W rozwiniętych Chinach nikt nie będzie już pracował za 2 dolary i produkcja na Dalekim Wschodzie przestanie się opłacać. Warto sobie zadać pytanie - co wtedy?
Dominacja państw Dalekiego Wschodu w produkcji i sprzedaży tekstyliów, elektroniki i zabawek jest aż nadto widoczna, nawet dla średnio rozgarniętego konsumenta. Przyczyny tego stanu rzeczy są oczywiste i powszechnie znane - Azjaci produkują taniej. A to, mimo propagowanego patriotyzmu gospodarczego jest wystarczająco silnym argumentem na korzyść wyboru ich towarów przez klienta. I choć wszyscy przyznają, że "chińskie" produkty to kicz, tandeta i Bóg jeden wie co jeszcze, zdecydowana większość populacji woli nabyć trzy słabej jakości podkoszulki w zastępstwie jednego, dobrego. Nawet w bogatych Niemczech i Skandynawii, która jeszcze kilkanaście lat temu masowo ubierała się w rzeczy rodzimej produkcji, bazarowe stoiska cieszą się z dnia na dzień coraz większym powodzeniem.
Zresztą, przyczyną tego stanu rzeczy nie muszą być wcale częstsze zakupy na targowiskach. Sklepy z firmową odzieżą, sprzedające rzeczy z założenie droższe, ale i lepsze, również wypełniają produkty importowane z Dalekiego Wschodu. Bo w Azji produkuje się teraz prawie wszystko - od tandetnych resoraczków dla dzieci, poprzez obuwie i odzież, aż po drogie podzespoły komputerowe. Bez cienia wątpliwości można powiedzieć, że Daleki Wschód, Półwysep Indyjski i Ameryka Łacińska to dziś fabryki świata.
Fabryki produkujące dla nas, Europejczyków i Amerykanów, którzy wyręczeni z obowiązku wytworzenia pewnych dóbr, zajmują się zazwyczaj ich takim czy innym użytkowaniem. Pracują w bankach na tajlandzkich komputerach, leczą, sądzą się i ścinają włosy. Nie jest to oczywiście reguła, ale statystki w jasny sposób ukazują przewagę liczby pracowników sektora usługowego nad pozostałymi działami gospodarki. Każdy kto uważał trochę na lekcjach geografii, wie, że właśnie struktura zatrudnienia jest jednym z kryteriów oceny poziomu rozwoju danego państwa.
I rzeczywiście - słabo rozwinięty Czarny Ląd, Afryka, to domena rolnictwa, ewentualnie wydobycia surowców. Poza paroma wyjątkami na południu i północy, większość mieszkańców zajmuje się zapewnianiem własnej rodzinie chleba w dosłownym tego słowa znaczeniu. Nieco inaczej jest w krajach trochę lepiej rozwiniętych - Indie, Chiny, Meksyk, Indonezja. Chociaż olbrzymie ilości ludzi wciąż zajmują się tam rolnictwem, to jednak spory udział przemysłu w gospodarce tych państw jest wyraźnie widoczny. I w końcu bogata i rozwinięta Europa, w której rolnictwem zajmuje się czasami zaledwie kilka procent ogółu ludności, a przemysł to nierzadko nie więcej niż piąta część zatrudnionych.
Patrząc wstecz, nietrudno zauważyć, że sytuacja ta wciąż się zmienia. Sto lat temu europejskie metropolie były wielkimi centrami industrialnymi, z masą dymiących kominów i zakładów produkujących rozmaite dobra. W tym samym czasie szczytową formą rozwojową przemysłu w Indiach były suszarnie i pakownie herbaty. Czas biegł do przodu, Europa się bogaciła. Rósł standard życia, zarobki pracowników najemnych. Jednocześnie panująca na rynku konkurencja wymuszała na producentach obniżkę kosztów. W końcu zaczęło opłacać się produkowanie hen, za oceanem. Azjaci, gotowi pracować za pół stawki godzinnej Europejczyka przez okrągłe osiem czy dziesięć godzin byli znacznie bardziej atrakcyjnymi robotnikami, zwłaszcza jeżeli chodzi o czynności mechaniczne, nie wymagające żadnej specjalistycznej wiedzy.
Taki stan rzeczy w sumie by nam odpowiadał. Kupujemy tanie produkty, sami mamy jakieś zajęcia, za które płacą nam zdecydowanie lepiej niż tym, ślęczącym po kilka godzin przy taśmie montażowej. Nie wolno jednak zapomnieć, że świat nie stanął w miejscu, a kraje dziś od nas uboższe, jutro mogą dobić do naszego poziomu. Od kilkunastu lat państwa Dalekiego Wschodu rozwijają się w błyskawicznym tempie. Jeśli tak dalej pójdzie, w końcu dościgną one Europę.
Nietrudno zauważyć, że taka sytuacja pociągnęłaby za sobą gruntnowną reorganizację światowego porządku. W rozwiniętych Chinach nikt nie będzie już pracował za 2 dolary i produkcja na Dalekim Wschodzie przestanie się opłacać. Warto sobie zadać pytanie - co wtedy? Najbardziej prawdopodobnym wydaje się przeniesienie fabryk do Afryki, której potencjał gospodarczy wciąż jeszcze nie został uruchomiony. Jednak myślę, że odpowiedź taka nikogo z Was nie usatysfakcjonuje. Bo i Afryka kiedyś się "skończy".
Słynny amerykański futurolog, Alvin Toffler, niejednokrotnie, choć w dość ograniczonym stopniu, podejmował tę tematykę. Jedna z wysuniętych przez niego hipotez głosi, że sprawy po prostu nigdy nie wezmą takiego obrotu. Twierdzi on, że w krajach rozwiniętych od dłuższego już czasu nasila się moda na rzeczy wytwarzane ręcznie. Bogaci Europejczycy nie chcą fabrycznie szytych spodni, nie lubią plastikowych, seryjnie produkowanych krzeseł ani zastaw stołowych. Miast tego, coraz większym powodzeniem cieszą się wyszywane ręcznie obrusy i starannie wykończone przez lokalnego krawca koszule. Powszechność i typowość odrzuca - ludzie chcą rzeczy oryginalnych i niepowtarzalnych. I nie rozumie się przez to awangardy, wyszukanych kształtów i materiałów. Rzemieślnicy produkują przecież towary do siebie w gruncie rzeczy podobne - sęk w tym, że przewaga czynnika ludzkiego nad automatyką w procesie wytwórczym nadaje im pewnej unikalności.
Innym możliwym rozwiązaniem jest powrót produkcji na Stary Kontynent. Stanowisko to wydaje się być całkiem logiczne, jeżeli spojrzymy na powód migracji wytwórców do krajów słabiej rozwiniętych. Powodem tym była oczywiście opłacalność. Skoro miałoby jej zabraknąć, naturanym wydaje się zakończenie dalekowschodniej eskapady i powtórna eksploatacja swojskich rejonów.
"Produkcja Europie przywrócona" ściśle mogłaby się połączyć z inną koncepcją. Koncepcją głoszącą, iż nie będzie trzeba szukać nowej, taniej siły roboczej, bo owa siła po prostu nie będzie potrzebna. Postęp techniczny, którego przecież wciąż doświadczamy, miałby w pewnym momencie wyeliminować ludzi z procesu produkcyjnego prawie całkowicie. Odczuwamy to zresztą już dziś - ileż to rzeczy, niegdyś wykonywanych przez ludzi, robią teraz maszyny fabryczne. Gdyby proces mechanizacji osiągnął maksimum, rozmieszczenie produkcji byłoby uzależnione od cen energii i ulg podatkowych w danym kraju - a przynajmniej o wiele bardziej niż od wysokości płac pracowników.
Tu i ówdzie słychać również idee fatalistyczne, twierdzące iż wojny i inne kataklizmy, które nawiedzać mają nas ze sporą częstotliwością, niejeden raz przeorganizują sytuację na świecie, z olbrzymią skutecznością redukując liczbę państw wysoko rozwiniętych.
Rozwodzenie się nad tym problemem to bez wątpienia futurologia w najczystszej postaci. I, jak to zazwyczaj bywa w przypadku spraw roztrząsanych przez tą naukę, weryfikacją słuszności wszelkich sądów będzie dopiero nadchodząca rzeczywistość. Szkoda tylko, że jej nadejście oglądać będziemy nie my, ale nasze (pra-)n wnuki :-)