Sierpień 2006      


|:  VARIA  :|

Literackie joint venture
Boginka

Przypuszczam, że każdemu z nas zdarzyło się przeczytać książkę, która ujmowała stylem. Niezależnie od tego, że nasze gusta się różnią, myślę, że na taką „językową perełkę" trafił każdy. Co się wtedy mówi? Zazwyczaj coś w rodzaju „X ma fajny styl". Ale niespodzianka... to nie pisarze piszą książki.

Oczywiście, powyższe zdanie jest przesadzone (dramaturgia tekstu dźwignią zainteresowania), ale jeśli wstawić w środek stwierdzenia słowo: „sami", to będzie ono całkiem serio – pisanie nie jest raczej zajęciem indywidualnym. Oczywiście zaczyna się od tego, że Autor siada i pisze tekst.

Potem jednak na scenę wchodzi druga postać, często zresztą zbiorowa, czyli Osobnik Zaprzyjaźniony. OZ występuje w wielu odmianach, ale jego funkcja w procesie twórczym jest zazwyczaj jedna. To OZ jako pierwsi czytają to, co Pisarz napisał albo nawet dopiero pisze. To oni wtryniają nos w nie swoje sprawy komentując tekst – to wywal, to zmień, to jest dobre. Zależnie od wypływu OZ na Autora może się okazać, że kształt zmienią całe akapity,
rozdziały, albo nawet sam styl. W końcu pisanie książki trochę trwa i jest dość czasu, by Autorowi skutecznie wywiercić dziurę w brzuchu. To jednak drobiazg. Wpływ OZ nie ma specjalne dużego natężenia ani zasięgu. Jeśli jednak Autor zamierza wydać to co napisał, musi się zmierzyć z prawdziwą bronią masowego
rażenia – Redaktorem. Wydawnictwa zatrudniają Redaktorów, by ci wybierali potencjalnie dobre książki i szlifowali je. Właśnie tu leży źródło władzy Redaktora – to on decyduje, czy książka zostanie wydana. A że w natłoku chętnych przyciągnąć uwagę nie jest łatwo, to rzadko kiedy Autor decyduje się na załatwienie sprawy całkowicie odmownie.

Jak daleko sięga władza Redaktora? Tak daleko, jak tylko jest to zyskowne i da się zrobić. Bywają takie przypadki, że czyjaś książka zostaje na dobrą sprawę przepisana od nowa, bo pomysł został uznany za ciekawy, ale wykonanie oceniono jako całkowicie nieudane. Oczywiście książkę „przepisuje" Autor, ale w ścisłej współpracy z Redaktorem. Na spotkaniach omawia się czasem wręcz wstawienie konkretnych przecinków, że nie wspomnę o wadze pojedynczego przymiotnika. Do zadań Redaktora należy upewnienie się, że w książce nie ma błędów merytorycznych i językowych, ale ponieważ Redaktor to
jednak człowiek i w związku z tym ma on ograniczony zasób wiedzy, pomagają mu czasem Korektorzy, Weryfikatorzy, Konsultanci. Krótko mówiąc – na drodze do celu jakim jest opublikowana książka mamy już dwie postaci główne i szereg pomniejszych.



To jednak nie wszystko. Sporej części książek nie czytamy przecież w oryginale. A to oznacza, że na scenę musi wkroczyć kolejna osoba – Tłumacz. Niektórzy mogą dać się zwieść i stwierdzić, że przecież Tłumacz, jak wskazuje jego miano, tłumaczy, a nie pisze. Ale to jeszcze nie oznacza, że nie ma on wpływu na to, jak książka wygląda. Jego praca nie polega bowiem na mechanicznym „przepisywaniu na inny język". Słowa mogą poza znaczeniem nieść jakieś skojarzenia, aluzje, mają pewną „barwę". I choćby Tłumacz się naprężał, a nawet zjadł tysiąc kotletów, to dokładnie takiej samej „barwy" słów oddać nie będzie w stanie. Zawsze będzie to już trochę inny odcień, zabarwiony stylem własnym Tłumacza. No a do tego należy pamiętać, że Tłumacz też ma swojego Redaktora, Konsultantów i Weryfikatorów. Słowem, nad napisaniem jednej książki czuwa jeśli nie armia, to oddział specjalny. A wynik jest wypadkową ich stylów, pomysłów i języków. Oczywiście z czasem, gdy pisarz zdobywa pozycję, troskliwe zabiegi ze strony Redaktorów i uwagi Osobników stają się mniej istotne dla danej książki. Ale to wcale nie znaczy, że znany Autor pisze samodzielnie – on nadal współpracuje, tyle że współpraca ta przybiera charakter długofalowego wpływu na jego styl. Nie musi już omawiać z Redaktorem przecinków, bo sam stawia je tam, gdzie się tego od niego oczekuje. Na dodatek do mieszanki dochodzi Czytelnik, który ma już jakieś oczekiwania i jeśli ta książka Autora będzie zasadniczo inna, to gotów ją skrytykować, albo nawet jej nie kupić. A tymczasem Nie-Czytelnik wcale nie musi się przecież do Autora przekonać...

Do tego jako odrębne problemy dochodzą: wpływ Krytyka Literackiego, problem adaptacji (starsze dzieła czytamy zazwyczaj w „zmodernizowanej" wersji) i interpretacji własnej. Jak tu mówić, że książkę napisał jakiś konkretny człowiek i wszystko jest jego zasługą lub winą? Mówiąc i myśląc w ten sposób zawsze się trochę oszukujemy.


W temacie warto przeczytać:

Max Fuzowski „Autor z tylnego siedzenia" (Gazeta Studencka 05/2006)
Elżbieta Tabakowska „O przekładzie na przykładzie" (Znak)

© Copyright by Książki ® Layout & Grafics by Shlizer. All Rights reserved!