|
Nie lubię zmian. Przynajmniej nie zawsze. Bo może
okazać się nietrafna, wpłynąć na wystarczająco wielką już moją niekorzyść.
Z kolei drzemanie pod kołdrą stagnacji także do rozsądnych decyzji nie
zaliczam. Tkwię zatem na przysłowiowym kowadle, które lada moment pozna
smak młotka.
Kiedyś Krillin (heja!) fajnie napisał o zmianach.
Szczerze, ciekawie i po prostu fajnie, czyli totalnie zajebiście. W jego
świecie, tam na południu Polski, zmiany płyną przez tą samą zasadą, co u
mnie. I podobnie jak u Zyzia, ja również po ich oględzinach czuję
rozgoryczenie i nostalgię. Jestem rasowym dzieciakiem pełnym przekonania,
że niewiele rzeczy może to zmienić. Może naświetlę tę myśl z innej strony:
boję się dorosłego życia.
Najwidoczniejsze zmiany tkwią w ludziach.
Ci, którzy jeszcze całkiem niedawno konstruowali metropolie w piaskownicy,
teraz mają narzeczone, samochody i gorące pragnienia emigracji. Następni
wyrośli na ćpunów i tych, co skrupulatnie przeglądają każdy zakątek mego
miasta w poszukiwaniu choćby metalowego resoraka, by mogli go spieniężyć.
A tę kolosalną kwotę przeznaczyć nie na piwko, a utrzymanie. Inni wyrośli
na poważną konkurencję kleptomanów, którzy nie potrafią tylko kraść. Każda
kradzież torebki czy telefonu musi zostać podkreślona pobiciem
okradzionego.
Koleżanki generalnie (i nie tylko one) bawią się
chyba w konkurs rozmnażania. Kto powieli więcej swoich genów przed
dwudziestką. Wygrana: bardziej rozbudowana swoja gałąź drzewka
genealogicznego. To jest niemal jak nowe hobby. Spośród wszystkich
lokalnych mamuś generacji Czernobyl tylko jedna wpadła na pomysł, aby
przypieczętować swój poród ślubem. Tym sposobem najlepiej prorokująca
gimnazjalistka mojego pokolenia w wieku 19. lat zakończyła edukację jako
pospolita kura domowa, a własne ambicje ugotowała w zupie. Przesolonej czy
nie - bez znaczenia. Ba, są ludzie w moim wieku mający już po dwójkę, a
niektórzy starsi i trójeczek się dorobili. Kosmici mogliby ich pomylić z
królikami.
Kiedy ja dalej uprawiam beztroskie życie młodego
dorosłego, inni wokoło zostawili swoje marzenia na boisku i wybrali życie
dorosłe. A te, jak widzę, nie ma w sobie miejsca na idee, bo wszystko
zostało zarezerwowane przez problemy natury dorosłej właśnie. Dlatego mi
się tam nie spieszy. Kiedyś z tymi samym ludźmi godzinami rozmawialiśmy o
rzeczach, od których los świata raczej nigdy zależeć nie będzie - teraz
poza szukaniem pracy, ewakuacją z Polski, własnym samochodzie i
nieustannym braku kasy nie można porozmawiać o niczym. Taka kolej rzeczy?
To jest dopiero zawsze k... coś (aha, Zyzio! Ja w dalszym ciągu na coś
czekam!).
Peja twierdzi, że "nie zmienia się nic", a
chłopaki z Fenomen, że "wszystko się zmienia". Więc wszystko się
zmienia, bo nie zmienia się nic, ewentualnie nie zmienia się nic, bo
wszystko się zmienia. Wszystkimi raciczkami mogę się pod tym podpisać i
zrobię to - o proszę: Michał Chmielewski
- ponieważ razem i osobno są pewną
prawdą ostateczną.
Na zewnątrz wszystko się zmienia, wewnątrz mnie
nie zmienia się nic. |