Recenzje

 

Miniony rok był dla polskiego kina całkiem pomyślny. Co prawda powstało mało produkcji, ale na ekranach kin mogliśmy zobaczyć parę dobrych, a nawet - moim zdaniem - jedną produkcję absolutnie genialną (mówię o "Jestem" Doroty Kędzierzawskiej). Powstał jednak film, który kompletnie zaburzył mój obraz polskiego kina w minionym roku. Film, który zgarnął wszystkie nagrody, które się dało - od Gdyni, po Orły. Film, w kierunku którego płynęły same komplementy. Przede wszystkim dla mnie - film, który... uważam za totalną porażkę.

 

Nie ma co ukrywać, że prawie każdy widz interesujący się kinem przed pójściem do niego czyta parę recenzji danej produkcji i idzie na film z pewnym nastawieniem, oczekiwaniami. Po przeczytaniu optymistycznych recenzji na temat "Komornika" byłem przekonany, że idę do kina na film co najmniej dobry. I faktycznie - najnowsza produkcja Feliksa Falka zaczyna się ciekawie. Mamy tytułowego komornika (Andrzej Chyra)i jego zawodowe perypetie. Nie ma co ukrywać, iż jest on wręcz książkowym (w obliczu tego co piszę powinienem chyba napisać - "filmowym"...) przykładem kanalii. Próbuje zabrać specjalistyczny sprzęt medyczny przed operacją, wielką frajdę sprawia mu męczenie i drażnienie ludzi. Pojawia się parę naprawdę brawurowych scen (osobiście uwielbiam wspomniany moment wizyty komornika w szpitalu i spotkania byłego klienta) pełnych ironii i poczucia humoru. Później niestety zaczynają się schody. Kolejne wizyty komornika zaczynają po prostu nudzić, a widz odnosi nieodparte wrażenie, że tak naprawdę ma do czynienia z nachalnym pokazaniem jak złym człowiekiem jest główny bohater. Nie ma co ukrywać, że czara goryczy przepełnia się w momencie, gdy na ekranie widzimy Małogorzatę Kożuchowską - powiedzmy sobie szczerze, że aktorką jest kiepską i jej miejsce jest raczej w reklamach bielizny i kosmetyków niż w kinie. Kożuchowska gra niesamowicie sztucznie, mimika twarzy jest koszmarna, a sama gra to gwałcenie podstawowych reguł aktorskich. Na szczęście całkiem nieźle wypadł Andrzej Chyra i Kinga Preis. Rola tej ostatniej jest naprawdę udana i muszę z ręką na sercu powiedzieć, że pani Kinga uratowała w filmie Falka co najmniej parę scen. 

 

Na razie z mej recenzji wyłania się obraz przeciętnego filmu co w obliczu mojej początkowej opinii jest niedorzeczne. Celowo pomijałem jednak do tej pory zakończenie filmu. Oczywiście nie będę go szczegółowo zdradzał (choć tak prawdę mówiąc to nie bardzo jest co tutaj opisywać), ale muszę jasno powiedzieć jedno - pan Feliks Falk wręcz dokumentnie zakończenie swego filmu spieprzył. Na nic zdała się rola Kingi Preis, dobra muzyka i doskonały punkt wyjściowy scenariusza w obliczu scen, gdy nawrócony komornik wpycha ludziom pieniądze do skrzynki i ze wzruszeniem w oczach opowiada o nawróceniu na skutek wizji Matki Boskiej (sic!). Ciężko opisać te sceny, ale proszę wierzyć mi na słowo, iż są one jednymi z najbardziej patetycznych i niedorzecznych w historii polskiego kina. Przesłanie filmu jest boleśnie oczywiste, a wspomniany patos dopełnia poczucie beznadziei. Szczerze mówiąc szkoda mi Feliksa Falka... jego film mógł być filmem co najmniej dobrym, scenariusz krył w sobie naprawdę duży potencjał. Szkoda, że ostatnie minuty filmu niszczą absolutnie wszystko. Póki co - czekam na kolejne filmy Feliksa Falka i mam szczerą nadzieję, że będą o wiele lepsze.

 

»Ocena: -

 

»Autor: Jakub Pietrusiak