Przejdź do spisu treści...

Śmierć w ludzkiej skórze

   Stojąca na masywnym, mahoniowym biurku lampka oświetlała stosik kartek zapisanych ręcznym pismem. Albert kończył właśnie czytać ostatnią z nich, było to autorskie sprawozdanie opisujące wydarzenia z wczorajszego dnia.
Wuj będzie zadowolony - pomyślał i odłożył stronę na stosik.
W tekście znalazły się nawet najdrobniejsze szczegóły zajścia, z czego Albert był naprawdę dumny, tym bardziej, że nigdy nie uważał się za dobrego pisarza... Owszem, był molem książkowym, ale nie pisarzem.
Zerknął jeszcze raz na zapisane drobnym druczkiem stronnice i odczytał dumnie własne imię i nazwisko umieszczone na górze strony.
- Albert Dworski...
W młodości Albert cierpiał z powodu przynależności do rodu Dworskich, ale jak to mówią, rodziny się nie wybiera. Wspomniane nazwisko zobowiązywało bowiem do przestrzegania surowych reguł, szczególnie dotkliwych w wieku dziecięcym i młodzieńczym.
- Dworscy to rodzina z tradycjami - słyszał w młodości Albert od przeżartej dumą matki. - Powinieneś dziękować Bogu, że się w niej urodziłeś!
Bogu nie dziękował, ale z czasem przywykł do panujących zasad i ciągłego snobizmu rodziców oraz pozostałych członków rodziny. Nie było łatwo... Żelazna dyscyplina, maniery godne królewskich rodów to nie zachowania, których pragnie nauczyć się młody chłopak. Ponadto edukację pobierał z rąk prywatnych nauczycieli w czterech ścianach własnego pokoju i rzadko miał okazję rozmawiać z rówieśnikami. Równych wiekiem spotykał jedynie na wytwornych przyjęciach przepełnionych snobistycznym towarzystwem z wyższych sfer.
Wstał od biurka - pamiątka jeszcze z czasów pradziadka - i podszedł do okna.
Spojrzał na ogarnięty mrokiem, ponury krajobraz nadchodzącej ulewy. Pierwsze krople deszczu wybijały już rytm o parapet, a korony drzew tańczyły na wietrze i z wysokości drugiego piętra przypominały falujące morze.
Przez wiele lat Albert uważał, że życie Dworskich przepełnione jest bezustanną nudą i rutyną, aż któregoś dnia wuj Ernest wyjawił mu rodzinny sekret... Zupełnie jak w opowiadaniach Edgara Allana Poe, gdzie każda stara rodzina, miała swoją tajemnicę, którą skrzętnie skrywała przed światem.
Wuj Ernest uważany był za ekscentryka i nawet w rodzinnym kręgu mówiono, o nim jak o pomyleńcu. Zła reputacja jednego z Dworskich przełożyła się jednak na cały ród, tym bardziej, że w każdym pokoleniu trafiał się jakiś "oryginał" - jak to zwykł mawiać wuj Ernest.
W pomieszczeniu unosiła się charakterystyczna woń nadgryzionych czasem ksiąg. Światło bijące od lampy nie było na tyle silne, by odsłonić każdy kąt miejsca, w którym przebywał Albert, ale dało się dostrzec na jednej ze ścian rząd wypełnionych księgami półek.
Chmury ociężale pełzły na niebie, co jakiś czas odsłaniając fragment księżyca, by po chwili znów zatopić jasną tarczę w puchowych odmętach.
Albert pogładził kozią bródkę, zdjął okulary i wepchnął je do kieszeni na piersi idealnie skrojonego, brązowego garnituru. Stanął tyłem do okna i przeszedł na drugą stronę pomieszczenia, gdzie na moment znikł w mrokach, których światło lampki nie zdołało odpędzić.
Pstryk!
Żarówki ozdobnego żyrandolu zalśniły ukazując pomieszczenie - choć lepszym słowem byłoby komnatę - w pełnej krasie.
Półki z książkami przysłaniały wszystkie ściany, zupełnie jak w bibliotece, biurko zaś stało tyłem do okna, dokładnie naprzeciw dwuskrzydłowych drzwi. Na środku komnaty spoczywał duży przedmiot w kształcie prostokąta okryty czerwoną narzutą - bez większych trudności zmieściłby się w środku dobrze zbudowany mężczyzna.
- Jestem - mówił wuj Ernest młodemu Albertowi. - kimś kogo można by nazwać kolekcjonerem, synu. Gdy byłem w twoim wieku, mój ojciec, a twój dziadek, opowiedział mi o kolekcji, która od wielu pokoleń należy do rodziny Dworskich.
Młody, niespełna dwunastoletni Albert przyglądał się niebieskimi oczyma starczej twarzy siwobrodego, łysawego wuja.
- Nie mogę mieć dzieci - tłumaczył dalej Ernest marszcząc wysunięte czoło. - a ty jesteś, jak na razie, jedynym młodym przedstawicielem rodziny i najprawdopodobniej przejmiesz rodzinną kolekcję.
Albert nie miał i mieć nie będzie rodzeństwa, gdyż rodzice zginęli w wypadku samochodowym, gdy ich syn kończył siedemnasty rok życia. Kierowca ciężarówki zasnął za kierownicą i zjechał na przeciwległy pas... Czarny mercedes, którym podróżowali rodzice wyglądał zupełnie jak samochody po crash-testach w programach telewizyjnych, które czasem oglądał Albert.
Prawnym opiekunem młodzieńca stał się wuj Ernest, jedyny żyjący, pełnoletni członek rodziny.
- W moim dworku znajduje się komnata przepełniona skarbami cenniejszymi, niźli najcenniejszy kruszec tego świata...
- Czy rodzice o tym wiedzą? - spytał młody Albert nie mogąc nawet snuć przypuszczeń, że zginą za niespełna pięć lat.
- Nie - odpowiedział wuj. - Mnie powierzona została kolekcja, a nie im. Twój ojciec nie ma wyobraźni, nie uwierzyłby, że Dworscy są w posiadaniu tak cennych przedmiotów.
Dworek wuja położony był w zupełnie innej części miasta i dopiero tydzień później Albert obejrzał kolekcję Dworskich. Nie mógł wyjść z podziwu, gdy Ernest opowiadał po kolei o każdym z eksponatów.
Tego właśnie dnia Albert zrozumiał, że przynależność do rodziny Dworskich to prawdziwy zaszczyt, postanowił więc na stałe zapisać się w historii rodu jako ten "największy", a mógł tego dokonać tylko w jeden sposób... Za wszelką cenę musiał wprowadzić do kolekcji przedmiot, o którym wuj Ernest marzył i starał się zdobyć przez całe życie. Udało się, trwało to dwadzieścia długich lat, ale się udało!
Na biurku leżała obszerna relacja, w której opisany został cały proces zdobycia nowego eksponatu do kolekcji.
Albert rozluźnił krawat i rozpiął guzik koszuli przy szyi. Życie wśród Dworskich nauczyło go cierpliwości, ale nie potrafił już spokojnie usiedzieć na miejscu, był bardzo ciekaw, jak zareaguje wuj Ernest, gdy zobaczy przedmiot spoczywający bezpiecznie pod narzutą.
Mimo, że Albert miał trzydzieści dwa lata uważał wuja za autorytet. Ojciec był racjonalistą, wuj natomiast - podobnie zresztą jak i sam Albert - wiecznym marzycielem i przez to wiele zyskał w oczach podopiecznego. Obaj uwielbiali przesiadywać całymi dniami w fotelu i sącząc gorącą herbatę z rumem czytać książki. Szczególnie upodobali sobie historie z dreszczykiem, ze zjawiskami wykraczającymi poza ludzkie rozumowanie, bo w rzeczywistości wierzyli, że takie rzeczy naprawdę się zdarzają.
Raz jeszcze Albert stanął przed oknem i zamiast ponurego krajobrazu ujrzał odbicie własnej wychudzonej i bladej twarzy. Rozczochrane włosy sięgające za uszy zdawały się wyjątkowo nie lubić spotkań z grzebieniem. Garbaty nos straszył swym ogromnym rozmiarem. W niebieskich oczach zaś tliła się olbrzymia inteligencja oraz wiedza.

***

Spadające z nieba krople z każdą minutą stawały się coraz większe i dudniły monotonnie o dach taksówki. Woda niewielkimi strumyczkami ściekała po szybach zniekształcając świat za nimi.
Spoczywająca na tylnym siedzeniu postać wpatrywała się w niebo, obserwując błyski między chmurami.
- Paskudna pogoda - oznajmił taksówkarz.
- W rzeczy samej - odrzekł męski głos.
Chwilę później taksówka zatrzymała się przy krawężniku.
- No jesteśmy...
Pasażer zapłacił za kurs i otworzył drzwi, wysunął nogę z auta i położył podeszwę buta na mokrej nawierzchni. Gdy wyszedł z wozu przywitał go powiew zimnego wiatru.
- W rzeczy samej - pasażer powiedział bardziej do siebie, niż do kierowcy. - jesteśmy - spojrzał na domostwo Alberta Dworskiego i dostrzegł ciemny kształt w jednym z okien na drugim, najwyższym piętrze.
Postać miała na sobie długi, czarny płaszcz, drogie skórzane rękawiczki naciągnięte na ręce i kapelusz, na którego rondzie zbierały się kropelki wody przypominając ekstrawaganckie ozdoby. Laska o rączce w kształcie zaciśniętej ludzkiej pięści dumnie towarzyszyła właścicielowi. Podszedł pod domofon przy żelaznej bramie i wcisnął przycisk zawiadamiający o przybyciu gościa.
- Wuj? - odezwał się po chwili niepewny głos z głośnika.
- Tak - odpowiedziała krótko stojąca na deszczu postać.
Nagle brama zatrzeszczała i złowieszczo skrzypiąc zaczęła się wolno otwierać.
Wuj Ernest wkroczył na teren posiadłości Alberta i podpierając się laską parł środkiem podjazdu usypanego ze żwiru w stronę domostwa. W tym świetle i w tych warunkach pogodowych zdawało się, że jest ono żywcem wyciągnięte z dreszczowców spisanych piórem klasyków literatury grozy, co mężczyzna zauważył z lekkim rozbawieniem.
Wzdłuż podjazdu rosły płaczące wierzby, a ich gałęzie tańczyły tarmoszone wiatrem, starając się wystraszyć śmiałka. Ten jednak nic sobie z owych harców nie robił i dalej brnął przed siebie.
Cały teren Dworskiego - prócz podjazdu rzecz jasna - porastały drzewa, pomiędzy którymi poprowadzone zostały ścieżki ułożone z kostki brukowej. Gdzieś stała ławka, gdzie indziej skalniak, a jeszcze dalej oczko wodne z przeprowadzonym nad nim drewnianym mostkiem.
Krótko mówiąc, rodzinny park. Zazwyczaj piękny, lecz w tej chwili wyglądał wręcz upiornie. Dworscy mogli pozwolić sobie na tego typu upiększenia, pieniędzy nigdy im na nic nie brakowało. Żyli z ogromnej spuścizny pozostawionej przez przodków.
Mężczyzna stanął u drzwi wejściowych. Nie musiał nawet dotykać stalowej kołatki, ponieważ Albert wolno rozwarł od środka drzwi. Spojrzał na wuja Ernesta i zauważył z przerażeniem, że ten człowiek wygląda naprawdę staro. Wuj Ernest jednak też kiedyś umrze...
Siwy zarost porastał gęsto policzki staruszka, a pomarszczona skóra dosłownie zwisała z szyi.
- Witaj wuju - przywitał starca Albert.
Ten skinął jedynie głową, a od ronda kapelusza oderwał się cały szereg deszczowych kropli.
- Dobrze wyglądasz - skłamał Albert.
- Jak śmierć - odezwał się wreszcie wuj, a jego wargi ułożyły się w serdeczny uśmiech odsłaniając przy okazji białe jak perły zęby.
- Wejdź wuju - powiedział.
Staruszek wszedł do środka. Zdjął płaszcz i kapelusz, po czym powiesił wszystko na wieszaku stojącym nieopodal drzwi. Ściągnął też rękawiczki, które wepchnął w boczną kieszeń płaszcza. Laskę oparł o wieszak. Poruszał się po wnętrzu domostwa z olbrzymią łatwością.
- Mam nadzieje Albercie, że miałeś wystarczająco ważny powód, by ściągać mnie tu w samym środku nocy - mówił wuj Ernest - Miałem wolny cały dzień.
- Chciałem zapiąć wszystko na ostatni guzik, wuju!
- A co, jeśli wolno spytać?
- Chodźmy do gabinetu, tam dowiesz się co i jak...
- Jesteś bardzo tajemniczy - rzucił patrząc z ukosa na podopiecznego wuj Ernest.
- Zrobię ci niespodziankę, jakiej nie zapomnisz do końca życia...
- Ta - szepną wuj. - do końca życia... - uśmiechnął się.
Wspięli się schodami okrytymi czerwonym dywanem na drugie piętro.
- Czy ta niespodzianka - odezwał się wuj sapiąc ciężko - nie mogła czekać na mnie na parterze? Jestem już stary Albercie, takie wspinaczki mnie męczą...
- Wiesz co wuju? - uśmiechnął się Albert. - Czasem człowiek zapina ostatni guzik płaszcza i nagle spostrzega, że zapomniał założyć spodni...
Znaleźli się w długim korytarzu, który kończył się dwuskrzydłowymi drzwiami. Ernest zerkał ukradkiem na portrety przodków rodziny Dworskich zdobiących ściany i co rusz marszczył brwi, jakby starał się wskrzesić wspomnienia ze spotkań z każdą twarzą przedstawioną na płótnie. Wszyscy ci ludzie leżeli już martwi w grobach, niektórzy nawet od setek lat.
Albert nacisnął i pociągnął obie klamki ukazując wypełniony książkami gabinet. W centrum pomieszczenia stał nakryty czerwoną narzutą przedmiot o prostokątnym kształcie.
Wuj wszedł za Albertem do środka szukając wzrokiem wspomnianej niespodzianki.
- Myślę, że będziesz ze mnie dumny wuju - zaczął Albert.
- Czyżbyś miał dla mnie coś, co będzie pasować do kolekcji?
- Jakbyś zgadł, ale to mało powiedziane! To co chcę ci dać będzie największą jej ozdobą! Postawisz to obok włóczni, którą przebito bok Chrystusa...
Wuj wbił wzrok w narzutę i zapytał nieśmiało:
- Czy to jest tam?
- Tak - odpowiedział. - Dwadzieścia lat próbowałem zdobyć ten przedmiot, tysiące godzin spędziłem na studiowaniu okultystycznych ksiąg - mówiąc to Albert zbliżał się do narzuty. - a jak przyszło co do czego, to znalazłem sposób w podręczniku medycyny! Uwierzysz wuju?! Podręcznik medycyny!
- Co to jest? - wuj Ernest udawał, że jeszcze nie wie, choć wiedział od samego początku.
Albert chwycił za róg narzuty i mocno pociągnął. Gdy ta z wolna zsuwała się odsłaniając oszkloną gablotę Albert odwrócił się w stronę wuja i teraz przedmiot służył za tło jego osobie.
Wuj Ernest ujrzawszy podarunek padł na kolana, a z osadzonych pod pomarszczonym czołem oczu popłynęły łzy szczęścia.
W gablocie stała kosa. Ostrze na czubku drążka z niespotykanie jasnego drewna błyszczało niczym tafla jeziora o zachodzie słońca.
Ernest wyjęczał tylko:
- Moja piękna...
Albert zaś rzucił szybkie spojrzenie na przedmiot i zaczął mówić, chcąc naśladować wuja, swego czasu z ogromną pasją opowiadającego o każdym eksponacie należącym do kolekcji.
- Bóg i Szatan stworzyli tę kosę - klepał Albert ułożoną wcześniej przemowę. - Ostrze wykuto w najgłębszych piekielnych odmętach, drążek zaś wystrugano z drewna drzewa rosnącego wśród rajskich lasów. Jest to jedyny przedmiot we wszystkich światach potrafiący oddzielać duszę od ciała. Wręczono go istocie piekielnej, która miała wznieść się ponad wszelkie podziały i ostatecznie oddzielać martwe ciało od wiecznej duszy. Każda istota ludzka kończąc życie na tym padole spotka się ze Śmiercią, prawowitą właścicielką kosy.
- A ty jej to odebrałeś! - niemal krzyknął gniewnie Ernest.
- Tak - chwalił się Albert. - Śmierć kliniczna, tym się posłużyłem. Dokładne sprawozdanie leży na biurku. Spisałem je specjalnie...
- Zamilcz głupcze! - ryknął wuj nadal nie odrywając wzroku od kosy. - Czy wiesz co żeś najlepszego narobił?
- Wuju, ja myślałem, że...
- Przez ciebie mogło pogrążyć się w niebycie miliony dusz! Wieczne więzienie, rozumiesz? Na zawsze w gnijącym ciele, a później pyle... Nie dostąpienie Sądu Ostatecznego! A to tylko wierzchołek góry lodowej!
Ernest wstał i podszedł wolno do Alberta.
- Ja myślałem...
Chwycił podopiecznego za marynarkę i uniósł jakby ten nic nie ważył. Cisnął Albertem w gablotę. Mężczyzna uderzył plecami w szkło tłukąc je na setki odłamków różnej wielkości. Ogromny huk rozniósł się po gabinecie. Kosa upadając mało nie przebiła piersi pokaleczonego Alberta.
- Jezu Chryste - wyjęczał próbując wstać.
Wuj Ernest szedł już po szkle krusząc je podeszwami butów. Podszedł pod kosę i uniósł przedmiot nad głowę.
Żarówki w żyrandolu przygasły na ułamek sekundy.
- Moja piękna! - wrzeszczał ze szczęścia Ernest. - Odzyskałem!
Niebiosa również się cieszyły, o czym świadczyło nagłe nasilenie błysków i grzmotów w ogarniętej mrokiem okolicy.
Ernest z kosą w ręku obrócił się do Alberta.
- Ty! - ryknął. - Nędzny śmiertelniku! Jak śmiałeś?! Jakim prawem ukradłeś mój skarb?!
Nadal zamroczony Albert wreszcie zaczął podnosić się z potłuczonego szkła.
Krew ściekała po jego poranionej twarzy.
- Boże Święty, wuju! - wymruczał.
- Twój wuj już nie żyje głupcze - głos dobywający się z krtani Ernesta skrzeczał ohydnie.
Dreszcz przeszył Alberta. To nie głos wuja, ale jeśli nie wuja, to czyj u diabła?!
Z pomiędzy rozczochranych włosów najmłodszego z rodu Dworskich wypłynęły krople lodowatego potu, a serce poczęło szybciej pompować krew.
- Kim ty jesteś? - spytał Albert.
- Jestem nieuniknionym.
- Śmierć! - syknął Albert. - Jesteś Śmiercią!?
- Tak, już się kiedyś spotkaliśmy, nieprawdaż? - skrzeczał Ernest - A mówią, że Śmierć spotyka się tylko raz w życiu. - zaśmiał się upiornie z własnego dowcipu.
- Ale to nie mój czas, nie możesz! - ryczał rozpaczliwie.
Ernest uniósł kosę.
- Ja nie mogę - powiedział. - ale twój wuj, owszem.
Albert w ułamku sekundy zrozumiał, że to, co widzą jego niebieskie oczy to tylko ciało wuja, a ciałem steruje najpotężniejsza ze wszystkich broni - Śmierć.
Ostrze przecięło powietrze, a głowa Alberta odpadła od korpusu i potoczyła się w stronę biurka. Strumień krwi wystrzelił z szyi niczym z groteskowej fontanny o ludzkich kształtach.
Ernest przez chwilę przyglądał się makabrycznej scenie, aż nagle z wnętrza starczego ciała wystrzelił czarny kształt, który po chwili przybrał postać odzianej w brudne, podarte szmaty ludzkiej, nieco zgarbionej sylwetki. Twarz przysłaniał cień tworzony przez naciągnięty na głowę kaptur.
Śmierć podniosła kosę i w tym momencie ciało Ernesta osunęło się na pokrwawiony dywan.
Odziana w łachmany postać podeszła pod oddzielony od głowy korpus i machnęła kosą w sposób jakim ścina się trawę. Ostrze przeszło przez ciało Alberta jakby stal wykuta niegdyś na samym dnie piekła stała się niematerialna, ale wyciągnęło ze zwłok coś: przeźroczysty, wrzeszczący z przerażenia kształt posiadający ludzkie rysy. Po chwili jednak widziadło rozpłynęło się w powietrzu, niczym dym z papierosa.
Na Śmierć tej nocy czekała jeszcze masa pracy, ogrom zaległości jakich narobił Albert Dworski trzeba przecież nadrobić.

Winix [ winix@autograf.pl ]


Storytellers 2oo6. Wszelkie prawa zastrzeżone. Oprawa graficzna: aNomaLy


Online Napisz do nas! Ankieta - pomóż nam stworzyć jeszcze lepszy magazyn! Regulamin dla writerów

Spis treści
W górę

Spis treści