Mieszkam daleko od naszej pięknej, co mówię bez żadnego cienia sarkazmu, stolicy. Przyznaję, że żałuję. Żal ten wzmaga się co najmniej kilka razy w roku, najmocniej 3 maja i 11 listopada.
Ostatni raz był jednak w marcu. Bowiem w marcu tego roku ukazał się pierwszy numer nowego, każącego się uznawać za poważny, dziennika... "Dziennika". A ja byłem wtedy aż 140 kilometrów od Warszawy i w żaden sposób nie mogłem przyjżeć się twarzom ludzi wchodzących do kamienicy przy placu Starynkiewicza 7/9 - w tym budynku mieści się bowiem redakcja "Rzeczpospolitej", gazety, której nowe dziecko wydawnictwa Axel Springer Polska miało zrobić konkurencję.
Jakie emocje wyrażały te twarze? Niepokój przed nowym rywalem lub cięższymi niż dotychczas czasami? A może ten marcowy poranek dla dziennikarzy "Rzepy" (wybaczcie za małą poufałość) nie różnił się zbytnio od wszystkich innych poranków? Nie musicie mi nic mówić. Sam to wydedukuję. Dzięki lekturze "Dziennika".
Kampania reklamowaJeśli wierzyć na słowo hasłom kampanii reklamowej "Dziennika", lepsze jutro dla "Rzepy" było wczoraj. Albo nawet przedwczoraj. Oto bowiem Polakom ukazał się "ciekawy, opiniotwórczy, inteligentny dziennik polskiej inteligencji". Największy objętościowo dziennik w kraju! Uch, gorąco, prawda? Ale to nie koniec - redaktorzy "Dziennika" w "Dzień dobry TVN" na pytanie o to, do jakiego tytułu "Dziennikowi" najbliżej, odpowiedzieli bez fałszywej skromności, że do gazet angielskich i włoskich, najlepszych gazet na świecie. A że ukazało się dopiero kilka numerów nowego dziennika? Szczegół, dzięki któremu ta wypowiedź jeszcze bardziej imponuje. Że nie wspomnę o wielkim bilboardzie zawieszonym na Pałacu Kultury i Nauki - jest na nim napis "Nie stoi za nami żaden pałac". Rozumiem, że to autorironia. Niezła gra słów, choć wielu może zrozumieć ją opacznie, podobnie jak telewizyjne spoty "Gazety Wyborczej", z których można wywnioskować, że czytelnikami tej gazety są fajtłapy, które nie potrafią porządnie zawiązać krawata i nie przypalić grzanek.
Propaganda na bok, przejdźmy do clou sprawy. Zacznę od tytułu. Sądzę, że "Dziennik" to dla dziennika możliwie najgłupsza nazwa, która swoją głupotą przebija nawet "Gazetę Wyborczą" czy dramatyczny w swojej autorironi "Fakt". Czemu? Cóż, Joseph Heller zapewne cieszyłby się, że jego Major Major Major Major oraz major... de Coverley z "Paragrafu 22" (kto czytał, ten rozumie; kto nie czytał, niech żałuje) znaleźli kontynuację w postaci tytułu dziennika... "Dziennika". Jest to, kolokwialnie mówiąc, masło maślane oraz małe utrudnienie pracy kioskarzy. Czy człowiekowi mówiącemu grzecznie "dziennik poproszę" chodzi o "Dziennik. Polska, Europa, Świat" (nie mamy w naszym kraju maniaka, któremu chciałoby się wymawiać pełnej nazwy "Dziennika") czy też o "Dziennik Łódzki"? No i uniknij tu, eseisto, powtórzeń... "Dziennik" nie wydaje się nazwą dobrą również po przeanalizowaniu tytułów gazet zagranicznych, nawet opiewanych przez redaktorów "Dziennika" gazet angielskich i włoskich, wśród których nie ma odpowiednika tytułu nowej, polskiej gazety (notabene, "Dziennik" to import do Polski niemieckiej gazety "Die Welt", której tytuł znaczy tyle, co "świat").
Szata graficznaCóż, tutaj trudno generalizować, ale skoro muszę, to powiem, że jest ładny, choć nie powala i ma bardzo liczne usterki. Najpierw format. Przyznam, że nieraz zdarzyło mi się przeklnąć wielkie płachty "Rzepy", ale po przyjżeniu się o wielu mniejszmu "Dziennikowi" doceniłem je. Niewielki format "Dziennika" ma małą zaletę i bardzo znaczącą wadę. Zaleta: wygodnie trzyma się go w autobusie. Wada: źle czyta się go wszędzie. Na stosunkowo niewielkiej przestrzeni zgromadzono bardzo dużą liczbę artykułów i informacji, co może przyprawić czytelnika o ból głowy. Kolorystyka. Dominuje niebieski w różnych odcieniach, piaskowy i biały. "Dziennik" jest wyraźnie bardziej kolorowy od dziewiczo białej, ozdobionej nielicznymi szarymi i czerwonymi akcentami "Rzepy", co znajdzie zapewne równie wielu entuzjastów, co sceptyków. To kwestia gustu, na przykład ja zaliczam się do sceptyków. Czcionka wydaje mi się nieco brzydsza i zdecydowanie mniej czytelna od tej z "Rzepy", w dodatku kolumny z tekstem są absurdalnie wąskie (dziwna przypadłość wszytkich gazet z rodziny Axel Springer Polska), co i tak utrudnia niełatwą lekturę "Dziennika". Na deser zostawiłem sobie smakowity kąsek z artykułu redaktora naczelnego "Dziennika" w numerze pilotażowym. Człowiek ten pisał, że szata graficzna "Dziennika" zadaje kłam twierdzeniu, które utarło się w Polsce przez lata, według którego "poważne gazety muszą być brzydkie". Brednia do kwadratu. Najpoważniejsza gazeta w Polsce, "Rzeczpospolita", została uznana pod koniec ubiegłego roku za "najlepiej zaprojektowaną gazetę świata" przez poważaną instytucję SND ("Rzepa" zajęła pierwsze miejsce ex-aequo z brytyjskim "The Guardian"), natomiast jury rzeczonej instytucji stwierdziło, że "Rzeczpospolita" jest "prawdziwie piękna i ponadczasowa"... Redaktorzy "Dziennika" powinni poznać definicję słowa "pokora" zanim będzie za późno, bo wymachiwanie szabelką może się skończyć dla młodego periodyka źle.
Struktura gazetyPodział pisma na kategorie tematyczne do grecka tragedia. Owych kategorii jest z tuzin, a większość z nich jest kompletnie niepotrzebna, jak na przykład Styl lub za duży Sport. Zamiast jasnego, logicznego podziału jest kogiel-mogiel. W "Rzepie" wszytsko jest jak należy: pierwsza strona to przede wszystkim najważniejsze informacje z kraju i ze świata oraz zajawki ciekawych, ale niekoniecznie istotnych artykułów i atrakcji (jak informacja o płycie lub książce dołączonej do gazety). Druga strona to komentarze i analizy. Potem jest Kraj, następnie Świat, Opinie, Ludzie i zdarzenia, na końcu Kultura. Projektujący "Dziennik" dodatkowo rozbili każdy z wymienionych działów na dwa, w dodatku gazeta zaczyna się od Polityki, by potem przejść do Świata, a następnie Wydarzeń. Absurd. "Dziennik" też ma swój odpowiednik krótkich informacji o wydarzeniach mało ważnych, ale wartych odnotowania (na przyład wiadomość o wyborach w jakimś egzotycznym kraju). W "Rzepa" umieszcza się je w logicznym miejscu - na marginesie. W "Dzienniku" są one zbite w całość i umieszczane w przypadkowym miejscu na stronie. Dobiły mnie tabelki z "ciekawostkami", czyli "czemu w Alabamie nie można grać w domino w niedzielę?" albo lista pięciu największych imperiów w historii. Otrzymujemy mozaikę ważnych informacji i bzdetów - mozaiki dobrze wyglądają na ścianach łazienek, i tylko tam.
ArtykułyZacznę okrężną drogą, bo od zdjęć (wybaczcie, ale zdjęcia bardziej wpisywały mi się w akapit o artykułach, niż o szacie graficznej). Na pierwszej stronie pierwszego numeru jest zdjęcie miejsca, w którym terroryści zdetonowali bombę. Za takie zdjęcie na czołówce pilotażowego numeru fotoedytor powinien oberwać w ucho. To zdjęcie przedstawia wszystko... i nic. Nie ma obiektu (na przykład rozglądającego się żołnierza lub wielkiej plamy krwi), na którym można zawiesić oko. Przez to okładka nie przyciąga wzroku i nie krzyczy do wybierającego pismo "tu jest coś ciekawego, wybierz mnie!". Podpisy pod zdjęciami są zredagowane na podobnym poziomie. Odólnie zdjęcia są często niefortunnie dobrane, nie przedstawiając istoty artykułu. Poza tym są ogromne (szczególnie zdjęcie osoby, z którą przeprowadzono wywiad - ono jest na całą stronę) i okazuje się, że jedna strona tekstu w "Dzienniku", hucznie reklamowanego jako największa gazeta codzienna w Polsce, odpowiada dwóm, lub nawet trzem stronom "Rzepy".
Przejdę do tytułów nad artykułami. Te również są olbrzymich rozmiarów - najczęściej tytuł w "Dzienniku" to zdanie wielokrotnie złożone, czasem nawet dwa. Nie o to chodzi w układaniu tytułów, powinny być one możlwie jak najbardziej zwięzłe. Tymczasem "Dziennik" raczy nas potworkami w stylu "Olbrzymia, wielotonowa maszyna górnicza pędzi z prędkością 30 metrów na godzinę" (cytuję z pamięci). Polak to istota rozumna i wie, że jeśli coś jest wielotonowe, to i olbrzymie, więc po co ten dodatkowy przymiotnik. Ponadto, pędzić może BMW M3 z prędkością 300 kilometów na godzinę, więc i złego czasownika użyto. Nie można było zatytułować ten artykuł prosto i elegancko, jak: "Transport wielkiej maszyny górniczej"? Rozwinięcie myśli zawartej w tytule i zaanonsowanie artykułu powinno mieć miejsce w czymś, co dziennikarze określają mianem "lead", czyli wyróżnionymi dwoma lub trzema zdaniami między tytułem a właściwą treścią (swoją drogą, leady w "Dzienniku" również mnie nie przekonują, bo są wyraźnie dyskryminowane, a ich rola jest niedoceniana). Albo inny przykład: "Rosjanie budują nowe imperium". Wcale nie budują. Artykuł mówił jedynie o wydanej w Moskwie książce anonimowego autora, który opisywał jak, z połączenia Białorusi, Rosji i Kazachstanu, mogłoby powstać imperium. Takie rozdmuchiwanie słabo popartego artykułu to wprowadzanie czytelnika w błąd.
Ktoś mógłby powiedzieć, że to wszystko jest nieistotne. Otóż nie. Przeciętny czytelnik zamiast czytać artykuł od deski do deski, woli sprawdzić, czy aby na pewno jest on dla niego ciekawy i nie straci czasu na jego lekturę. Dlatego większość ludzi woli próbkować artykuł poprzez czytanie wyróżnionych fragmentów tekstu - tytuł, podtytuł, śródtytuły, lead, podpisy pod zdjęciami. Jeżeli test wypadnie negatywnie, czytelnik po prostu przewróci kartkę. Jeżeli będzie przewracał kartki bez czytania wydrukowanych na nich tekstów zbyt często, pomyśli, że to nie jest pismo dla niego i następnym razem kupi coś innego.
Spora część zespołu "Dziennika" to jednocześnie pracownicy "Faktu". To mnie niepokoiło i po przeczytaniu kilku artykułów okazało sie, że były ku temu podstawy. Choć tematy artykułów są przeważnie niezłe, to dobre wrażenie psuje język stosowany przez dziennikarzy: poufiałości, kolokwializmy, liczne wyrazy zapożyczone z języków obcych (ja wolę "chuliganów" od "hoolsów"), typowe dla "Faku" usiłowanie wywoania u czytelnika oburzenia lub innych emocji poprzez stosowanie pewnych wyświechtanych frazesów... Nie w smak były mi też dane liczbowe w postaci tabelek, podane w wyjątkowo nieprzystępny sposób (czy badanie, ile procent Polaków lubi Leppera z opalenizną wydaje wam się zabawne? Bo to znalazłem w "Dzienniku"). Zdarzają się też artykuły, których opublikowania nie powstydziłby się "Fakt" (szczególnie te pod koniec gazety). Wszyscy moi znajomi są zgodni, że dziennikarze "Dziennika" źle przeprowadzają wywiady. Ich pytania nie dają tempa rozmowie i tylko niecierpliwią czytelnika i rozmówcę. Od poziomu "Rzepy" dzieli dziennikarzy "Dziennika" długa droga, choć dystans ten skrócił nieco, podkupiony przez "Dziennik" z "Rzepy", felietonista Maciej Rybiński ("Rzepę" zasilił za to Rafał A. Ziemkiewicz). Mimo wszystko, nawet jeżeli reporterzy "Dziennika" będą co tydzień odkrywali aferę na miarę "piskorczyków", wiele to nie pomoże.
Ciężko cokolwiek powiedzieć o obiektywności "Dziennika". Pamietam, że redaktor naczelny w swoim artykule wstępnym pisał, że jego zespól będzie obiekywny i popieraja jedynie liberalizm i wolny rynek. Czy więc "Dziennik" nie będzie bardzo cichym sojusznikiem Platformy Obywatelskiej? Cóż, słyszałem od innych, że "Dziennik" wydał im się proPiSowski, więc na razie lepiej tej sprawy nie poruszać.
DodatkiTo chyba najjaśniejszy punkt "Dziennika", choć i on nie jest pozbawiony wad. Znowu niezły całokształt jest psuty przez kilka szkolnych błędów. Dodatek "Życie jest piękne" firmowany jest jako prestiżowy magazyn dla kobiet. Gdzie tu prestiż, skoro pisze o nowych ciuszkach Paris Hilton? Nie rozumiem też tworzenia osobnego dodatku sportowego. Nie uważacie, że dla przedstawiciela polskiej inteligencji sport nie jest szczególnie istotną dziedziną życia? "Dziennik", przez źle zdefiniowane dodatki, okazuje się być pismem dla wszystkich. To nie jest prestiżowe.
PodsumowanieWłaśnie zorientowałem się, że mój tekst wyszedł mi trochę za mocny i można z niego wywnioskować, że "Dziennik" to dno plus metr mułu. Tak nie jest, można w tej gazecie natrafić na kilka ciekawych pomysłów i poczytać coś interesującego, tyle, że każdy poczuje się rozczarowany, może nawet oszukany po takiej szumnej kampanii reklamowej. W "Dzienniku" jest bardzo dużo do zrobienia, a "Rzepa" jest niemalże doskonała i bije konkurenta na głowę w każdej dziedzinie, prócz ceny ("Rzepa" jest droższa o złotówkę i dwdzieścia groszy). Nawet jeżeli "Dziennik" kiedykolwiek się poprawi, to i "Rzepa" pójdzie do przodu (już poszła, vide dodatki "Zwycięstwa oręża polskiego", "Swiat" albo dodatek giełdowy "Parkiet"). Myślę, że "Dziennik" nie należy po prostu do ligii "Rzepy" - ta druga jako dodatki ma przewodniki po największych miastach Europy, książkę o papieżu, albumy z dziełami najwybitniejszych malarzy, albo przynajmniej ranking szkół wyższych. Ta pierwsza film "Kill Bill". To tylko przykład, różnic jest bardzo dużo.
Czy więc "Dziennik" będzie powoli umierał, jak "Nowy Dzień"? Nie, z kilku powodów, których nie będę wymieniał. Sądzę, że "Dziennik" zrobi konkurencję, ale nie "Rzepie", jak tego życzyli sobie ludzie z Axel Springer Polska, tylko "Gazecie Wyborczej". Poziomy obu gazet są zbliżone. Ponadto, myślę, że "Dziennik" nie będzie miał dużego grona stałych czytelników, będzie kupowany głównie wtedy, gdy dołączony będzie atrakcyjny dodatek lub opublikowany sensacyjny artykuł, co będzie musiało być poprzedzone głośną reklamą.
Tak, czy inaczej, redaktor naczelny Grzegorz Gauden wchodzi do redakcji "Rzeczpospolitej" uśmiechniętny, wiedząc, że jego gazeta to klasa sama dla siebie.
Podziękowania dla szypie i niko14 z Forum Actionum za ciekawą wymianę zdań i podrzucenie mi kilku argumentów, które wykorzystałem w tym tekście.