|
Agatha Christie - I nie było już nikogo
Shakal
Zakładam osobiście, że każdy czytelnik - czy
znający powieści Agathy, czy też nie - zna, lub kojarzy tytuł "I nie było już
nikogo", wcześniej wydany jako "Dziesięciu murzynków".
Książka, całkowicie pozbawiona wątków, w których możemy mieć do czynienia z
duchami bądź nawiedzonymi domami, jest zaledwie 180-stronicowym kryminałem. Nie
byłoby w tym nic dziwnego, gdyż Christie słynie z dobrych i bardzo dobrych
powieści kryminalistycznych, których myślenie jest podstawą. W "I nie było już
nikogo" mamy do czynienia z tym samym schematem, jednak o odrobinkę lepszym.
Fabularnie powieść rozpoczyna się od przyjazdu 8 osób na Wyspę Żołnierzyków.
Jedni w celach zarobkowych, inni - aby odpocząć. Co najdziwniejsze, żadna z tych
osób nie zna osoby o nazwisku Owen, przez którą zostali zaproszeni. Po
przepłynięciu małą łodzią, poznajemy jeszcze 2 osoby. Państwo Rogers, którzy są
na usługach pana Owena, jako służba. Najzabawniejsze jest to, że samego pana
Owena nie ma. Dziwny przypadek, racja, gdyż pan domu powinien zjawić się, aby
przywitać gości. Co się jednak okazuje, pan Owen nie może przyjechać, jednak dał
służącym rady, co mają robić i kiedy. Nikt się tym faktem nie zraża, w końcu,
może pan domu nie mógł w ostatnim czasie przywitać gości. Każdy udaje się do
swego pokoju na piętrze w celu przygotowania się do obiadu. W niektórych
pokojach jest wywieszony nad kominkiem, ładnie oprawiony dziecięcy wierszyk,
dotyczący właśnie dziesięciu żołnierzyków. Kiedy ósemka naszych bohaterów słyszy
gong na obiad wszyscy schodzą na dół do jadalni. Rozmowa z początku się nie
klei, dlatego, gdyż ludzie zupełnie sobie obcy, czują się w tym towarzystwie
dziwnie. Po pewnym czasie jednak, rozmowy prowadzone są o wszystkim. Nasi goście
zauważają również talerzyk, a na nim 10 porcelanowych żołnierzyków. Po
skończonym obiedzie wszyscy udają się do salonu, i od tej pory czas jest dla
bohaterów bardzo ważny. Zaczyna się od gramofonowej płyty, na której każdy z
bohaterów słyszy swoje własne oskarżenie za dokonanie pewnego czynu, który -
praktycznie - nie powinien ani zszargać im imienia, ani posadzić do więzienia,
gdyż sami działali według prawa. Następnie każdy opowiada historię z
przeszłości, które były wypowiedziane na płycie.. prawdziwą historię. Jednak czy
każdy powie prawdę? Czy każdy może czuć się bezpieczny? Czy jedna osoba, może
zaufać drugiej, bez żadnego ryzyka? Cała dziesiątka musi się śpieszyć, gdyż tej
samej nocy dochodzi do pierwszego morderstwa, a uciec z wyspy raczej się nie da.
Na początek, przechodząc do właściwej części recenzji, muszę napisać, iż dziwna
- jak dla mnie - jest czasem polityka wydawnicza. Czemu? Przeglądając materiały,
by zebrać parę informacji dotyczących tejże powieści, doczytałem się w pewnym
źródle do zmiany tytułu z "Dziesięciu murzynków" na przedstawiony w tytule
właśnie. Zrobił to wnuk autorki. Dziwne to zarazem, gdyż takiego Murzynka Bambo
nie ocenzurowali na Żołnierzyka Ryan'a, a sam Bambo nie był obrażony. Sprawa
bynajmniej dziwna i warta wspomnienia.
Książka od chwili, kiedy dochodzi do pierwszego momentu akcji, w którym nasi
bohaterowie słuchają swego własnego wyroku, zaczyna tworzyć swój tajemniczy
klimat. Wszystkie morderstwa są podparte z wierszyka, który był zawieszony nie
tylko w pokojach naszych bohaterów, ale także nad kominkiem w salonie. Nie
doceniałem pod tym względem pomysłowości autorki, tu muszę wyrazić swój podziw.
Mamy tu do czynienia z niezwykle pomysłową grą słów. Przykładem, jakim się
posłużę niech będzie wierszyk, dotyczący pierwszego morderstwa:
|
|
|
|
|
And then there were none |
|
|
kryminał |
|
| |
|
|
 |
|
|
"Raz dziesięciu żołnierzyków
pyszny obiad zajadało,
Nagle jeden się zakrztusił -
i dziewięciu pozostało"
I do morderstwa dochodzi. Jedna z osób krztusi się wypijając haustem szklaneczke
whisky. W jaki sposób do tego doszło? Możliwości może być wiele. Samobójstwo,
otrucie. Kolejne prowadzą do wzajemnych podejrzeń: kto to zrobił i dlaczego. Czy
mordercą jest jedna z osób zamieszkujących dom na Wyspie Żołnierzyków, czy może
ktoś z zewnątrz? Tego dowiecie się sami.
Przejdę tu do jeszcze jednej rzeczy, do której się doczepie. Chodzi o sam
wierszyk. Nie czytałem "Dziesięciu murzynków" ale gdy złapię okazję, czym
prędzej ją wykorzystam. O co mi chodzi? Właśnie o wierszyk. Nie wiem czemu, ale
bardziej mi odpowiada tłumaczenie wierszyka właśnie nawiązującego do 10,
murzynków. Jest ono - według mojej opinii - lepsze. Posłużę się tu przykładem,
znalezionym w Internecie, a porównanie pozostawiam Wam.
" Dziesięć małych Murzyniątek
Jadło obiad w Murzyniewie,
Wtem się jedno zakrztusiło -
I zostało tylko dziewięć."
Zgodzę się, że przesłanie wierszyka jest tylko jedno, ale Ci, którzy czytali i
"Dziesięciu murzynków" i "I nie było już nikogo" przyznają, że wierszyk z
pierwszego tytułu jest lepszy, niż z drugiego (przynajmniej ja mam takie
odczucia, porównując wierszyki z obydwu książek).
Polecam wszystkim Czytelnikom i Czytelniczkom książkę Agathy. Jest ona
zagadkowa, krótka (prawie 180 stron), a i tak czyta się ją jednym tchem. Koniec
powieści zaskakuje, pozytywnie rzecz jasna, za co autorce należą się znowu
brawa. Ci co nie czytali, a o niej słyszeli, niech się za nią wezmą, a ci,
którzy jej nie słyszeli - też niech wezmą do ręki, a gwarantuję, że bardzo się
im spodoba. Ja o niej słyszałem i, jako że czytałem inne książki Agathy,
spodziewałem się czegoś dobrego. Nie zawiodłem się. Wy też się nie zawiedziecie.
|
|