Recenzje

 

Pomiędzy przesiąkniętymi wszędobylskim kiczem kinowymi produkcjami nieczęsto zdarzają się perły, a nawet jeśli się zdarzają, to mija dwa lata od czasu nakręcenia do kinowej premiery, którą ktoś łaskawie zasponsoruje. „1900: Człowiek legenda” to właśnie jeden z takich filmów. 

Włoski reżyser Giuseppe Tornatore (a także scenarzysta prezentowanego filmu) stworzył dzieło o jakim warto mówić dużo i jedynie w superlatywach, trzeba obejrzeć i na własnej skórze przekonać się jak omawiany obraz łagodzi zmysły, porusza, czaruje i zmusza do refleksji. Już dawno zapchlone komercją kina i stacje telewizyjne nie puszczały tak ambitnego i magicznego zarazem filmu.

Opowiada film Tornatore o człowieku, którego załoga jednego ze statków odnajduje w ładowni, gdy ten był jeszcze niemowlakiem. Postanawiają wychować brzdąca. Malec z wolna dorasta, przyzwyczaja się do życia na statku, aż któregoś dnia objawia swe nieprzeciętne zdolności muzyczne, odgrywając z pamięci na fortepianie wcześniej zasłyszaną pieśń. Cudowne dziecko zmienia się w mężczyznę, grywa na fortepianie z orkiestrą, choć tak naprawdę wszystkie występy teraz już dorosłego człowieka kończą się długą improwizacją. Pianistyczny geniusz niczym Kandyd przemierzając świat na okręcie jednocześnie nigdy nie schodząc na suchy ląd, doświadcza wszystkiego co niesie ze sobą życie. Od miłości przez przyjaźń, aż do zdrady. Dowiaduje się o nim świat, zostaje wyzwany przez jazzowego mistrza fortepianu do pojedynku na dźwięki. Gwiazdorstwo stoi przed nim otworem, jednak musi zejść z okrętu, ale tego nie chce zrobić. Nadal więc koncertuje na statku i z pomocą swych klawiszy gra o ludziach i wygrywa własne uczucia...

Mistrzostwem tego filmu jest muzyka, większa jego część to wspomniane pianistyczne improwizacje genialnego artysty stworzone przez ikonę muzyki filmowej Ennio Morricone na spółkę z byłym liderem legendarnej formacji Pink Floyd, Rogerem Watersem. Widząc nazwisko Watersa już po obejrzeniu filmu byłem bardzo zaskoczony, a jednocześnie utwierdziłem się w przekonaniu, że jest on jednym z największych artystów naszych czasów, którego zapewne kiedyś będzie się stawiało obok klasyków. Wspaniałe, chwytające za serce fortepianowe dźwięki koją zmysły, mistrzowsko wręcz czarują widza wprowadzając go w pewnego rodzaju trans, z którego nie jest się w stanie wydostać. Ośmielę się wysunąć twierdzenie, że muzycznie jest to jeden z najlepszych filmów w historii kina. Z resztą dwa nazwiska, Morricone i Waters, mówią same przez siebie. Melomanom i obytym w świecie dźwięku te dwie ikony świata muzyki wystarczą, by zachęcić do obejrzenia „1900: Człowiek legenda”.

Klimat filmu wycisza, uspokaja skołatane nerwy. Widz śledzi wzrokiem osadzone w okresie międzywojennym wydarzenia związane z życiem genialnego pianisty i z wolna wnika w jego świat, daje się nieść następujących po sobie scenom, śledzi uważnie każde zdarzenie. Mimo, iż nie ma tu pościgów, strzelanin czy trzymającej w napięciu scen, film nie nudzi. „Człowieka legendę” się po prostu ogląda i nie potrzeba tu komputerowych fajerwerków, by utrzymać widza przed telewizorem.

Prócz Tima Rotha („Wściekłe psy”, „Pulp Fiction”, “Dark Water”, “Cztery pokoje”, “Rob Roy”) jedynego aktora, którego można nazwać gwiazdą światowego formatu w filmie nie ma znanych twarzy, a mimo to każdy odegrał swą rolę wyśmienicie. Postacie są barwne, trójwymiarowe i do bólu autentyczne.

Fenomen „Człowieka legendy” polega jednak na mistrzowskim połączeniu muzyki z obrazem. Genialne kompozycje w połączeniu z ujęciami godnymi nagrody Oscara tworzą razem doskonałą całość, uzupełniają się wzajemnie i nadają scenom monumentalizmu, podniosłości. Przez ten zabieg widz nie raz czuje w brzuchu dziwne mrowienie, wiedząc, że jest uczestnikiem tworzenia się czegoś wielkiego.

„1900: Człowiek legenda” to jeden z tych filmów, który mimo iż niedoceniony przez pragnącego akcji i efektów specjalnych widza przetrwa próbę czasu i nawet po wielu latach od premiery będzie zachwycać swym wspaniałych wykonaniem i poruszającą, nostalgiczną historią. Filmy tak nieprzeciętnie ambitne warte są wielu słów, warto o nich mówić, pisać, warto je oglądać i interpretować, a co najważniejsze - warto je pamiętać. Jest to jeden z wartościowszych filmów ostatnich kilkunastu lat, jaki miałem okazję oglądać. Polecam ludziom, którzy uwielbiają to uczucie, gdy po zakończeniu seansu człowiek czuje, że właśnie skończyło się coś wielkiego, a zaczęło coś nowego, tyle, że w jego własnej głowie... Czysta magia.

 

»Ocena: -

 

»Autor: Winix