Przejdź do spisu treści...

A gdy smok zejdzie...

Dzień 1 - 03 lipiec 1999
"Człowiek szlachetny nie szafuje obietnicami, lecz czyni więcej niż przyrzekł." - Konfucjusz

Przechadzał się ogrodem prowadzącym na uczelnię. Podziwiał go już wiele razy, jednak każdy kolejny spacer traktował jako coś zupełnie odrębnego, nowe doświadczenie w życiu. Niczym jedząc ulubione pulpeciki Marcin karmił podniebienie swego wzroku widokiem rozciągającej się alejki drzew. Chłopak wiedział, że już wkrótce widok ten zamieni na widok laboratorium, a książki transformuje w notatki, w których nie będzie już teorii innych, a jedynie jego własne doświadczenia. Miał już otworzyć drzwi budynku uczelni gdy w pewnej chwili poczuł, że ktoś szarpie go za kurtkę. To Micheal, student z Anglii i najbliższy przyjaciel Marcina. Chłopak ma 24 lata, nienagannie wyprasowany garnitur, krótkie blond włosy, a wzrost jego jest niewielki - sięga około 1.75.
- Cześć, jak się czuje świeżo upieczony Pan doktor? - Micheal uprzejmym głosem przywitał przyjaciela.
- Jaki doktor, czeka mnie dziś ostatni wykład u profesora Janowskiego - żartem Marcin spowodował grymas uśmiechu na twarzy współrozmówcy.
- No tak, słynne wykłady Janowskiego - Michael odrzekł z powagą, ale bez przekonania. - Pewnie znów zaserwuje wam gadkę o Armagedonie i Czterech Jeźdźcach Apokalipsy - dodał.
- Dobra, muszę już lecieć - poddenerwowany Marcin spojrzał na zegarek i ruszył przed siebie. Micheal także gdzieś poszedł, z całą pewnością na wykład światowej sławy chirurga doktora Liquea. Anglik studiuje medycynę, Micheal natomiast farmaceutykę. Zaś same wykłady profesora Janowskiego opierają się często o stwierdzenia z zakazanej księgi Biblijnej. Janowski z tego też powodu jest na uczelni postacią kontrowersyjną. Już nie raz próbowano go usunąć, ale mówienie o wszystkim to jedno, a skuteczność nauczania drugie. Robert Janowski z całą pewnością łączy te dwie cechy i dlatego też ciągle pracuje gdzie pracuje.
Marsz po schodach przez trzy piętra i dziewięć drzwi czwartego dzielił Marcina od chwili, w której stanął przed salą gdzie wykłada Janowski. Wykład z pewnością już się rozpoczął, dlatego że słychać już od drzwi donośny głos profesora. Janowski to człowiek grubszy, wysoki i postawny, ale zarazem zwyczajny w swej doskonałości, za to głos jego donośny jest niczym głos wodza wydającego rozkaz do ataku.
Marcin nie zastanawiając się wszedł do sali, usiadł obok dziewczyny przy której siedzi prawie na każdym wykładzie, ale której nie zna ani trochę i wsłuchał się w słowa profesora:
"... Jezus powróci i stoczy walkę ze smokiem. Smokiem z całą pewnością jest Szatan lub jeden z jego sług. Jaka to będzie walka? Czy waszym zdaniem niczym Neo z Matrix'a Jezus zmiecie z powierzchni ziemii wszystkich swoich wrogów? A może zacznie cytować kolejne fragmenty Biblii?"
- Czekam na jakieś spostrzeżenia z waszej strony - Janowski krzykiem skierował się w stronę słuchaczy. - Tak, panie Wronek - odrzekł widząc unoszącą się w górze rękę Marcina.
- Moim zdaniem to jedynie metafora, walka ta może odbyć się w każdy możliwy sposób, a jej finał to moim zdaniem dusze ludzkie. Zresztą, można to interpretować na wiele sposobów - szybkim, jakby jeszcze lekko zadyszanym głosem Marcin udzielił głosu w dyskusji narzuconej przez Janowskiego.
- Brawo Marcin, ktoś jeszcze... - Janowski uniósł głowę do góry i znów spojrzał na klasę. - Niestety, już nie zdążę z wami tego omówić, za minutę koniec wykładu - jak zawsze profesor skończył wykład minutę przed prawidłowym zakończenie i zwolnił wszystkich.
- Marcin, poczekaj - profesor skierował się do wychodzącego już chłopaka.
- O co chodzi profesorze? - zapytał lekko zdziwiony Marcin, przeważnie profesor po zakończeniu wykładu z ich grupą pozostawał sam przez godzinę analizując kolejne fragmenty Biblii.
- Chcę abyś to dla mnie przechował, za kilka dni zgłosi się do ciebie ktoś kto ma to odebrać - jakby nieco ciszej Janowski odpowiedział na trapiące chłopaka pytanie i wsunął mu do kieszeni złoty amulet z dziwnym znakiem z jednej strony. Znak ten wyglądał niczym ptak gotowy do pierwszego lotu.
- Ale... - Marcin nawet nie zdążył wydobyć słowa, profesor mu przerwał donośnym:
- O nic więcej nie pytaj i idź już, ta osoba znajdzie cię sama
Chłopak bez zastanowienia opuścił gabinet Janowskiego. Wiedział, że źle postąpił biorąc na siebie odpowiedzialność za coś co miał zrobić profesor, jednak w głębi duszy czuł, że tak miało być. Wychodząc przed budynek uczelni Marcin usłyszał dźwięk przypominający wybuch, dźwięk przeszywający dogłębnie jego słuch.
- Co jest? - pomyślał i ruszył w stronę, z której dobiegał dziwny odgłos.
Po chwili chłopak był na miejscu, było to przejście między dwoma budynkami uczelni, które dzieliła odległość jednego metra. Jakieś cztery kroki od niego leżał Michael. Marcin nie zastanawiając się podbiegł do niego:
- Co ci jest, żyjesz? - zapytał.
Micheal wyciągnął zakrwawioną rękę odkrywając ranę po kuli i wskazał na kieszeń, w której znajduje się przedmiot profesora Janowskiego:
- Nie oddawaj amuletu... - tyle udało mu się powiedzieć, po czym umarł.
- Michael, nie, pomocy, ludzie pomocy! - było to raczej zbędne wołanie ze strony Marcina. Michael już nie żył, a osoba która miała się zgłosić do niego po amulet nigdy nie dała o sobie znać. W tym samym czasie w podobny sposób zginął także Robert Janowski. Całe wydarzenie tłumaczono jako akt seryjnego mordercy, którego nigdy nie ujęto.
Następne lata Marcin spędził spokojnie, starając się zapomnieć o całej sprawie. Co noc przed snem zadawał sobie jednak to samo pytanie:
"Skąd Michael mógł wiedzieć o obietnicy złożonej Janowskiemu?"

Dzień 2 - 01 czerwiec 2001
"Najpiękniejszy dar to przebaczenie. Tam, gdzie nie chce się przebaczyć, od razu powstaje mur. Od muru zaś zaczyna się więzienie." - Bosmans Phil

Zrobiło mu się mglisto przed oczami, czuł się jak w niebie, każde kolejne pociągnięcie traktował jak coraz większą frajdę prowadzącą w gruncie rzeczy donikąd. Przez nieuwagę prawie by upuścił na ziemię lufkę, na szczęście Paweł był już wprawiony w paleniu "maryśki" i nie odczuwał jej efektów jak niektórzy za pierwszym lub kolejnym razem. W pewnej chwili odniósł wrażenie, że śpi, a kiedy się obudził w jego stronę jechał pociąg. Tyle, że było to kolejne urojenie. Nazajutrz obudził się już w swoim pokoju. Nie był do końca pewien czy jest u siebie, ale plakaty z Porsche oraz niebieskie ściany utwierdziły go w przekonaniu, iż całą noc spędził jedynie tu. Wstał z łóżka i poszedł umyć zęby, następnie udał się do kuchni na śniadanie. Tam była już jego mama wlewająca mleko do talerza z płatkami. Paweł spojrzał w jej piękne niebieskie oczy i pomyślał, że musi być szczęściarzem mając taką piękną mamę. Pani Jaworska miała wkońcu dopiero 37 lat, piękną cerę oraz blond długie włosy. Potem przypomniał sobie o ojcu, który nie żyje już od czterech lat, śmierć za dług to nic przyjemnego - Paweł wiedział, że nigdy nie pójdzie w stronę ojca. Tyle, że narkotyki mogą być równie lub nawet bardziej niebezpieczne niż hazard.
- Jak w szkole? - zapytała mama.
- Dobrze, wczoraj dostałem czwórkę za wypracowanie, a sprawdzian zaliczyłem na trzy - burknął Paweł unosząc kolejną łyżkę płatek kukurydzianych. - Myślę, że ten rok szkolny był bardzo dobry - dodał.
Po śniadaniu Paweł spakował książki i ruszył w stronę szkoły, która znajdowała się niecałe dwa kilometry od jego domu. Dzień spędził jak każdy inny - lekcje, kółko informatyczne i oczywiście standardowy wypad na miasto po "zioło".
Dwie godziny później, w domu Pawła:
- Czy rozmawiam z panią Jaworską? - nieznajomy głos w telefonie zadał pytanie.
- Tak, czy mogłabym wiedzieć z kim rozmawiam? - mama Pawła z nutką niepewności zapytała o tożsamość osoby, która próbowała się do niej dodzwonić już od dwóch godzin, naszło ją zastanowienie czy aby napewno syn nie wpakował się w jakieś tarapaty i czy znów nie trzeba będzie wpłacać kaucji.
- Zapomniałbym, Jarosław Niemen, jestem dyrektorem ośrodka dla uzależnionych - przedstawił się nieznajomy. - Pani syn jest u nas, czy mogłaby Pani przyjechać na ulicę Kruczą 2A? Sprawa jest bardzo pilna - Pan Jarosław uzupełnił swoją wypowiedź.
- Tak, będę jak najszybciej się da - mama Pawła poczuła nagły ból w sercu, szybko jednak się pozbierała, wzięła z szafki kluczyki i ruszyła do garażu skąd wyjechała swoim nowym Porsche 911.
Przez całą drogę myślała o tym co stało się z jej synem. Tu już nie było niedopowiedzeń, pani Jaworska była pewna, że Paweł ma problemy z narkotykami. Kilka lat wcześniej podejrzewała, że syn coś przed nią ukrywa, ale żyjący jeszcze ojciec twierdził, że nawet jeśli to młodzież musi się wyszaleć. A teraz jedzie do ośrodka dla uzależnionych...
Paweł natomiast w tym czasie leżał na jednej z sal ośrodka. Wszystkie wyglądały tak samo: białe, sterylne, malutkie pokoiki bez stylu i wyszukania. Tyle, że co mogło to obchodzić chłopaka, który był prawie pół-martwy i nie miał kontaktu z rzeczywistością.
Paweł w tym czasie znajdował się na pięknej łące. Wszędzie dookoła rosły drzewa, trawa miała piękny kolor ciemnej zieleni, wiatr delikatnym ruchem unosił krzewy, ptaki śpiewały jak nigdy dotąd a on sam stał pośrodku wyciętego w trawie kręgu przypominającego psa pilnującego owce. Z nieba natomiast pod kątem padał na niego przepiękny świetlisty promień.
- Dlaczego mam ci dać jeszcze jedną szansę? - z promienia wydobył się dostojny głos, jeden z najdostojniejszych jakie chłopak w życiu słyszał.
- Kim jesteś? - Paweł zdziwiony tym co dzieje się wokół niego zadał słuszne pytanie, nigdy wcześniej wkońcu nie miał takich omamów. - "A może ja po prostu nie żyję." - pomyślał.
- Słusznie chłopcze, jestem tym czego zawsze się obawiałeś, jestem tym czego nigdy nie słuchałeś, jestem tym który stawia cię przed przeznaczeniem - wykrzyczał głos.
- Wybacz, już nigdy nie dotknę narkotyków, będę dbał o mamę, wybacz - Paweł uklęknął na prawe kolano i otworzył usta tak jak otwiera się je przy przyjmowaniu Komunii, łzy leciały mu z oczu. Były to jednak łzy szczęścia.
Po chwili chłopak obudził się na łóżku w ośrodku, przy nim była już matka. Tuliła go mocno, on także się do niej przytulił.
- Już nigdy - szepnął jej cichym jeszcze głosem do ucha.
Ściskając mamę Paweł poczuł, że trzyma coś w prawej ręce. Otworzył ją, a tam był amulet, na którym widniał taki sam znak jak na łące. Odtąd chłopak żył według przekazań chrześcijańskich, a później został wolontariuszem ośrodka dla uzależnionych. Wiedział, że Bóg dał mu drugą szansę.

Dzień 3 - 18 grudzień 2003
"Jak wielki spokój zyskuje ten, kto nie baczy na to, co bliźni mówi, czyni lub myśli, ale na to tylko, co sam robi, by było sprawiedliwie i zbożnie. Wszystko bowiem, cokolwiek czynię sam, czy z pomocą obcą, powinno jeden tylko cel mieć na oku: pożytek i korzyść społeczną." - Marek Aureliusz (Marcus Aurelius Antoninus, 121 - 180)

Wzniósł ręce w górę, jak co niedzielę Mateusz wypowiadał te same słowa - słowa tak znamienite jak sama wiara w Wielkiego Ojca, słowa prawdy, a zarazem słowa niepojęte dla zwykłego człowieka. Jak co niedzielę przyglądał się ludziom siedzącym w każdej kolejnej ławce. Były to młode małżeństwa, samotnicy, kobiety z dziećmi i starsi ludzie całkowicie ufający wierze w Boga. Każdy z nich nosił coś w sercu: miłość, cierpienie, smutek lub nawet nienawiść. Jednak ten jeden dzień jednoczył ich wszystkich, zapominali o tym co trapi ich dzień w dzień i przychodzili do domu Ojca. Dla Mateusza była to szansa na przywrócenie w nich wiary, nie tyle wiary w Boga co samej wiary w miłość i w drugiego człowieka. Był on wyjątkowym Księdzem, innym niż wszyscy, dlatego że wyznawana przez innych Kapłanów misja na Ziemi dla niego była jedynie wierzchołkiem góry lodowej. Mateusz nie potrafił zrozumieć Księży, dla których bardziej niż pomoc bliźniemu liczą się pieniądze. A niestety, wiedział on, iż takich ludzi jest dużo, o wiele za dużo. Dobiła godzina 13, msza święta się zakończyła. Mateusz przyjął kilka osób, w tym Panią Gardzińską - matkę, która pomału traci syna chorego na raka wątroby. Ksiądz był u niego ze świętym sakramentem oraz rozmową, taką jaką prowadzi na codzień z dziećmi z pobliskiego gimnazjum.
- Dziękuję Księdzu, proszę to przyjąć jako dar dla Kościoła - ze łzami w oczach starsza kobieta podała kopertę Mateuszowi, był to naprawdę dar wdzięczności, ponieważ Joanna Gardzińska żyje z miesiąca na miesiąc wydając wszystkie pieniądze na leki dla małego Mateuszka.
- Wydaje mi się, że Kościół dużo nie straci bez tych pieniędzy, a mojemu imiennikowi mogą się przydać o wiele bardziej - odpowiedział Mateusz, po czym oddał kopertę kobiecie. Ta zaczęła go obściskiwać i krzyczeć na cały głos:
- Złoty z Księdza człowiek, kiedyś zostanie Ksiądz Papieżem
- Raczej ani złoty, ani Papież, jestem po prostu człowiekiem - odparł Kapłan, po czym odepchnął ją delikatnie. - Muszę już iść - odrzekł, zgasił światło i wolnym ruchem opuścił mury Kościoła.
Pani Gardzińśka pozostała w nim jeszcze przez chwilę modląc się o zdrowie dla syna i błogosławieństwo dla swojej rodziny. Mateusz wiedział o tym doskonale, dlatego zawsze pozostawiał włączone jedno światło, tak żeby Joanna mogła skupić się na modlitwie. Znał on swoich parafian o wiele bardziej niż oni mogliby poznać samych siebie.
Kilka godzin później:
Wieczorem jak zwykle w Krakowie mrok rozciągał się z jednej strony miasta na drugą. Idąc ulicą Adama Mickiewicza Mateusz czuł jak słabą istotą jest człowiek. Bezdomni, pijacy i menele wyglądają niczym postacie z najgorszych horrorów - wszyscy odepchnięci od świata i nie szukający pomocy u innych. Mateusz nie dziwił się tej sytuacji, dla niego była to bezradność ludzka i niemoc człowieka wobec alkoholu. Minął już kilka uliczek, po chwili Kapłan znalazł się przy drzwiach swojej plebanii. Już miał nacisnąć klamkę kiedy poczuł, że coś ciągnie go za nogawkę od spodni. Był to człowiek, raczej zadbany i inny niż ci wszyscy bezdomni biedacy. Przypinał on Mateuszowi biskupa swego miasta: średni wzrostem, grubszy, opalony, młody człowiek.
- Pomóż mi, nie mam gdzie pójść, boję się - łzy leciały tajemniczemu przybyszowi z oczu, a prośba przemówiła w sam głąb serca Kapłana.
- Dobrze, już dobrze, pójdziemy do mojej Plebanii, dam ci coś do jedzenia - Ksiądz spojrzał w oczy chłopca i wiedział, że nie może on być kimś takim jak menele z ulic biedy.
Mateusz pomógł wejść młodzieńcowi, pozwolił mu się wykompać, a później go nakarmił. Na koniec Kapłan pozostawił rozmowę z tajemniczym gościem:
- W takim razie jak się nazywasz i kim jesteś? - zapytał.
- Mam na imię Piotr, uciekłem z domu kilka dni temu z powodu zatargów z ojcem, wiem jednak, że to był błąd - odpowiedział Piotr.
- Rozumiem, ale dlaczego uważasz, że to był błąd? - Mateusz zasypał chłopaka kolejnym pytaniem.
- Ci bezdomni mnie napadli i zabrali mi wszystkie pieniądze - ze smutkiem w oczach Piotr dokończył swoją krótką historię.
Rozmawiali tak jeszcze przez jakiś czas, po czym obaj poszli spać. Następnego dnia Mateusz odprawił nowego przyjaciela wprost do domu. Zaprowadził go na przystanek autobusowy i dał mu pieniądze, które mogłyby przydać mu się podczas drogi. Piotr próbował go przekonać, że odda je mu jak tylko wróci do domu, ale Mateusz powiedział, iż to kolejny z darów od Boga, a do tego mu te pieniądze wcale nie są aż tak potrzebne.
Wracając do Kościoła Mateusz podziwiał piękno Krakowa, jednak ciągle w jego głowie pojawiał się obraz ludzi bez domów, bez szans na prawdziwe życie w rodzinach i bez szans na miłość. W sercu Księdza pojawiło się nowe uczucie, uczucie współczucia osobom, które na to nie zasługują. Wcześniej też znał jego wymiar, ale teraz był gotów poświęcić temu całe życie. Stał się nowym człowiekiem, a raczej poznał nową część swojej większej misji.
Przekraczając drzwi Kościoła Kapłan zauważył tajemniczą postać stojącą mniej więcej pośrodku świątyni. Był to Mateuszek, syn bani Gardzińskiej. Chłopiec odwrócił się i podszedł do zdziwionego Księdza, tym razem ostatkiem sił mały postanowił odwiedzić swego mentora w jego świątyni.
- To dla Księdza - cichutkim głosem rzekł Mateuszek, wyjął z kieszeni amulet. Srebrny amulet, na którym przedstawiona została sowa myślicielka. Był to kolejny znak dla Kapłana, znak od Boga.
Dzień później mały Mateuszek umarł, umarł jednak z uśmiechem na twarzy, a jego pogrzeb pomimo smętnej atmosfery był piękny i zarazem znakomity w swojej postaci. Ksiądz Mateusz wiedział, że dopełnił czegoś więcej niż obowiązku kapłańskiego. Od tej pory Mateusz pomagał ludziom bezdomnym i biedakom, założył nawet przytułek, któremu nadał imię Mateusza Gardzińskiego.

Dzień 4 - 13 kwiecień 2006
"Szansa spotkania interesujących ludzi mniej zależy od tego, gdzie się bywa,a bardziej od tego, kim się jest."

Szło przed nią czterech mężczyzn. Wszyscy byli dokładnie przegrupowani i gotowi do ewentualnej akcji. Monika wiedziała, że to zadanie może przerosnąć jej umiejętności. Nie jest ona wkońcu tak zdolna jak jej koledzy z zespołu, jest jedynie negocjatorem wyszkolonym do pracy w terenie. To nowy sposób walki z terrorystami, negocjator żołnierz zapewniał Wydziałowi 7 wyższą skuteczność, a zatem większe dotacje. Nie myśląc o niczym poza zadaniem dziewczyna mijała kolejne ohydnie wyglądające korytarze. Wiedziała, że w którymś z tych obleśnych pomieszczeń wraz z porwanym synem prezydenta Jaruszewskiego ukryli się członkowie grupy Mesjasz - talibskiej komórki terrorystycznej w Polsce.
- Co to było? - Monika odskoczyła w bok ze strachu.
- To tylko szczur, uspokój się - jeden z żołnierzy wskazał zwierzę latarką, był to faktycznie przerośnięty szczur szukający pożywienia.
Kobietę znów przeszły ciarki. Może to przez to, iż dziewczyna nie powinna brać udziału w takich akcjach, a może wykształcenie negocjatora policyjnego było błędem i lepiej było zostać prawnikiem. Kolejne drzwi, nadal nic. Przed głowę Moniki przewijało się ciągle powtarzane przez dowódcę słowo: "Czysto!".
- Mamy coś - szybkim gestem ręki dowódca wskazał pokój, w którym znajdowało się zakrwawione krzesło i praktycznie nic poza nim. To tu terroryści musieli przetrzymywać syna prezydenta.
- Technicy pobierzcie próbkę krwi, za chwilę idziemy dalej - to niewyobrażalne, ale pozostało im jeszcze jedno piętro opuszczonej kamienicy i jej dach. Monika w coraz większym stopniu czuła zagrożenie, wiedziała przecież, że im dalej tym szybciej spotkają się z grupą "szalonych" Talibów. Skaner wskazywał na ich ciągłą obecność w budynku.
- Gotowe, to krew dzieciaka - krzyknął jeden z techników.
- Ciszej, idziemy dalej! - rozkazał dowódca grupy.
Kolejne piętro, drzwi za drzwiami, a jedyne co mogli zobaczyć to szczury, brud i odrapane ściany. Monika przyglądając się swoim kolegom z pracy wyczuwała w nich determinację, coraz większy strach o własne życie połączony z priorytetem zadania, które mieli wykonać był mieszanką nadwyraz niepożądaną w czasie takich akcji. Nagle przed oddział Moniki wyskoczył Talib trzymający jedną ręką chłopca, drugą natomiast pistolet przystawiony do jego głowy.
- Puść go! - krzyknął dowódca grupy.
- Chcę rozmawiać z negocjatorem, wiem, że kogoś takiego macie - odpowiedział roztrzęsiony terrorysta.
Dowódca skinieniem głowy wskazał na Monikę. Dziewczyna była gotowa przystąpić do negocjacji. Wzrokiem wiewiórczo wybadała teren i niepewnym chodem podeszła do terrorysty.
- Witaj, jestem Monika, a ty? - zapytała podając rękę tajemniczemu oprawcy małego chłopca.
- Jestem Azali - terrorysta odpowiedział łamaną Polszczyzną.
- Czy mógłbyś puścić chłopca, rozmawiałoby się nam o wiele lepiej - zaproponowała Monika.
- Mamy żądania, dopiero jak one zostaną spełnione... - Azali wiedział czego chce, był gotów oddać życie za sprawę, o którą walczył.
W czasie kiedy Monika rozmawiała z Azalim kolejne oddziały Wydziału 7 były już gotowe do usunięcia reszty terrorystów ukrywających się na dachu budynku. Nie minęło kilka minut, a wszyscy towarzysze Azaliego zostali zabici przez świetnie wyszkolonych żołnierzy. Akcja z helikoptera połączona z tłumieniem dźwięków samolotu oraz broni sprawiła, że jedyny terrorysta pozostały przy życiu nie mógł spodziewać się niepowodzenia misji jaką miał wykonać.
- Tak, rozumiem - dowódca grupy Moniki otrzymał akceptację zabicia Azaliego, musiał jednak poczekać aż ten zwolni chłopca. W przeciwnym razie cały Wydział 7 zostałby zamknięty.
- ... rozumiem cię, spełnimy wszystkie twoje żądania - Monika kończyła dość długą rozmowę negocjatorką.
Azali z całą pewnością przekonał się do słów pięknej Polki, dlatego że zaraz po trwającym kilka sekund przemyśleniu puścił dziecko. Reagując natychmiast po przejęciu syna prezydenta dowódca gestem ręki wydał rozkaz usunięcia terrorysty. Wszystko byłoby po jego myśli gdyby nie Monika, która zasłoniła Azaliego własnym ciałem. Musiało ją ruszyć sumienie skoro postanowiła bronić człowieka, który w imię tego co wyznaje zabiłby bez wahania.
- Monika, co robisz? - zapytał dowódca. - Musimy skończyć to co zaczęliśmy - dodał.
- Ten człowiek jest moim więźniem, jeśli coś nie pasuje będziecie musieli mnie zastrzelić - rzuciła Monika, patrząc głęboko w świetlisty wzrok Taliba. W głębi duszy wiedziała, że nic jej nie zrobi, jednak trzęsła się jak nigdy dotąd.
- Dobra bohaterze, jest twój - z goryczą w głosie dowódca oddał więźnia w ręce Moniki.
Dziewczyna miała rację, Azali poddał się bez walki i pozwolił Monice nałożyć sobie kajdanki. Wychodząc terrorysta przekazał jej amulet z wytłoczonym lwem - królem zwierząt, który kiedyś otrzymał od swojego dowódcy:
- Noś go zawsze na szyi, pamiętaj o mnie, dałaś mi szansę
I choć słowa wypowiedziane przez Taliba nijak miały się do normalnej Polszczyzny Monika zrozumiała je nadwyraz dobrze. Rok po tym wydarzeniu otrzymała medal od prezydenta. Nigdy jednak nie powróciła do pracy w Policji zajmując się studiami prawniczymi. Później wstąpiła do związku walczącego o równość narodową oraz została prokuratorem okręgowym. Przez całe życie pamiętała o tajemniczym terroryście, który odmienił jej spojrzenie na świat.

Dzień OSTATNI - 12 grudzień 2012
"Nasze życie - to walka." - Eurypides (ok. 480 - 407/6 p.n.e.)

Bohaterowie obudzili się jednocześnie, jeden spoglądając na drugiego.
- Gdzie jesteśmy? - zapytał Marcin, a jego głos jakby echem został poniesiony do uszu innych.
- We więzieniu swoich myśli - odpowiedział tajemniczy mężczyzna.
- A ty kim jesteś? - Monika z zaciekawieniem kończyła to co rozpoczął jej współtowarzysz.
- Jestem nim - odrzekł, powoli wyłaniając swoją sylwetkę.
Po tym jak wyszedł on z cienia, a raczej z ciemnej ściany przeciwstawionej ścianie tak bardzo jasnej, że aż oślepiającej, w której zostały zamontowane świetliste drzwi Marcin zauważył, że człowiek ten wygląda zupełnie jak jego profesor ze studiów - Pan Janowski.
- Czy to Pan profesorze... ale jak? - zapytał mocno zdziwiony Marcin.
- Nie, to tylko jedna z postaci jakie mogę nosić - donośnym głosem odpowiedział mężczyzna wyglądający jak profesor Janowski.
- Znam cię... - do rozmowy włączył się Paweł. - ...jesteś tym którego imienia nie jestem godzien wypowiedzieć - z charyzmą w głosie uzupełnił wypowiedź.
- Co on bredzi, "tym którego...", to śmieszne - z politowaniem na twarzy Marcin wykrzyczał te słowa. - Ja się zwijam, to jakaś farsa - odwrócił się w stronę świetlistych drzwi.
- Zaczekaj, to sam Bóg - Mateusz położył dłoń na ramieniu współtowarzysza starając się go zatrzymać. Coś drgnęło w niedowiarku Marcinie, dlatego że w pewnej chwili jego twarz rozjaśniała. Monika także uwierzyła, natomiast Paweł i Mateusz wiedzieli od początku z kim mają doczynienia.
Siedli wszyscy w kręgu pomiędzy dwoma ścianami odzwierciedlającymi ludzką psychikę, a w samym jego środku znajdowała się rozjaśniona niewiarygodnymi promieniami sylwetka Boga. Zaczął on wypowiadać słowa tak znakomite, że aż nieprawdopodobne, a skończył na istocie przebywania bohaterów w jego świecie:
"... zatem przejdźmy do spraw przyziemnych. Mamy dzień 12 grudzień 2012 roku. Wybrałem was o wiele wcześniej aby zapewnić sobie "żołnierzy" do walki ze sługami Sata. Sat to znany przez wielu pod imieniem Szatan upadły Anioł, który postanowił przejąć władzę na Ziemi. Dziś wraz ze śmiercią ostatniego Papieża tej ery chrześcijaństwa zasiadł na tronie ciemności znajdującym się aktualnie na Placu św. Piotra w Rzymie. Sam Jezus stanie do walki, lecz w innej rzeczywistości. Wy natomiast zostaniecie wysłani na Plac św. Piotra gdzie w małym budynku, który z całą pewnością rozpoznacie moje Anioły umieściły wejście do waszych amuletów. Wkładając cztery amulety usuniecie zło z Placu św. Piotra, jednak wcześniej każdy z was będzie zmuszony stoczyć własną walkę. Walkę z tym co was czeka...".
Nie zdążyli nawet o nic zapytać, kiedy to nagle pojawili się na Placu św. Piotra. Nic nie wyglądało tu jednak jak dawniej. Budynki owinięte zostały krzakami cierniowymi, mrok opanował niebo, a w samym środku placu stał tron, na którym zasiadała postać pokrętna: człowiek z płomieniami w oczach, długimi czarnymi rogami i skrzydłami tego samego koloru, o bardzo dużej złej sile zarówno fizycznej jak i duchowej. Po prawej i lewej stronie tronu znajdowały się krzyże, na których zawisły dwa Anioły dobra. Natomiast dookoła Placu św. Piotra schodzili się ludzie czczący Sata i wykrzykujący jego imię. Bohaterowie nagle zdali sobie sprawę, że brak wśród nich Pawła.
- Nie mamy na co czekać; ja zajmę się Satem, Monika weź amulety i odszukaj ten budynek, a ty Mateuszu spróbuj uspokoić tłum - Marcin wziął na siebie największe brzemię, walkę z samym ciemnym Aniołem.
Reszta posłuchała go, ponieważ czuli oni, że tak musi być.
Marcin niepewnym krokiem zbliżył się do Sata. Ten wstał z tronu, rozwinął swoje skrzydła i zaczął uderzać w Marcina z ogromną mocą. W pewnej chwili w bohaterze zabrakło chęci do walki.
- Bóg zawsze wybierał słabeuszy, jesteś nikim, pokłoń się przed swoim panem - Sat był już pewien zwycięstwa.
- Nigdy! - wykrzyczał Marcin po czym rozłożył swe skrzydła. Poznał nową prawdę o sobie, Bóg wybrał go na przywódcę - tego który poprowadzi bohaterów do walki.
Marcin wstał, walka znów się zaczęła. Kolejne ciosy, bitwa była wyrównana aż do chwili, w której Marcin wyrwał jedno ze skrzydeł Sata.
- I co teraz? - bohater spojrzał w oczy zła - zobaczył w nich smutek i cierpienie ludzi, których pochłonął mrok.
Nagle z ciemności wyłoniła się bardzo jasna postać, o wiele jaśniejsza od Boga.
- Nie rób tego, on i tak dostanie nauczkę - wyciągając ręce do góry powiedział Jezus.
Po chwili zrobiło się bardzo jasno i ciepło, Anioły zeszły z krzyża i poleciały aż do samego nieba, a Sat ukłonił się przed Chrystusem. Ten położył ręce na jego głowie i zabrał mu nieśmiertelność. Ciało sługi zła uległo natychmiastowemu rozpadowi, a on sam umarł cierpiąc tak jak cierpieli ludzie, nad którymi władzę sprawował.
- Reszta to wasza walka - Jezus wskazał na Monikę i odszedł w stronę nieba, tam gdzie poleciały Anioły.
Dziewczyna była już prawie przy drzwiach budynku kiedy to z nieba spadł płomień i cegły zawaliły jego wejście. Monika podniosła głowę do góry i zobaczyła czterech podobnych do Sata diabłów siedzących na zwierzętach przypominających smoki - po chwili była już pewna, że to są smoki, o których wcześniej słyszała jedynie legendy. Teraz mogła zobaczyć je na własne oczy.
"Jeszcze czterech, czy Jezus tego nie przewidział?" - pomyślał Marcin obserwując pogarszającą się sytuację.
Monika i Marcin byli już prawie gotowi do walki kiedy to jeden z lecących smoków spadł prosto pod ich nogi. Spojrzeli raz jeszcze w niebo i zobaczyli lecącego na świetlistym smoku Pawła. Szło mu bardzo dobrze, jego smok jednym ruchem ogona zniszczył dwa kolejne smoki zabijając przy tym dwóch Jeźdźców Apokalipsy.
"Jeszcze jeden" - pomyślał.
Zły smok uderzył ogromnym płomieniem, tak ogromnym, że Paweł prawie spadł z grzbietu smoka.
- Musimy go zaskoczyć, Golden - szepnął do nowego przyjaciela.
Nagle smok Golden i jego pan zniknęli, nie trwało to jednak długo, ponieważ chwilę później pojawili się z lewego boku przeciwnika. Jednym tchnięciem ognia Golden pozbawił życia zarówno jeźdźca jak i jego "rumaka".
Mateusz ciągle nie mógł dać sobie rady z rozszalałym tłumem. Jedyne co potrafił to modlić się, jednak widok Księży oraz innych sług bożych wymawiających imię Sata odbierał mu nawet chęć do tego. Ciągle powtarzając: "Pan Bóg mym pasterzem, nie brak mi niczego!" - starał się opanować zło w ludziach.
Smok wylądował, Paweł ześlizgnął się z jego lewej strony. Spojrzał na Marcina i jego piękne skrzydła, a później wodził wzrokiem zdeterminowaną Monikę starającą się usunąć gruz blokujący wejście do budynku.
- To Golden - bohater się uśmiechnął. - On nam pomoże odepchać te skały - dodał zwracając twarz w stronę Moniki.
Wsiadł na smoka, który odsunął się kilka kroków do tyłu i zionął ogniem tak potężnym, że wszystkie kamienie i cegły blokujące przejście zostały doszczętnie stopione. Paweł ruchem ręki wskazał Monice wejście. Ta nie myśląc długo wbiegła do środka. Był tam piękny mały pokoik, cały w obrazach przedstawiających świętą rodzinę, a po jego środku stało wejście na medaliony - średniej wielkości wyrzeźbiony krzyż . Monika włożyła medaliony, jeden po drugim w odpowiednie miejsca tak aby te utworzyły promienie wokół krzyża. Chwilę później Mateusz dostrzegł, że Plac św. Piotra zaczął się przemieniać, a krzaki cierniowe zwinęły się aż do tego stopnia, że po kilku minutach całkowicie zniknęły. Bohater ciągle powtarzał: "Pan Bóg mym pasterzem, nie brak mi niczego!".
Jednak w pewnej chwili słychać było już tylko tłum krzyczący:
"Mamy Papieża!".
Dwie minuty później wszyscy bohaterowie zebrali się pośrodku placu gdzie jeszcze niedawno znajdował się tron Sata. Teraz stali tam jedynie wierni gorączkowo starający się podać rękę Mateuszowi. Marcin złożył skrzydła, położył dłoń na ramieniu dopiero co poznanego przyjaciela i szepnął mu do prawego ucha:
- Gratuluję, Ojcze Święty...

Od autora - 15 czerwiec 2006
"Cóż z tego, że dobro zwycięża, jeśli zło stać na przegraną." - Wojciech Bartoszewski

Czy Bóg stawia nas przed przeznaczeniem? Ile jest dwa plus dwa? Czy Jezus kazał Judaszowi zdradzić swoją osobę? Ile jest trzy razy trzy? Czy Kod DaVinci przedstawia choć trochę prawdy? Ile jest...?

Ja jestem autorem tego opowiadania, to ja wciskałem kolejne klawisze mej klawiatury wbijając zero-jedynkowy kod przemieniany przez mój procesor w to co właśnie przeczytałeś. Jeśli spodziewasz się głębszej refleksji z mojej strony muszę cię rozczarować drogi czytelniku/czytelniczko. Tu ich nie znajdziesz. Jeśli zastanawiasz się, dlaczego nie opisałem głównych bohaterów ja ci na to nie odpowiem. Ja jestem jedynie kolejnym wytworem twej wyobraźni. To ty musisz sam zadać sobie pytania i na nie odpowiedzieć. Czy w komentarzach? A jak myślisz, czy komentarze to najlepszy sposób? A gdybym tak powiedział, że mam w dupie to co myślą inni i że piszę dla siebie. Oburzenie? Jesteście oburzeni? Mam to w dupie. To moje opowiadanie, a reszta to jedynie wasza myśl. Jestem pokręcony? A kto nie jest?

Ja piszę dla siebie, natomiast wy to czytacie...
[Czyli współgrasz z koncepcją AM#O:) - oczywiście jedną z wielu:p dop. Shiro]

Serek [ ziner4@wp.pl ]


Storytellers 2oo6. Wszelkie prawa zastrzeżone. Oprawa graficzna: aNomaLy


Online Napisz do nas! Ankieta - pomóż nam stworzyć jeszcze lepszy magazyn! Regulamin dla writerów

Spis treści
W górę

Spis treści