Przejdź do spisu treści...

A'Laerida

OD AUTORA: Jeśli to mizerne dzieło mojego autorstwa jest godne by je komuś zadedykować, to jest to osoba, którą darzę szczególnym uczuciem.
dedykuję go
AladriEli, która była mym natchnieniem.


Prolog

"[...] Mędrcy nie mieli pojęcia dlaczego Dziewiąty Arn opuścił Sale Śmierci, dopóki nie zginął Erayu. Erayu Kalanto! Ten sam, który zwyciężył w tylu bitwach, ten sam, który poświęcił życie Zakonowi Ainu, pokonał Hirluina i stał się Paladynem Czwartego Święcenia!
W Kręgu natychmiast wykryto nieobecność Arna w jego mrocznej twierdzy, gdziekolwiek miałaby się ona znajdować. Jednak Vokyaalowi powód jego wściekłości wydawał się oczywisty: Erayu zabił najpotężniejszego nekromaga. Możni nie mogli zrobić nic, poza wysłaniem Vokyaala, Obserwatora Kręgu, żeby spróbował ocalić rycerza. Jego teoria nie wydawała im się ani uzasadniona, ani sensowna. Jednak nie mogli mu nie zaufać po tym wszystkim co zrobił w służbie pokoju i dobra, po tym jak ocalił życie kilku z nich.
Zakony odegrały niewielką rolę w tej wyprawie; żaden paladyn trzeciego, czy nawet czwartego święcenia nie miał szans choćby zadrasnąć Króla Nieumarłych. Mogliby oczywiście dokonać Wielkiego Poświęcenia i wypróbować jego moc, ale musieliby się sprzeciwić woli Rad Kapłańskich z Geotrondu, które nie wyraziły na to zgody. Nie były gotowe na taką stratę. Niesłusznie, jak się później okazało, bo mogła to być ostatnia szansa na zwycięstwo.
Bo teoria Vokyaala była prawdziwa.
A'Laeryo był jeszcze niemowlęciem, a jego dziadek miał pięćdziesiąt dziewięć lat. Erayu miał złe przeczucia. Ukrył swego ojca i syna wraz ze służbą w zbrojowni. Plotka głosi, że zabrał tylko lekką zbroję, tarczę z herbem Kalanto i krótki miecz. Jedno z tych niewielu ostrzy, w które zaklęto świętą magię. Nie wziął swojego ulubionego miecza, a ojciec spytał go, dlaczego tak postępuje. "I tak mi się nie przyda, daj go mojemu synowi jak podrośnie"- odrzekł paladyn. Zamknął wrota zbrojowni i wyszedł. Wiedział co go czeka, ale nie czuł strachu. Sam ruszył w kierunku, który podpowiadało mu serce. Po drodze pozbył się jeszcze naszyjnika dającego ochronę i przewagę nad złymi istotami. Miał on jeszcze jedną właściwość, o której rycerz nie wiedział, a ta niewiedza mogła kosztować go więcej niż życie.
Bowiem w chwili, w której przyglądał się temu klejnotowi, darowi od przyjaciela, ważyły się losy wszystkich wolnych ludów Belerontu.
Przypomniał sobie przyjaciela i żałował, że nie oddał tej pamiątki synowi. Z całej siły rzucił naszyjnik w las; przecież nie mógł pozwolić, żeby dostał się w łapy plugawych sług Pana Śmierci.
Dotarł do Bramy Lasu Tar-nui-Narmo, by spotkać tam swe przeznaczenie. Nawet jeśli paladyn miał jakąś szansę przeżycia czy wygranej, spadły one do zera, gdy do swego pana dołączyli dwaj słudzy, arcynekromanci.


Ponoć Vokyaal spóźnił się z pomocą i zastał dom Erayu pusty, jednak nie potrafił wytłumaczyć Radzie zniknięcia ciała bohatera.
Chwalił się, że ocalił syna i ojca paladyna. Jego opowieść nie była satysfakcjonująca, wręcz przeciwnie; za plecami oskarżano go o tchórzostwo i dezercję. Po tym wszystkim co dla nich zrobił! Ale nie było powodu do wszczęcia śledztwa. Rozumowanie Rady Mędrców było proste: Pan Śmierci postanowił zabić swego wroga, a od jego decyzji nie ma odwrotu. Nie ma ucieczki. Co się stało z ciałem? Vokyaal podjął się misji jego odnalezienia, chciał obronić swoje dobre imię, wywiązać się z obowiązku. Długo go szukał, aż w końcu zakończył 500-letnią kadencję Obserwatora Kręgu i umarł, bo taki jest kres tych, którzy wybrali los Mędrca Rady, niezależnie od rasy. Niedługo potem sprawę zamknięto. Kronikarze nie szczędzili mu krytyki, ale w świetle tego co wiedzieli nie mogli przypisać mu negatywnej roli w dziejach. Zapamiętano go jako bohatera, bo dokonywał czynów wspaniałych i nawet paladyni zawdzięczali mu wiele.

Skończyła się też władza Dziewiątego Arna, tak przynajmniej sądzono. Bowiem Pan Śmierci dzięki pomocy swego sługi panował rok dłużej. Było to niezwykłe, zwłaszcza że Erayu zabił jego najwierniejszego nekromaga. Zawiodła starożytna magia, zawiodła praca setek pokoleń. Mędrcy podejrzewali wiele, ale nie zrobili nic. Ich magia była skażona zdradą.
Władca Nieumarłych bez przeszkód złamał czary, które miały go pozbawić wolności na zawsze. Następny Arn, później nazwany Ar'Nasedem- Paradoksem, był zbyt inteligentny, by obwieszczać to światu. Tym razem nie da Mędrcom satysfakcji z długo utrzymywanego pokoju. Uda mu się zachwiać równowagę.[...]"

"A'Laeryona wychowywał dziadek, który uczył go fechtunku i wpajał mu wiedzę o świętej magii. Należał do rodziny Kalanto, z której zrodzili się najwspanialsi rycerze światła. Ale jego przygody to osobna historia."

- Druid Lizander, "Dzieje Belerontu"


A'Laerida

Na świecie, który elfy nazwały Belerontem, od dziesięciu lat trwała najstraszliwsza, choć nie największa z wojen. Nie będziemy tu rozważać jej przyczyn ani dokładnego przebiegu, bo to długa i smutna opowieść. Wystarczy rzec, że pożoga pochłaniała już dwie z trzech stolic Przymierza, do którego należały trzy rasy: ludzie, elfy i krasnoludowie.
Nasza historia dzieje się w Drugiej Erze, kiedy na dalekiej północy kontynentu trwa bitwa o Geotrond, stolicę ludzkiego plemienia.

Sto pięćdziesiąt mil na południe od Geotrondu wieść o wojnie była zaledwie pogłoską. W Shindale nie obawiano się orków, goblinów i trolli, gdyż miasteczko Shindar miało od niedawna zaszczyt gościć wspaniałych wojowników. Dokładniej od czasu, kiedy burmistrz ogłosił wielki turniej. Jego zwycięzca miał otrzymać aż tysiąc sztuk złota, magiczny miecz i laur ze świętego krzewu Vainen! Tak wspaniałe nagrody przyciągały awanturników z całej północy. Nawet niektórzy żołnierze z oblężonej stolicy dezerterowali żeby spróbować sił w zmaganiach.

* * *

Trójka poszukiwaczy przygód podążała bez pośpiechu leśną ścieżką, która wiodła przez Las Wilków do Shindale. Dwóch mężczyzn - elf i człowiek, oraz elfia dziewczyna rozmawiali ze sobą, śmiali się.
- Co zrobisz z nagrodą Kelorinie? Kupisz sto beczek elfickiego wina? - spytał wesoło wyższy mężczyzna odziany w srebrną zbroję.
- Tak i ciebie pierwszego w nim utopię - odrzekł poirytowany elf. - Z resztą i tak wiemy, że to ty wygrasz ten turniej A'Laerionie Kalanto, paladynie z Shindale. Miecz i pieniądze będą twoje, ale laur oddasz druidowi prawda? Za złoto pewnie kupisz Aladrieli pierścio...
- Daj spokój, to nasza... to znaczy... jego sprawa - przerwała mu elfka. Jej lico przybrało rumianej barwy.
- Dobrze już dobrze, nie wtrącam się - skwitował jej zakłopotanie Kelorin.
Elf za dobrze znał przyjaciół, żeby nie podejrzewać ich o coś więcej niż romans. Podczas służby strażniczej na dworze Malaera dość się napatrzył na parę przechadzającą się po ogrodzie w świetle gwiazd. Kiedy wymykał się spełnić kilka plugawych misji dla gildii łowców nagród często przypadkiem natrafiał na A'Laeriona i Aladrielę. Nie chciał teraz przypominać im o tym, że poznał ich tajemnicę. Elfom i ludziom nie wolno było się wiązać, a paladynom ze święceniami nie wolno było nawet kochać. Kelorin polubił ich oboje i zastanawiał się czy kiedyś mógłby im pomóc. Na razie nie mógł nic zrobić poza towarzyszeniem przyjaciołom w niebezpiecznych wyprawach i pełnieniem funkcji "przyzwoitki", rzucaniem karcących spojrzeń kiedy kochankowie zapominali się publicznie.
- Do Shindar jeszcze jakiś tydzień drogi, do turnieju zostało dziesięć dni...- elf próbował przypomnieć sobie trasę.
- Powinniśmy dotrzeć na czas bez przeszkód - rzucił beztrosko paladyn pogładziwszy rękojeść miecza. Dobrze znał te okolice.
- Nie byłabym taka pewna - powiedziała przerażona Aladriela. - Spójrzcie tam! - wskazała na gęstą kępę ostrokrzewu na prawo od ścieżki.
W pierwszej chwili A'Laerion nie dostrzegł, że we wskazanym miejscu toczy się walka pomiędzy dwoma wilkami, choć bystre oczy elfów widziały doskonale przerażającą scenę.
Dwie potężne bestie szamotały się ze wściekłą zawziętością. Jedna była biała jak śnieg, druga czarna jak noc, obie miały kły oblepione krwią przeciwnika. Ciemna bestia pozbawiła jasną tchu i przegryzła jej kark.
- O nie! To zły znak! - krzyknął przerażony Kelorin. - Ta bestia biegnie na...
- Na Aladrielę! - krzyknął paladyn dostrzegłszy bestię wyłaniającą się z gąszczu, którego wcześniej nie mógł przeniknąć wzrokiem.
- Hauta! Hauta heri! - rzyczał elf w rodzimym języku.
Aladrela lubiła wilki, ale zdawała sobie sprawę, że ten jest inny, że to sługa ciemności w wilczej skórze. Kiedy A'Laerion i Kelorin przyglądali się walce uciekła na wschód wzdłuż ścieżki. Za zakrętem okazało się, że ścieżkę blokuje upadłe drzewo. Teraz mogła tylko szykować się na cios, bo po lewej stronie drogi był pagórek zbyt stromy żeby się na niego wspiąć. Przygotowała krótki mieczyk.
Paladyn rzucił się biegiem w stronę ukochanej.
"Nie zdąży" - pomyślał Kelorin. Był doświadczonym strzelcem, a łuk miał przygotowany odkąd ujrzał bestię. Puścił strzałę. Trafił w szyję zwierzęcia. Puścił następną. Trafił w serce.
Ku zgrozie całej trójki wilk nie odczuł tych ciosów bardziej niż ukłuć owada. Dopadł elfkę i ugryzł ją w rękę, w której trzymała krótki miecz, zanim otrząsnęła się z szoku. Upadła na ziemię.
Kelorin odrzucił łuk, wyciągnął dwa sztylety i wściekle rzucił się w stronę bestii. A'Laerion już dopadł przeciwnika i zadał kilkanaście ciętych i kłutych uderzeń zanim wilk dostrzegł, że ma nowego wroga. Rycerz przez złość zapomniał o robieniu uników i nie zdążył zasłonić tarczą. Bestia zdążyła go ugryźć w ramię, zanim jego ostrze zadało kolejną serię, ale on zdawał się nie czuć bólu. Błękitne oczy paladyna zapłonęły chęcią zemszczenia się za krzywdę zadaną ukochanej.
Wilk regenerował rany szybciej niż paladyn mrużył oczy. A'Laerion zrozumiał, że zwierzę jest przeklęte. Jemu i Aladrieli grozi coś więcej niż rana po ugryzieniu...
Kelorin dołączył do walczących w samą porę żeby zobaczyć jak A'Laerion rzuca zaklęcie odpędzające złe duchy. Nagle wilk stracił siły i odczuł wszystkie rany.
Paladyni, rycerze światła, dobrze znają sztukę magiczną.
W końcu wilk upadł, a z jego ciała uleciał czarny duch. A"Laerion zareagował natychmiast.
- Dihti! Malia! - wypowiedział słowa zaklęcia i demon zniknął w błysku światła.
- Dobra robota - pochwalił go Kelorin, ale paladyn nie słuchał. Podbiegł do ukochanej.
- Z nią chyba wszystko dobrze - powiedział Kelorin.
Paladyn obejrzał jej rękę. Zamiast zakrwawionej rany zobaczył dobrze zagojoną, dziwną, szkarłatną bliznę. Przeraził go ten widok, ale nic nie powiedział.
- Nic mi nie jest - powiedziała Aladriela z niekłamaną miną. Ku zdziwieniu mężczyzn wstała z gracją i ucałowała A'Laeriona.
- Ta rana może być groźna - ostrzegał paladyn. - Lepiej wracajcie na dwór Malaera, ja pójdę sam na turniej.
- Przecież ciebie też ugryzł! Wracaj z nami! - nalegała dziewczyna. Przez chwilę wyglądała jakby ręka ją zabolała, ale nie dawała za wygraną.
A'Laerion to dostrzegł i sam poczuł piekący ból w lewej ręce.
- Jeśli źle się poczuję to zawrócę, ale nie martw się. Nasz druid, Lizander, wspominał o tej chorobie i wiem jak ją wyleczyć. - Przez chwilę zastanawiał się jak bardzo ją kocha. Wiedział co zaraz zrobi.
- Aladrielo pokaż rękę - chwycił jej chorą dłoń i położył na niej swoją zdrową. - Lio, vocio merionuss! - powiedział głośno. Jego dłoń otoczył błękitny blask, gdy blizna dziewczyny zaczęła znikać. Jednak nie zdążyła zniknąć do końca, kiedy paladyn przerwał zaklęcie i upadł.
- A'Laerionie! Co się stało? Wszystko w porządku? - Pytała przestraszona Aladriela.
- Tak myślę - odparł paladyn wstając.
Wiedział co się stało. Zaklęcie nie zadziałało poprawnie, bo klątwę na wilka rzucił ktoś potężniejszy od niego. Popatrzył na rękę ukochanej. Blizna pozostała, ale wyblakła. Zapewne trucizna straciła część mocy odpowiedzialną za cierpienie. Miał wrażenie, że wziął na siebie jej ból. Tak było w istocie. Kelorin spojrzał na przyjaciela. On też rozumiał co się stało i też nie chciał mówić o tym Aladrieli. W głębi jego serca zrodził się niepokój: niewielu na świecie posiadało większą moc niż A'Laerion, paladyn z Shindale. Syn Erayu dawno nie spotkał godnego przeciwnika, a świadomość, że ktoś taki jest w pobliżu nie była dla elfa ani trochę przyjemna. Paladyn zdawał się tym nie przejmować. Obchodziła go tylko ukochana. Kelorin podzielał jego niepokój o elfkę.
Aladriela czuła, że dzieje się coś złego, mimo że już nie cierpiała. Popatrzyła w oczy łowcy i paladynowi. Nie powiedzą jej. Za bardzo się martwią. Miała tylko nadzieję, że wszystko będzie dobrze i że jej niewiedza nie obróci się przeciwko ukochanemu.
A'Laerion widział jej smutek i nie miał zamiaru pozwolić ukochanej i przyjacielowi wracać bez swojej opieki przez niebezpieczny las.
- Do dworu Malaera tylko kilka godzin drogi - powiedział towarzyszom. - Nie mogę zostawić was samych - dodał ku uciesze elfów. - Ruszajmy, bo może być ich więcej!

Droga nie była trudna ani długa, po trzech godzinach marszu dotarli do dworskiej bramy. To był najwspanialszy dom na zachód od Tilidius.
Strażnicy bez pytania wpuścili ich na dziedziniec. Ich oczom ukazał się znany widok: dziwaczna budowla z białego kamienia, w kształcie niskiego drzewa o szerokim pniu, otoczona kilkoma mniejszymi. Było już ciemno i z dziesiątek okien sączyły się światła o wielu barwach. Elfy nie używały świec, wolały magiczną jasność kryształów, ifaerie.
Gospodarz darzył A'Laeriona ojcowskim uczuciem. Rodzice paladyna zginęli na na jednej z wojen, które tak długo nękały północ. Wychowywał go dziadek, fechmistrz rodu Kalanto. Kiedy senior domu wyruszył w daleką podróż, dom rodziny Kalanto zostawił pod opieką A'Laeriona, który niezbyt lubił w nim przebywać. Zwłaszcza, że służący nie tolerowali jego związku z elfką, chociaż nie mogli mu się sprzeciwiać. Zdecydowanie wolał dwór przyjaciela jego ojca, Malaera, w którym zawsze rozbrzmiewały śpiewy elfów, w którym poznał wspaniałych towarzyszy.
Kelorin pełnił tu funkcję dowódcy straży, ale często wykradał się na niebezpieczne wyprawy u boku przyjaciół. Pan domu przymykał oko na jego wybryki ze względu na A'Laeriona. Nie chciał, żeby paladyn podróżował sam.
Malaer gościł podówczas Lizandera, więc A'Laerion zasięgnął rady druida. To czego się dowiedział potwierdziło jego podejrzenia. Wrócił do pokoju gościnnego i spędził ostatni wieczór przed wyprawą z ukochaną.
Postanowił, że wyruszy na turniej następnego ranka. Tym razem pomaszeruje na północny wschód, przez step Brinn. Była to krótsza droga. Niestety step Brinn słynął z okrutnych trolli...

* * *

Kiedy towarzysze zmagali się z wilkiem, obrońcy Geotrondu przeżywali chwile grozy. Do orków i goblinów oblegających stolicę dołączyła właśnie armia nieumarłych. Tak niezwykłej współpracy nie wiedziano przedtem w żadnej z wielkich wojen. Teraz dzielnych żołnierzy nękała trwoga przed zombie, wampirami, ghulami, upiorami i... smokami.
Król Teornur osobiście stał na murach obronnych, podnosząc morale żołnierzy, gdy z wieży obserwacyjnej doniesiono mu o smokach. Dwóch nieumarłych smokach. Wspaniały Teornur, bohater wielu bitew, zamarł gdy usłyszał głos posłańca:
- Panie! Smoki nadlatują! Dwa nieumarłe smoki! - wiadomość sparaliżowała zarówno ludzi broniących murów, jak orków napierających na nie.
Smoki bowiem były najpotężniejszymi z bestii, potwornymi uskrzydlonymi gadami, które niszczyły wszystko na swej drodze ognistym podmuchem. Były odporne na magię i praktycznie niepokonane. W Beleroncie nikt nie panował nad smokami, poza królem nieumarłych, którego ponoć unicestwiono dwadzieścia lat temu. Władca nieumarłych ożywiał zabitego smoka i miał pełną kontrolę nad bestią.
Tym więcej powodów do troski miał król Geotrondu, gdy ujrzał na horyzoncie ogromne czarnozielone sylwetki. Któż kontrolował te mocarne bestie? Chyba nie pomagają orkom z własnej woli.
Pokonanie jednego nieśmiertelnego smoka było prawie niemożliwe, a co dopiero dwóch doskonale współpracujących ze sobą. Bestie były diabelnie inteligentne i z powodzeniem dowodziły w bitwach.
Oczywiście siły dobra miały przeciwwagę na taki atak. W Geotrondzie mieściły się siedziby znamienitych magów, gildie wojowników i zakon paladynów, rycerzy światła. Ta ostatnia organizacja pełniła straż nad utrzymaniem równowagi na świecie, a arcykapłani paladyńscy potrafili przyzwać starożytną magię. Ten akt mocy często złościł bogów, szczególnie Ainu - opiekuna zakonu, gdyż boskie prawo zabraniało śmiertelnikom używania mocy niemal dorównującej niebiosom.
Dlatego właśnie Teornur wzdragał się przed użyciem zdolności arcykapłanów prawie tak bardzo jak przed wizją spopielonego przez smoki miasta. Jednak właśnie w paladynach pokładał największą nadzieję, gdyż do jego uszu dotarły pogłoski o postępach dziedzica rodu Kalatno, A'Laeriona. Jego ojciec, Erayu, którego czyny przeszły do legendy, na pewno przekazał synowi tajemną wiedzę i zdolności przydatne w walce z najsilniejszymi z nieumarłych. Król słyszał także od jednego ze złapanych dezerterów o turnieju w Shindale, w którym nagrodą był magiczny miecz.
"Chłopak nie przepuści takiej okazji" - pomyślał władca. "Będzie próbował udowodnić swoje zdolności i przy okazji zdobyć magiczny oręż. Plotka głosi, że to miecz jego ojca."
Smoki bez zaproszenia wzleciały nad miasto i rozpoczęły niszczycielskie dzieło. Tak jak przewidział król bestie współpracowały jakby kierował nimi jeden umysł.

Kiedy potwory zaczęły dzieło zniszczenia, król, generałowie i kapłani natychmiast teleportowali się do sali obrad. Debatowali nad użyciem boskiej mocy.
- Już raz jej użyliśmy podczas oblężenia! - skarżył się jeden z kapłanów - Ainu nie wybaczy drugiego wezwania, bogowie będą wściekli!
- Wolisz patrzeć jak Stolica Północy płonie!? - krzyczał jeden z generałów.
- Dość kłótni, nie mamy na nie czasu! - zagrzmiał król. - Arcykapłanie, niech twoi podwładni rzucą zaklęcie tarczy na miasto. Ile wytrzymacie?
- Nie dłużej niż tydzień.
- Zatem musicie wytrzymać dwa. - oznajmił Teornur.
- Tymczasem przyprowadziłem kogoś, kto może sprowadzić pomoc. - król skinął na strażnika, żeby wprowadził gościa. W drzwiach ukazała się młoda, piękna elfka o lawendowej skórze.
- Nadia, gryfi jeździec do usług - przedstawiła się dziewczyna.
- Nadia sprowadzi do nas bohatera, który zajmie się smokami - oznajmił niecierpliwie król.
- Tego nie mogę obiecać - odparła szybko Nadia. - To dumny rycerz, nie zapomni urazy, której doznał jego ojciec za sprawą Rady Mędrców. - gdy to mówiła, kapłani chcieli zaoponować, ale król nie pozwolił im na to.
- Wszakże nie pozwoli, żeby cierpieli jego pobratymcy? - spytał szybko Teornur. Nadia uśmiechnęła się.
- Oczywiście, że nie.

* * *
A'Laerion przez stepy rozciągające się na zachód od Taur-nu-Narmo. Las Wilków był mroczny o tej porze roku. Jesienne słońce chyliło się ku zachodowi a czarny, przedwieczny świat pełen dzikich stworzeń zbliżał się z każdą chwilą. Laerio nie obawiał się ich. Wychował się w pobliżu tej puszczy.
Potężne konary skrzypiały na wietrze. Z kryjówek powychodziły nocne poczwary, drapieżne zwierzęta oraz bestie, które boją się tylko światła. Nieustanne pohukiwanie polujących sów drażniło uszy. Z oddali słychać było wycie wilków. "Spodobałoby Ci się tutaj Aladrielo"- powiedział cicho paladyn. Nie wiedział, że przekracza Bramę Lasu po raz ostatni w swym pełnym przygód życiu. Otaczały ją dwa wspaniałe elleorny, drzewa nimf. Dawno temu zasiała je tutaj kapłanka Nereis, na pamiątkę pojedynku Erayu i Dziewiątego Arna. Młody rycerz nie miał czasu na ich podziwianie, uczynił jednak Khe-Ainu - znak szacunku i ruszył dalej w ciemność.
*
Bez wytchnienia, od pięciu dni i nocy, maszerował przez Step Brinn. W myśli powtarzał imię elfki, którą chciał ocalić.
Na chwilę zatrzymał się i wspominał ostatnie chwile z Aladrielą. Kazał jej nie ruszać się z domu, mimo że choroba nie odbierała jej sił. Jej jedynym przejawem była szkarłatna blizna na lewym ramieniu. Druid Lizander twierdził, że to klątwa. A'Laerion musiał mu uwierzyć. W końcu on też odczuwał coś innego niż przy zwykłej truciźnie. Odpiął naramiennik i obejrzał swoją bliznę. Była trochę większa niż ostatnio i piekła go co jakiś czas. Wiedział, że to skutki niedopełnionego zaklęcia nakładania rąk, które rzucił na ukochaną. Nieudana próba uleczenia spowodowała przejęcie przez mężczyznę cierpień związanych z chorobą i na szczęście zneutralizowało ból dziewczyny. "Jednak jej blizna nie zniknęła, więc klątwa pozostała"- pomyślał rycerz. Odczuwał teraz podwójne cierpienie, podwójną słabość, ale ulgę dawała mu myśl, że jego ukochana zaśnie spokojnie. Miał szczęście, że nie przejął również złego zaklęcia, bo mogło się to skończyć tragicznie.
Lizander powiedział, że jedynym sposobem na zdjęcie klątwy jest napar, który można przyrządzić ze świętego Krzewu Vainen. Był hodowany w tajemnicy, ale co roku organizowano w Shindar turniej, którego zwycięzca otrzymywał laury z tego krzewu, magiczny miecz i tysiąc sztuk złota. Jednak A'Laerion nie myślał o bogactwie. Był gotów oddać jeszcze większą fortunę za sam laur. "Jeśli lekarstwa nie starczy dla nas obojga, to poświęcę swe życie Ainu"- obiecał sam sobie. Nie powiedział Aladrieli o klątwie, nie powiedział, że mogą nie dożyć wiosny. Dziewczyna podejrzewała, że nie jest to zwykła choroba. Podczas ostatniej kolacji obiecał, że wróci cały i zdrowy z gotowym antidotum, kiedy słońce wzejdzie czternasty raz od następnego poranka.
- Czekaj tu na mnie i pod żadnym pozorem nie opuszczaj tego miejsca. Tam czai się coś gorszego niż dzikie zwierzęta - ostrzegał A'Laerion.
- Nie musisz mnie pouczać... bardziej boję się o Ciebie - odparła Aladriela, a młodzieniec wyczuł troskę w jej głosie. W jakiś sposób wiedziała, że grozi mu niebezpieczeństwo.
- Może weźmiesz ze sobą Kelorina? - spytała z nadzieją.
- On zostanie przy tobie - tym razem paladyn był nieugięty. - Jego również nie mogę narażać... to moja walka. Gdyby... gdyby udało mi się... powstrzymać tę bestię...
- To nie twoja wina - przerwała mu łowczyni - Już po raz piąty uratowałeś nam życie i wiem, że zrobiłeś wszystko, żeby mnie nie ugryzł ten przeklęty wilk - dodała.
- Ale zawiodłem - oznajmił ze smutkiem. Dziewczyna już dawno nie widziała go w takim stanie. Przytuliła go mocno i pocałowała w policzek.
- Jesteś naprawdę niezwykły... ale za bardzo się tym martwisz.
A'Laerion odwzajemnił pocałunek. Poczekał przy niej aż zaśnie, zabrał niezbędny ekwipunek i ruszył do bramy grodu. Po drodze powiedział kapitanowi straży, Kelorinowi, żeby pilnował elfki i nie pozwolił jej podążyć za nim, gdyż rusza w niebezpieczną podróż.
- Tej nocy będzie miała spokojne sny Kelorinie. Wypiliśmy jej ulubione wino, z jej rodzinnego kraju - powiedział paladyn.
Wyglądał na osłabionego. Tylko przed przyjacielem nie wstydził się okazać słabości. Wyglądał jakby niósł wielki ciężar, a przecież miał przy sobie tylko miecz i sakwę. Jego zbroja była ciężka, ale wcześniej nigdy mu to nie przeszkadzało.
- Dobrze się czujesz? - spytał zatroskany elf.
- Słabnę z każdą chwilą.- wyznał szczerze paladyn.
- Opiekuj się nią kiedy mnie nie będzie, mogę nie wrócić z tego turnieju Kelorinie... - dodał A'Laerion.
- Trudno będzie ją powstrzymać przed podążeniem za tobą przyjacielu - odparł Kelorin. - Zrobię co w mojej mocy...może wybierze się ze mną na polowanie? - zaproponował elf.
- Tylko nie zbliżajcie się do granic Taur-nu-Narmo. Dawno mnie tam nie było, nikt nie oczyszczał ostatnio lasu ze zła. Zrobię z tym porządek na wiosnę....
- Jeśli dożyjesz wiosny - dokończył za niego elf.
- Zatem pora wyruszać, jeśli mam iść z wami na Dzień Nereis. Żegnaj.- rycerz uściskał przyjaciela i zniknął w mroku.
- Do zobaczenia - poprawił go cicho kapitan straży.

*
Ból w ręce sprawił, że A'Laerion ocknął się ze wspomnień i ruszył dalej ścieżką, którą znał tylko on i Kelorin. Niechętnie opuszczał Dwór Malaera, w którym zawsze witano go przyjaźnie. Również niechętnie opuszczał ukochaną. "Tam będzie bezpieczna."- pocieszał się w duchu. Od rozmowy ze strażnikiem minęło już pięć dni, w czasie których paladyn pokonał czterdzieści staj.

Do turnieju w Shindar zostały trzy dni. Po drodze prawie nikt nie próbował go zatrzymać. Jego oczy płonęły błękitnym blaskiem a dzikie bestie uciekały w popłochu, myśląc że to jeden z Avatarów kroczy przez pustkowia. Ludzie i elfy ustępowali z drogi, biorąc go za Świętego Räe, jednego ze sług boskiego Ainu. W tej chwili daleko mu było do świętości, ale wstąpił w niego zapał właściwy paladynom. Kilka nierozważnych trolli ostatniej nocy skosztowało tego "zapału".
Nie lubił zabijać. Tych istot również nie uśmiercił, bo Odkupiciel Kaloera był mieczem uświęconym. Służył niszczeniu nieumarłych, ale zabicie żywej istoty mogło odebrać mu moc. Laerion doskonale zdawał sobie z tego sprawę, dlatego poprzestał na rozbrojeniu trolli. Zastanawiał się, czy w walce finałowej turnieju burmistrz karze mu zabić przeciwnika. Rozmyślając dotarł do leśnej polanki, z której już niedaleko było do skraju lasu. Rozważania przerwał mu straszliwy, zimny głos, którego nie mogło wydawać żadne żywe stworzenie. - Zaczęło się - powiedział rycerz.
- Podejdź tu rycerzu... paladynie... dołącz do nas... skosztuj nieśmiertelności - głos dobiegał z ciemnego miejsca za zbutwiałym pniem dębu.
- Nie mam czasu na wasze bzdury - oznajmił paladyn. Widział jak dwóch zombie wściekle przedziera się w jego stronę.
- To nie będzie trudne - dodał wyciągając Odkupiciela Kaloera ze zdobionej pochwy. Miecz zalśnił oślepiającym blaskiem, a pieczęć zakonu okryła jego zbroję srebrnym pyłem.
- DRWISZ SOBIE ZE ŚMIERCI? Zżera Cię butność, duma bezczelnych rycerzy... a nasz Pan z przyjemnością zeżre Cię na kolację...- zasyczał zombie.
- Wasz pan? Leniwe ścierwo, które siedzi sobie na tronie i wysysa życie z tego co mu przytaszczycie? WASZ PAN?! TEN SAM, KTÓRY ZABIŁ MOJEGO OJCA!?! - Tym razem w jego oczach zniknął błękitny blask. Zapłonęły dziwną zielenią. Nie było w nich litości dla umęczonych dusz. Dziadek kiedyś wspominał, że przyczyną śmierci jego ojca mógł być właśnie król nieumarłych. Zaraz zniszczy te plugawe bestie, zrobi to bez czaru modlitwy. Zasługują na wieczne potępienie. Kaloer utracił trochę blasku. Ręka z blizną zabolała go straszliwie... ale to o dziwo dodało mu sił. Nie, nie wolno mu tego zrobić. Przypomniał sobie brata Nadii i innych, którzy nie chcieli stać się nieumarłymi. Nie zawiódł wtedy i nie zawiedzie teraz. Nie mógł ocalić ich życia, ale ocalił ich dusze. W jego oczach znów zagościł błękit.
Skoncentrował się i poczekał na pierwszy cios. Dwóch nieumarłych podbiegło do niego jednocześnie i jednocześnie uderzyło. Pierwszy dźgnął włócznią, drugi ciął mieczem. Paladyn uskoczył w bok od długiego drzewca i natarł na przeciwnika z mieczem. Parowanie, szybki unik, celny cios, uskok, wszystko to opanował perfekcyjnie na treningach, a w walce z nieumarłymi również miał sporo doświadczenia. Teraz ból w ręce był nieważny, uśpiony. Walczył techniką, której nauczył go dziadek, fechmistrz domu Kalanto, z którego zrodzili się najwspanialsi rycerze światła. Kaloer iskrzył przy każdym ciosie, służył za ochronę i za broń, pełnił w bitwie dwojaką rolę. A'Laerion wykonał taniec ostrzy, po którym bronie przeciwników leżały wyszczerbione na ziemi.
- ...Dihti, Malya kriedo silme! Dihti! - Zakończył czar modlitwy za dusze, a Święte Ostrze dopełniło dzieła.
Uwolnione dusze rozpłynęły się w smudze światła. Rycerz odetchnął z ulgą.
- Spełniłem swój obowiązek. Khae Ainu silme- oznajmił głośno i podniósł w górę pieczęć zakonu. W krysztale nad zdobioną pieczęcią zabłysnęły dwie nowe gwiazdy.
Po chwili zdał sobie sprawę, że wschodzi słońce. Dopiero teraz uświadomił sobie, że nie jadł i nie spał od kilku dni. Jego siły były na wykończeniu. Z tobołka wyciągnął butelkę elfickiego wina i pociągnął zdrowo. Postanowił jeszcze przed odpoczynkiem odprawić szybki pogrzeb; co prawda śpieszył się na turniej, ale nie mógł nie dopełnić obowiązku wobec umęczonych dusz.
Zastanowił się jakiego boga mogli wyznawać ci ludzie zanim stali się zombie. Z ich zniszczonych ubrań wywnioskował tylko tyle, że to miejscowi wieśniacy.
"Pamiętam, że kiedyś wyznawali Vainen, a ona karze grzebać zmarłych. Jej formuły raczej nie różnią się zbytnio od nakazów Ainu" - pomyślał Laerio i uczynił wolę boginki.
Pożywił się elfim chlebem, który upiekła dla niego Aladriela.
Nadrobił trochę drogi i mógł pozwolić sobie na kilkugodzinny odpoczynek. Paladyni byli wyćwiczeni w kontrolowaniu snu, więc obudzi się na czas. Znalazł sobie wygodne posłanie z mchu i zasnął. Wino zapewniło mu przyjemny sen.

Przechadzał się po pachnącym kwiatami ogrodzie. Przy małym drewnianym domku rosły Krzewy Vainen. Ich liście srebrzyły się w wiosennym słońcu. W błękicie nieba płynęły leniwie białe obłoki. To był dzień wiosny, Dzień Nereis, w którym A'Laerion obieca ukochanej, że nie pójdzie już na wojnę. Zbroja, miecz i inny rynsztunek wisiały zakurzone na kominku albo leżały w kufrze. Paladyn zaczął się niecierpliwić. Postanowił, że wyjdzie ukochanej na spotkanie. Znalazł ją niedaleko kamiennego mostu, który wyznaczał północną granicę ziem rodziny Kalanto.
Aladriela tańczyła nad strumieniem, nad którym spotkali się pierwszy raz. A'Laerion przez chwilę obserwował jej zgrabne ruchy. Tak bardzo za nią tęsknił! On również zatrzymywał się tutaj za każdym razem, gdy wracał z wypraw, na które nie mógł zabrać ze sobą łowczyni. Postanowił, że tutaj obieca jej wieczną miłość i więcej nie weźmie udziału w wojnie. Przynajmniej dopóki wrogowie nie odnajdą ich domku. Wyciągnął z kieszeni małe, kryształowe pudełeczko. Otworzył je i przyjrzał się pierścieniowi. "Jest piękny...może nie najpiękniejszy na świecie, może nie tak piękny jak ona, ale zapewni jej bezpieczeństwo, kiedy wszystko inne zawiedzie." Pomyślał chwilę, a na głos zaintonował jej ulubioną pieśń. Odpowiedziała mu w rodzimym języku:

Ae! niro palatinus
Ai mir henio i dhun,
Eli siria eli silla
Tira! eli eri e yir....

W porywie miłości podbiegł do pięknej elfki. Wtuliła mu się w ramiona.
- Aladrielo... kochana... tęskniłem - powiedział A'Laerion.
- Ja też. Uwielbiam to miejsce... tutaj twoja przyjaźń przerodziła się w miłość, prawda? - spytała elfka.
- Tak... myślę, że tak.
Uklęknął przed nią i zaczął nieśmiało:
- Aladrielo, czy w tym pięknym miejscu, gdzie paladyn mężnego Ainu i łowczyni pięknej Vainen spotkali się po raz pierwszy, czy zgodzisz się wyjść za...
Nagle zaręczyny przerwało straszliwe wycie. Z pobliskiego lasku wybiegł przeklęty wilk. Aladriela lubiła wilki, ale wiedziała, że ten jest inny. Że zaraz zabije ich oboje. Pocałowali się raz jeszcze.
- Uciekaj - Wyszeptał jej do ucha. Nie posłuchała.
- Nic mi nie będzie, uciekaj! - Tym razem krzyknął. Patrzył jak ukochana ucieka w stronę mostu. Teraz spojrzał na bestię pędzącą w jego stronę. Usłyszał krzyk Aladrieli i odwrócił się.
- NIE! - Wrzeszczał paladyn widząc, że spod mostu wyskoczyła druga bestia i pędzi za dziewczyną.
- A'Laerionie!
Obudził go krzyk dziewczyny. Poznał go jeszcze zanim otworzył oczy.
- A'Laerionie! - krzyczała Aladriela. - Wstawaj! Nie zdążysz na turniej!


c. d. n.
OD AUTORA: Zapraszam do współpracy w tworzeniu cyklu opowieści z Belerontu. Oskarżenia, obelgi, mięso rzucamy na adres

A'Laerion Kalanto [ alaerionkalanto@gmail.com ]


Storytellers 2oo6. Wszelkie prawa zastrzeżone. Oprawa graficzna: aNomaLy


Online Napisz do nas! Ankieta - pomóż nam stworzyć jeszcze lepszy magazyn! Regulamin dla writerów

Spis treści
W górę

Spis treści