Guy N. Smith - Przyczajeni
Dusqmad
Guy N. Smith słynie z tworzenia tandetnych
horrorów. Jego ksiązki nigdy nie są zbyt długie, zbyt dobrze napisane, ani zbyt
inteligentne, niemniej ma swoich odbiorców - ludzi, których gusta są mało
wyrafinowane, nieświadomych, iż to co czytają jest literackim odpadem. Smith
potrafi jednak wytwarzać takie gnioty na niemalże masową skalę i czerpać z nich
niemałe zyski.
Fabuła "Przyczajonych", powieści, która przez wielu uważana jest za najlepszą w
całym jego dorobku nie jest na pozór niczym oryginalnym. Widać też na pierwszy
rzut oka szereg inspiracji i rzeczy charakterystycznych dla innych autorów.
Peter Fogg wraz z rodziną - żoną Janie i synem Gavinem - postanawia na kilka
miesięcy przenieść się w jakieś odludne miejsce, by po sukcesie swojej pierwszej
książki w spokoju wziąć się za pisanie kolejnej. Jego wybór pada na walijską
wioskę Horde, przy czym do zbyt trafnych nie należy. Już po upływie kilku dni
jego żona zaczyna odchodzić od zmysłów, czuje się ciągle obserwowana, syn zaś
jest zastraszany przez rodzinę nacjonalistów. Dochodzą do nich również wieści o
tym, że ich posiadłość należy do miejsc nawiedzonych, w których zdarza się
nocami słyszeć krzyki. Wszystko to wydaje się mieć jakiś związek z dawnym
miejscem kultu druidów, położonym w pobliżu wynajmowanego domu. Tam też już
wkrótce ma dojść do serii tajemniczych wydarzeń. Czyżby starożytne zło wracało w
swe rodzinne strony?
Guy N. Smith nie należy do pisarzy, którzy nużą rozwlekłymi opisami przyrody,
gość po prostu stawia na samą grozę. Wstęp? Przedstawienie postaci? A po cóż? -
wrzućmy od razu bohaterów na głęboką wodę, zafundujmy im zrodzonego z imaginacji
upiora, który nigdy nie śpi i zawsze ma swoją ofiarę pod obserwacja. Dodajmy do tego kilka ton
starego drewnianego domu w zapadłej wiosce - nic dodać,
nic ująć - przepis doskonały. A tak po prawdzie - pan Smith nie ma po prostu
żadnego pojęcia o dobrym horrorze. Mało tego, jest to typowy partacz, którego
powinno się trzymać tak daleko od pióra, jak nekrofila od cmentarza. Cytuję jedno
z wielu zdań, stanowiących wizytówkę jego stylu:
"Musiał spać bardzo długo, bo w pokoju było już bardzo jasno". Gdy pomyślę
ilu dobrych pisarzy kończy karierę, udostępniając swoje ksiązki jedynie w wersji
elektronicznej, to zastanawiam się kto dopuszcza takie coś do druku. Świat
wykreowany przez autora widzimy przez mgłę - da się go dostrzec, ale z uwagi na
skąpą ilość opisów nie widzimy go w całej okazałości.
|
|
|
|
|
The Lukers |
|
|
Horror |
|
| |
|
|
 |
|
|
|
Gdybym na siłę musiał znaleźć jakąś zaletę, to bez wątpienia postawiłbym na
niczego sobie zabiegi, które pisarz tym razem zastosował. Szkoda tylko, że
wprowadził to wszystko tak nieudolnie, że bardziej błyskotliwy czytelnik odkryje
jego tajemnicę, nim on sam ją ujawni. Na plus jest też długość książki - 174
strony, przynajmniej nie trzeba się zbyt długo męczyć, dla wytrzymałych są to co
najwyżej dwa wieczory.
Gdyby książka kulała tylko ze względu na umiejętności autora byłbym w stanie
ocenić ją bardziej przychylnie, ale całość jest w takim stanie, jak przeciętna
polska droga - nie ma już czego łatać, nie ma też czego poprawiać - trzeba
zbudować od nowa. Przede wszystkim trudno nie
zwrócić uwagi na infantylne dialogi między marnie wykreowanymi bohaterami, do
których trudno żywić jakiekolwiek uczucia. Pisarz nadał im proste
rysy psychologiczne i wieje od nich sztucznością. Kolejny gwoźdź do trumny
stanowi napięcie podobne do tego, które buduje się w opowieściach przy ognisku,
aby przestraszyć kilka blondynek.
Radzę twórczość Guy'a N. Smitha omijać szerokim łukiem. Ja sam chyba na tej
książce zakończę swoją przygodę z owym autorem. No, chyba, że Unia Europejska
pomyśli o dotacjach dla masochistów... To może zmienić twarde postanowienie.
|