PALENIE ZABIJA

Kiedyś wpadłem na pomysł, żeby napisać poradnik nowoczesnego malkontenta. Zaczynałby się od słów "To głupi pomysł."
Ale to może w przyszłości. Lubicie głupotę? Głupota jest wdzięczna. Czysta głupota, której mamy na pęczki w naszym i nie
naszym show-biznesie. Śmieje się do nas z okładek kolorowych pism, mizdrzy z ekranów itp. Ostatni trend w czystej
głupocie to przemówienia marketingowo - poszpitalne typu robienie reportażu z operacji plastycznych względnie trzeźwe
refleksje po wypadku spowodowanym ciążącym silikonem. Swoją droga to lzejszy od powietrza łeb powinien nieźle drzeć
taki ciężar w górę. Gorsza jest głupota usankcjonowana, czyli absurd. Z tego się już nie śmieję. To mnie po ludzku wpierdala
tak że nie mogę.
W 90 procentach przypadków mówienia do ludzi nie rozmawiam, tylko pitolę. Gdy już z kimś rozmawiam, też gadam
niestworzone rzeczy. Czasem wydaje mi sie ze rozumiem rozmówcę a tak naprawdę to po raz kolejny upajam się myślą, że
zdarzyło mi się zrozumieć siebie tym razem. Teorie i złote myśli ciekną mi wtedy w dużej ilości. Potem, jak czytam rozmowę
dwa miesiące później, widzę że mówił każdy sobie. Tzn on mówił, ja pieprzyłem farmazony. Nie umiem kurwa rozmawiać
z ludźmi i ten fakt napawa mnie największą frustracją jaką znam. Czasami po kimś jadę. Tak o. Zaczynam i kończę po kimś
jechać z jakiegoś bzdurnego powodu. Się zacietrzewiam i jadę bo mi coś w jego gadce nie spasuje i trzeba zripostować. Jak
zapuka rozum, to łapię się na tym. Ale po raz kolejny się stało. Nie ma usprawiedliwienia na to że znowu okazałem się gnojem
i zrobiłerm sobie z czyjejś gadki - a pośrednio i z niego samego - igrzysko. Czysta stuprocentowa głupota. Za jakiś czas znów
się zdarzy. (A może nie czysta tylko usankcjonowana. Ale o tym to inni moze kiedyś powiedzą.) 
Bezmiar własnej głupoty mnie czasem rozwala. Ale z drugiej strony to ona jest super. Ostatnio jestem wkurwiony potężnie
na jednych takich. Jakby mi się kiedyś udało spotkać najjedniejszego takiego, to w odpowiedzi na jego brednie wstałbym,
popatrzyłbym w tę jego spaloną słońcem twarz i powiedział "SPIERRRRDALAJ!!!!!!!! kacyku!". Wyobrażacie sobie rzucenie mu
"spier**laj kacyku"? Przeszłoby bez echa. Parę gazetek by napisało, pewnie tych z monopolem. Ale to by była modelowa
szczerość. Byłbym po prostu pięknie szczery. W swoim wlasnym imieniu, w majestacie wolnego człowieka z wolnego kraju,
który nie lubi jak się mu mówi, że zielone jest fioletowe, rok to nie wyrok a zawiasy to jak dla brata. Ktoś by mu pięknie,
szczerze, z czystej jak kryształ głupoty, powiedział co myśli. Może pchnąłbym to jeszcze jakimś epitetem. Może zamiast
malowniczego "spier**laj", powiedziałbym mu "pierdol się", bo w sumie nie jestem nikim takim, żeby mówić innemu że ma
spierdalać. Wkurzać bym się zaczął potem, jakby wszyscy krewni i znajomi kacyka (i niektórzy moi) zaczęliby pieprzyć swoje
głupoty na ten temat, i na to że on ani w ząb nie kuma tego, co chciałem mu powiedzieć. Sąd i wyrok bym przyjął.
Zadowolonej miny tego strędowiałego buraka nie. Jak oni mnie wkurwiają, no... Później może bym klecił jakieś bajki o ludzkim
pojęciu, o tym, że ktoś musiał mu powiedzieć, o ręce Boga która strzeliła gola, bo klecenie bajek to jedna z rzeczy, którymi
zajmuję się nagminnie. Ale stojąc przed tym fagasem o niczym bym nie myślał, tylko mu to powiedział. Z całym ładunkiem
głupoty, jaki upycham w funkcjonowanie. I to by było kurwa genialne!!
Czasami myślę żeby kupić sobie siekierę. Tuliłbym ją do piersi i związałbym się z nią emocjonalnie. Sierp mi już nie 
wystarcza. Owszem, fajny jest, można go sobie zawiesić na ramieniu i pogłaskać rączkę, ale to przywodzi na myśl
zniewieściałego kapitana z papugą. A siekiera to by był silny argument. Mógłbym się na niej oprzeć w życiu. Tylko nie wiem
czy bym czasem któregoś dnia nie wyrobił, więc siekiera by mnie albo nauczyła cierpliwości albo do reszty rozwaliła. 


Donald

10-05-2006 (nie wiem co dzisiaj było)