All of us get lost in the darkness, dreamers learn to
steer by the stars...
Rush - "The Pass"
Miałem napisać tekst do AM, który miał zostać tam
opublikowany i nie dostać wyróżnienia. Miał zawierać moje przemyślenia po
urodzinach - po osiemnastce zrobiłem cos takiego i wyszło nieźle, więc
chciałem to powtórzyć. Miał być dobry. Miał być błyskotliwy i z jajem.
Miał rozbudzić zachwyt nad lekkością pióra autora. Miał. A po wszystkim
okazało się, że nawet ja sam nie dam rady przeczytać czegoś tak topornego
i sztywnego.
A chciałem uczcić artykułem dwudziestolecie swojego
istnienia, tak jak Dream Theater uczcili podobną okazję trasą koncertową i
genialną płytą. Nastrój był. Przyszła wiosna i stopniał śnieżek, ukazując
ukryte pod nim przez całą zimę stosy śmieci i tysiące psich kup. Ten
malowniczy, optymistyczny widok to symbol marca. Jakże łatwo o wenę, gdy
za oknem widzi się różowo-żółto-pomarańczowy, odrapany i paskudny niczym
Cameron Diaz bez makijażu budynek z napisem CHWDP (i co z tego, że Chomik
Wpadł Do Pisuaru?), dwóch pijanych ciepłą aurą i tanim winem panów oraz
tony psiego gówna! Toż to apoteoza wiosennej radości. A tu człowiekowi
stuka 20 lat i człowiek dziwnie się czuje. Bo wydaje się człowiekowi, że
między 19 a 20 jest dużo większa różnica, niż między 18 a 19. Przestaje
się być nastolatkiem. I nachodzą człowieka przemyślenia natury
egzystencjalnej. Ale jak tu o tym pisać, skoro na starość banalnieje się i
przynudza, skoro zaczyna się chrzanić we łbie (akurat to mnie nie dotyczy
- głosy mówią mi, że jestem normalny)?
Nie, ja nie będę stary. Nie
będę nawet dorosły. Ludzie zbyt łatwo godzą się z utratą własnego
dzieciństwa i zbyt łatwo rezygnują z infantylnych - ich zdaniem -
zachowań. Przestają marzyć, fantazjować, robić szalone rzeczy. Bo w tym
wieku nie wypada. Trzeba być poważnym, statecznym i rzeczowym, pracować 10
godzin dziennie, zachowywać się rutynowo według schematu, który samemu się
sobie wypracowało przez lata. Zarabiać. Zarabiać więcej. Potem zarabiać
jeszcze więcej. W niedzielę odwiedzać supermarket z rodziną. Unikać
problemów, stresu i zbyt gwałtownych uczuć, bo jeszcze dostanie się
wrzodów - zresztą huśtawki nastrojów są taaakie dzieciiinne. Więc żyje się
wygodnie. Bez refleksji. W gazetach i czasopismach są przecież poradniki.
Jak zdobyć mężczyznę? Jak zrobić karierę? Jak radzić sobie z nudą w
małżeństwie? Jak pieścić kobietę, żeby osiągnęła orgazm? Jak poderwać, a
potem zerwać (autentyk - poradnik, jak kogoś zaliczyć, a potem zranić i
zostawić - super, prawda?) Jak wychować dziecko? Jak wychować męża (też
autentyk - zupełnie, jakby nie prościej było z tym mężem szczerze pogadać,
zamiast go podstępem, na siłę zmieniać)? Autorzy tych artykułów wychodzą z
założenia, że do każdego da się zastosować te same regułki. Twierdzi się
na przykład, że faceci lubią kobiety tajemnicze albo głupsze od siebie, co
w obu przypadkach jest kosmiczną bzdurą. Poradniki erotyczne też są
ciekawe. Co z nimi zrobić - uczyć się na pamięć czy brać ze sobą do łóżka?
Poczekaj, kochanie, muszę przeczytać, gdzie cię teraz dotknąć? Szkoda, że
nie piszą tam, że kiedy się kocha, to całe ciało jest strefą erogenną, a
kiedy się nie kocha, to się nie pieści ;). Gdzie tu namiętność i
spontaniczność? Zamiast uczyć, jak żyć, pracować i kochać, mogliby gdzieś
napisać, jak bezboleśnie pozbyć się włosów z nosa. Przynajmniej byłby z
tego pożytek.
Ale prawie wszyscy chcą sprowadzać świat do kilku
obowiązujących każdego reguł. Będą pieprzyć, że nie ma idealnych
małżeństw, że nie ma par, które się nie kłócą, że pierwsza miłość nigdy
nie jest ostatnią, że wszyscy przeżywają rozstania, że miłość to chemia...
Zawsze. Nigdy. Wszyscy. Nikt.
Jasne. Miłość to tylko pierwiastki
chemiczne. Podobnie, jak muzyka Dream Theater to jedynie nuty, a książki
Márqueza to nic poza zbiorem literek. Tyle samo w tym prawdy, co w każdej
innej regule. A reguł nie ma. Nie ma. Wcale. A świat nie nadaje się do
upraszczania, zwłaszcza teraz, kiedy wszystko się chrzani i to dziewczyny
palą, przeklinają i głośno bekają, a faceci siedzą godzinami przed lustrem
(w obydwu wypadkach pozdrawiam swoją klasę).
Za to uprościć można
sobie życie. Przecież najłatwiej jest być sobą i żyć w zgodzie z sobą. Nie
ma nic łatwiejszego. Dopiero udawanie i pozowanie wymaga psychicznej i
moralnej ekwilibrystyki. Trzeba się zastanawiać, co wypada, co można... To
męczące. A potem człowiek źle się czuje we własnej skórze, bo nie jest
wobec siebie szczery. A bycie sobą jest tak banalnie proste. I darmowe.
Łatwiej się wtedy polubić. Ale tego żaden poradnik nie uczy. Widać
niektórym najtrudniej wpaść na najłatwiejsze rozwiązania.
I ja
kiedyś pisałem mniej oczywiste rzeczy. To wina nastroju. Przecież za
niecały miesiąc matura - zdam ją i wyprowadzę się z obecnego miejsca
zamieszkania. Zacznę żyć po swojemu. Zmienię miasto, otoczenie, znajomych.
Będę studiował, zarabiał, niedługo wezmę ślub. Nie boję się tych zmian.
Czekam na nie. Ale nachodzą mnie różne myśli. Jak zrobić, żeby się nigdy
psychicznie nie zestarzeć, żyć po naszemu? Wiem, uda nam się. Nam -
spotkałem swoją ważniejszą połówkę i już dawno odzwyczaiłem się od
mówienia i pisania w pierwszej osobie liczy pojedynczej. Bo to zawsze my.
Kolejny powód, dla którego dziwnie się czuję, pisząc to wszystko. Bo tu
jest liczba pojedyncza. A ja jestem tylko jedną drugą. No nic, tak czy
inaczej za kilka miesięcy sporo się pozmienia. Czekam. Marzę. Tęsknię.
Myślę... I wniosek jest zawsze ten sam. Będę sobą, bo inaczej nie chcę i
nie umiem. Może to się komuś wydawać banalne, ale jeśli to taki banał, to
czemu tak niewielu ludzi żyje w zgodzie z WŁASNYMI zasadami?
Usłyszałem na polskim po oddaniu wypracowania, że jest ono
napisane idealnie według klucza maturalnego. Ja się nie chwalę.
Przeciwnie, nie wiem, czy mam się cieszyć, że umiem się grzecznie
dopasowywać do kryteriów i myśleć tak, jak komisja egzaminacyjna. Nawet
poezję interpretować po ichniemu. A ja zawsze chciałem pisać bardziej
indywidualnie. Ale wtedy ma się tróje - a wybieram się na polonistykę,
więc trochę - TROCHĘ - mi na ocenie zależy. Zdecydowałem się na kompromis,
a chciałem być bezkompromisowy. Szkoła to tylko przykład - chodzi o złoty
środek. Nauczyłem się jednocześnie pisać po mojemu i trafiać w kryteria. W
życiu też się da żyć po swojemu, a jednocześnie tak, żeby i z innymi być w
zgodzie. Żeby nie było wątpliwości - to pierwsze jest ważniejsze... Ale co
takie naiwne pacholę jak ja może wiedzieć o życiu? Wypowiadam się tak
autorytatywnie, jakbym... Jakbym był dorosły. A nie mam zamiaru być.
Zawsze będę dziecinnym, beznadziejnie romantycznym i do bólu nadwrażliwym
dziwakiem i nawet nie wiecie, jak mi z tym cholernie dobrze. Dlatego Wam
nie doradzam. Jeśli będziecie chcieli nadętych i banalnych truizmów, to
przeczytajcie cokolwiek Paulo Coelho. Lubię faceta, ale pisze rzeczy
jeszcze bardziej oczywiste, niż ja. Chyba, że kogoś zachwyca, kiedy ktoś z
filozoficznym patosem oznajmia mu, że nawet bogactwo nie uchroni przed
śmiercią albo że je się wtedy, kiedy nadchodzi pora posiłku (cytuję z
pamięci). Ale to taka dygresja.
Nawet bogactwo nie ochroni przed
śmiercią... Ech. Nawet śmierć nie ochroni przed regułami. Pochowają cię w
garniturze, choć z setek powodów i sentymentów twoje ulubione ubranie to
koszulka Dream Theater, którą kupiłeś w tym samym dniu, w którym pierwszy
raz zobaczyłeś swoją cudowniejszą połówkę i którą miałeś na sobie na
wszystkich koncertach, na których byłeś. Albo jedyna w swoim rodzaju bluza
Opeth, którą zrobiła ci ukochana na urodziny i nikt inny takiej nie ma.
Albo sprane dżinsy. Do trumny wpakują cię w eleganckich ciuchach. Trup,
nie trup, wyglądać trzeba. Są takie rzeczy, których nie wypada robić nawet
po śmierci. Ale jeszcze nie pora, żeby o tym myśleć. Mamy zamiar dożyć co
najmniej 70-tej rocznicy ślubu. A śmierć to nie koniec. Nie rozłączymy się
po niej. Tylko darujcie sobie ten garnitur.
Chciałem napisać trzy
razy tyle, ale pomyślałem sobie, że nawet tego, co jest, nikt nie
przeczyta. A co dopiero więcej... Może resztę też kiedyś tu dopiszę. I też
będziecie mogli jej nie czytać, tak, jak nie czytaliście tego.
Ale
napisać możecie.
Doorshlaq <doorshlaq@poczta.onet.pl>
albo: doorshlaq.eblog.pl