Potem
była podstawówka. Mówili, że będę musiał się uczyć (oni tak zawsze).
Warte uwagi jest to, że od czwartej klasy uczęszczałem do „nowej szkoły”,
świeżo oddanej do użytku – przestronnej i wygodnej; klimat trzeba było
tworzyć od zera. Nauczyciele pozostali ci sami. Zapisałem się w pamięci paru
z nich, między innymi jako maskotka nie tylko klasowa. Bez większych problemów
skończyłem osiem klas (chwalebne czasy, kiedy nie było tych pojebanych
gimnazjów) i stanąłem przed pierwszą „męską” decyzją.
Miałem
nadzieję, że to będzie naprawdę mój wybór – chciałem jak najszybciej
zdobyć zawód – ale ojciec skutecznie mi to wyperswadował. Wylądowałem w
liceum. Ku zdziwieniu otoczenia egzaminy zdałem na dwie piątki. Poznałem
wspaniałych ludzi.
Życie
nie było łatwe. Moje osiągi zmalały, ale to nie zmieniło mojego podejścia
do nauki. Tylko jedna osoba mogła mnie zmotywować do poszerzania wiedzy w ten
bardziej bolesny sposób. Marta była w tym dobra, zwłaszcza że jej rodzice
pracowali w tej szkole. A ja byłem dobry w zdobywaniu jej… sympatii.
II
Przez
te cztery lata wiele się wydarzyło. Marta stawała się kobietą, a ja pisałem
coraz lepiej. Nadal byłem dzieckiem, zapatrzonym w nią jak w obraz. Nie
rozumiałem, że te skrzydlate słowa nie wystarczają na jej wzajemność.
Pod koniec trzeciej
klasy w naszym
życiu pojawił się ktoś jeszcze. Dobrze pamiętam, jak trzymali się za ręce,
kiedy ich pierwszy raz zobaczyłem. Adam zajął moje miejsce, ponieważ wiedział,
jak się do tego zabrać. Nie wystarczy mówić, że się kocha, trzeba jeszcze
to robić. Tego nie wiedziałem.
Czy miałem żal? Tak, do siebie. Ponieważ
nie robiłem absolutnie nic, żeby do tego nie dopuścić; a potem przyjąłem
to ze stoickim spokojem. Tylko moje wiersze pisałem bardziej gorzkie i
pretensjonalne. Jak gdyby nic się nie stało, dzieliłem się nimi z Martą, która
nie miała wątpliwości co do przyczyn tej mojej recepcji. Tak – ja zajmowałem
się warstwą ideologiczną; to Adam dawał jej miłość.
Pewnego dnia byłem umówiony z Martą na
konkretną godzinę (miałem jej coś przynieść). Jak zwykle trochę się
pospieszyłem. Nic się chyba nie stanie jak przyjdę piętnaście minut wcześniej,
gorzej jak bym się spóźnił – coś mi podpowiadało. Stało się –
spotkałem Adama, który, jak sądzę, już tam na mnie czekał.
Kilka dni później zaczął się najważniejszy
egzamin w moim życiu. Kto by pomyślał, że będę pomagał Adamowi na
maturze. No nic, przecież zbliżają się wakacje – dla nich ostatnie wspólne
wakacje. Już na studniówce dochodziło między nimi do spięć, wiedziałem,
że w końcu to się rozpadnie. Miejsce Adama zajął Michał, brat mojego
dobrego kolegi. Chociaż tyle…
W trakcie wakacji zdałem egzamin na
geografię (bo tego uczył ojciec Marty?).Mój pierwszy życiowy wybór okazał
się nietrafiony. Uciekłem stamtąd jeszcze przed pierwszą sesją. Potem znowu
miałem wakacje – tym razem dłuższe, ośmiomiesięczne. Marta dalej studiowała
(AWF – bo to skończyła jej matka?) w tym samym mieście, gdzie mnie się nie
udało. I tyle.
Dostałem się na polonistykę; tam gdzie
wszyscy chcieli mnie widzieć, tylko ja z czystej przekory nie chciałem przyznać
im racji. Przeszedłem dwa egzaminy: pisemny i ustny. Ale łatwo! Takie było
pierwsze wrażenie, jak się później dowiedziałem – ważne, ale bez przyszłości.
Spodobało mi się. Chyba chciałem to robić.
Najlepsze było to – że mieszkałem sam w
dwupokojowym mieszkaniu. Mimo początkowych problemów z kasą, miało to swoje
zalety. W domu pojawiałem się mniej więcej raz na miesiąc. Dosyć często,
wystarczało jednak, aby zatracić kontakt ze starą rzeczywistością. W
wakacje musiałem się na nowo aklimatyzować. Cena rozwoju. Tylko czy chcę ją
płacić?
Jestem dopiero na drugim roku, a już coraz
mniej mnie to bawi. Chociaż będzie specjalizacja, i dopiero od nowego roku
zacznie się prawdziwe studiowanie. To mi powinno dawać motywację. Nie daje. Włączam
Kasetę Kultu.
Kazik podsuwa mi pytanie: po co mi wolność? A bo ja wiem!
Zastanawiam się, co mógłbym robić w życiu
poza byciem magistrem in
spe.
Wrócę do domu, będę po osiem godzin dzienne zarabiał na swoje marne życie.
Spróbuję przyzwyczaić się do ciężkiej pracy. Fizycznej pracy. Będę szczęśliwy.
Spróbuję być…
Może jednak zostanę menelem.
![]()
IV
(ciąg
dalszy nie nastąpi)
Będę wstawał przed ósmą. Potem śniadanie,
kawa, jakieś dwie godziny przed komputerem – i można będzie wyjść z domu.
O ile rodzice mnie nie wywalą (przypuśćmy, że będę miał to szczęście).
Potem wsiądę na rower i może gdzieś pojadę.
A ja będę menelem. Albo kloszardem, bo to
lepiej brzmi.
Wrócę i zjem obiad. Później pójdę na
„spacer”, może zagram z chłopakami „w nogę”. Z powrotem przyjdę cały
zmęczony. Znowu siądę na chwilę przed komputerem i coś przekąszę.
Przebiorę się w bardziej wyjściowe szmaty i przejdę się pod szkołę (moją
pierwszą, kochaną). Tam na ławeczkach zawsze siedzi „młodzież”. Mogę
razem z nimi napić się piwa i porozmawiać na różne ciekawe
tematy.
Wieczorem, jeśli będę w stanie (a raczej
– jeśli nie będę), zrobię sobie kolację, a potem może zjem. Pójdę spać.
Tak minie kolejny wieczór i poranek. Świstak
zawija nas w to sreberko.
Ciąg dalszy nie nastąpi.