|
Opowiadania
28 :: Shorty ... .. . .
Krótkie opowiadania które pozwolą Ci na kilka chwil się odprężyć, lektura obowiązkowa dla osób które nie mają za wiele czasu i swoista zakąska przed dłuższymi tekstami...
Spis :::: Liftangel - Dwie drogi, Ithilgon - "Morze", Minashi - "Krew Kata", Andrzej Borecki - "Jadłodajnia" i "Krzyżyk"
UWAGA!!! Opowiadanie nie jest tekstem przeznaczonym dla osób wrażliwych, ani tym bardziej dla czytelników nie lubujących się w historiach mrocznych, ocierających się o granice obłędu. Młodsi czytelnicy poniżej 18 roku życia również powinni pominąć ten tekst.
Tekst numeru: 29 :: Ogór ::: Niezapominajka ... .. . .
"Ona zjadła zupę i wstała od stołu. Nie chcą słuchać jego siorbania wyszła z kuchni do łazienki. Teraz uśmiechała się prawie machinalnie, jakby należała do jakiegoś stowarzyszenia fanów Jokera.
Zanim odeszła od stołu on zdążył zjeść zupę oraz dwie porcje ziemniaków z sosem - najwidoczniej nie czuł różnicy, ponieważ chwalił ją bez przerwy. Wszystko szło po jej myśli. Dziewczynę cieszyła perspektywa tego, że sam na pewno weźmie sobie kolejne dokładki Specjalnego Dania.
Zapaliła światło w łazience. Zbliżyła się do półki nad zlewem i wygrzebała z koszyka na leki trzy opakowania tabletek. Z każdego z nich uśmiechała się do niej nazwa Relanium - pakowane po dwadzieścia sztuk. Wsunęła je do przedniej kieszeni fartucha, a później zgasiła światło. Wyszła z łazienki.
Ojciec brał Relanium na uspokojenie od dwóch lat. Co za ironia, że dopiero teraz posłuży się tabletkami do wykonania swojego planu.
(...)
Znalazła butelkę wódki, którą ojciec trzymał na nocnym stoliku. Przy zażywaniu czterdziestu trzech powlekanych tabletek - pozostałą część zużył on - popijała jej solidnymi łykami alkoholu. Za każdym razem krzywiła się z niesmaku.
Wlewała w siebie wódkę powoli, aby nie zwymiotować.
Unosząc trunek pierwszy raz do ust butelka była prawie pełna, a gdy go odłożyła ubyło w niej blisko jedną trzecią srebrzystego płynu. W końcu mogła ruszyć do kuchni. Chciała popatrzeć, jak faktycznie działa ReD-RuM. Miała tylko nadzieję, że sprzedawca nie wcisnął jej czystej wody...
Poruszała się chwiejnym krokiem, zastanawiając się nad tym ile zostało jej czasu. W pokoju ojca zostawiła po sobie porozrywane opakowania po lekach."
30 :: T#M ::: Going postal ... .. . .
"Ochrona wyrzuciła go na bruk tuż przed wejściem głównym. Coś jeszcze powiedzieli pod jego adresem i kazali odejść. Mike, świadom swej sytuacji, pokazał w ich stronę odpowiedni palec i ruszył przed siebie. Jak najdalej stąd.
Gdy tak szedł chodnikiem, rozmyślał nad całym swoim życiem. Nie było takie, jakie właściwie sobie zaplanował. Dopiero teraz to zauważył, wcześniej jakoś nie zwracał na ten fakt uwagi. Młodość szybko przekształciła się w dorosłe życie. A całe to życie sprowadziło się do jednej, niekończącej się pogoni za pieniędzmi. Tak, miał odłożone pieniądze w banku, i to nawet sporą sumkę, ale na co mógł ją wydać? Żona opuściła go jakieś pięć lat temu, przy okazji przekonując sąd do swoich racji. Tym samym uniemożliwiła mu widywanie się z córeczką. Teraz ma już jakieś siedem lat...
Z pracą też mu się nie poszczęściło. Podczas przerwy przy naprawianiu samochodu szefa, poszedł sobie na papierosa. Skądś poleciała iskra, nawet do dzisiaj nie wie skąd. Właściwie to teraz nie ma to najmniejszego znaczenia, gdyż samochód szefa wyleciał w powietrze. Kiedy ten go zwalniał, wydawało się, że także wyleci w powietrze. Z wściekłości.
Tak czy inaczej, skończył w tym miejscu. Bez pracy, żony, córki, psa, portfela... Co jeszcze? Przecież już dłużej tego nie może znieść. Całe swoje zasrane życie walczył o to, żeby sobie w przyszłości poradził. Dzisiaj jak na dłoni widać, że walka ta była z góry przegrana. Ale jest jeszcze coś. Coś, co może mu pomóc. Po tym na pewno poczuje się lepiej. O tak, to będzie ciekawe.
Jednak lodówka nie jest jeszcze pusta...
"
31 :: Bezimienny Grzegorz ::: Dlaczego miś musi odejść? ... .. . .
"- Przyjaciele nie odchodzą, misiu, ty nie jesteś moim przyjacielem! - chłopiec schował głowę pod poduszkę i zaczął zanosić się szlochem.
Usłyszawszy to miś zbliżył się do chłopca i usiadł na brzegu łóżka. Poklepał swego małego przyjaciela w nogę i spytał:
- Dlaczego tak mówisz? Zawsze będę twoim przyjacielem...
- Nie będziesz! - wrzasnął chłopiec spod poduszki - Zostawiasz mnie, odchodzisz! Dlaczego, misiu? Dlaczego?! - Odkrył głowę i spojrzał w czarne jak węgiel oczy misia.
- Jesteś już duży - mówił miś - mój mały przyjacielu. Na razie jeszcze we mnie wierzysz, ale kiedyś przestaniesz. Przestaniesz we mnie wierzyć, przestaniesz ze mną rozmawiać, będziesz wtedy dorosły, a ja nie będę już twoim przyjacielem, ale kawałkiem szmatki z watoliną w środku.
- Będę w ciebie wierzył, misiu!
- Teraz tak mówisz, ale uwierz mi, jestem starym, mądrym misiem i znam się na życiu.
"
32 :: Bezimienny Grzegorz ::: O dziewczynce, która stała na drodze ... .. . .
"Nienawidziłem się uczyć, ale wpajano mi, że tylko przez naukę do czegoś dojdę. Teraz uważam, że straciłem dzieciństwo i zyskałem świat bez marzeń. Nauczyli nas wszystkiego, prócz tego jak żyć, by czuć życie... To zupełnie jak w tej piosence Turbo, jak jej tam było... "Dorosłe dzieci", tak, o nią właśnie mi chodzi.
Uczyłem się, bo chciałem być kimś, a stałem się człowiekiem, który cały dzień siedzi przed komputerem i wklepuje cyferki do tabelek. Cholerne spełnienie marzeń, co? Kolejny anonimowy facet bez własnych przekonań, marzeń i wyobraźni. Bo wiecie, gdy chodziłem do szkoły powiedziano mi, że każdy mój sprzeciw przeciw stereotypom to młodzieńczy bunt, który przeminie. Nauczono mnie też podporządkowywać się regułom i nie wygłaszać publicznie swych poglądów, a na odmieńców patrzeć jak na zło konieczne... Co oni z nami zrobili? Ludzie, rozumiecie, co chce wam powiedzieć prawda? Co oni z nami zrobili?
Później była obłuda, kłamstwo, świat bez wartości... Tak jest dzisiaj. Dzieciństwo było jedynym "kolorowym" okresem w życiu, no i jeszcze pierwsze dni w pracy. Przyjęto nas wtedy czterech, myśleliśmy, że ktoś zesłał na nas wielki dar... Ależ się myliliśmy!
"
33 :: Robert Morawski ::: Aleja pełna róż ... .. . .
"Musnęła końcami palców moją rękę. Lekko podskoczyłem. Zauważyła to i uśmiechnęła się. Następnie już bez ograniczeń chwyciła moją rękę i pociągnęła za sobą. Czułem kojący dotyk jej dłoni. Powiedziała, że chce mi coś pokazać. Nie sprzeciwiałem się. Czułem podniecenie, połączone z błogim poczuciem bezpieczeństwa. Prowadząc mnie za rękę do nieznanego, pozostawaliśmy w milczeniu.
Zaprowadziła mnie do miejsca, do którego wolałbym nie wracać. Gdy przekraczaliśmy bramę parkową, obiecała mi, że zobaczę najwspanialszy widok w moim życiu. Zaczęliśmy przedzierać się przez ścianę gałęzi, które były dla nas bardzo nieprzychylne, tak jakby skrywały jakąś tajemnicę.
Powiedziała, że zbliżamy się i kazała mi zamknąć oczy. Wyprowadziła mnie na jakąś polankę. Nagle puściła moją dłoń. Poczułem delikatny strach. Wtedy poczułem jej oddech i dotyk jej ust przy uchu. Szepnęła cicho: "Nie bój się".
Otworzyłem oczy i ujrzałem kwiecistą polankę, a na środku małe jeziorko i odbijający się w nim blask gwiazd. Świerszcze grały swą muzykę. Księżyc rozświetlał cały ten krajobraz. Dopełnieniem tego magicznego miejsca była ona. Siedziała z zanurzonymi stopami w wodzie i uśmiechała się zachęcająco do mnie.
"
34 :: Robert Morawski ::: Przejażdżka ... .. . .
"Popatrzyłem na zegarek. Mijała już prawie godzina. Kurczę, jak ten czas szybko płynie, jak się jest w takim miejscu. Skierowałem się do drzwi wyjściowych. Oczywiście zahaczyłem jeszcze o tamtejszą toaletę. Tym razem wyszedłem z niej po pięciu minutach. Uśmiechnąłem się i powiedziałem cicho do siebie: "zaczynam się już po trochu wyrabiać". Recepcjonistka popatrzyła się na mnie, wychodzącego przez te potężne drzwi. Zniknąłem jej z oczu.
Wsiadłem do samochodu i pozdrowiłem parkingowego machnięciem ręki, tak od niechcenia.
Jedynaczka i ruszyłem.
Moim kolejnym celem podróży miała być Szkoła Podstawowa Nr 13. Pechowa
trzynastka - powiedziałem na głos i głośno zaśmiałem się z mojego groteskowego kawału. Dojechanie tam zajęło mi około piętnastu minut. Zaparkowałem na malutkim parkingu, na którym stało osiem samochodów nauczycieli. Lekcje miały trwać do szesnastej, a była dopiero dziesiąta. W szkole odnalazłem, po dłuższej chwili poszukiwań, gabinet pani dyrektor. Zapukałem i usłyszałem:
- Proszę wejść. - Więc wszedłem."
35 :: Koriat ::: Obraz lustrzany ... .. . .
"Wchodząc po wąskich schodkach, Rysiek poczuł, że dzieje się coś dziwnego.
Od czubków palców aż po łokcie przebiegały mu stada rozszalałych mrówek. Włosy strzelały niebieskimi iskierkami jakby naładowane jakimś silnym polem elektrostatycznym. Wzdłuż kręgosłupa czuł ukłucia drobniutkich igiełek.
Otwierając drzwi klubu poczuł uderzenie czegoś ... czegoś ... czego nie potrafił nazwać. Było jak fala powietrza, lecz nie poczuł powiewu na policzkach. Było jak cios obuchem, lecz nie poczuł bólu. Było czymś wwiercającym się w czaszkę i stąd rozchodzącym się po całym ciele.
W salce była już Kasia, Ewa, Leszek i Jarek. Ze zdziwieniem zarejestrował wokół ich postaci podobne świetlne zjawiska jak u siebie rano. Różniły się co prawda kolorami, intensywnością świecenia ale otaczały każdego z obecnych falującą powłoką.
Podszedł do dziewcząt. Gdy przytulił się do Kasi, poczuł ponownie prąd przebiegający wzdłuż pleców. Powtórzyło się to po każdym kolejnym powitaniu.
Ewa zaparzyła wszystkim kawę.
Po wymianie wstępnych uprzejmości rozpoczęli spotkanie."
36 :: Leks ::: Świata koniec ... .. . .
"- Tak, owszem. Dobrze panu wiadomo - powiedział, zmarszczył brwi i ściągnął usta do góry, wciągając powietrze nosem, co wyglądało jakby pan Konstanty był królikiem miniaturką. - Badam cywilizację starożytnych majów od przeszło piętnastu... - znowu króliczy grymas - lat. Niewielu ludzi świadomych jest faktu, iż naród ten był bardzo zaawansowany technicznie. Majowie posiadali kalendarz, którym odliczali przepływ czasu.
- To na prawdę bardzo fascynujące - powiedział prowadzący, zakładając okulary.
- Tak, tak - lekko się speszył pan profesor (nie lubił, jak mu się przerywało, albo wtrącało niepotrzebne komentarze) i ciągnął dalej. - Kalendarz ten działał w następujący sposób. Otóż wędrujące po niebie słońce rzucało cienie za sprawą odpowiednich budowli na wielkim placu. Na podstawie długości cieni, a także miejsc, w których były one rzucane, Majowie byli w stanie określić dokładnie miesiąc, dzień, a nawet rok.
- Zdumiewające.
- Tak, tak. Khm. Prowadziłem wiele badań na ten temat i doszedłem do wniosku, że wszelkie zapiski dotyczące przyszłych stuleci, albowiem warto zaznaczyć, że prowadzili oni takież zapiski, zafascynowani przyszłością, kończą się na roku dwutysięcznym dwunastym.
Powiedział to Konstanty, zmrużył oczy i lekko kiwając głową, zrobił długą pauzę.
Prowadzący drapał się ręką po starannie ogolonej brodzie, po czym obrócił twarz w kamerę.
- Nie odchodźcie od telewizorów. Za chwilę dalsza część programu."
37 :: Andrzej Borecki ::: Woda uspokaja ... .. . .
"Długi wężyk kolejki ciągnie się na dwadzieścia metrów.
- Ludzie! Kije za darmo dają, że was tyle?
Pytam z jadowitą uprzejmością.
- Kijem do możesz pan dostać w dupę.
Z identyczną uprzejmością odpowiada ostatni facet w kolejce.
Zawsze mówię, że wędkarze to nader życzliwi ludzie. Palę papierosa za papierosem.
Wychodzi jedna fajka na jednego wychodzącego z zakupami. Jak tak dalej pójdzie, będę musiał skoczyć do kiosku po nową paczkę. Jednak starczyło. Stoję przy ladzie i rozpoczynam litanię zakupów. Białe robaczki, białe robaczki koloryzowane, czerwone oczywiście to też robaczki. Haczyki, żyłki, kilka spławików, ołów, przypony, kilkanaście gatunków ciasta. Torba powoli się zapełnia. Dla równowagi ubywa z portfela.
Z tryumfalną miną opuszczam sklepik, patrząc z wyższością na tłum kotłujący się przed drzwiami. Stójcie pacany, trzeba było być wcześniej. Rybek wam się zachciało, jakby nie było innych rozrywek. W domu robactwo ląduje w lodówce a ja biorę się za zbrojenie sprzętu. Kończę przed północą. Dalej w kimono, o czwartej trzeba wstawać.
Dźwięk budzika wyrywa mnie z objęć Morfeusza. Mógł drań trochę poczekać. Takiego karpia ciągnęłem we śnie!
Objuczony sprzętem zasuwam do piwnicy. Wyciągnąć rowerek i dalej w drogę.
Wyprowadzam górala przed drzwi i wpadam w histerię. Dlaczego durniu nie napompowałeś opon! Gdzie jest pompka? Miotam się po piwnicy. Stare rupiecie, które "kiedyś mogą się przydać" przelatują z jednego kąta w drugi. Kurde mol! Jest tu wszystko, wszystko za wyjątkiem pompki. Gdzie się podziałaś ruro obrzydła?"
38 :: Andrzej Borecki ::: Akwarium ... .. . .
"Energicznie machałem kończynami. Następnie podniosłem się ostrożnie, podziwiając swoje dzieło.
- Patrz mamo, jaki orzeł!
- Orzeł? Raczej orzełek.
Powiedziała ze śmiechem, tuląc mnie w swych ramionach.
- No chodź już, bo przemarzniesz.
Posłusznie podążyłem do sieni, wytrzepując z ubrania kilogramy białego puchu.
Sień. Królestwo babci. Kamienne garnce zawierały wszystko, co może być w kuchni potrzebne. Drewniana maselnica czekała w kącie na nową porcję śmietany. Zapachy mieszały się ze sobą, tworząc dziwnie znany, swojski aromat.
Otworzyłem drzwi kuchni. Uderzyła mnie fala ciepła rozchodząca się z wielkiego chlebowego pieca. Na zapiecku prababcia rozgrzewała swoje poskręcane reumatyzmem kości. Koty usadowiły się u jej stóp, mrucząc leniwie z zadowolenia.
Piec, co tydzień obdarowywał nas gorącymi bochnami prostokątnego chleba. Lądowały następnie pod pierzyną, by za szybko nie ostygnąć. Można powiedzieć, że piec zajmował znaczną część maleńkiej izby. Drewniana podłoga, drewniane ściany, drewniane belki w suficie. Przez szpary spada czasami źdźbło siana składowanego na górze. Ze ścian spogląda na mnie krąg świętych zamkniętych w obrazach. Maleńkie okienko przekreślone drewnianym krzyżem ledwie rozprasza półmrok. Drewniane łóżka, drewniana szafa, dębowy stół przykryty białym lnianym obrusem. Drewniane królestwo mające swoją własną duszę. Dzisiaj doszło do tego rozłożyste świerkowe drzewko.
Rozsiewa wokół zapach igliwia.
- Andrzejku, czas ubrać zieloną panienkę. Nie przystoi jej stać tak goło.
Babcia Helenka puszcza do mnie oko."
39 :: Andrzej Borecki ::: Erotyk na cztery ręce prozą ... .. . .
"Nagły wstrząs autobusu wyrwał go ze wspomnień. Spojrzał przez zaśnieżoną szybę. Powoli zorientował się gdzie jest. Jeszcze kilkanaście minut jazdy, kilka chwil do odkrycia wielkiego znaku zapytania.
Powrócił do historii ich znajomości. Przełomem był Pan P. z opowiadania (jego opowiadania). Stał się nim ponownie. Pan P. słuchał a właściwie czytał to, co do niego docierało. Czytał płacząc bezgłośnie, przeżywając koszmar cudzego życia. W jego sercu rodziła się czułość tak wielka, że tylko on mógł udźwignąć jej ciężar. Wszystkie opisane przez niego dramaty stały się drobnostką w porównaniu z tym, co odkrywała przed nim Magda. Tak bardzo chciał powiedzieć co czuje, lecz żadne słowa nie były w stanie tego wyrazić. Ból, gniew, czułość, współczucie, miłość. Wszystko gotowało się w nim, buchało parą emocji. Czy zawsze musi czuć ból innych, czy zostało to jego przeznaczeniem? Dni mijały a Zbyszek lub Pan P. jak kto woli coraz bardziej poznawał przeszłość Magdy. Żył jej przeszłością i cierpiał.
Przedwczoraj przeżył szok.
- Jadę do ciebie - oświadczyła Magda.
Z niedowierzaniem patrzył w monitor. To niemożliwe. Chciał tego bardzo, lecz jednocześnie obawiał się. Mieli własne życie, rodziny.
Oświadczenie Magdy burzyło jego mały, bezpieczny światek. Wprowadzało element, który nie pasował do prawie ułożonych puzli jego życia. Przeżył całonocną wewnętrzną walkę. Kipiało z niego emocjami. Wszelkie schematy waliły się w gruzy. Ranek zastał go z kawałeczkami układanki rozsypanymi po podłodze. Lawina zdarzeń ruszyła i nic nie mogło jej już zatrzymać.
Ustalili dzień i godzinę. Miejsce w neutralnym mieście."
|