|
Ja, czyli Bernard
Nazywam się Bernard Jan Thompson i niech me imię będzie przeklęte na wieki! Czyn jaki popełniłem nie zasługuje na jakąkolwiek litość. Och, jakiż to ja byłem głupi! Straciłem wszystko co dawało mi szczęście! Zapłaciłem zbyt wysoką cenę za marzenie, które okazało się przekleństwem.
Wychowałem się w Clarcsville, małej, Amerykańskiej mieścinie, równie idiotycznej jak jej nazwa. Moją matką była Polka, ojcem Kanadyjczyk. Nie poznałem jednak rodziców. Porzucili mnie u krewnych, kiedy byłem jeszcze niemowlęciem. Nie chcieli wychowywać dziecka. Byli młodzi i pragnęli tylko rozrywki. Potomek znacznie by im zawadzał. Nie wiem co stało się z nimi później. Podobno wyjechali do Europy i ślad po nich zaginął. Zajęła się mną daleka ciotka, stara katoliczka i wariatka. Wiarę przekładała ponad wszelkie obowiązki, prace i prawa, toteż w domu panowała straszliwa bieda przechodząca w nędzę. Źle wspominam tamte czasy. Ciągle krzyczała na mnie, że grzeszę, że nie wierzę. Goniła do kościoła. Całkowicie obrzydziła wiarę w jakichkolwiek bogów. Do dziś pamiętam pijanego księdza bełkoczącego kazania. Nikt nie śmiał powiedzieć na niego czegokolwiek złego, wszyscy bali się kary boskiej. Kiedyś, miałem wtedy chyba siedem lat, ośmieliłem się powiedzieć ciotce, że ksiądz jest pijakiem. Rozzłościła się strasznie. Tłukła we mnie czym popadnie. Biła rzemieniem do krwi. Do tej pory mam blizny, ledwie widoczne zgrubienia na skórze. Obrzydziła mi wiarę, Boga i kościół. Gdy miałem około lat jedenastu moja opiekunka zaczęła starzeć się gwałtownie. Zarazem zachowywała się coraz bardziej niedorzecznie i dziecinnie. Postępowała u niej choroba Alzheimera. Zapominała o wielu rzeczach, z początku normalnych, aż w końcu tych najbardziej oczywistych jak na przykład postawienie szklanki przed wlaniem napoju. Jej stan pogarszał się dzień za dniem. Pamiętam kiedy zabierano ją do szpitala, szamocącą się i wyrywającą przed pielęgniarzami, którzy ładowali ją do karetki o wyglądzie policyjnej budy. Odwiedziłem ją tylko raz, w święta. Ciotka leżała na łóżku, ogłupiała. Miała poczochrane włosy, brudną koszulę nocną, śmierdziała uryną i niedomytym ciałem. Nie poznała mnie, w ogóle nie mówiła nic sensownego. Patrzyła tylko oczami jak głupie dziecko bełkocząc coś we własnym języku.. Nie mogłem znieść tego widoku. Obrzydliwy stary człowiek, stary, rozpadający się rupieć. Po tym przeżyciu, po tym widoku postanowiłem nigdy się nie zestarzeć. Nigdy nie być takim śmierdzącym wrakiem człowieka, niezdolnego do tego by samemu o siebie zadbać.
Resztę dzieciństwa spędziłem w sierocińcu. Nie wspominam tego szczególnie źle. Byłem jednym ze starszych dzieci, więc szybko wybiłem sobie pozycję w grupie. Wszyscy musieli się ze mną liczyć. Cieszyłem się, iż nie umieszczono mnie w domu opieki prowadzonym przez zakonnice. Nie zniósłbym tego. Miałem wciąż wstręt do Stwórcy.
Okres w sierocińcu minął szybko i po krótkim pobycie zostałem wypuszczony i ogłoszony samodzielnym. Wyjechałem do Nowego Yorku. Przyjąłem pracę u sklepikarza i zamieszkałem w niewielkiej suterenie pod sklepem. Mało płacił, ale za to miałem zapewnione mieszkanie, nędzne jedzenie i nie musiałem chodzić daleko do pracy. Ot wchodziłem tylko po schodach na górę omijając wejście do piwnicy, skręcałem i już byłem za ladą, ustawiałem towary na półkach czy zamiatałem. Moje mieszkanie nie było wielkie. Składało się z jednego pokoju i ukrytego za starym parawanem kąciku toaletowego z miską i wygódką. W pokoju stało stare łóżko z wystającą sprężyną, o którą nieźle swego czasu podrapałem plecy. Z boku, prawie nachodząc na drzwi postawiono dużą, skrzypiącą szafę, w której z pewnością trzech średnich ludzi zmieściłoby się bez problemu. Z boku nieco, miałem sekretarzyk z krzesłem i mnóstwem szuflad. Na środku leżał, niegdyś wspaniały zapewne, indyjski dywan z wyżartą przez mole dziurą i setką plam po najróżniejszych potrawach i napojach. Okna, jak to w suterenie, były dość wysoko, więc w pomieszczeniu wiecznie panowała ciemność. Nie mogłem ustawiać wielu świec. Po pierwsze nie było mnie stać na tyle, a po drugie brakowało na nie miejsca. Nie mogły stać na podłodze, bowiem w mieszkaniu moim żyły także i myszy. Czasami przebiegł nawet szczur. Stworzonka mogły przewrócić świecę i wywołać pożar. Nie przebywałem więc długo w suterenie. Praktycznie tylko tam spałem. Po pracy wolałem raczej pospacerować po okolicy. Zwykle tylko oglądałem okna wystaw i marzyłem by móc coś z tego kupić. Pieniądze, które dostałem z sierocińca na rozpoczęcie dorosłości kończyły się szybko, większość wydałem je na podróż. Zmiana nastąpiła po miesiącu, z chwilą otrzymania pierwszej wypłaty. Wprawdzie pieniądze były nędzne, lecz wielka była moja radość z pierwszego zarobku. Mój pracodawca, pan Harpen, wręczył mi je z dumą:
- Idź synu. - powiedział - zabaw się! Za pierwszą wypłatę wypij gdzieś wino! Byle dobre. Tak. Za pierwszą wypłatę trzeba zabalować. A kto wie? Może skosztujesz dziś nie tylko wina? - uśmiechnął się porozumiewawczo pod wąsem.
Wyszedłem więc wdziawszy najlepsze ubranie. Wieczór dopiero co się rozpoczynał. Na ulicach tłoczyli się ludzie wracający do domu. Biedni, bogaci, młodzi i... starzy. W zaułku jakaś staruszka prosiła o pieniądze. Szczerzyła obleśnie jeden jedyny ząb i błagalnym tonem naciągała przechodniów. Nie mogłem powstrzymać obrzydzenia, gdy złapała mnie za rękaw marynarki. Nienawidziłem widoku starości. Momentalnie stawała mi przed oczami nienormalna ciotka, lejąca zupę na stół do niewidzialnej miski. Wyrwałem tylko rękaw z jej szponów i ruszyłem dalej. Zupełnie zepsuła mi humor. Przypomniała mi o moim postanowieniu. Od jego zawarcia minęło już chyba siedem lat a ja wciąż nie wiedziałem jak się nie zestarzeć. Nie miałem nawet pojęcia skąd czerpać wiedzę na ten temat. Rozmyślając tak nawet nie zauważyłem, iż dotarłem w tereny zupełnie mi nie znane. Nie zapuszczałem się nigdy tak daleko. Stałem przed słabo oświetlonym barem. "Purpurowa Ważka" - informował artystyczny szyld. Budynek z zewnątrz nie prezentował się najlepiej. Był brudny, odrapany z tynku, w niektórych miejscach widać było już nagie cegły. Okna były zasłonięte, szyby w nich gdzieniegdzie wybite. Na jednym z okien wisiał ręcznie malowany plakat przedstawiający tańczącą dziewczynę. Przyjrzałem się mu. "Lilly Ruby - Tańcząca ważka. Syreni głos" - napisano eleganckim pismem. Dziewczyna malowana była szybko i lekko. Miała czarne włosy spięte w kok, i błękitną suknię, wyciętą przy biuście. Sprawiała dziwne wrażenie. Dziwnie to może zabrzmieć, ale można by było ją określić jako... przyzwoitą ladacznicę! Zachęcony plakatem wszedłem do środka w opary tytoniu i alkoholu. Zamówiłem wino i usiadłem przy stoliku. Lokal od środka wyglądał dość ładnie. Utrzymany w barwach cesarskiej purpury, tonący w półmroku. Przesiadywali tu ludzie o prezencji artystów, muzyków i pisarzy. O dziwo pochodzili z różnych sfer. I wszyscy rozmawiali ze sobą jak równi z równymi. Przy niewielkiej scenie koło baru młody chłopak, niewiele starszy ode mnie, grał na pianinie. Podest był pusty. Ale ja bardzo chciałem zobaczyć Lilly Ruby z plakatu. Skończyłem już wino, ściemniło się na dobre, a gwiazda wciąż się nie pojawiała. Zacząłem się obawiać, iż dziś nie występuje, gdy ktoś wszedł na scenę. Był to mężczyzna w średnim wieku. Zapowiedział coś niezrozumiale, lecz wychwyciłem z przemówienia imię czy pseudonim tej tancerki - Lilly Ruby. Zniecierpliwiony zapatrzyłem się w scenę. Pojawiła się na niej dziewczyna o mocnej urodzie. Bez wątpienia była to gwiazda z plakatu! Ubrana była w purpurową suknię, ozdobioną lekkimi, zwiewnymi szalami. Ukłoniła się, delikatnie kopnęła pianino. Pianista momentalnie na chwilę przestał grać. Lilly Ruby zaczęła śpiewać. Głos miała cudny, delikatny i głęboki. Przez chwilę śpiewała wolno i spokojnie. Po chwili przyspieszyła. Włączył się pianista. Dziewczyna na przemian śpiewała i tańczyła rozwijając szale, które trzepotały w tańcu jak skrzydła ważki. Patrzyłem urzeczony. Nigdy w życiu nie widziałem czegoś podobnego. Gdy skończyła wyszedłem postanawiając jeszcze kiedyś wrócić. Choćby w przyszłym miesiącu. Och. To była jedna z nielicznych chwil, kiedy byłem naprawdę szczęśliwy. Zacząłem przychodzić codziennie. W końcu zaprzyjaźniłem się z pianistą. W sierocińcu było jedno stare, rozklekotane pianino, na którym sam nauczyłem się grać. To zbliżyło mnie do niego. Anthony, jak miał na imię, był przyjacielem Rebeki, czyli Lilly Ruby. Po pewnym czasie zatrudniłem się jako pianista w "Purpurowej Ważce". Grałem tylko w wieczory piątków, sobót i niedziel. Pozostałe dni pracowałem w sklepie. Praca w lokalu pomogła mi zbliżyć się do Rebeki. Z początku byliśmy tylko przyjaciółmi. Z czasem kochankami. Rebeka nie była zwykłą dziewczyną. Znała się na czymś na pograniczu czarnej magii i satanizmu. Po ojcu posiadała parę niecodziennych ksiąg. Jedna była pisana dziwnym szyfrem, druga posiadała tylko runiczne symbole i wzory. Bezskutecznie próbowałem rozpoznać szyfr. Rebeka także nie rozumiała go całkowicie. Znała niektóre symbole, co pomogło jej zrozumieć pojedyncze słowa. Niebyła skłonna zapoznać mnie z tą wiedzą choć starałem się nakłonić ją całą siłą. Wierzyłem, iż w tych książkach jest klucz do spełnienia moich największych marzeń. Jednak dziewczyna była nieustępliwa. Twierdziła, że dzieła te są niebezpieczne. Przysiągłem jej, że przestanę się interesować tym tematem i zostawię go. Uwierzyła mi. Jakże była naiwna! Nocami, gdy spała po upojnych chwilach, zgłębiałem się w księgi i starałem się rozwikłać niedostępną wiedzę. Jednak mimo największych starań nie wiedziałem, w jakim języku jest to pisane, ani jakim pismem. Pismo to składało się z dziwnych kresek i kropek łączących się ze sobą lub pisanych oddzielnie. Nigdy nie widziałem czegoś podobnego, z resztą nie byłem zbyt uczony, skończyłem jedynie podstawowe szkoły.
Starannie kopiowałem poszczególne kartki, próbując jak najdokładniej odwzorować pismo. Nie nazwałbym tego pisaniem, było to raczej rysowanie znaków za pomocą pióra. W ten sposób mogłem głowić się nad symbolami także w moim pokoiku w suterenie. Jednak była to praca żmudna i na marne, gdyż nie miałem szans na odczytanie znaków, których nie pojmowałem.
Pewnego dnia do sklepu zawitał stary Żyd. Sprzedawał jakieś śmiecie, meble i książki, oczywiście po iście semickich cenach. Z początku chciałem go przegonić, gdy zauważyłem na jednej z jego ksiąg napis podobny do symboli z dzieł, które kopiowałem. Natychmiast zaciągnąłem starca do mojego mieszkania i pokazałem kopie. Żyd znał ten język. Był to staro hebrajski. Człowiek obiecał za opłatą przetłumaczyć księgi. Niesamowicie szczęśliwy zgodziłem się, nie zważając na cenę podaną przez starca. Gdy odchodził spojrzałem na niego z wyższością. W końcu ja nigdy nie będę taki jak on. Stary, brudny i do tego Żyd! Nie obawiałem się, bowiem na nic mu już była wiedza, którą chciałem posiąść. W końcu już się zestarzał. A ja byłem jeszcze młody.
Po tygodniu postanowiłem zajrzeć do handlarza, i zobaczyć jak idzie mu praca. Odszukałem go bez problemu. Siedział w śniegu sprzedając ludziom swoje śmieciowe towary. Gdy tylko mnie zauważył, poderwał się przerażony i próbował uciekać. Złapałem go jednak za tłusty i brudny rękaw. Coś strzyknęło mu w kościach i przestał się wyrywać. Warknął tylko coś niezrozumiale. Potrząsając nim domagałem się wyjaśnienia tego dziwnego zachowania i tłumaczeń kopii.
- Bądź pszeklenty, bezbożny szatannski pomioce! - seplenił pół po angielsku pół po swojemu - Spaliłem te bezbożne wypociny! Te bezbożne słowa! Pszeklente! Pszeklente!
Rzuciłem starym z całej siły o ziemię. Kopnąłem boleśnie i mając pewność, że dostał porządnie ruszyłem do mojej drugiej pracy - do "Purpurowej Ważki". Atmosfera była tam jak zwykle gorąca i artystyczna. Oprócz stałych bywalców zobaczyć można było zupełnie nowe twarze. Ponury usiadłem obok pianina. Anthony widząc, iż jestem w złym humorze próbował dopytać mi się powodu. Nie miałem zamiaru ujawnić mu swoich zmartwień. Grałem jak zwykle, puszczając jedno oko po sali. Uwagę moją przykuła jedna z kobiet. Wyróżniała się znacznie twarzą. Ciemne włosy i podejrzany nos zdradzały jej pochodzenie. MUSIAŁA być Żydówką. Radość moja nie posiadała granic. Ta kobieta mogła przecież znać hebrajski. Nie zamierzałem prosić jej o tłumaczenia kopii. Bardziej przydatna byłaby nauka tegoż języka. Zacząłem uśmiechać się i mrugać do kobiety. Dzień w dzień. Z czasem zaczęła interesować się mną również. Pilnowałem się by nie zauważyła tego Rebeka. Wbrew waszym pozorom kochałem ją nadal, i wcale nie chciałem jej tracić.
Przez prawie dwa tygodnie zachowywałem się jak zwykły żigolak. Dwuznaczne uśmiechy. Spojrzenia. Odwzajemniane. Interesująca mnie Żydówka nie była młoda. Mogła być dwadzieścia lat starsza ode mnie. I na pewno nie była biedna. Nosiła się bogato i obwieszała biżuterią. Podobno żydowskim kobietom to nie przystoi, lecz najwidoczniej także nie obchodzi. Pewnego dnia zostawiła mi kopertę na pianinie. W środku było 10$ i liścik, w którym kobieta zaprasza mnie na następny wieczór do pokoju 161 w dość eleganckiego hotelu. Zjawiłem się tam. Recepcjonista, mierząc mnie niemiłosiernie, zawołał pokojówkę by zaprowadziła mnie do drzwi pokoju. Wyblakła dziewczyna powiodła mnie do apartamentu. Otworzyła i skromnym gestem zaprosiła do środka, po czym umknęła jak spłoszona mysz. Nieśmiało wszedłem i zamarłem. W życiu nie widziałem takiego pomieszczenia! Na ścianach w kolorze przygaszonej bieli wisiały ciemne obrazy. Sufit zdobił okazały kandelabr. Nieco z lewej duże łóżko, o szerokich kotarach. Na podłodze leżał karminowy dywan. Taki sam kolor miały kotary łóżka i zasłony na oknie. Po prawej stał zastawiony dla dwojga stolik ze świecami, przy którym siedziała... ta Żydówka. Światło świecy nie wpłynęło korzystnie na jej urodę. Bliskość oświetlenia uwydatniła maskowane kosmetykami zmarszczki. Suknia, która w założeniu miała być kusząca, odkrywała zwiędłe ramiona i obwisłe piersi, które budziły raczej niechęć niż pożądanie. Zachęcający uśmiech odkrywał biały i z pewnością sztuczny ząb. Po plecach przebiegł mi dreszcz obrzydzenia. Żydówka najwidoczniej nie zauważyła tego gdyż przemówiła z wcale niezłym akcentem:
- Oboje chyba wiemy czemu tu jesteśmy? - przymrużyła lekko oczy. - Nie trzeba chyba nic tłumaczyć?
Nie odpowiedziałem, bowiem doskonale wiedziałem czego ode mnie oczekiwała.
- Usiądź. - powiedziała zachęcająco.
Posłusznie usiadłem.
- Częstuj się! - przesunęła gestem po stoliku.
Przyjrzałem się jedzeniu. Było trochę dziwne, sprawiało wrażenie oślizgłego. Stały tam jakieś małże, robakowate krewetki, jakie widziałem kiedyś na wystawie jednego ze sklepów, dziwna sałatka z nierozpoznawalnych składników i butelka wina. Na środku stał półmisek z dwoma czerwonymi, ugotowanymi rakami. Bez wątpienia była to kuchnia francuska. Pnoć erotyczna. Jednak dania te wyglądały tak samo podniecająco jak siedząca przede mną kobieta. Nieufnie przyjrzałem się rakom, później krewetkom i małżom. W końcu zdecydowałem się na sałatkę. Niepewnie nałożyłem trochę na widelec i starając się nie wyrażać obrzydzenia wpakowałem do ust. Oślizgłe jedzenie zdawało mi się poruszać w ustach. Przełknąłem. Moja towarzyszka tymczasem widelczykiem wygrzebywała mięso z brązowej skorupki małży. Przemogłem się i zjadłem resztę. Potem przyszła pora na raki. Specjalnymi szczypcami trzeba było zmiażdżyć pancerz, pod którym znajdowało się żelowate mięso. Najchętniej rzuciłbym to wszystko i odszedł, lecz kobieta była mi potrzebna. Wino było beznadziejnie słabe. Sądząc po butelce, także z tej cholernej Francji. Gdy fatalny posiłek dobiegł końca wiedziałem, że przyszła pora na to co ona ode mnie oczekiwała. To było zwieńczenie fatalnego wieczoru.
Wracałem podupadły psychicznie i fizycznie. Noc z żydowską, nienasyconą i zaniedbaną przez męża nimfomanką była chyba najgorszą z rzeczy jakie mnie do tej pory spotkały. Kobieta nazywała się Sara Frankson, i była żoną wpływowego, amerykańskiego człowieka. Nie była w pełni Żydówką. Jej ojciec był Amerykaninem. Ona zaś, choć dostała od matki religijne, judaistyczne wychowanie, bardziej czuła się jankeską niźli semitką.
Teraz sama miała dwójkę dzieci. A mąż nie miał na nią czasu. Nie pytałem jej się o znajomość starohebrajskiego. Po co płoszyć ją od razu. Niech mnie ma za żigolo. To będzie na razie wygodne. Martwiła mnie tylko kwestia Rebeki. Była to mądra dziewczyna, mogło ją zmartwić to iż nie grałem tego wieczoru w "Ważce". Anthony był wściekły. Miał mieć dzisiaj wychodne. Mam nadzieję, iż następnym razem Sara znajdzie dla nas czas w inny dzień niż niedziela. Oby.
Minął prawie rok. Znajdywałem czas i na Rebekę w "Ważce" i na Sarę w hotelu. Nie znała starego hebrajskiego, uczyła mnie więc jego nowszej wersji. Och dzięki Niebiosom, iż potrafię choć trochę użyć go do odczytania ksiąg! Choć wielu słów jeszcze nie rozumiem, mam trochę pojęcia o sensie tekstu. W każdym razie początek traktował o Bogu i Szatanie. O tym, że tworzyli świat razem. I o tym, że byli... partnerami. Nie wiedziałem w jakim sensie, lecz domyślałem się iż byli po prostu przyjaciółmi. Przeciwnie jak naucza chrześcijanizm, Lucyfer nie był aniołem tylko istotą podobną Bogu Jahwe. Wiadomość zmroziła mnie strasznie. Czyżby Szatan miał taką samą władzę nad światem ludzkim jak Bóg? Otrząsnąłem się. W końcu ciotka obrzydziła mi Boga.
Lekcje od Sary pobierałem raz na miesiąc. Na więcej nie miałem czasu. Cieszyłem się, że rozumiałem kawałki z tekstu, ale wciąż było to mało. Tysiące słów, zdań, liter. Wszystko to było dla mnie jedną tajemnicą. Miałem nadzieję, że kwestią czasu jest przetłumaczenie całego tekstu prze ze mnie. Myliłem się jak zwykle.
Była to przyjemna noc. Dzisiaj grałem w "Purpurowej Ważce" na zmianę z Anthonym. Rozmawiałem z Rebeką, jadłem, piłem, grałem, bawiłem się! Sielanka. Podczas intensywnej rozmowy z Lilly Ruby podszedł do mnie jakiś starszy człowiek. Wziął mnie na słówko za lokal. Stało tam dwóch drabów. Obili mnie niemiłosiernie. Na koniec staruch gniotąc mi rękę laseczką kazał przysiąc iż nigdy już nie tknę jego żony, Sary. Przysięgłem. Gdy odeszli zza śmietnika wyszła moja Rebeka. Przez chwilę nic nie mówiła. Mierzyła mnie tylko spod prostej grzywki. Nagle wykrzyczała:
- Czy ty masz mnie za idiotkę Bernard?! Czy myślałeś, że niczego nie widzę?! - z oczu ciekły jej łzy. - Widziałam wszystko od początku! Myślisz tylko o pieniądzach! Nie kochałeś tej kobiety, ale zdradzałeś mnie dla forsy! Z obrzydliwą staruchą. - oparła się plecami o ścianę. Spuściła głowę. Od tego widoku ścisnęło mi się serce. - To ja cię mu wydałam. Znałam tę parę z gazet. Jego i tę Żydówkę. - zamilkła. - Ale czy to ważne? I tak nie chcę cię znać. Odejdź. Twoja noga już nigdy nie przekroczy progów "Ważki". - spojrzała ostro z nieznaną pustką w oczach - Będziesz cierpiał!
Nie wiedziałem co powiedzieć. Odwróciłem się na pięcie i odbiegłem zostawiając moją ukochaną Rebekę "Lilly Ruby" na zawsze. Ogromny ból ściska moje serce gdy piszę te słowa. Och jakże chciałbym zobaczyć jeszcze raz ta wiotką brunetkę o sowich oczach, pląsającą jak ważka po scenie. Została mi w głowie taka jaką ją zobaczyłem po raz pierwszy: W zwiewnych szalach w owadzim tańcu.
Straciłem jedno ze źródeł dochodów, straciłem nauczycielkę. Przestało mi się wieźć. Niebawem umarł mój pracodawca, sklep poszedł pod młotek a ja na bruk. Nie miałem już prawie nic. Zacząłem żebrać i kantować. Z przystojnego młodzieńca jakim byłem, zmieniłem się w szelmę i awanturnika. Nauczyłem się obrabiać kieszenie przechodniów, szulerstwa i kłamstwa. Nie byłem już tym samym człowiekiem. Przesiadywałem teraz w knajpach, przepijając zdobyte pieniądze, grając w karty i naciągając głupich chłopców. Nie zapomniałem jednak o moim celu. Szukałem dalej. Szkoda mi było ksiąg Rebeki. Żałowałem, że nie skopiowałem ich ponownie. Nie miałem teraz co się pokazywać okolicach "Purpurowej Ważki". Teraz osiedliłem się w dzielnicy portowej. Była bardziej niebezpieczna, ale za to sprzyjała wszelkim drobnym złodziejaszkom i kanciarzom. Mieszkałem teraz w jeszcze gorszych warunkach niż przedtem. Nie miałem nawet szafy, mebel na którym spałem kiedyś musiał być łóżkiem, obecnie był żelazną ramę z materacem. Oprócz łóżka miałem tylko trzy inne meble - stół, krzesło i kulawy stołek. Nosiłem się jak łachmaniarz, włosów nie strzygłem od dawna. Raz na jakiś czas przejechałem tylko brodę brzytwą, by pozbyć się zarostu. Nie miałem już stałej dziewczyny. Spraszałem do siebie prostytutki i ulicznice. W tutejszych knajpach kelnerka była równoznaczna z dziwką, toteż rozrywka była zwykle podwójna. Wśród tamtejszych kobiet znalazłaby się pewnie jakaś z żydowskim pochodzeniem, ale z pewnością nie potrafiłaby tak jak koleżanki po fachu, czytać ani pisać. Jedyne co one robiły dobrze to liczyły. Zawsze wykapowały od razu jeśli dałoby się im choć centa za mało. Za dużo także, wtedy by się nie przyznały. Czas więc upływał mi średnio miło, szybko, bezczynnie i co najgorsze nieubłaganie. Zacząłem martwić się, że wkrótce pokażą się już siwe włosy, gdy w pewnym szynku spotkałem starego znajomego. Było to Anthony! Okazało się, że pocieszyła się nim Rebeka. A może to on postanowił ją sobą pocieszyć? Nie wiadomo. W każdym razie gdy okazało się, iż Rebeka jest w ciąży, dyskretnie usunął się stamtąd zabrawszy ze sobą kilka cenniejszych rzeczy tancerki. Jak się okazało pianista przywłaszczył sobie te tajemnicze księgi. Rozpiłem go odpowiednio i za pomocą sztuczek ograłem go w karty. A że nie miał grosza przy duszy w ramach zapłaty wziąłem starohebrajskie księgi. Samego Anthonego wrzucono do kanału, by tam otrzeźwiał. Była to kara za skrzywdzenie Lilly Ruby, którą wciąż jeszcze mimo wszystko kochałem.
Vampire Zelda
[ kyuketsuneki_hime_zelda@wp.pl ]
|