|
Film Kevina Reynoldsa nie będzie kolejną wierną ekranizacją lektury szkolnej. Nie będzie można sobie obejrzeć filmu, aby odpowiedzieć na dociekliwe pytania pani polonistki, która sprawdza wiedzę przyszłego maturzysty. No cóż, być może
właśnie odebrałem temu filmowi sporą widownię, ale dla pozostałych mam niezłe wieści, to dobry film :).
Film fabularnie z grubsza zgadza się z kilkusetletnim poematem. Średniowiecze walki Irlandii z
plemionami brytyjskimi. Podczas najazdu Irlandczyków, młody Tristan cudem zostaje ocalony, jednak jego rodzice zostają zabici. Ratuje go
Lord Marek z Kornwaldii, szkoli, uczy i traktuje jak rodzonego syna. Dorosły już Tristan walczy o wolność ziemi brytyjskiej z Irlandczykami. Dostaje jednak śmiertelny cios i uznany jest za zmarłego. Zwyczajem celtyckim jego ciało umieszczone jest na łodzi, która ma spłonąć. Jednak nie płonie. Nieprzytomny Tristan rozbija się na
brzegach Irlandii, gdzie znajduje go córka władcy tego kraju - Izolda i w tajemnicy opiekuje się nim. Wkrótce dwoje młodych ludzi zakochuje się w sobie, ale wspólny związek nie jest im pisany.
Nie będę ukrywał film mi się podobał i to bardzo. Szczególnie, że tematyka średniowiecza, rycerstwa zawsze mnie w jakimś stopniu pociągała i "Tristan i Izolda" ma w sobie tę odrobinę magii średniowiecznej. Na pewno jest tak za sprawą zdjęć i muzyki. Zdjęcia wykonał Artur Reinhart - Polak, współpracownik Doroty Kędzierzawskiej przy filmach "Nic" i "Jestem". Wykonał naprawdę kawał dobrej roboty. Uchwycił piękno dzikich krajobrazów wysp brytyjskich. W pochmurnej tonacji, zdjęcia panoramiczne robią kolosalne wrażenie.
Muzyka skomponowana przez Anne Dudley, to połączenie delikatnych rytmów celtyckich i delikatnego podkreślania scen, mających miejsce w filmie.
 |
Ważnym aspektem jest tu aktorstwo. Spotkałem się ze zdaniem, że wcale nie jest ono rewelacyjne. I zgadzam się, nie ma tu nic fenomenalnego, ale nie musi być. Jest za to solidny warsztat. James Franco grający Tristana, jest odpowiednim aktorem na to miejsce. Młody, przystojny, ale nie z urodą macho. Jego Tristan wie czego chce, jest wierny ideałom, jest wzorem dla innych rycerzy. Mistrz broni wszelakiej, sprytny, zwinny i przebiegły. Jedyne co razi, to słabe ukazanie jego walki wewnętrznej pomiędzy miłością do ukochanej, a lojalnością względem króla Marka. Zbyt słabo poprowadził tą postać. Być może wynika to z błędów w scenariuszu, ale fakt pozostaje faktem.
Marek z Kornwalii, czyli Rufus Sewell, to zdecydowanie najmocniejszy punkt w filmie. Aktor nie posiadający jakiegoś ogromnego doświadczenia. Grał w "Legendzie Zorro", czy "Helenie Trojańskiej". Ale tutaj naprawdę się popisuje. Ja mu wierzę, że jest władcą, który ma problemy z niepokornymi plemionami brytyjskimi, który jest zdradzany przez najbliższe osoby. Władca stanowczy, sprawiedliwy i mądry, ale jednocześnie delikatny względem Izoldy, nie chcący jej skrzywdzić.
Pozostaje nam jeszcze Izolda w skórze Sohpie Myles. Znanej widowni raczej z "Underworld", jako jedna z wampirzyc. Role kobiece w epoce średniowiecza nie są wdzięczne dla aktorek. Stawiają je w rolach pokornych sług, są niżej od mężczyzn, a jakakolwiek próba przeciwstawieniu się temu, wypada sztucznie i czasami śmiesznie. Zatem Izolda, godzi się na bycie pionkiem w grach swojego ojca.
Nie umie odrzucić miłości Marka, a jednocześnie silnie kocha Tristana.
Podkreśliłem już, że film nie jest zgodny z poematem. Owszem bazuje na nim, czerpie garściami, ale
reżyser twierdził, że chciał przedstawić najbardziej realną i historyczną wizję dzieła. Postawienie na naturalność nie je złe,
szczególnie, że nieźle to wyszło. Nie ma bowiem sztucznych efektów specjalnych, niepotrzebnego denerwowania widza sztuczkami z Hollywoodu. Pod tym względem, to niemal kino "europejskie".
 |
Niestety
zdarzają się i wpadki. Izolda czyta Tristanowi XVII-wieczny wiersz "Dzień dobry" Johna Donne'a, a przecież mamy
głębokie średniowiecze. Uderzyła mnie też scena turnieju rycerskiego. Tristan po walce schodzi na bok i tam opatrują go przyjaciele, niemal jak współczesnego boksera. Wycierają szmatką krew z kącików ust, poklepują po plecach i barkach i zagrzewają do walki w następnej rundzie.
Mimo tych wszystkich niedoskonałości, "Tristan i Izolda" to bardzo dobry film kostiumowy. Wspaniały nastrój i klimat, wspaniałe realia średniowieczne. Dobra gra aktorska, urzekająca muzyka. Wychodzi solidny film, który nie jest żadną rewelacją. Zresztą Kevin Reynolds wywiązał się ze swojego obowiązku i ten film jest na podobnym poziomie co "Wodny świat", "Chrabia Monte Christo", czy "Robin Hood: Książę złodziei". Polecam!
»Ocena:
8+/10
»Autor:
|