|
Ostrzeżenie: tekst jest o miłości.
Niedawno
temu, w czasie gorącej domówki, rozpaliliśmy sobie ognisko. Wiecie, taki
mini-pożar pod kontrolą. Gladiatorzy, czyli ci, którzy jeszcze nie spali,
usiedli wokół niego i debatowali na przeróżne tematy. Alkohol podziałał na
usta niczym olej kuchenny na skrzypiące, hamujące zawiasy, toteż gdy
teologiczno-filozoficzne dialogi padły na tematy adoracji, ludzie dalej
miotali szczękami. Nagle kumpel w czapce z daszkiem rzucił coś, czego nie
usłyszał nikt, prócz mnie: bez miłości nie ma życia.
Wtedy
nastąpiła refleksja.
Moja pierwsza poważna dziewczyna lubiła
kosmetyki, miłosne piosenki i mnie. Nie była głupia. Ale mądrą też nie
mogę ją nazwać. Bez przesady stwierdzić mogę, iż świrowała na moim
punkcie, gdyż każdy ruch, każde wyjście bez jej asysty, każde zdanie w
moim pamiętniku musiało być przez nią permanentnie inwigilowane. I choć
kochała mnie, a ja ją (tak - ja potrafię kochać!), czułem, że taki stan
rzeczy zaprowadzić może tylko do pęknięcia mojej pobłażliwości i
tolerancji, prowadząc do brutalnego, bo niezapowiedzianego, przecięcia
naszego związku. No i bum! Powiedziałem "koniec", podpierając się
przeróżnymi motywami. Popłakała, powęszyła jeszcze trochę, czy aby na
pewno nie chciałbym spróbować raz jeszcze, i dała sobie
spokój.
Podsumowanie: własnoręcznie zabiłem jedyną i prawdziwą
miłość dziewczyny do mnie. Nie siliłem się na żadne próby wprowadzenia
kompromisów, poszedłem najprostszą linią oporu i choć ona teraz tego nie
wie, bo boi się ze mną rozmawiać, to żałuję tego.
Wniosek: nie
róbcie tego nigdy.
Solidarność jajników zemściła się ponad rok
temu. Poznałem najmądrzejszą dziewczynę, z jaką miałem kiedykolwiek do
czynienia. Mimo że zachowywałem się przy niej, delikatnie mówiąc,
nieadekwatnie (bałem się, iż każde moje zdanie i poczynania uzna za
idiotyczne), nasze spotkania kończyłem dryfując w mgle samozadowolenia i
pewności, że nic, z kiblowaniem włącznie, nie jest w stanie wyssać ze mnie
tego szczęścia. Gdyby tylko chciała, zrobiłbym dla niej więcej, niżbym sam
dla siebie zrobił. Byliśmy uosobieniem paradoksu - zewnętrznie niepasujący
do siebie, ona zdolna, pozytywnie nastawiona, ja ponury (przechodzący
skrywaną depresję, która storpedowała moją asertywność) matołek. Mówiąc,
że kończy ze mną, rozszarpała 1/2 mojego i tak już wadliwego serca.
Podsumowanie: zemsta jajników, brutalnej jak ta Czarnej Mamby
Thurman, wpuściła trutkę w moje ambicje i pewność siebie. A to dzięki
skontuzjowanych tychże.
Wniosek: pewność siebie należy
pielęgnować.
Powyższe eksperymenty obrazują cały miłosny odcinek
mojego życiorysu. Czasami wydaje mi się, że więcej takich scenariuszy nie
byłbym w stanie przetrwać, co paraliżuje moje aspiracje względem
dziewczyn. Te błędy będą mnie prześladować jeszcze długo i z wyuzdaniem,
dopóki nie znajdzie się następna, która okiełzna takiego indywidualistę
jak ja.
Ale kiedy już to nastąpi, te błędy także będą mi
przypominać o swoim zapotrzebowaniu. To dzięki nim będę mógł docenić tą, z
którą, mam nadzieję, będę dzielił uczucia. Warto mieć takie wspomnienia.
Warto też, sięgając po filozofię kumpla z czapką z daszkiem,
żyć. |