Mark Kewlar (wiecmsb@wp.pl)

I am nobody

 

Wczoraj był u mnie kolega.

To słowo zawsze budziło we mnie mieszane uczucia. Może dlatego, że nazywałem tak ludzi, którzy z powodów obiektywnych znaleźli się w tej samej grupie społecznej. Kolegą czy znajomym był dla mnie przygłuchy chłopaczek z trzeciej ulicy, który robił zakupy w tym samym sklepie. Była nim córka najbogatszego człowieka w okolicy, która z braku innych zajęć chodziła do tej samej szkoły. Między innymi dlatego nie miałem też przyjaciół. To słowo z kolei kojarzyło mi się z kimś, z kim mogę porozmawiać o wszystkim. Nigdy nie byłem zbytnio rozmowny (zwłaszcza jeśli tematem rozmowy miało być „wszystko”), toteż nie wyobrażałem sobie, że mogę być czyimś przyjacielem. A mogłem…

 

Paweł

 

Od niepamiętnych czasów nasi rodzice trzymali się razem. Nigdy nie pytałem, jak to się zaczęło (zresztą średnio mnie to interesowało). Siłą rozpędu Paweł stał się moim pierwszym „przyjacielem”. Wtedy, jeszcze tego tak nie postrzegałem, ale patrząc z perspektywy czasu, muszę przyznać, że to on był pierwszy. A co mnie przy nim trzymało? Paweł był maniakiem rozmaitych gier planszowych, elektronicznych i zabaw podwórkowych. Wiem, że „przyjaźń” nie powinna być interesowna, ale… to chyba było to. A tak naprawdę poza światem gier, miał niewiele. Matkę, kochającą swojego jedynaka. Delikatnie mówiąc, nie radził sobie w życiu. Teraz ma niewiele więcej – jakiś etat, wszechobecny komputer i mnie, który raz na jakiś czas odpowiada, że nie ma żadnych nowych gier.

 

Krzysztof

 

Poznaliśmy się w trzeciej klasie podstawówki. On przeprowadził się do nas (rzecz jasna z rodzicami) z pobliskiego miasteczka z powodów ekonomicznych. W naszym środowisku Krzyś był kimś lepszym, bogatszym, bardziej wysportowanym, był po prostu miastowy. To ja pierwszy spróbowałem go bliżej poznać i od razu się polubiliśmy. Po jakimś czasie znalazł sobie inne towarzystwo, ale… To on nauczył mnie grać w piłkę, w kosza, to on pokazał mi komputer i pokazał, jak „to” działa. Nieskromnie powiem, że uczeń przerósł mistrza. Po szkole średniej (a właściwie dwóch różnych szkołach) coś się zmieniło. Krzyś wyjechał na drugi koniec Polski. Od tamtego momentu spotykam go dwa razy w roku. Nie żałuję…

 

Kamila

 

Idąc do liceum, trochę się bałem, że zmienię środowisko. O ja głupi! Przecież tam czekała na mnie ona (i masa innych ludzi, którzy chyba mi wybaczą, że nie wymienię ich wszystkich po imieniu). Była najatrakcyjniejszą dziewczyną w klasie, a kto wie, czy nie w szkole; była też córką nauczyciela geografii, co nie wróżyło zbyt dobrze. Pierwszy mój kontakt z Kamilą? Napisałem wiersz wychwalający jej urodę i całą resztę (prawdę mówiąc dość mierny) i nieopacznie się pochwaliłem. Podziękowała. Starczy. Dzięki niej dziś jestem „poetą”. Jakiś czas potem, dostałem liścik: kocham cię Kamila. Aż do dzisiaj jest jedyną dziewczyną, która mi to powiedziała. Wiedziałem, że nie chodzi o to, o czym zazwyczaj w takich momentach myślą nastoletni chłopcy, ale… Kamila była moim pierwszym prawdziwym przyjacielem. Jest nim do teraz.

 

Przemysław

 

Przemek mieszkał w sąsiedniej wsi, jednak spotkałem go dopiero w liceum. Przypadek chciał, że na lekcjach języka polskiego siedzieliśmy w jednej ławce. Wtedy stwierdziłem, że Przemek to fajny facet (wiem, że to dziwnie brzmi, ale tak właśnie jest). Można powiedzieć, że reprezentował ten sam profil intelektualny, co ja; znaczy to mniej więcej tyle, że miał dosyć rozległą wiedzę, ale nie był za bardzo skłonny dzielić się nią z innymi. Pewnego dnia przyniósł do szkoły nienaturalnie dużą szachownicę i ręcznie rzeźbione bierki wielkości, podobnie przerośnięte. W klasie w szachy grało kilka osób, jednak nikt dotąd nie nosił tego do szkoły. Stałem się stałym partnerem Przemka i wcale niezłym szachistą. Graliśmy w każdej wolnej chwili – u niego w domu, u mnie, rzecz jasna także w szkole, nawet tuż przed egzaminem (ustnym) z języka (angielskiego). Obaj zdaliśmy. Całą maturę. Mimo wszystko.

 

Agnieszka

 

Anię znam od czasów, kiedy oboje mieliśmy po siedem lat. Z powodów niezależnych od nas chodziliśmy do tej samej szkoły. Ania, co tu kryć, była najbardziej zjawiskową dziewczyną w klasie. Jeździliśmy razem do szkoły w mieście. Była najbardziej zjawiskową dziewczyną w autobusie. Potem już nie. Przyznam, że i tak objawiła mi się w sposób szczególny. Pod jakimś pretekstem zaprosiła mnie do domu. Nic takiego się nie wydarzyło, ale już byłem jej. Tak myślałem – jak większość moich znajomych. Odrzuciła nas jak stare zabawki. Najporządniejsza dziewczyna we wsi. Do dwudziestego roku życia nie wiedziała, co to znaczy „mieć kogoś”. Teraz – wie aż za dobrze.

 

Jakub

 

Moje spotkanie z Jakubem ograniczały się najczęściej do podania ręki. Do czasu, kiedy spotkałem go w drodze do biblioteki. Miał złamaną nogę, chodził o kulach. Próbował zejść po schodach, sprawiało mu to cholerne trudności. Znalazłszy się w pobliżu, chcąc nie chcąc, musiałem mu pomóc. Chciałem pomóc. Nie pamiętam już, jak się zaprzyjaźniliśmy – o ile dorosły mężczyzna może mieć za przyjaciela nastolatka – ale zysk był obopólny. On nauczył mnie rozmawiać z ludźmi, wciągnął mnie w życie towarzyskie; ja pokazałem mu, jak można czerpać korzyści z wysiłku fizycznego. Kubuś miał bogate życie uczuciowe, jak mało kto. Miał wtedy trzynaście lat.

 

Łukasz

 

Jedyny z tej grupy formalnie starszy ode mnie. Łukasz całe życie zajmował się szukaniem kompromisu między życiem wieśniaka a badaniem „ciągu dalszego” i skłonnością do ekstrawagancji. Zawsze w treści, nigdy w formie. Był takim dużym dzieckiem, ale zaczynał pomału dorastać. Spędzając czas z Łukaszem rzadko się nudziłem. Jednak tak naprawdę poznałem go dopiero po maturze, kiedy zaczęliśmy obracać się w tych samych kręgach. Ale nikt nie jest doskonały.