaciera demonstracyjnie dłonie- Wymyśliłeś coś w oparciu o tę książkę? Bo chyba byś tego wszystkiego bez celu nie gadał? Mamy się położyć krzyżem albo coś takiego? Śpiewać po łacinie?
Christophe spogląda na niego krzywo, ale nie komentuje złośliwości. Już nie, już nie teraz.
-Tak, wymyśliłem. Choć może to złe słowo... Nieważne. Ale jest nas czterech, a to nie jest zwykła liczba. Nie po tym, co się stało na Ziemi.
Słuchali. Długo i z niespodziewaną uwagą. A potem oszaleli. Wszyscy.

9
-Znalazłem Ziemię. Wcale nie zniknęła.
-Naprawdę? To gdzie jest?
-Przed nami. Za tydzień wejdziemy na orbitę.

Smak piołunu
Tak, teraz już wiem, rozumiem, rozumiem wszystko.
Teraz, gdy jest już zbyt późno, zrozumiałem wszystkie znaki.
I rozumiem, co muszę, co będę musiał zrobić. Nie widzę jeszcze dokładnie miejsc i kształtów, nie widzę skrzywionych, wynędzniałych twarzy, ale już przeczuwam formy i uczucia, już dostrzegam kontury. Czają się w matowej czerni za oknami, tam, gdzie kiedyś świeciły gwiazdy.
Wystarczy otworzyć oczy. Spojrzeć uważnie. Są tam.
I odtąd imię moje jest Głód.
Strzeżcie się mojej wagi.
Drżyjcie przed moim czarnym koniem.
Unikajcie mojego złaknionego wzroku.
Bo to jest moja pokuta. Mój Czyściec.
Więc znajdę was, gdziekolwiek będziecie, przysięgam.
Amen, co znaczy: Niech się stanie.
Chcę krzyczeć: Święty, Święty, Święty, Pan Bóg wszechmogący, Który był, Który jest, i Który przychodzi. Chcę w tym krzyku zawrzeć wszystko, wątpliwości, wiarę, miłość, gniew, rezygnację i nienawiść. Chcę zedrzeć struny i rozerwać płuca słowami starej, pożółkłej księgi.
Chcę wywrzeszczeć wszystkimi siłami modlitwę, wyrzucić ją daleko, poza przestrzeń, tak by popłynęły łzy, chcę wyrzucić wraz z nią wszystko, chcę wyrzucić siebie, i na chwilę zapomnieć o wszystkim, na chwilę spaść w pustkę, gdzie nie ma nic, zupełnie nic, gdzie nawet nie będzie mnie, nic, nic.
Pustka.
Absolut.
Chcę krzyczeć...
Słowa nie przechodzą przez ściśnięte gardło.


Wszystkie cytaty z: Pismo Święte Nowego Testamentu Wydział Duszpasterski Kurii Metropolitalnej, Olsztyn 2000

Koriat [ koriat@poczta.fm ]


Storytellers 2oo6. Wszelkie prawa zastrzeżone. Oprawa graficzna: aNomaLy


Online Napisz do nas! Ankieta - pomóż nam stworzyć jeszcze lepszy magazyn! Regulamin dla writerów

Spis treści
W górę

Spis treści