Recenzje

 

Nie ma na świecie lepszego powiązania niż erotyka i religia. Tam, gdzie sacrum miesza się z profanum zawsze musi nastąpić jakaś eskalacja, pojawiają się kontrowersje. Wiedziano o tym już w średniowieczu, stąd tak liczne w literaturze apokryfy. Podstawą chrześcijaństwa jest Biblia (Stary i Nowy Testament) zawierająca fundamenty wiary. Ale Biblia nie udziela wiernym odpowiedzi na wszystkie pytania, wymusza jedynie wiarę, w to co zostało objawione i zapisane na kartach pism doktrynalnych. Jest wiele niewiadomych, które dotyczą nie tylko życia pośmiertnego człowieka, ale i życia samego Jezusa Chrystusa. 
Tą pustkę wypełniały już w początkach chrześcijaństwa właśnie liczne filozoficzno-religijne apokryfy, czerpiące z tradycji wczesnochrześcijańskich i wątków biblijnych. Teksty te, odrzucone przez Kościół, przez setki lat funkcjonowały wśród wiernych wypełniając pustkę biblijną. Apokryfy opisywały więc np. życie Chrystusa w czasach jego młodości. Przedstawiały motywy, wątki, legendy i mity, o których w Biblii jedynie wspomniano. Stanowiły swego rodzaju uzupełnienie biblijnych historii, były niezwykle popularne wśród pospólstwa całej Europy. Ich zadaniem było wypełnianie luki, budzenie konkretnych emocji (wzruszenia, cierpienia, obrzydzenia, itp.). Znanych jest kilkanaście tekstów apokryficznych ewangelii, protoewangelii, życia apostołów, tekstów maryjnych, apokalips. Wystarczy wspomnieć, że sam kanon Pisma Świętego został ustanowiony po raz pierwszy dopiero w cztery wieki po śmierci Chrystusa, na Synodzie Kartagińskim w 397 roku, ostateczny kształt zaś nadano mu na Soborze Trydenckim w 1546 roku, kiedy to Kościół uznał m.in. tekst Apokalipsy św. Jana za tekst objawiony.

Czasy się zmieniły, ale schemat pozostał ten sam. Tyle, że dziś zamiast literatury bardziej popularne są obrazy filmowe. I tak oto powstał film "Kod da Vinci" w reżyserii znanego kinomanom Rona Howarda. Film jest ekranizacją powieści "Kod Leonarda da Vinci", którą napisał Dan Brown. I książka i film wywołały już przed premierą sporo kontrowersji. Przede wszystkim dlatego, że pokazują zupełnie inne treści, niż dotychczas nam się wydawało po lekturze Biblii. Fabuła zakłada, że Jezus Chrystus nie był nikim specjalnym, jedynie człowiekiem o nieco bardziej rozwiniętych zdolnościach niż inni, ale nie był Bogiem. Żył jak człowiek i miał partnerkę, którą była Maria Magdalena. Z tego związku rzekomo było potomstwo, a wręcz powstała całkowicie nowa dynastia! Koncept tej myśli nie jest zupełnie nowy, gdyż wywodzi się już z okresu wczesnego średniowiecza. Obudowany w nowe wątki sensacyjne dostarcza jednak nowych atrakcji widzowi. Film ten wywołał chyba najwięcej kontrowersji religijnych od czasów pamiętnego "Ostatniego kuszenia Chrystusa" Martina Scorsese.

Wszystko zaczyna się w momencie, gdy w tajemniczych okolicznościach ginie stary kustosz Jacques Sauni?re pracujący w Luwrze. W sprawę zostaje zamieszany słynny historyk i badacz symboli profesor Harvardu Robert Langdon. O winie amerykańskiego naukowca jest całkowicie przekonany kapitan francuskiej policji Bézu Fache. W obronie jego staje piękna agentka lokalnej policji Sophie Neveu, która okazuje się później kluczowym ogniwem całego zamieszania. Okazuje się wkrótce, że sprawa jest niezwykle poważna i ma zasięg globalny. Wmieszane są w nią również siły religijne sięgające aż do samego Watykanu oraz tajemnicza organizacja znana pod nazwą Opus Dei. Akcja toczy się na terenie Francji, a później przenosi się do Wielkiej Brytanii, a stamtąd na tereny północnej Afryki. Kluczowym momentem jest powiązanie postaci Marii Magdaleny z Chrystusem, co jest rzekomo widoczne w obrazie Leonarda da Vinci "Ostatnia wieczerza". 

Film jest pełen zagadek, sięga do średniowiecznej legendy o świętym Grallu. Jak pisze Stefan Sawicki w artykule pt. "Sacrum w literaturze" święty Grall to "naczynie, do którego Józef z Arymatei zebrał krew Ukrzyżowanego, a legenda o nim została związana później silnie z tematyką rycerską, osnutą wokół króla Artura i rycerzy Okrągłego Stołu." 1 Jak pokazują nam to twórcy filmu św. Grall to nie naczynie, symbol tego co nadprzyrodzone, co najświętsze w chrześcijaństwie, ale jest nim postać Marii Magdaleny, jako żony Chrystusa. Jest to oczywiście tylko fikcja, tak samo z resztą jak wydarzenia opisane np. w dziele "Imię róży" Umberto Ecco, gdzie mieszają się wątki religijne i filozoficzne z historycznymi wydarzeniami Europy średniowiecznej.

Pomimo ogromnego szumu wokół tego filmu trzeba wyraźnie stwierdzić, że jest to kiepska produkcja. Na film zostały wyłożone spore pieniądze, ale wcale nie widać tego po grze aktorskiej. W rolach głównych wystąpiła czołówka francuskich i amerykańskich gwiazd: Tom Hanks jako Robert Langdon, Audrey Tautou jako Sophie Neveu, Jean Reno jako Bézu Fache. Mimo to postacie przez nich kreowane jakoś nie przykuwają uwagi widza. Akcja jest bardzo dynamiczna, momentami nawet chyba za bardzo. Bohaterowie przemieszczają się z miejsca na miejsce, odkrywają bezbłędnie kolejne zagadki, unikają śmierci i pościgu fanatyków religijnych i policji. Tempo jest zastraszająco szybkie, nie ma właściwie chwili na odpoczynek. Jedynie postać Silasa stanowi swego rodzaju pauzę w filmie. Bo choć on sam dokonuje różnych aktów przemocy wobec innych wyznawców chrześcijaństwa i posuwa się wręcz do morderstw, to jest swego rodzaju "aniołem', a to daje widzowi czas na zastanowienie się, czy poza jednym dobrem jest jeszcze inne. W pozostałych wypadkach widz otrzymuje już gotową odpowiedź na wszelkie pytania, które padają w filmie i nie ma się nad czym zastanawiać. Muzyka autorstwa znanego kompozytora filmowego Hansa Zimmera jest tym razem raczej przeciętna. Plusem filmu są natomiast zdjęcia, których autorem jest Salvatore Totino. Szczególnie zaś retrospekcje do średniowiecza zasługują na wyróżnienie.

Podsumowując o ile książkę Browna można jeszcze uznać za ciekawy thriller z podtekstami erotyczno-religijnymi, to film Howarda jest zdecydowanie przereklamowaną produkcją, gdzie akcja toczy się w ekspresowym tempie. Jest to jedna z wielu opowieści o historii alternatywnej, gdzie w znacznym stopniu miesza się symbolika i religia. Obrazowi temu jest bardzo daleko do takich produkcji, jak chociażby opowieści o przygodach Indiany Jonesa. Film wywołał oburzenie wśród wiernych Kościoła katolickiego, a także pośród samych władz 

kościelnych. Nie ma on jednak racjonalnych argumentów, aby mógł przeciwstawić się dogmatom religijnym, taki jest słaby. Wydaje się, że przez dwie i pół godziny można było przedstawić całą historię w znacznie lepszy sposób. Jak już wspomniano, film porusza kwestie religijne i erotyczne, ale fani scen łóżkowych będą zawiedzeni, albowiem takie tu nie występują.

Film jest dedykowany chyba dla osób o nieukształtowanej jeszcze psychice, które podatne są bardzo na wpływy innych. Tylko oni odnajdą w nim nową "religię". Pozostali będą patrzyli na obraz stworzony przez Howarda raczej przez pryzmat dziejowej teorii spiskowej, jaką serwuje chociażby znany od wielu lat utwór literacki pt. "Protokoły Mędrców Syjonu". Szczerze to… odradzam tą produkcję.

 

1 Sawicki Stefan, Sacrum w literaturze, [w] "Pamiętnik Literacki", rok 1980, z. 3

 

»Ocena: -

 

»Autor: Mariusz Karolak