DWA TYGODNIE W DAMSKIEJ TOALECIE

 

 

Ostrzeżenie: tekst jest o miłości.

Niedawno temu, w czasie gorącej domówki, rozpaliliśmy sobie ognisko. Wiecie, taki mini-pożar pod kontrolą. Gladiatorzy, czyli ci, którzy jeszcze nie spali, usiedli wokół niego i debatowali na przeróżne tematy. Alkohol podziałał na usta niczym olej kuchenny na skrzypiące, hamujące zawiasy, toteż gdy teologiczno-filozoficzne dialogi padły na tematy adoracji, ludzie dalej miotali szczękami. Nagle kumpel w czapce z daszkiem rzucił coś, czego nie usłyszał nikt, prócz mnie: bez miłości nie ma życia.

Wtedy nastąpiła refleksja.

Moja pierwsza poważna dziewczyna lubiła kosmetyki, miłosne piosenki i mnie. Nie była głupia. Ale mądrą też nie mogę ją nazwać. Bez przesady stwierdzić mogę, iż świrowała na moim punkcie, gdyż każdy ruch, każde wyjście bez jej asysty, każde zdanie w moim pamiętniku musiało być przez nią permanentnie inwigilowane. I choć kochała mnie, a ja ją (tak - ja potrafię kochać!), czułem, że taki stan rzeczy zaprowadzić może tylko do pęknięcia mojej pobłażliwości i tolerancji, prowadząc do brutalnego, bo niezapowiedzianego, przecięcia naszego związku. No i bum! Powiedziałem "koniec", podpierając się przeróżnymi motywami. Popłakała, powęszyła jeszcze trochę, czy aby na pewno nie chciałbym spróbować raz jeszcze, i dała sobie spokój.

Podsumowanie: własnoręcznie zabiłem jedyną i prawdziwą miłość dziewczyny do mnie. Nie siliłem się na żadne próby wprowadzenia kompromisów, poszedłem najprostszą linią oporu i choć ona teraz tego nie wie, bo boi się ze mną rozmawiać, to żałuję tego.

Wniosek: nie róbcie tego nigdy.

Solidarność jajników zemściła się ponad rok temu. Poznałem najmądrzejszą dziewczynę, z jaką miałem kiedykolwiek do czynienia. Mimo że zachowywałem się przy niej, delikatnie mówiąc, nieadekwatnie (bałem się, iż każde moje zdanie i poczynania uzna za idiotyczne), nasze spotkania kończyłem dryfując w mgle samozadowolenia i pewności, że nic, z kiblowaniem włącznie, nie jest w stanie wyssać ze mnie tego szczęścia. Gdyby tylko chciała, zrobiłbym dla niej więcej, niżbym sam dla siebie zrobił. Byliśmy uosobieniem paradoksu - zewnętrznie niepasujący do siebie, ona zdolna, pozytywnie nastawiona, ja ponury (przechodzący skrywaną depresję, która storpedowała moją asertywność) matołek. Mówiąc, że kończy ze mną, rozszarpała 1/2 mojego i tak już wadliwego serca.

Podsumowanie: zemsta jajników, brutalnej jak ta Czarnej Mamby Thurman, wpuściła trutkę w moje ambicje i pewność siebie. A to dzięki skontuzjowanych tychże.

Wniosek: pewność siebie należy pielęgnować.

Powyższe eksperymenty obrazują cały miłosny odcinek mojego życiorysu. Czasami wydaje mi się, że więcej takich scenariuszy nie byłbym w stanie przetrwać, co paraliżuje moje aspiracje względem dziewczyn. Te błędy będą mnie prześladować jeszcze długo i z wyuzdaniem, dopóki nie znajdzie się następna, która okiełzna takiego indywidualistę jak ja.

Ale kiedy już to nastąpi, te błędy także będą mi przypominać o swoim zapotrzebowaniu. To dzięki nim będę mógł docenić tą, z którą, mam nadzieję, będę dzielił uczucia. Warto mieć takie wspomnienia. Warto też, sięgając po filozofię kumpla z czapką z daszkiem, żyć.

Van Morrison - Pay the devil

Michał Chmielewski
eric_wu@wp.pl
http://www.sianow.kw.pl/
kom: 511969234

PS. Naprawdę nie wiem, co z tym wszystkim ma wspólnego tytuł.