Sierpień 2006      


|:  RECENZJA  :|

Julia Navarro  - Bractwo świętego całunu
Danuta 'dan_daki' Duszeńczuk

„Największy hiszpański bestseller 2004 roku, sprzedany w nakładzie ponad pół miliona egzemplarzy. Thriller historyczny określany mianem ‘hiszpańskiego Kodu Leonarda da Vinci’. Filmax zakupił prawa filmowe”. Taki oto napis na tylnej okładce książki uraczy oczka nasze. Brzmi zachęcająco? A może odpychająco – wszak niby mamy do czynienia z hiszpańskim ‘da Vinci’? Jedno jest pewne – fakt, że pozycję przetłumaczono na aż tyle języków i że książka Julii Navarro sprzedała się w nakładzie, przyprawiającym normalnego człowieka o zawrót głowy, nie musi wcale świadczyć o doskonałości owej powieści. I zapewniam: nie świadczy.

Sama historia jest banalna aż do bólu. Oto zostajemy przeniesieni do Turynu, a dokładniej do miejscowej, słynnej katedry, w której znajduje się całun z odbitym wizerunkiem Chrystusa. Od czasu do czasu mają tu jednak miejsce dziwne wydarzenia. Ot, jeden pożar można zrozumieć, ale cała seria? Na przestrzeni wielu lat, ba! Wieków nawet? W dodatku w niewyjaśnionych okolicznościach ginie mężczyzna pozbawiony języka i linii papilarnych, prawdopodobnie rabuś. O dziwo, w więzieniu odsiaduje trzyletni wyrok za próbę kradzieży całunu mężczyzna w taki sam sposób okaleczony, niemowa, który – wszystko na to wskazuje – udaje wariata, by zmylić śledczych. Całą sprawę badają specjaliści – członkowie wydziału do spraw dzieł sztuki, z głównodowodzącym komisarzem Marco Valonim i historykiem Sofią Galloni na czele. Okazuje się, że rozwiązania zagadki należy szukać w przeszłości – czyli mamy tu do czynienia z typową teorią spiskową dziejów. Brzmi swojsko? Jakieś skojarzenia z „Kodem Leonarda da Vinci”? Bynajmniej... Wrzućmy do tego worka-potworka jeszcze zakon templariuszy, Interpol, CIA, wścibską dziennikarkę, nawiedzonych członków Wspólnoty Świętego Całunu z Edessy, zabójczo przystojnego księdza-karatekę i otrzymamy mieszaninę iście wybuchową, od której można dostać poplątania zmysłów. Ogólnie całość nijak trzyma się kupy, choć na wstępie można odnieść błędne wrażenie, że autorka przemyślała pod każdym względem poszczególne elementy swej powieści.

Wydarzenia są do przewidzenia od samego początku. Zero napięcia i aury tajemniczości – aż dziw bierze, że powieściowi „specjaliści” nie wpadli na rozwiązanie zagadki przez ponad ¾ książki, podczas gdy czytelnik po pierwszych rozdziałach już wie, kto, z kim i dlaczego. Jednak skłamałabym napisawszy, że i zakończenie jest przewidywalne. Co to, to nie! Owszem, finał zaskakuje – co gorsza, irytuje! Pani Navarro tak spłyciła moment kulminacyjny, że zabieg ów w jej wykonaniu woła po prostu o pomstę do nieba! Przez, bagatela, 400 stron każe nam śledzić nudne, proste, czasami wręcz infantylne dialogi bohaterów (bo w książce rozbudowanych opisów, czy partii „blokowych” tekstu, jak ja to nazywam, za wiele nie uświadczymy), by w krótkich, końcowych rozdziałach uciąć gwałtownie akcję. Rach, ciach, film się urwał. A wszystko to podsumowane zajeżdżającym tandetnym patosem akapitem: “Idąc do samochodu, myślała o tym, że przeszłości nie można zmienić, choć teraźniejszość jest odzwierciedleniem tego, czym byliśmy. Lecz by iść naprzód, nie możemy oglądać się za siebie.” Jakież mądre... Konia z rzędem jednak dam temu, kto wytłumaczy mi, co to ma wspólnego z książką jako całością? Przysłowiowa pięść do nosa. Czytając ma się ponadto nieodparte wrażenie, że bohaterowie nie robią nic innego (nie licząc faktu, że jakby przy okazji i od niechcenia przeprowadzają dochodzenie w sprawie pożarów i całunu), jak tylko spotykają się na kolejnych przyjęciach, balach, spektaklach teatralnych, umawiają do pubu, kawiarni, restauracji i cholera wie, gdzie jeszcze! Chociaż w sumie tłumaczyłoby to fakt, czemu tak ciężko wpaść im na właściwy trop. Ja pewnie po tylu bibach też nie byłabym w stanie racjonalnie myśleć.

  La hermandad de la sabana santa
  Thriller
 

 

Kolejny słaby punkt – oprócz historii toczącej się współcześnie autorka co i rusz zabiera nas w podróż w czasie: od męczeńskiej śmierci Jezusa Chrystusa aż do XIV wieku, przedstawiając krok po kroku losy całunu turyńskiego. Niby winno to dodać smaczku, ale jest wręcz na odwrót: zabiera nam całą zabawę ze snucia domysłów i podaje na tacy rozwiązanie intrygi. Pomijam fakt, że według pani Navarro zarówno żydowski wieśniak z I wieku naszej ery, jak i mistrz zakonu templariuszy z okresu średniowiecza reprezentują ten sam poziom intelektualny i taką samą mentalność, ze sposobem mówienia włącznie, co człowiek doby komputerów i internetu... W sumie można to jeszcze jakoś wybaczyć. Ale sztuczne naginanie historii na potrzeby powieści do absurdalnych wręcz granic – to już stanowi grzech śmiertelny. Myślałam, że Brown jest w tym mistrzem – najwidoczniej się myliłam. Oto bowiem dowiadujemy się od naszej pisarki, że zakon templariuszy istnieje do dziś w całkowitej konspiracji, mimo że został w rzeczywistości ostatecznie rozwiązany przez papieża Klemensa V w 1312 roku. Wszelki komentarz uznaję w tym momencie za zbędny.

W ramach małego dodatku: kwestia polskiego wydania. Ostateczna porażka. Dużo literówek, opuszczone wyrazy, często brak kropki na końcu zdania. Czy korektor podczas pracy też tak często sięgał po kieliszek, jak bohaterowie powieści? Do tego papier przypominający fakturą „szaraczka” z ubikacji. I za takowy wątpliwej jakości rarytas musi człowiek zapłacić 28,99zł (ech, co ja siebie i innych będę oszukiwać – mówmy wprost – 29zł)! Jak dla mnie skandal.

Po lekturze „Bractwa świętego całunu” pozostało mi jeno rozczarowanie. I wściekłość, że właśnie na ową kiepską powiastkę pseudo-historyczną wydałam pieniądze, które dostałam jako „premię” w związku z końcem męczących zmagań z maturą! Czy warto czytać? Nie warto. Ale jeśli musicie, bo ciekawość Was do tego skłania, ostrzegam – frustracja zapewniona. Wolę Browna.

P.S. Powyższa ocena jest tak dobra jedynie ze względu na to, iż pewne walory historyczne jednak książka posiada. Chwała autorce, nie poprzekręcała nazwisk i dat.

© Copyright by AM Książki ® Layout & Grafics by Shlizer. All Rights reserved!