Strach przed życiem



Miałem już prawie całą stronę tekstu. Było o czarnym kocie, który jak zwykle stanowił jedynie pretekst do narzekań na mój pokręcony do granic możliwości żywot. Tego tekstu już nie ma. Zastanawiam się, czy wypada zostawić tytuł, skoro zamierzam napisać o czymś zupełnie innym? Pewnie, że nie.

Skończyłem dzisiaj szkołę. Czteroletnie Technikum Ekonomiczne powoli odchodzi w zapomnienie. Jeszcze tylko pięć egzaminów maturalnych, potem jeszcze zawodowy (którego zdanie w moim przypadku będzie graniczyło z cudem) i koniec. Ten właściwie był kilka godzin temu, ale do mnie jakoś to jeszcze nie dociera. Albo dociera. Aż za bardzo.

Skończyłem szkołę - i co z tego? Czy to oznacza, że stałem się - nie wiem - lepszy, mądrzejszy, dojrzalszy? Czy też muszę czekać do matury, albo jeszcze dalej. A może to już się stało, tak zupełnie mimochodem, niechcący?

Wiecie, ostatni raz w garniturze świat widział mnie na Pierwszej Komunii. Jedenaście lat temu to było. Wiem dokładnie, bo nad moim łóżkiem wciąż wisi pamiątkowy obrazek. Tyle tylko się zmieniło, że już od dawna się do niego nie modlę przed zaśnięciem.

Wszystko płynie, a więc ja też. Znalazłem sobie nowych bogów. Zacząłem wierzyć w siebie, w ludzi. Teraz czuję, że prosty światopogląd odchodzi w przeszłość. Nie sprawdził się. Łatwiej mi jest uważać, że rozumowanie było błędne, niż że problem tkwił we mnie. Winą zawsze można obarczyć bliźniego, o wiele trudniej jest samemu dźwigać ciężar niespełnionych marzeń i niezrealizowanych ambicji.

Czuję się cokolwiek dziwnie. Zacząłem nawet myśleć nad tym, kogo mi będzie brakowało najbardziej. Słabo mi ten rachunek wyszedł, bo przecież używając mojej definicji słowa przyjaciel okazuje się, że nikogo nie mogę w ten sposób nazwać. Ale nie martwię się, to działa w obie strony - ja również dla nikogo nie stałem się kimś ważniejszym. Tak, ta myśl jest dosyć uspokajająca.

Coś w rodzaju strachu przyszło w momencie, gdy uświadomiłem sobie, że tak naprawdę nie przyzwyczaiłem się do ludzi. Mnie weszło w krew poranne wstawanie, trzęsienie się w busie, odsiadywanie swojego w szkole i znów czekanie na jedyny autobus do domu.

Teraz… Teraz niby mam za sobą wszystko to, czego szczerze nienawidziłem. Nie muszę nic udawać, nie musze się pilnować, by zbyt długo nie wpatrywać się w niebieskie oczy lub też by nie powiedzieć komuś wprost, co o nim myślę.

A jednak zdecydowanie czarniejsza wydaje się myśl, jak wiele mam jeszcze p r z e d sobą. To nie jest koniec, to tak naprawdę początek. Początek przygody, którą czasem nazywacie prawdziwym życiem, czasem banalną egzystencją, a jeszcze inszym czasem po prostu wielkim picem na wodę.

Zdaję sobie sprawę, że moje rozterki nikogo nie obchodzą. Po co komu moje problemy, skoro za moment będą mieli podobne albo mają już to dawno za sobą i mogą się spokojnie śmiać z wywodów przestraszonego życiem ciągle-jeszcze-nastolatka. I tak zdając sobie z tego wszystkiego sprawę piszę dalej, brnąc w wywód, którym na pewno nie przysporzę sobie ani jednego nowego fana. Wielka szkoda.

Chciałbym być. Chciałbym pracować, chciałbym założyć rodzinę i czuć się spełnionym. Chciałbym wykonywać wolny (w miarę zawód), mieć dwójkę dzieci i móc cieszyć się nimi i tym, co robie. Dwa zdania, trzy moje prywatne definicje najważniejszych w życiu rzeczy. Krótkie i proste, ale takie właśnie to wszystko jest. A to, że droga do tych celów jest już pełna zawijasów, to cóż… zawleczki od konserw rybnych też się czasem urywają, nim zdążymy otworzyć puszkę.



Tuxedo