|
PART 1
Czyli po prostu oszalał. Mniej więcej tak jest i jeszcze podobno oni tak mówią. Chociaż przyznają, z pewną emfazą, zainteresowaniem graniczącym z obsesją, że przeszedł sam siebie. Jasne, jego zachowanie nie było "normalne" w przyjętej formie przez ludzi szarych, nijakich, obryzganych papką rzeczywistości. Powiedzmy sobie szczerze, u niego na pewno, stawiam nacisk Na Pewno zachowanie łapało się pod definicje słowa normalność. Lecz jest gorzej i smutniej, taka rozpacz wyłazi z najlepszego przyjaciela, jakim jestem dla niego. Chciałbym do niego podejść, złapać go za ten skórzany pasek przepasający jego talię i przyciągnąć do siebie by strzelić w pysk w celu uspokojenia. Łazi rozgorączkowany, niespokojny i paplający coś pod nosem, wzbudzając zainteresowanie sąsiadów. Także małych dzieci, co chichoczą i wytykają go brudnymi palcami od lodów. Na dodatek mówią, że się do ludzi odzywa!, bo zaczepia podstarzałe babska, uśmiecha się do nich tak promiennie, że aż te niczemu winne jędze żegnają się nabożnie i spluwają mu pod nogi. Ciągle słyszę te rewelacje. Temat numer jeden na naszej ulicy, w naszym bloku, zakichanej mieścinie, skąd każdy, co ma krzty rozumu ucieka przy nadarzającej się okazji. Owszem jestem głupcem mieszkając tutaj, czując jakiś sentyment do obdrapanych bloków. Głupcem, co związał się z innym głupcem, mężczyzną infantylnym, jak dziecko, tak słodko niewinnym oraz naiwnym. Z moim kotkiem. Moje rozważania przerwał, a jakże, osoba najbardziej wplątana w całe to zamieszanie, osoba, co będąca teraz na ustach wszystkich, wymachuje radośnie rękami. Oto On, a dokładnie mój kochanek od dwóch lat- jasnowłosy Corl.
-Nie uwierzysz!- wykrzyknął z progu, z rozmachem zrzucając płaszcz na ziemie i nie kwapiąc się go podnieść, choć znał mój pedantyzm, moją obsesje, karzącą mi wszystko wycierać i układać na swoje miejsce. Mą nienawiść do spraw nieuporządkowanych, co burzą upragnioną harmonię. Corl jednak nie przejmując się tak "nieistotną" sprawą, usiadł na najbliższe krzesło. Chociaż określenie rzucił się bardziej określiłoby wydarzenie, które nastąpiło przed chwilą. Mebel, aż zaprotestował głośnym jękiem konstrukcji. Corl uśmiechnięty od ucha do ucha zaczął nieskładnie opowiadać, nucąc przy tym i wytrącając jakieś śmieszne obco brzmiące wyrazy, które bogowie raczą wiedzieć skąd poznał.
- Nie uwierzysz...
-Uwierzę- przerwałem mu długi wywód, bo wiedziałem, że inaczej nie dałoby się powstrzymać ten potok słów.
Otworzył usta. Zastanowił się i zamknął z powrotem. Przez chwilę przypominał mała rybkę wyciągniętą na ląd.
W rzece Heraklita
W rzece Heraklita
ryba łowi ryby,
ryba ćwiartuje rybę ostrą rybą,
ryba buduje rybę, ryba mieszka w rybie,
ryba ucieka z oblężonej ryby.*
Nagle ten wiersz pojawił się w mojej głowie, niedorzecznie piękny o przemijaniu. Właśnie, tak jak patrzyłem na niego, na kropelki śliny w kącikach warg, na przemieszczającą się grdykę z góry na dół, z dołu do góry, rzekłem:
ryba kocha rybę,
twoje oczy - powiada - lśnią jak ryby w niebie*
-Jak...to? - odezwał się z nieufnością miętosząc w palcach moją niedawno kupioną gazetę.
Westchnąłem iście potępieńczo, przechylając głowę, jakbym chciał odgonić straszliwie myśli, które szeptały mi o beznadziejności sytuacji. Czyli nie obejdzie się bez tego- wymruczałem do siebie i wstałem z kanapy kierując się w jego stronę. Podniosłem zrzucony płaszcz i powiesiłem na miejsce. Usiadłem obok Corla. Czułem ciepło jego ciała, odurzający zapach wody kolońskiej (którą to stosował w nadmiarze) oraz papierosów (palił, jak był w stresie).
-Tak kochanie. Wszyscy to mówią.- zaakcentowałem w s z y s c y, tak mocno, z takim żarem, że bogowie moi, musicie wiedzieć, że aż sam w to uwierzyłem. Nagle byłem przekonany, że każdy tutaj zna wierszyk o rybce. Ona kocha, kocha i mami słowami, które w ostatecznym rozrachunku okazują się bez znaczenia.
-Idioci!!- przerwał mi szorstko, a w jego pięknych oczach zaszkliły się łzy- Nie wiedzą, że są częścią ich, że wierszydła nic już nie znaczą, nie są tworem ich wolnej woli, nie, nie...- zrobił przerwę chyba tylko po to, aby zrobić odpowiednie napięcie. Pokręciłem głową zrezygnowany. Chciałem coś powiedzieć, ale tym razem mnie ubiegł.
- Są Oni, lub raczej On, choć nie wykluczam, że też może być i Ona. To jest spisek!- uśmiechnął się zadowolony.- Pewnie wiesz, że byłem wczoraj w parku...- owszem był, więc lekko wykrzywiłem się w parodii uśmiechu, dając mu do zrozumienia, że tak, wiem o tym fakcie.
- I zobaczyłem parę...- zawiesił głos teatralnie. Nerwowo skubał płat koszuli. Jeśli myślał, że mnie zainteresuje to się na tym przejedzie.
- Jaką parę...- spokojnie spytałem, nie pokazując nic po sobie.
-No mówię- warknął zły- Jeśli mi pozwolisz dokończyć, a nie ciągle przerywasz!
-To mów do cholery!
-Czyli widziałem dwóch mężczyzn, którzy się całowali- dokończył z triumfem.
-Podglądałeś ich?!- spytałem z dezaprobatą, lecz musiałem uśmiechnąć się do swoich myśli. Wyobraźnia podsuwała mi całkiem przyjemną scenkę. Corl, dwóch obcych facetów, smyrających się bezwstydnie koło babsk z mentalnością Dulskiej i homofobów, co w nocy po kryjomu przeglądają portale homoseksualne.
-No nieee...Tylkooo trochę, bo ich wilgotne usta tak soczyście szkarłatne, kuszące, proszące o jeszcze...
W tym momencie wiedziałem, że to nie może być on, ten mężczyzna o obłąkanym wzroku nie może być Corlem. Nagły impuls, wyjść z pokoju i nie słuchać, ratować się, żywiej....
Żwawiej, jeden krok, drugi, drzwi, klamka, położyć dłoń, nacisnąć, wyjść. Nie mogłem. On nadal mówił:
- Zastanowiło mnie, czemu oni robią to publicznie. Jak skończyli zbliżyłem się do nich kulturalnie, z uśmiechem. Po to by nie spłoszyć...powiedziałem zagadkowe "cześć" pogadaliśmy i na końcu wyjawili mi prawdę.
-Jaką?- ktoś wepchnął mi pytanie w usta. Aż się zakrztusiłem.
-Że wszyscy ich widzą!!!
-Jakie to inteligentne...- nagle odzyskałem zdolność formułowania zdań, nie czułem nacisku z zewnątrz, ale byłem bardzo spanikowany, więc musiałem wysilić się na ironię.
- Nie przerywaj!!!- oczy zalśniły złowrogo, prawie warknął, cofnąłem się - Czyli związki w takim układzie są traktowane zwyczajnie, choć niektórzy je ubóstwiają. Są ludzie, którzy tolerują to, ba, przyklaskują temu. Użyli nawet jakieś słowo określające "Yaerer"? A czekaj, chyba nie, bardziej "Yaol". Choć nie pamiętam.
Przewróciłem oczyma. Czyli jednak oszalał, choć później zdałem sobie sprawę z niebezpiecznego położenia. Wolałem robić dobrą minę do złej gry.
-A dokładnie, o co ci chodzi, hę?
-Czasem jesteś tak mało rozumny, wiesz?- zbliżył się do mnie, naparł do ściany. Skuliłem się w sobie czekając na uderzenie. Chciałem przeklinać głośno swoją głupotę, bezsensowny lęk. Przecież to nie możliwie, że on może mnie skrzywdzić.
Położył dłoń na moim ramieniu, mocno wbił palce. Zasyczałem. A on się słodko uśmiechał, niewinnie, jakby nie zdawał sobie sprawy, że mnie to do cholery boli. Wbijał paznokcie głębiej. Nie mogłem uwierzyć, przedarł się przez materiał. Czułem pulsowanie, a później wilgoć swojej krwi.
-Nic już nie zrobisz? Kocham cię mocno.- szeptał mi do ucha.- Ale wiem, że jest siła, co mną kieruje, bawi się, trzyma za sznurki, co wżynają się w moje nadgarstki.- zaszlochał.
Zacząłem krzyczeć, drzeć się. Ten odurzający zapach krwi otulał mnie, wdzierał się pod skórę, dotykał szponami, aż do centrum, do duszy. Po to by zaraz pochwycić promyk jej w swoje pazury. Ująć i pożreć. Słyszałem mlaskanie, to Corl zlizywał słodką czerwień. Zemdlałem.
***
A teraz przenieśmy się do szarego, odrapanego bloku, jakich wiele w naszym kraju. Ustawionego w równolegle z innymi płytami betonu, ciężkiego, wysysającego energię z przechodniów. Zatrzymującego ciepło. Bo to Polska właśnie, ojczyzna nasza, ojczyzna robotów (...), a ojczyzna jest w sercu w naszym, bo nasza ojczyzna to nie tylko miasta i wsie, nasza ojczyzna to także kwiaty, w dupie...**. W zimny, grudniowy, czy jak to woli styczniowy wieczór, gdzie o takiej porze dźwięk unosi się w powietrzu w zwielokrotnieniu, tak mocno czysty, pewna dziewczyna pochylona nad zeszytem bazgrała niemiłosiernie. Z siłą przyciskając pióro do papieru. Końcówką języka nawilżała spierzchnięte wargi, mamrocząc wściekle coś do siebie. Odgarniała, co chwilę kosmyki wpadające, jak na złość do prawego oka. Lampka nocna dawała mierne oświetlenie, ale to na pewno nie mogło jej zrazić. Przecież tworzyła, ba, dawała życie postaciom, jednym szybkim maźnięcie długopisu. Jeden znak, który rozpocznie, pierwsza literka, później następna, kreska, zawijas, kropka i oto już bohater żyje, biega, płacze, jest.
Muzyka wkradała się po między linię, wiła się w nich, a później przedostała się do głowy. Głęboko do świadomości, dawała natchnienie.
* * *
PART 2
Można stwierdzić, że minął miesiąc od tego pamiętnego wydarzenia, w którym ja efektownie, i niczym jak pensjonarka zemdlałem w objęciach Corla. Biedaczyna podobno straszliwie się przestraszył. Zaczął się drzeć i wołać "Nie umieraj Firi! Nie umieraj!" przy tym rytmicznie uderzając mnie po twarzy. Zapewne po pokoju roznosił się dźwięk: "bach, bach, trach". Na końcu biedaczyna załamał ręce, bo jak wierzyć jego słowom wyglądałem, jak ktoś, co parę minut wcześniej wydał ostatnie tchnienie w straszliwej agonii. No nie można też zapomnieć o tym, że Corl zaczął ryczeć. Tutaj w końcu mogę rozpocząć dalszy ciąg własnymi słowami, bo ocknąłem się, czując coś ciepłego na policzku, i znów... "kropla drąży kamień" no nie?
Jakoś później już nigdy do tego nie wracaliśmy. Śniadania, kolacje w kolejnych dniach wyglądały tak jak zwykle. Rytuały pocałunków, muśnięcia dłońmi, skropienia się perfumami i wyjścia do pracy nie zakłócał żaden incydent. Powoli zapominałem o swych lękach, choć może tylko starałem się je ignorować. Wszak było tak pięknie i cudnie nam!
***
-Dziecino, cóż porabiasz?- musnąłem delikatnie jego kark, odsunął szyje, skwapliwie przyjmując moje pocałunki. Wnet coś go tchnęło, ciałem targnęło oburzenie i zasyczał.
-Przestań tak do mnie mówić, Firi! Wiesz, że tego nie lubię!
Faktycznie, słowo "dziecinka" działało na niego, jak czerwona płachta na byka. Tak zabawnie wydymał usta, marszczył oczy i ciskał gromy na każdą stronę. Jakby wzrok mógłby zabijać pewnie leżałbym teraz u jego stóp, rzeżąc.
-Ja!- nagle niespodziewanie odezwał się Corl- Ja mam dość!
Na potwierdzenie tych słów skrzypnęły drzwi, przeciągle, okrutnie wbijając ostrza w moje serce. Sytuacja jak z horroru. A później już nic, cisza. Mocna, wyrazista.
Cisza.
Zakłócił ją znów mój rozchwiany emocjonalnie kochanek. Chciałem się śmiać z tego określenia i nie mogłem. Łza po łzie spływała po moim policzku, niczym niepowstrzymane. A on tylko stał uśmiechnięty. Nie! Bardziej szczerzył się do mnie tymi swoimi białym zębami. Ta ich przeraźliwa biel, taka fosforyzująca. Nie mogłem na nie patrzeć.
Ja już wiedziałem. Po prostu. Nie ma nas. Zwyczajnie nie istniejemy w tym świecie, rzeczy błahe i płoche nas bawią. Jesteśmy śmiechem idioty odbitym na powielaczu***
-Ja...nie wiem, co się stało... Ja je słyszałem- Corl jąkał się przerażony. Kulił się w sobie, jakby uciekał przed dotykiem niewidzialnych dłoni. Jeszcze próbował się bronić, jeszcze się szarpał. Widziałem jak jego ciało upadło na podłogę. Zaczął się miotać, wymachiwać kończynami. Na twarzy pojawił się ekstatyczny grymas.
-Smutno mi- powiedziałem głośno, wyraźnie. Odpowiedziało mi westchnienie.
-Smutno mi- czysty głos powtórzył za mną. - Nawet nie wiesz, jak mocno - ten sam głos dodał po chwili.
Jak będziecie mnie zabijać zróbcie to szybko. Jednym mocnym cięciem, boję się bólu, nie dla mnie bohaterskie umieranie, nie dla mnie śmianie się prosto w twarz kata i sarkastyczna mina, gdy poczuję na plecach smagnięcie batem. Nie dla mnie. Jestem tchórzem, po prostu nim jestem. Chcę umrzeć szybko i jeśli to możliwe- bezboleśnie.
**
Dziewczyna analizowała to, co do tej pory napisała, kreśliła, poprawiała, prychała zagniewana. Nie tak, nie tak, więcej uczuć, więcej! Powtarzała sobie, jak mantrę, jakby to miało sprawić, że zacznie żyć poza nią, poza zeszytem. Pragnęła utulić zgnębionych chłopców, pięknych i smukłych. O oczach nakreślonych niebieskim atramentem, o mimice szarego zeszytu w kratkę. Podejść do nich i powiedzieć "nie smućcie się, o to jesteście....". I bała się straszliwie tego uczucia, tej wszechwładnej mocy, która czaiła się w środku sztambucha.
***
Chudłem w szybkim tempie. Nic już mnie nie obchodził Corl, jego ataki, albo chwile nic nie robienia. Potrafił w wtedy całe dnie patrzeć w jeden punkt. A to w pomarańczowy wazon z kwiatami, który podarowała mi zakochana we mnie Kaśka spod 20, a to w Słoneczniki Van Gogha. Mimo, że Corl całkowicie znikł z moich myśli, inne rzeczy, inni ludzie potrafiły doprowadzić mnie do szewskiej pasji. Te ich pytania wyrażające fałszywe zaniepokojenie. Te ukradkowe, ale lustrujące spojrzenia. Te ciche szepty noszące się po schodach. Te czujne oczy sąsiadek, które wsparte na łokciach obserwowały mnie z parapetu, jak wynosiłem śmieci. Traciłem zmysły i ciągłe płakałem. Wypłukiwałem oczy, aż wydawało mi się, że z soczystego błękitu zmieniły się w szare.
Tego dnia, Corl okazywał dziwne ożywienie. Zerwał zasłony z okna, wpuszczając ostre światło. No tak, już lato. Zasłoniłem oczy, które cholernie szczypały.
-Przestań.- wyszeptałem, jakoś nie miałem ochoty silić się na ostrzejszą reakcje.
Corl skacząc w radosnym oczekiwaniu, zignorował mnie. Podlatywał do okna, to znów do drzwi, klaskał. Kiedyś uznałbym to za coś dziwnego, ba, zacząłbym przemawiać mu do rozumu, ale teraz? No rzesz, po co?
-Wiesz, Firi, kocham cię.- blondyn powiedział to mimochodem, że aż wydawało mi się, że się przesłyszałem. Ale nie...
Jego ręce objęły mnie mocno, szczelnie stworzyły osłonę, przez, którą nie mogłem się przedostać. Jego niecierpliwy język wniknął w moje usta i zaplótł się koło mojego. Zakrztusiłem się śliną. Nie zważał na to. Jego noga mocno naparła na moje uda, rozsuwając je. Nie próbowałem się wyrwać, wiedziałem, że tak nie ma sensu walczyć, wić się. Me ciało reagowała na dotyk, gwałtowny, brutalny. Na nienasycone i głodne dłonie, które szybko poznawały mapę mego ciała. Pozwoliłem mu, żeby mnie rozebrał. Zsunął sztruksy, później bieliznę. Całował mnie, choć nie, to złe sformułowanie, bogowie, siło jakaś nieznana, on mnie nie całował, on mnie wsysał językiem, opuszkami palców, sobą. Czułem taki straszny, kujący ból, lecz się nie skarżyłem, bo na cóż by się to zdało? Byłem gwałcony między łóżkiem a regałem. Me ciało przysuwało i odsuwało się w rytm jego ruchów. Raz szybciej, raz wolniej. Jakież to śmieszne - pomyślałem. Nawet nie mogłem odepchnąć go, zaprotestować. Zacząłem gardzić sobą i nienawidzić. Corl nagle wbił się we mnie mocno i zaczął mnie okładać pięściami. Tłukł mnie po głowie i nie przestawał kochać.
***
Nie lubiła być sama, bała się tej pory, gdy wszyscy w domu kładli się spać, zamykając skrupulatnie pokoje, gasząc światła. Włączała telewizje, na byle jaką stacje, byleby słyszeć jakieś głosy, które dadzą jej złudne wrażenie gwaru i obecności. A zeszyt leżał na zaśmieconym biurku, między "Blaszanym bębenkiem" a fizyką. Oni tam byli, jej przyjaciele, nowe zabawki, które dawały jej tyle uciechy. Uśmiechnęła się do siebie takim radosnym, niczym nieskrępowanym uśmiechem. "Jestem taka okrutna" i ta myśl nie spowodowała nienawiści do siebie samej, obrzydzenia. Ta myśl była zwykła, nieistotna właściwie, wszak to prawda. Nie udaje nikogo, kim nie jest. Nie bawi się w szlachetność, w puste, miłosierne gesty.
***
Biel wydawała się taka łagodna, uspokajająca. Delikatnie gładziła i uśmierzała mój ból, który falami pojawiał się, brał nade mną kontrolę, wciskając głęboko w łóżko, by zaraz opuścić. Czułem, więc wdzięczność do bieli sufitu i zarazem nie znosiłem jej tak mocno, szaleńczo, bo ofiarowywała mi ukojenie, a ja pragnąłem bólu, kary za swą bezwolność i zgodę, jaką wydało moje ciało Corlowi. Przecież do cholery pamiętam czasy, kiedy on mi się opierał, mówił, żebym przestał, a później oddawał mi się cały, z ufnością i wstydem. Pamiętam jak obserwował mnie spod półprzymkniętych powiek. Rejestrował każdy mój ruch. Kładłem go na poduszki, na brzegu łóżka i brałem mocno.
***
-Wypraszam to sobie!- Ach cóż to był za głos donośny, tubalny, wbijający się w głowę. Powodujący dziwne mrowienia na karku. W pokoju było ciemno, ponuro, a znikoma poświata latarni wpadająca do środka tylko dopełniała obrazu tajemniczości.
-Co jest?- dziewczyna gwałtownie odwróciła się. Jej oczy rozszerzyły się mocno, a twarz wygiął grymas ni to strachu ni to niezadowolenia. Stał tam, opierał się swobodnie o telewizor i podrzucał szklaną piłeczkę. Wodziła za nią wzrokiem, raz w dół, raz w górę, znów w dół, wpadała w zręczne palce. Mimo ciemności wydawał się dostojny, szczupły, delikatny. Po prostu śliczny- tylko te słowo pasowało. Przystojny nie oddawałoby tego, co czuła.
-Wiesz, już nie ma czegoś takiego, jak wola, jak sama siła twórcza dążąca do realizacji, do samo istnienia. Nie ma tego impulsu nadającego sens temu, co robisz...
chciała gwałtownie zaprotestować. Nie miał prawa jej tego mówić, zakłócać spokoju, kwestionować w sens tego czynu, bo jeśli już nie ma tego czegoś, to ona nadaremnie się trudzi. Na co więc to jest, po co? Jak już nie ma celu w samym sobie, zostaje pustka. I ból.
-Nie możesz skreślać moich marzeń!- warknęła rzucając go poduszką. Jakie to wydawało się jej dziecinne. Próba negacji niewygodnej prawdy. Poduszka leciała świstem i trafiła go w brzuch, upadła na podłogę wbijając tumany kurzu. Chłopak, a może bardziej "coś" zaczęło się okrutnie śmiać.
-Czemu nie piszesz w formie pierwszej?- spytał, wprowadzając ją w zdziwienie.
Pisać, właściwie mogła. Od teraz zacznie się z mojej perspektywy historia. Nie Fira, nie Corla, ale mojej. Autorki.
Jest godzina 21.53. Mama śpi w pokoju obok, przestałam słuchać Beethovena, bo uznałam, że cisza jest mi bardziej potrzebna, od dziś. Coś się do mnie szczerzy, przeciąga i mruczy. Jak kot. Jest również niebezpieczne, drapieżnik.
-Przesadzasz.
próbuję zinterpretować ton jego głosu.
-I jak ci idzie?
Już wiem, że jest szyderczy, kpiący i nad wyraz irytujący. A te coś ładnego rozsiadło się wygodnie na fotelu, podwinęło nogi i wpatruje się we mnie intensywnie. Ocenia mnie.
-Zgubię przez ciebie wątek- powiedziałam napastliwie. Ha! Wzbudzę w nim poczucie winy, niech cierpi, kaja się, przeprasza za najście, za łzy, które usilnie próbuję schować przed samą sobą. Za ten niepokój...
-Zastanawiałaś się, nad tym, co czują?
Jak on śmie zadawać mi te pytania, wszak stworzyłam ich, pielęgnowałam, jak matka dzieci. Jeszcze bezbronne, naiwne. Uczyłam składać pierwsze zdania, wykreowałam im blok, sąsiadów, miłość, życie. Te wszystkie elementy złożyły się w całość nierozerwalną, trwałą, dającą uczucie bezpieczeństwa. Póki ja żyję i oni żyją...póki...
-Nie musiałam...oni czują to samo, co ja, są kalką tego, co dzieje się we mnie. Choć intensywniejszą, niepowstrzymaną przez kontrolę umysłu...
znów ta jego mina! Czułam się taka mała, bezbronna i do granic możliwości rozwścieczona przez swoją słabość.
-Ależ, ależ moja droga, nie sądzisz chyba, że masz nad nimi kontrolę?- przekrzywił zabawnie głowę. Z kitki wydostało się parę kosmyków (zapomniałam wspomnieć, a będę wierna temu, co wydaje mi się istotne drogi czytelniku, że miał długie, falujące włosy związane niedbale w kucyk). Jakąś nonszalancją zagarnął je za ucho.
Nagle przeraziła mnie myśl, że jestem sama w pokoju z obcym mężczyzną, mama oddaje się błogiemu snu za ścianą, siostra zapewne swojemu chłopakowi w innym mieście, i nic nie mogę zrobić, jestem skazana na niego, bez możliwości obrony. Choć nie... pod ręką miałam ciężki wazon, takiego samego koloru, jaki mieli chłopcy u siebie w domu.
-Nie bądź niedorzeczna, gdybym miał ochotę cię skrzywdzić dawno bym to zrobił.
Czyli czyta w myślach. Zrozumiałam, lepiej późno niż wcale...Tak czuł się Firi czując moją obecność, to przede mną panicznie chował się Corl. Te iluzoryczne życie wykreślone paroma kreskami na kartce papieru zaistniało naprawdę. Byłam katem, byłam cierpieniem...
-Jesteś...- pstryknął palcami. Pokój wypełniło ciepłe światło. Te ciepło było namacalne, wnikające w moje ciało, kołyszące je. Czyli mniej więcej byłam świadkiem iluminacji, choć jakoś nie poczułam się, jakbym dotknęła czegoś boskiego. Poznałam prawdę, owszem, lecz ona nie wzniosła mnie ponad sprawy ludzkie, ba, ściągnęła mnie mocno do nich, uderzyła z siłą i zasiała niepokój i winę.
-Twój stwórca pije właśnie wino, moja droga, przeczesuje włosy i oczekuje przyjścia kochanki. Jego żona wie o zdradzie, ale o nic nie pyta...Jego palce z szybkością przesuwają się po klawiaturze, biały ekran razi oczy. Opisuje właśnie to, co do ciebie mówię. Myśli, że jest tak szalenie oryginalny, bo pisze historie o dziewczynie, co sama się tym zajmuje, choć brak jej wiedzy, co do życia, które nanizała...Dureń! Skończony dureń. Za słaby, by ponieść ciężar opowieści.
-Dość, dość, dość...- skuliłam się w sobie. Byłam zmęczona, chciałam by zostawił mnie w spokoju - Daj mi spać...
***
Śniła mi się twarz Corla na gigantycznym plakacie wiszącym na seledynowej ścianie. Jego oczy maźnięte brokatem przewiercały mnie na wylot, a usta łakomie spoglądały na me ciało. Na pomniejszoną sylwetkę. Miotałem się, jak pająk złapany w sieć. Gdziekolwiek spojrzałem widziałem te oczy, te rzęsy. I znów parszywie namiętne, lubieżne usta!
-Firi!- czułem delikatne szarpnięcie i chciałem coś burknąć w stylu "mamo daj mi jeszcze pospać, nie spóźnię się do szkoły!"
No tak, miałem 25 lat, szkołę dawno skończyłem i dłonie na pewno nie należały do matki. Corl gładził mnie po policzku.
- Krzyczałeś...zły sen, ale już się nie martw, jestem przy tobie...
uderzenie zimna. Czułem się, jak zastraszone zwierzątko, które złapane w potrzask może tylko odgryźć swoją nogę, by się wydostać. Ja jednak nie miałem tej szansy. Mój oprawca był tuż obok mnie.
-Wiesz, że to już koniec?
***
mogę pisać, wielbić, nic nie robić, stwarzać na nowo i później znów kreślić, płakać nad nieskończona mechaniczną zabawką, której wypadły trybiki. Już mechanizm nie zadziała. Przestanie ciężko się poruszać, zabawiać moją dusze hałasem. Wprowadzać do krainy żelaznych robotów, gdzie każde słowo, jest po prosto słowem niczym więcej. Żadną wyszukaną metaforą stworzoną z obłoków pary.
nie, nie będę mówiła, że chce, że pragnę.
Uśmiecha się do mnie, rozwalony w fotelu. Zawija kosmyk na palcu, żuje gumę, macha nogą.
Wstaje.
-Pamiętasz duszo moja, witraż w pięknym oknie kościoła? Pamiętasz?
Poczuła jego usta na szyi, delikatne palce wślizgujące się pod materiale bluzki. Był tu, przy mnie.
Nadszedł, więc koniec.
***
*Szymborska "w rzece heraklita"
**kazik "polska ojczyzna nasza"
Moira
[ black_spike@tlen.pl ]
|