|
„I Niemcy zabijają Żydów
I Żydzi zabijają Arabów
I Arabowie zabijają zakładników
(...) „
Roger Waters – „Perfect Sense, part 1”
Filmowcy nie raz udowadniali, że wojna to wyśmienity do przedstawienia na dużym ekranie temat. Wiele opartych o ten pomysł filmów dorobiło się miana obrazów kultowych, że choćby wspomnę najsłynniejsze: „Czas Apokalipsy”, „Pluton”, „Cienka czerwona linia” czy „Szeregowiec Ryan”. Jak się okazuje wojna to również duże szanse dodania paru zer przed jedynką na koncie bankowym, a tym zarobki większe im temat aktualniejszy.
Zapewne dlatego twórcy „Amerykańskich chłopców” postanowili umieścić akcję filmu w Iraku roku 2004. Nie dość tego, mają czelność pisać, że tak wyglądał jeden ze zwykłych, majowych dni Amerykańskich żołnierzy. Jeśli tak rzeczywiście wyglądał „zwykły, majowy dzień” to jestem skłonny uwierzyć, że „Rambo” to film oparty na wydarzeniach autentycznych! Czy według autorów oznacza to, że w Iraku grupka Amerykańskich żołnierzy niczym zbitek bohaterów wyjętych z filmów ze Schwarzenegerem przemierza ulicę Iraku zabijając więcej przeciwników niż w trzech częściach „Rambo” razem wziętych - a to dopiero połowa filmu! Strach pomyśleć, co działo by się, gdyby „Amerykańscy chłopcy” trwali trzy godziny, rząd Iraku musiałby chyba zacząć martwić się o liczbę ludności w swym kraju.
Realizm obrazu sięga dna, jedna ze scen spokojnie mogła by znaleźć się w „Braveheart” Gibsona, bo wątpię, by Amerykańscy żołnierze zdolni byli niczym barbarzyńcy na otwartym terenie nożami zaszlachtować Iracki oddział uzbrojony w kałasznikowe, które - o dziwo! - nagle przestały strzelać.
Oglądając film zdawało mi się, że w którymś momencie nastąpiła zmiana scenarzystów, nagle z sieczki godnej „Commando” ktoś próbował zrobić przesycony głębią obraz o bezsensie wojny. Czy się udało? Oczywiście, że nie! Chyba, że pseudointelektualny, antywojenny bełkot, w którym bez przerwy pada oklepane jak pośladki kelnerki w tanim barze pytanie: „Za co my w ogóle walczymy?”, można nazwać głębią. Z początku zdawało mi się nawet, że film to jakaś propaganda robiąca z Amerykanów niezniszczalnych posłańców dobra, a z Irakijczyków nieokrzesane małpy z karabinami.
Bez przesady państwo twórcy, robiliście obraz wojenny, a wyszedł wam jakiś kiczowaty, pseudointelektualny, pełny strzelanin film akcji osadzony w realiach konfliktu w Iraku. Nie wspominając już o zakrawający o kpinę portrecie psychologicznym bohaterów i „wielkich” mądrościach, jakie oni wygłaszają. Ot przeciętny film akcji, jakich na pęczki w telewizji, a który zapewne miał wyciągnąć od przerażonych wojną Amerykanów pieniądze, nie oferując w zamian nic, co można by choćby w najmniejszym stopniu nazwać artyzmem.
Szkoda tylko, że filmowcy próbują zarabiać już nawet na wojnie... „Amerykańscy chłopcy” – Boże, kto przetłumaczył tak tytuł?! Odradzam.
»Ocena:
3/10
»Autor:
|