Mark Kewlar (wiecmsb@wp.pl)

 

…et circenses

czyli

o wyższości Miasta nad Wsią

i odwrotnie

 

6.00

 

Wstaję. Pierwsza myśl – jajecznica na kiełbasie, z czterech jaj. Druga myśl – brak się najpierw ogarnąć. Przecieram oczy. Biurko stoi tak jak stało, komputer też. Włączam, odbieram pocztę i rzucam w stronę łóżka ostatnie tęskne spojrzenie. Podchodzę do okna, coś kłuje mnie po nogach. Czy ten przeklęty kwiat musi tu stać? Widocznie musi. Nazywam go aspidistrą; chyba tylko dlatego, że podobne coś widziałem na okładce książki Orwella. Podciągam rolety; nadal mam zamknięte oczy, spodziewam się zobaczyć znajome podwórko, matkę, wieszającą pranie (o szóstej rano?!) i psa, który właśnie dopadł swój ogon.

 

Promienie słońca delikatnie pieszczą moją twarz. Otwieram oczy, biegnę do kuchni. W przelocie łapię soczystego pomidora i puszczam się kłusem do lasu. Wracam spokojnie, nigdzie się przecież nie spieszę. Na stole już czekają grube pajdy z pasztetową i czarna, mocna kawa. Po śniadaniu wyjmuję z chlebaka dwa świeżutkie pączki i z kubkiem gorącej herbaty siadam w fotelu przed telewizorem. Na razie nie włączam, zresztą pilot się gdzieś zapodział, a w zagłębieniu fotela leży książka, którą wczoraj zacząłem czytać. Wiwat aspidistra! Dochodzi ósma.

 

8.00

 

Jeszcze tylko rytualna podróż autobusem, jeszcze tylko półgodzinna bójka z myślami o to, czy nie lepiej było zostać w domu, i nieuchronne spotkanie z panem magistrem, który wymaga ode mnie półsennego bełkotu w obcym języku. Sam pewnie zastanawia się, co go tu przygnało o tej porze – chyba tylko myśl, żeby nie chodzić do roboty na szóstą. Pani w bufecie mówi, że jestem dzisiaj pierwszym klientem i z uśmiechem podaje mi lurę z ekspresu. Na pusty żołądek!? Nie, przecież zżarłem tę cholerną konserwę. Siadam przy pustym stoliku, jednym z czterech (nie pamiętam, kiedy ostatnio miałem taki wybór). Budzę się dopiero, kiedy ktoś stara się wyrwać mi ramię. Pusty kubek świadczy o tym, że chyba wypiłem ten ersatz.

 

Dochodzę do wniosku, że jednak nie mam ochoty na czytanie. Popijając herbatę, rozglądam się za pilotem. Leży na drugim końcu stołu – będę musiał wstać, żeby go dosięgnąć. Na szczęście wchodzi matka i włącza jakiś durny serial. Nic więcej nie potrzebuję. Postanawiam udawać, że się zdrzemnąłem, ale z nadgryzionym pączkiem w ręce wygląda to średnio wiarygodnie, nawet dla mojej matki. Koniec odcinka. Reklamy. Telezakupy. Nuda.

 

12.00

 

Przede mną pan doktor od literatury powszechnej, to on chciał zrobić ze mnie kalekę, on i jego chora ambicja. Raz wytknąłem mu błąd w jego rozumowaniu. Widocznie się nie przejął, bo tylko westchnął i powtórzył swoją wersję raz jeszcze. Jedna z niewątpliwie fascynujących cech życia w mieście – musisz mówić to, co chcą usłyszeć. Trudno jest zostać kimś.

 

Wyprowadzam rower z garażu, nie zauważam sąsiada, który pierwszy mówi mi „dzień dobry”. Nic dziwnego – kilka lat temu się wyprowadził (co prawda tylko na drugi koniec wsi, ale zawsze). Pojawia się na starych śmieciach dwa, może trzy razy w roku, żeby sprawdzić, czy nic się nie zmieniło; ale tutaj rzadko się coś zmienia. Wpatrując się w rower, pytam, czy młody nie wybrałby się ze mną na przejażdżkę. Sąsiad znika na chwilę w komórce, po pięciu minutach pojawia się młody z rowerem. Jest młodszy ode mnie tylko o dwa lata, ale trzeba przyznać niezbyt rozgarnięty, cały dzień kopie piłkę albo ugania się za dziewczynami, bezskutecznie zresztą. Po paru kilometrach młodemu się nudzi i postanawia wracać. Jadę sam. Rozkładam się nad jakimś jeziorem, nic mnie nie obchodzi. Całkiem sam.

 

Podoba mi się nasza łacinniczka, wszystkim się podoba. Z panią profesor mamy jeszcze zajęcia z opisówki; wtedy bywa ostra. A może tylko ją podniecają te morfemy i zgłoski. Potem ktoś do niej dzwoni, okazuje się, że dzisiaj zajęcia będą skrócone. Pani Magdo, pani pierwszej to powiem.

 

16.00

 

Przeleżałem nad wodą ponad dwie godziny. Nie chce mi się wracać, ale podnoszę się, bo i tak czuję się pogryziony (mogę też wskoczyć do jeziora – tam muszki mnie nie dopadną. Jadę jak tylko mogę najwolniej, czyli dość szybko. Nigdy nie umiałem wolno jeździć. W domu jestem przed piątą, w niecałą godzinę pokonałem dziesięć kilometrów (biorąc pod uwagę, jak wolno jechałem…). Nikt nie pytał, gdzie byłem.

 

Od godziny siedzę w bibliotece i czekam, aż ten troglodyta z magazynu zrealizuje moje zamówienie; z nudów analizuję parkiet. Po przeliczeniu tysiąca płytek podchodzę do bibliotekarki i mówię, jak się nazywam (jestem tutaj tak często, że i bez tego by sobie poradziła; robię to tylko dla zachowania konwencji). Pani zza terminala podaje mi pięć książek, troglodyta spisał się wcale dobrze. Co my tu mamy: „Fizyka jądrowa” (ale burdel tu mają!), „Systemy polityczne współczesnej Europy” (też chyba pomyłka), dwie książki Whartona i „Dzienniki gwiazdowe” Lema. Whartona i „Dzienniki…” biorę, od fizyki staram się trzymać z daleka, a to drugie…Może się przydać. Biorę kartę i książki i wychodzę z biblioteki. Nawet nie zauważyłem, jak zaczęło padać (biblioteczna podłoga skutecznie odwraca uwagę). Mijam dwie przecznice i już jestem na przystanku. Myślę, co by tu sobie zorganizować na kolację. Właśnie podjechał autobus. Szczęście!

 

Sam muszę sobie odgrzać obiad, najlepszy krupnik pod słońcem. Nie zmywam po sobie, zdążyłem się przyzwyczaić. Wyłuskuję z fotela książkę i zagłębiam się w przygody mojego antykwarysty. Przez półtorej godziny przesuwam się o sześćdziesiąt kilka stron. W mojej sytuacji to nawet nieźle. Na ekranie jakiś aktor mówi o wierności swoim przekonaniom. Układam się w fotelu w pozycji embrionalnej. Zasypiam. Że to niewygodnie? I niezdrowo? No i co z tego.

 

20.00

 

Jem kolację. Odgrzewam sobie słoik fasoli po bretońsku. Jem prosto z garnka, zagryzam chlebem z wczorajszą datą (ważności nie wypieku); można się przyzwyczaić. Kiedy kończę, z niedowierzaniem patrzę na coraz to większy stos brudnych naczyń. Może się samo pozmywa. Siadam na łóżku, które jest stanowczo za duże nawet dla dwóch osób. Przeglądam po kolei książki, które przyniosłem z biblioteki. Czytanie nie sprawia mi takiej frajdy jak kiedyś, studia polonistyczne są pod tym względem zadziwiająco skuteczne. Jeszcze raz włączam komputer, a właściwie wytrącam ze stanu uśpienia – znów zapomniałem go wyłączyć, jadąc na zajęcia. Odbieram pocztę. Mimowolnie przypominam sobie cytat z „Boskiej komedii”. Rzucam się na łóżko i włączam radio (z braku telewizji…). Zamykam oczy. Wy, którzy tu wchodzicie…

 

Na mapie pogody widać chmury nad całym krajem, niebieskie kropelki i gdzieniegdzie coś na kształt błyskawicy. Pani z przyklejonym uśmiechem twierdzi, że opady będą przelotne. Jasne! Ojciec wnosi półmisek kanapek z jabłkową konfiturą (wie, jak mnie podejść); dla porządku zjadam całe dwie, więcej nie mogę. Wyłącza telewizor i wyraźnie szykuje się do rozmowy z synem, tj. ze mną niestety. Nawet nie próbuję nic zrobić, wiem, jak to się skończy. Mówi, żebym wreszcie znalazł sobie pracę (jakby to było takie łatwe!). Brak odzewu oznacza zgodę, wrócimy do tej rozmowy za tydzień. Albo się stąd wyprowadzam. Tertium non datur. Jeżeli dobrze to rozegram, mogę tak pociągnąć nawet do końca wakacji. Na polecenie ojca włączam radio, niech chociaż na coś się przydam.

22.00

 

Za oknem nuda i nic nie kusi, nic się nie dzieje, bo dziać się nie musi. Koncert skończył się ponad pół godziny temu, ale w mojej głowie została pusta fraza. Nagle uświadamiam sobie jutrzejsze kolokwium – znowu się nie uczyłem, znowu chyba nic nie umiem. Zawsze można nie iść na zajęcia. Podbudowany możliwością dezercji, niemal natychmiast zasypiam.

 

Jeszcze jeden dobry film. Jeszcze tylko dwie godziny. Spróbuj zasnąć. Jeszcze tylko jakieś jutro… jak gdyby nigdy nic nie było. I stanie się tak, jak gdyby nigdy nic…