Łopata

Nigdy więcej. Obiecuję. Już mam dość. Aż sam się dziwię, ile zmartwień może dostarczyć człowiekowi łopata. Urządzenie z założenia proste, składające się zazwyczaj z dwóch części. Służy do kopania, czyli do czynności tak prostej, że może ją wykonywać każdy pełnosprawny człowiek. Przekonany o tej prostocie pomyślałem sobie "a co mi tam" i zatrudniłem się do przekopania działki należącej do rodziców. Nie działeczki, ale DZIAŁKI. Nieważne. Ważne, że kopanie może wpędzić człowieka w depresję, alkoholizm i myśli samobójcze. To ostatnie dotyczy oczywiście przypadków szalenie skrajnych, ale w sumie wszystko zależne jest od tego ile kopiesz i na ile się w to zasuwanie łopatą angażujesz.

Początek był łatwy i przyjemny. Ale zawsze tak jest, kiedy człowiek idzie w nieznane. Przeszkadzało mi jedynie to, że łopatą zasuwałem sam jak palec. Myślałem, że jakoś to zleci i się przyzwyczaję. Rzeczywiście - czas płynął, ja skupiałem się tylko na przewalaniu ziemi i było nawet sympatycznie. Te kilka godzin dziennie mijało jak z bicza strzelił. Miałem nawet myśli twierdzące, że praca fizyczna nie jest taka zła.

Dzień drugi nie był najgorszy. Nuciłem sobie ulubione piosenki, które aktualnie siedziały mi w głowie, ale żaden kryzys nie nadszedł. Uśmiech na twarzy miałem przez cały pracowity dzień. Tylko ten czas. Płynął jakby trochę wolniej niż dnia poprzedniego. I ta myśl, że kolejnego dnia też będzie trzeba kopać. No, ale byłem przekonany, że dam radę.

Dzień trzeci to początek kryzysu. Upał jak jasna cholera. Pojechałbym do miasta. Ale nie - muszę kopać tę cholerną działkę! Czas płynął w zwolnionym tempie. Sekunda trwała pięć sekund. I zaczęły się myśli. Przegląd ostatnich kilku miesięcy. Jedna porażka, druga porażka, trzecia porażka. Nie stało się nic sympatycznego? - pomyślałem, przerywając na chwilę kopanie. Aha, czwarta porażka - podpowiedziało mi sumienie. Genialnie. Do końca dnia miałem ochotę usiąść na kanapie i napić się piwa.

Dzień czwarty rozpocząłem od znanego i lubianego słowa - "kurwa". Tyle potrafiłem z siebie wydusić na myśl o kolejnych godzinach spędzonych sam na sam z łopatą. Ale nie mogłem się poddać. Zresztą było już na to za późno. Okazałbym się słabiakiem, nierobem i pasożytem. Trzeba było więc zacisnąć zęby i dawać czadu. Ciężko było. Myśli o sytuacjach bez wyjścia niemal non-stop. Tworzyłem wprawdzie w głowie masę rozwiązań, ale to były tylko impulsy zmęczonego człowieka. Zacząłem się cofać w czasie jeszcze bardziej. I wnioski były coraz gorsze.

Piąty dzień rozpoczął się od piątej porażki. Jakaś popieprzona magia liczb. Nie wierzę w takie bzdury, więc ze złości omal nie rozwaliłem łopaty. Przestałem ją kopać, kiedy zorientowałem się, że w garażu stoją jeszcze dwie, a ta jest najlepsza. Nie miałem ochoty na myślenie. Czułem pustkę otaczającego mnie świata. Myliłem się niewiele, bo w promieniu pięciu kilometrów miałem widok jedynie na pola i wioski. Kobieto, podaj mi piwo - chciałoby się rzec. Ale na wiosce byłem sam, a do sklepu nie chciało mi się iść.

Szósty i ostatni dzień kopania miał miejsce dzisiaj. Zamiast słońca chmury i deszcz. I wiatr w oczy. Przynajmniej nie miałem aż takiej ochoty rzucić tej roboty w diabły. Ale praca w takich warunkach również nie należała do przyjemnych. Przynajmniej mogłem skupić się na samym kopaniu, bo padający deszcz na tyle mnie irytował, że nie miałem zdolności do myślenia o innych rzeczach. Jedyny pozytywny aspekt całego dnia to to, że kopanie już się skończyło. No, ale skutki będę jeszcze odczuwał bardzo długo...

Pracownikiem fizycznym zostanę tylko w ostateczności. Praca taka sama w sobie nie jest zła, ale mi chyba by doszczętnie wysiadła przy niej psychika. Monotonia, szarość, zudzenie i brak perspektyw. To sześciodniowe samotne kopanie jednak mnie także czegoś nauczyło. Wszystkiego nie można brać na poważnie, bo idzie się w ten sposób załamać. Ale życie nie może być dla mnie tak jak dotąd jednym wielkim śmiechem, bo szybko mogę znaleźć się pod wielką górą piachu. Bez łopaty.


zabójca /zabojca@buziaczek.pl/