Julia Navarro - Bractwo świętego całunu
Danuta 'dan_daki' Duszeńczuk
„Największy hiszpański
bestseller 2004 roku, sprzedany w nakładzie ponad pół miliona egzemplarzy.
Thriller historyczny określany mianem ‘hiszpańskiego Kodu Leonarda da Vinci’.
Filmax zakupił prawa filmowe”. Taki oto napis na tylnej okładce książki
uraczy oczka nasze. Brzmi zachęcająco? A może odpychająco – wszak niby mamy do
czynienia z hiszpańskim ‘da Vinci’? Jedno jest pewne – fakt, że pozycję
przetłumaczono na aż tyle języków i że książka Julii Navarro sprzedała się w
nakładzie, przyprawiającym normalnego człowieka o zawrót głowy, nie musi wcale
świadczyć o doskonałości owej powieści. I zapewniam: nie świadczy.
Sama historia jest banalna aż do bólu. Oto zostajemy przeniesieni do Turynu, a
dokładniej do miejscowej, słynnej katedry, w której znajduje się całun z odbitym
wizerunkiem Chrystusa. Od czasu do czasu mają tu jednak miejsce dziwne
wydarzenia. Ot, jeden pożar można zrozumieć, ale cała seria? Na przestrzeni
wielu lat, ba! Wieków nawet? W dodatku w niewyjaśnionych okolicznościach ginie
mężczyzna pozbawiony języka i linii papilarnych, prawdopodobnie rabuś. O dziwo,
w więzieniu odsiaduje trzyletni wyrok za próbę kradzieży całunu mężczyzna w taki
sam sposób okaleczony, niemowa, który – wszystko na to wskazuje – udaje wariata,
by zmylić śledczych. Całą sprawę badają specjaliści – członkowie wydziału do
spraw dzieł sztuki, z głównodowodzącym komisarzem Marco Valonim i historykiem
Sofią Galloni na czele. Okazuje się, że rozwiązania zagadki należy szukać w
przeszłości – czyli mamy tu do czynienia z typową teorią spiskową dziejów. Brzmi
swojsko? Jakieś skojarzenia z „Kodem Leonarda da Vinci”? Bynajmniej... Wrzućmy
do tego worka-potworka jeszcze zakon templariuszy, Interpol, CIA, wścibską
dziennikarkę, nawiedzonych członków Wspólnoty Świętego Całunu z Edessy, zabójczo
przystojnego księdza-karatekę i otrzymamy mieszaninę iście wybuchową, od której
można dostać poplątania zmysłów. Ogólnie całość nijak trzyma się kupy, choć na
wstępie można odnieść błędne wrażenie, że autorka przemyślała pod każdym
względem poszczególne elementy swej powieści.
Wydarzenia są do przewidzenia od samego początku. Zero napięcia i aury
tajemniczości – aż dziw bierze, że powieściowi „specjaliści” nie wpadli na
rozwiązanie zagadki przez ponad ¾ książki, podczas gdy czytelnik po pierwszych
rozdziałach już wie, kto, z kim i dlaczego. Jednak skłamałabym napisawszy, że i
zakończenie jest przewidywalne. Co to, to nie! Owszem, finał zaskakuje – co
gorsza, irytuje! Pani Navarro tak spłyciła moment kulminacyjny, że zabieg ów w
jej wykonaniu woła po prostu o pomstę do nieba! Przez, bagatela, 400 stron każe
nam śledzić nudne, proste, czasami wręcz infantylne dialogi bohaterów (bo w
książce rozbudowanych opisów, czy partii „blokowych” tekstu, jak ja to nazywam,
za wiele nie uświadczymy), by w krótkich, końcowych rozdziałach uciąć gwałtownie
akcję. Rach, ciach, film się urwał. A wszystko to podsumowane zajeżdżającym
tandetnym patosem akapitem: “Idąc do samochodu, myślała o tym, że przeszłości
nie można zmienić, choć teraźniejszość jest odzwierciedleniem tego, czym
byliśmy. Lecz by iść naprzód, nie możemy oglądać się za siebie.” Jakież mądre...
Konia z rzędem jednak dam temu, kto wytłumaczy mi, co to ma wspólnego z książką
jako całością? Przysłowiowa pięść do nosa. Czytając ma się ponadto nieodparte
wrażenie, że bohaterowie nie robią nic innego (nie licząc faktu, że jakby przy
okazji i od niechcenia przeprowadzają dochodzenie w sprawie pożarów i całunu),
jak tylko spotykają się na kolejnych przyjęciach, balach, spektaklach
teatralnych, umawiają do pubu, kawiarni, restauracji i cholera wie, gdzie
jeszcze! Chociaż w sumie tłumaczyłoby to fakt, czemu tak ciężko wpaść im na
właściwy trop. Ja pewnie po tylu bibach też nie byłabym w stanie racjonalnie
myśleć.
|
|
|
|
|
La hermandad de la sabana santa |
|
|
Thriller |
|
| |
|
|
 |
|
|
Kolejny słaby punkt – oprócz historii toczącej się
współcześnie autorka co i rusz zabiera nas w podróż w czasie: od męczeńskiej
śmierci Jezusa Chrystusa aż do XIV wieku, przedstawiając krok po kroku losy
całunu turyńskiego. Niby winno to dodać smaczku, ale jest wręcz na odwrót:
zabiera nam całą zabawę ze snucia domysłów i podaje na tacy rozwiązanie intrygi.
Pomijam fakt, że według pani Navarro zarówno żydowski wieśniak z I wieku naszej
ery, jak i mistrz zakonu templariuszy z okresu średniowiecza reprezentują ten
sam poziom intelektualny i taką samą mentalność, ze sposobem mówienia włącznie,
co człowiek doby komputerów i internetu... W sumie można to jeszcze jakoś
wybaczyć. Ale sztuczne naginanie historii na potrzeby powieści do absurdalnych
wręcz granic – to już stanowi grzech śmiertelny. Myślałam, że Brown jest w tym
mistrzem – najwidoczniej się myliłam. Oto bowiem dowiadujemy się od naszej
pisarki, że zakon templariuszy istnieje do dziś w całkowitej konspiracji, mimo
że został w rzeczywistości ostatecznie rozwiązany przez papieża Klemensa
V w 1312 roku. Wszelki komentarz uznaję w tym momencie za zbędny.
W ramach małego dodatku: kwestia polskiego wydania. Ostateczna porażka. Dużo
literówek, opuszczone wyrazy, często brak kropki na końcu zdania. Czy korektor
podczas pracy też tak często sięgał po kieliszek, jak bohaterowie powieści? Do
tego papier przypominający fakturą „szaraczka” z ubikacji. I za takowy wątpliwej
jakości rarytas musi człowiek zapłacić 28,99zł (ech, co ja siebie i innych będę
oszukiwać – mówmy wprost – 29zł)! Jak dla mnie skandal.
Po lekturze „Bractwa świętego całunu” pozostało mi jeno rozczarowanie. I
wściekłość, że właśnie na ową kiepską powiastkę pseudo-historyczną wydałam
pieniądze, które dostałam jako „premię” w związku z końcem męczących zmagań z
maturą! Czy warto czytać? Nie warto. Ale jeśli musicie, bo ciekawość Was do tego
skłania, ostrzegam – frustracja zapewniona. Wolę Browna.
P.S. Powyższa ocena jest tak dobra jedynie ze względu na to, iż pewne walory
historyczne jednak książka posiada. Chwała autorce, nie poprzekręcała nazwisk i
dat.
|