|
Czwartek to był, 4 maja. Jakoś tak rano wcześnie wstałem. Kurde, zazwyczaj jak ma się dni wolne, to człowiek stara się wyspać na zapas, a tu taki zonk. No nic. Umyłem się (tia...), ubrałem, siadłem se przed TV, tradycyjnie zobaczyć z rana kto ile nakradł i dlaczego. Podczas oglądania coś mnie tknęło. Długo się nie zastanawiając wyłączyłem odbiornik, włożyłem buciory i wyszedłem z domku. Akurat jechał autobus, to wskoczyłem doń, aby szybciej dostać się na miejsce. Celem była szkoła, I Liceum Ogólnokształcące w Suwałkach, do którego mam (nie)przyjemność na co dzień uczęszczać. Zaraz ktoś się zapyta: "po jaką cholerę idziesz do szkoły w wolny dzień?" Chciałem po raz ostatni zobaczyć trzecioklasistów w tym budynku. Od paru dni miałem okazję obserwować maturzystów szwędających po parkach, ulicach, skwerach i knajpach, łapiących oddech i relaksujących się przed nadchodzącym "doom's day". Jedni chodzili grupkami lub z partnerami za rączkę, drudzy samotnie śmigali sobie na rowerkach nad zalewem, łapiąc jeszcze stosunkowo skąpe promienie wiosennego słońca. Każdy w jakiś sposób chciał podładować bateryjki, pozbyć się negatywnych fluidów i uzupełnić braki witaminy D spowodowane zimową aurą. Znamienne wśród wszystkich spotkanych mi osobników było to, że każdy miał taką zatroskaną minkę. Niby odpoczywają, się relaksują, a przy tym są niesamowicie poważni (pomimo przebłysków humoru i promieniowania całkiem niezłego nastroju). Tymże autobusem jechała grupka maturzystów. Słychać donośny śmiech, a potem usprawiedliwienie: "ja zawsze się śmieję jak mam stres". Podjechawszy na przystanek docelowy wyskoczyłem z autobusu jak prezerwatywa z automatu. Podążając ścieżką ku drzwiom szkoły napotykałem po drodze dobrze znanych mi ludzi. Tym razem wszyscy byli w strojach galowych, umyci i wyspani. - A co ty tutaj robisz? - słyszałem zewsząd. - Jak to "co"! Przyszedłem zbierać materiały do artykułu! Oczywiście mój kolega jak to usłyszał wybuchnął śmiechem, aby więc pokazać że jestem słowny, zebrałem się, w wyniku czego tekst niniejszy jednak powstał. ;) Przed drzwiami tłoczyli się absolwenci, słychać było sprawozdania z ostatnich godzin przed egzaminem: - Jeszcze wczoraj powtórzyłam "Wesele", wiesz? - Kurde, dzisiaj nawet stary zaoferował się, że mnie podwiezie. - O! Patrzcie! Ojciec Izki kopie ją w tyłek. Buhahaha! Podchodzę do ludzi i pytam się, jak się czują, co wczoraj ciekawego robili. Mówię każdemu, że trzymam za niego kciuki. - Nie dziękuję! - w sumie śmieszne są te przesądy. Ale pomimo chęci utrzymania wśród znajomych dobrego nastroju coś we mnie pękło i padło pytanie: - Denerwujesz się? Reakcje były bardzo różne: - Czy ty mnie widziałeś żebym kiedykolwiek się denerwował? - Heh, no... trochę. - (śmiech) Wybiła godzina dziewiąta. Dzięki panu Wojciechowi aula otworzyła swoje podwoje na zniecierpliwionych maturzystów. Oczywiście jako szkolna gwiazda (cytat: "Gdzie nie spojrzysz tam jego morda" - Krzysztof O.) stałem przy wejściu i wykrzykiwałem peany zachęcające do boju i to, że uda się wszystkim na bank! Kiedy wszyscy zniknęli w budynku, nagle ugięły się pode mną nogi. - Oż ku*wa! Jeszcze tylko rok! Ten czas... jak z bicza strzelił... Raptem trzy lata, w tym dwa za mną. Jeszcze tylko kilka krótkich miesięcy i stanę przed wesołymi egzaminatorami. Jak będzie? Wiem tylko, że na pewno będę się cholernie denerwował. Więc chyba jestem dobrym materiałem na maturzystę. Łukasz "Lukaszeq" Urynowicz Chcesz napisać? mailto:lukaszeq@poczta.fm?subject=Tekst w AM Chcesz poczytać? http://www.lukaszeq.go.pl/ Masz pretensje? Wal do Qn'ika. ;) Podczas pisania słuchałem: East Clubbers - "Beat is coming" |