Przejdź do spisu treści...

SHORTY

Liftangel ::: Dwie drogi

    Obudziła się nad ranem, lecz pozostała w łóżku, wsłuchując się w jego spokojny oddech. Starała się nie poruszyć, by go nie zbudzić. Wtedy musiałaby już odejść... Nie chciała tego. Chciała wychwycić każdą chwilę, którą mogła z nim spędzić. Do jej oczu napłynęły łzy, lecz czując, jak jego silna dłoń głaszcze jej ramię, powstrzymała je. Postanowiła nie pokazywać jak bardzo jest jej smutno. Było im razem tak dobrze... Ale musi się skończyć, nie chciała stawać mu na drodze do prawdziwego szczęścia. Ostatnia noc pozostanie na długo w jej pamięci. - Dzień dobry kochanie - wyszeptał cicho, całując ją w policzek i spojrzał głęboko w oczy. Nikt na nią wcześniej tak nie patrzył, była dla niego ideałem kobiety, w każdym jego spojrzeniu widziała jak bardzo jej pragnie, za każdym muśnięciem dłoni ona czuła, że nie potrafi bez niego żyć. Ale będzie musiała się nauczyć. Kończyły się wakacje, za kilka dni miał rozpocząć się rok szkolny...
Ona - dziewczyna, która nie ma planów na przyszłość, żyje chwilą, czerpie z życia to co najlepsze. Nie stroni od zabawy, w końcu jest młoda i chce się zabawić, dopóki może. Po zdanej maturze postanowiła pojechać w góry, lecz odłączyła się od paczki i ostatnie 2 tygodnie chciała spędzić sama. I wtedy spotkała jego...
On - wesoły chłopak, może nieco zbyt poważny i opanowany jak na swoje 21 lat. Przyjechał sam, by odpocząć w wysokich i pięknych górach, by ostatnie wolne dni spędzić na łonie natury. By pooddychać, poczuć, że żyje, że jest wolny... By poukładać wszystkie swoje myśli...
Spotkali się przypadkiem na szlaku. Ona się zgubiła, on pomógł jej trafić do hotelu. Okazało się że oboje mieszkali w tym samym, nawet pokoje mieli niedaleko siebie. Postanowili poznać się i spędzić razem trochę czasu, na wspólnych pieszych wycieczkach, obiadach w hotelowej restauracji i wieczornych rozmów o wszystkim. Wpadł jej w oko już pierwszego dnia, taki wysportowany, z ciemną karnacją, czarnymi włosami i brązowymi oczami, które wspaniale błyszczały. Nie podobało się jej w nim tylko to, że ciągle ubierał się na czarno i tak skromnie. Ona też mu się spodobała, była ładna, bystra i inteligentna, mieli tyle tematów do rozmów, a dyskusje z nią wciągały go i pasjonowały.... Choć może zbyt wulgarna i wyzywająca...
Po upływie tygodnia zauważył, ze się uspokoiła, przy nim się zaczęła zmieniać, odkrywać swoje marzenia, mówić o studiach, założeniu rodziny... Była już zupełnie inną dziewczyną niż ta, którą spotkał jakiś czas temu. Lecz wciąż w głębi serca była taka samą czułą i niezwykłą dziewczyną. On też stał się bardziej rozmowny, częściej spacerowali razem, a gdy chwyciła go za rękę, nie zareagował tak jak zwykle. Gdy wieczorami tuliła się do niego, nie odsuwał się jak dotąd. Ostatniego wieczoru, gdy ją odprowadzał do pokoju, zaprosiła go do siebie. Wszedł...
Spędzili ze sobą wspaniałą noc. To był ich pierwszy raz... Pomimo tego, że znali się zaledwie 2 tygodnie, połączyło ich uczucie. Wcale nie seks. I wszystko byłoby wspaniałe, gdyby nie jedno zdanie, wypowiedziane przez niego nad ranem, zdanie, które wyrwało ją z marzeń, kilka słów, które spowodowały, że zamarła:
- Dla ciebie porzucę seminarium...
Wiedziała, że nie może stanąć mu na drodze do powołania... Kochała go, lecz to było silniejsze od miłości do kobiety... Rozumiała, że wiara jest dla niego ważniejsza, to ona była jego pierwszą miłością... I teraz musi pozwolić mu odejść...

Liftangel [ liftangel@wp.pl ]

Ithilgon ::: Morze

    Granatowy gigant uderzył w falochron. Starzec o ciemnej karnacji, zielonych oczach i siwych włosach opierał się lekko o barierkę. W jego oczach odbijał się powolny, lecz stanowczy ruch morza. Czuł wspaniałą bryzę. Wdychał lekkie i czyste powietrze. Stał on sam, wokół nie było nikogo. Cisza panowała wszędzie, przez nią przedzierał się tylko głos dziecka oceanu. Pogoda nie była atrakcyjna dla turystów. Niebo było zachmurzone, wiał mroźny wiatr. Ale tu było wspaniale. Starzec nazywał to miejsce domem. Bo tu spoczywało jego serce. Nie wiedział o czym innym, a może nie pamiętał. To się nie liczyło. Myśli podpowiadały mu by odszukał utracone wspomnienia. Lecz on słuchał tylko serca. Wyrywało się ono daleko w to piękne morze. Dusza radowała się, a na twarzy malował się uśmiech. Nie pamiętał przeszłości i nie liczyła się ona. Nie wiedział o przyszłości i nie zgadywał jej. Chwile, tak ulotne, ale wspaniałe - tylko one były ważne. To co jest tu, co teraz.

Morze było proste samo w sobie. Ale nie proste do zrozumienia. Wydawać by się mogło, że ono czuje. Tak jak każdy z nas. Te monotonne fale. Sztormy. Starzec natomiast odszukiwał duszę morza. Widzał głębszy sens, pojmował go. Każda fala była wyjątkowa. Każda przynosiła coś nowego. Muszle, kamienie, piasek. Czasem także zniszczenie. To widzimy my. Jego stare oczy dojrzały coś jeszcze. Zachwycał się tym całymi dniami. Ludzie z pobliskiego miasteczka uważali go za dziwaka i nigdy nikt mu nie przeszkadzał. Nie żył on tylko jednym. Funkcjonował normalnie, lecz całą jego duszę, wszystkie myśli pochłaniało i wypełniało jego wspaniałe morze. W wszystkim potrawił odnaleźć odpowiedź, sens dzięki bratniemu żywiołowi. Trudno powiedzieć czy ich miłość była wzajemna. Ono było sobą, a starzec je podziwiał. Tego dnia przyszło do niego małe dziecko. Miało może z 5 lat, oraz ortalionowy płaszcz na sobie. Spod niego wystawały brązowe włosy. Wpatrywał się w starca.

- Czy coś panu jest? Mama powiedziała, że stoi pan tu całymi dniami.
- Nie maluszku. Wpatruję się w to morze - zaśmiał się radośnie.
- A co pan tam widzi?
- Widzę moje życie, rodzinę. Widzę świat i jego sens.
- Jak to? -zapytał trochę zmieszany chłopiec.
- Nie musisz rozumieć. Spójrz w nie... ono jest proste. Jeśli ty je pokochasz, na pewno zapewni ci wzajemność.

Malec uśmiechnął się i odszedł, a starzec nadal wpatrywał się w granat głębi. Słońce powoli zachodziło na horyzoncie. Chmury zjednały się z morzem, królując nad niebem. Znów wszystko ucichło. Zszedł z falochronu i zaczął swoją nocną wędrówkę po plaży. Piasek pod bosymi stopami starca stał się zimny. Fale obmywały mu nogi.

- Starcze, czy pragniesz iść do rodziny?
- Ja nie mam przeszłości... nic mnie nie więzi.
- Mylisz się.
- Ty jesteś mym życiem!
- Należymy do innych światów. Jesteś człowiekiem.
- Nie odrzucaj mnie! Pragnę być z tobą...

Powiadają, że tej nocy starzec wszedł w morze. Coraz głębiej i głębiej. Woda była lodowata, ale ruszył dalej. Nic nie było mu straszne, a na twarzy jak zwykle malował się spokój i uśmiech. Ale on odnalazł więcej. Spokój i ukojenie. Dla mieszkańców stało się oczywiste, że utonął lub zamarzł. Wszystko jedno. Ciała nie odnaleziono. Szybko wszystko wróciło do normy, a o starcu zapomniano. Tylko jedno się zmieniło. Na starym falochronie nie było już człowieka morza. Zabrakło mieszkańca plaży.

Ithilgon [ mikkilittle@gmail.com ]

Minashi ::: Krew Kata

   Szedł wolno wzdłuż ulicy. Myślał nad czymś. Było widać po jego schylonej głowie i spojrzeniu zawieszonym niewiele ponad jego butami. Gdy do niego podbiegłam powiedział mi wprost, że chce się zabić. Wydało mi się to głupie. Przecież to niemożliwe. Spojrzał na mnie poważnie, czekając na odpowiedź. Odburknęłam, że przesadza. Odwrócił się i zaczął iść, tym razem szybkim krokiem. Nie szłam za nim, bo i tak nie mogłabym za nim nadążyć. Kupiłam, co musiałam i wróciłam do domu. Jest już późno i myślę o nim. A co jeśli naprawdę się zabił? Wiem dobrze, że to niedorzeczne, ale jednak nie mogę przestać o tym myśleć. Mimo tego, że szczerze wątpię żeby mu się to udało, boję się. A jeśli go już nie zobaczę? Muszę przestać, bo oszaleję. Zupełnie jak ta mała. Jak ona miała na imię? Nie pamiętam. Mówił mi tylko ze było z nią naprawdę źle, za dużo o tym myślała i wpadła w obłęd. Od tamtej pory on też się zaczął inaczej zachowywać. Może jednak powinnam się o niego martwić? Poszukać go? Pobiec za nim? Uratować go? Boże, jak ja się boję. Idę!!
Kurtka! Dzisiaj jest zimno.
Klucz w drzwiach. On? Przyszedł.
-Idziesz gdzieś? -spytał.
-Nie. Tylko kurtki poprawiałam, bo spadły. -Kłamstwo nie brzmiało przekonująco. Nie spojrzał na mnie. Minął mnie w przedpokoju nawet mnie nie muskając. Zupełnie jakby się brzydził. Oblizałam usta w irytacji. Wzięłam głęboki oddech i spytałam czy nie chce herbaty. Usłyszałam tylko trzaśnięcie drzwi od łazienki. Nie szkodzi. Zapytam jeszcze raz jak wyjdzie. Po dłuższej chwili przenikliwej ciszy wiedziałam, że nie herbaty będzie mu trzeba, a wódki. Podcinał sobie żyły. Czułam to. Robił tak nie pierwszy raz. Wyładowywał się tak za każdym razem, gdy był zły. Tylko, czemu to zawsze ja muszę po nim sprzątać? Przyszła sąsiadka. Oddawała mi książkę kucharską. Ledwo udało mi się przed nią ukryć skupiającą się w przedpokoju czerwoną kałużę. Pospiesznie zamknęłam przed nią drzwi. Odłożyłam książkę na miejsce i chwyciwszy szmatę z szafki zaczęłam wycierać podłogę. Chyba płakał. Nie wiem na pewno. Nie słyszałam dokładnie. Nagle drzwi się uchyliły, a jego ciepły głos zadrżał:
-Pomóż mi.
-Już idę -powiedziałam wstając powoli.
Oddał mi swój myśliwski nóż. Podwinął rękaw drugiej ręki i czekał.
-Gdzie?
-Tutaj wyżej. Nad tą poprzednią.
Zawsze tak robił. Wiedział, że nie odmówię, więc gdy tylko brakowało mu sił na pocięcie drugiej ręki prosił mnie żebym zrobiła to za niego. Miałam bardziej zdecydowany ruch od niego, więc ciął na przemian raz lewą, raz prawą rękę, drugą zostawiając mi. Kolejna głęboka rana pojawiła się za końcem noża ześlizgującego się po nadgarstku. Przy łokciach nie było już wolnych miejsc. Przynajmniej na razie. Po pewnym czasie blizny znikają zupełnie, ale w ostatnim czasie miał więcej ciężkich chwil niż kiedykolwiek. Trzeba poczekać dłużej. Położyłam jego dłonie na podłodze i pozwoliłam krwi wypłynąć z jego ciała. Nie trwało to długo. Zabandażowałam go jak zwykle i pomogłam mu się podnieść. Do dużego pokoju doszedł sam. Był silny. Zmyłam podłogę, włożyłam do szklanek kostki lodu i poszłam do niego. Był przytomny. O dziwo. Patrzył na mnie. Nalałam wódki do kieliszków i soku do szklanek. Piliśmy. Dużo piliśmy. Nie wiem jak on jeszcze mógł normalnie mówić. Ja się już słaniałam na nogach i prawie spałam na stojąco, a on mówił wyraźnie i patrzył całkiem trzeźwo. Powiedział żebym się do niego zbliżyła. Pochyliłam się nad nim wpatrując się w jego szerokie źrenice. Widziałam kątem oka jak niezdarnie próbował podnieść pokaleczone ręce, aby mnie dotknąć. Pochyliłam się, więc bardziej. Jego zimne palce dotknęły moich policzków, a jego rozgrzane alkoholem usta skleiły się z moimi. Długo nie mogliśmy się od siebie oderwać. Wiem, że mnie potrzebuje. Dlatego nie potrafię od niego odejść. Poza tym, to w końcu mój brat. To mój obowiązek się nim opiekować nawet, jeśli to on jest ode mnie starszy. Sam już nie potrafi zajmować się interesem. Ani prochy ani bar już go tak nie obchodzą jak kiedyś. Jego dusza już nie może być zbawiona. Ja się tym wcale nie przejmuję, ale on tak. Nie wiem, dlaczego. Nigdy mi nie mówił. Teraz, gdy wbijał się w moje usta miałam wrażenie ze wszystkie swoje wątpliwości i problemy chce przelać na mnie. Nie wiem czy jestem na to gotowa, a jednak pozwalam mu na to. Wiem, że zaraz dowiem się o rzeczach, o których nie chcę wiedzieć. Nie chcę być tego częścią, ale zaraz się stanę. Wiem, że mogę to ciężko znieść, że zacznę o tym myśleć, zastanawiać się nad sobą... Wpadnę w obłęd. Oszaleję. Jak ta mała. Jak ona miała na imię? Już wiem... Bless.



Minashi [ minashi@konin.lm.pl ]

Andrzej Borecki ::: Jadłodajnia

   Mówili - niepotrzebna. Wątpili - kto tam przyjdzie? Twierdzili - nie ma takiego problemu.
Rozkładali ręce - brak środków.Odgradzali barierą paragrafów, przepisów, zarządzeń.
Mur niechęci i utrudnieńrósł z każdą beznamiętną twarzą przypisaną biurkowemu królestwu.
Każda pieczątka na wniosku okupiona była wielogodzinnymi bataliami. Zawiązywano sojusze i koalicje.
Pociski argumentów padały gęsto. Ci, których dotyczyła ta bitwa pozostawali w ukryciu.
Nie, to nie tak!
To inni nie zauważali ich istnienia. Bo temat wstydliwy. Gdyż tak wygodniej. Przecież to element,
margines społeczności ich świata. Najprościej przyjąć strategię trzech małpek.
Nie dawaliśmy za wygraną. Nękaliśmy przeciwnika salwami telefonów, minami pism i podań.
Dywersja na tyłach wroga podkopywała jego morale. Dezerterzy zaczęli przechodzić na naszą stronę.
Zdobyliśmy przewagę w Radzie - wniosek przeszedł.

***

Dzisiaj, po roku, z uśmiechem wspominam te chwile. Jadłodajnia ruszyła, działa i wpisała się już w scenerię miasta. Problem, którego nie było, rozrósł się nagle do niebotycznych rozmiarów.
Bezdomni, bezrobotni, ci którym brak środków na przeżycie. Dwadzieścia, pięćdziesiąt, sto, trzysta, pięćset posiłków dziennie. Doszliśmy do maksimum naszych możliwości. "Goście" z początku nieufni, wrodzy, buntujący się przeciw punktom regulaminu (żadnego alkoholu, prochów, używek, kulturalne zachowanie), zaczęłi powoli przełamywać mur swojego osamotnienia. Zaczęli zrzucać z siebie ciężar baznadziei. Życia aby do jutra, do soboty, do wiosny ... aby było następne do.
Mój stolik stojący na uboczu w kącie, z plakietką "terapeuta", wzbudzał ich nieufność, ba - wręcz wrogość. Byłem wrzodem w ciele ich zamkniętego światka.
- Po cholerę tu siedzisz ćwoku. Zdawały się mówić ich ukradkowo rzucane spojrzenia.
- Nie chcemy cię tu. Wynoś się. Dodawały zwrócone w moim kierunku zgarbione plecy.
- Mamy cię gdzieś! Wybuchało plwociną na podłodze. Doszedł następny punkt regulaminu.
"Na terenie jadłodajni zabrania się plucia na podłogę".
Przyjęli go szemraniem, patrząc z niechęcią w moim kierunku. Nie narzucałem się. Po prostu byłem. Jak stolik, krzesło, kocioł na zupę, stałem się elementem wyposażenia. Przyzwyczajałem ich do swojej obecności, do nieszczęsnej plakietki. Budowałem subtelny pomost do przyszłego porozumienia. Grzebiąc łyżką obserwowałem twarze. Męskie, kobiece, stare, młode, zarośnięte, ogolone - łączyło je jedno. Założyli maski nijakości, bezosobowości. Żyjące manekiny, wbijające wzrok w zawartość talerza. Zjeść i wyjść, uciec do własnego świata anonimowości.
Po tygodniu zaczęłi mnie witać ledwie doszczegalnym skinieniem głowy. Odpowiadałem tym samym, uśmiechając się skrycie. Dobrze, wyśmienicie. Już przywykają, przyjmują moją obecność jako coś naturalnego. Wtopiłem się w ich krajobraz, przestałem kłuć nieznanym. Jeszcze poczekam, jestem cierpliwy, mam czas.
Przełom nastąpił pewnego sobotniego popołudnia. Od początku wydawania posiłków czuć było w powietrzu jakieś podniecenie. Ukradkowe spojrzenia, szepty, utwierdzały mnie w przekonaniu, że coś się wydarzy.
Usłyszałem stukot odsuwanego krzesła. Od stołu pod oknem podniosła się kurpuletna blondynka. Spoglądała niepewnie w moim kierunku. Asystowali jej dwaj malcy w wieku 4 -5 lat. Sala zamarła. Ustało stukanie łyżek, kucharka skamieniała z chochlą rosołu w ręce. Zdawało się, że czas zatrzymał się w miejscu. Przełknęła głośno ślinę i ponaglana spojrzeniami pozostałych, ruszyła do mojego stolika.
- Jestem Nina. Czy można? Spytała dźwięcznie z rosyjskim akcentem.
- Proszę. Wskazałem ręką krzesło. Siadła na brzeżku, nerwowo splatając ręce. Jej oczy rozpoczęły chaotyczny taniec szukając punktu zaczepienia.
- Przemóż się. Dopingowałem ją w duchu.
- To będzie twoje pierwsze zwycięstwo.
- Wiesz, chcielibyśmy wiedzieć, po co tu jesteś? Wyrzuciła wreszcie z siebie, głosem zachrypniętym z emocji.
- Aby wam służyć radą i pomocą. Odparłem najspokojniej jak umiałem.
- To znaczy?
- Chciałbym wam pomóc w przezwyciężaniu osobistych lęków, zahamowań.
- Tak jak ten lekarz od czubków? Widziałem, że chce się zerwać z krzesła i uciec gdzie pieprz rośnie.
- Nie! Nie jako psychiatra! Uspakajałem, widząc, że sytuacja staje się podbramkowa.
- Jako człowiek. Jako ktoś, kto rozumie wasze problemy lub przynajmniej stara się je zrozumieć. Otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia. Zaniemówiła. Tylko te wlepione we mnie ślepia zdawały się mówić.
- Nie kręć bratku. Nikt nie działa bezinteresownie. Patrzyłem w te oczy i wiedziałem, że nadeszła decydująca chwila. Albo odejdzie, skazując na klęskę całą moją misję, lub zostanie przełamując wreszcie lody odgradzające do tej pory nasze dwa światy. Czas ciągnął się niemiłosiernie. Widziałem po napiętych mięśniach twarzy, że toczy wewnętrzną walkę. Walkę między nieufnością a ciekawością. Siedziałem jak oskarżony czekający na wyrok - winny, niewinny.
- Przecież nic o nas nie wiesz. Ty masz swój dom, rodzinę, pracę. Co możesz wiedzieć o naszej wegetacji. O walce: o każdy grosz, o kromkę chleba, o kąt do spania. Słowa popłynęły rwącą rzeką. Instyktownie przybrałem jej pozę, splatając ręce na blacie stołu. W miarę jak mówiła, rozluźniałem je, kierując wnętrze dłoni ku górze. Bezwiednie powtórzyła mój gest i mówiła, mówiła. O tym jak razem z synem przyjechała do Polski z Ukrainy, w poszukiwaniu lepszego jutra, godziwego życia. O tym, jak syn z synową zginęli w wypadku samochodowym, pozostawiając jej w spadku masę długów i półtoraroczne bliźnięta. O eksmisji, o walce by pozostawiono jej dzieci. O wszystkich pracach jakie podejmowała, byle tylko ta dwójka miała co zjeść. O bólu, rozpaczy, zwątpieniu. Minuty mijały a Nina wyrzucała z siebie cały balast minionych lat. Jej rysy wygładziły się, znikło napięcie, tylko w kącikach oczu szkliły się kropelki łez. Gdy skończyła, z ulgą rzuciła się na oparcie krzesła.
- Moj Boh! Ja eto wsio skazała! Kręciła z niedowierzaniem głową. Nagle zerwała się i złapała mnie za ręce.
- Dziękuję ci. Dziękuję, że wysłuchałeś tego wszystkiego. Poczerwieniała na twarzy, obróciła na pięcie i znikła za drzwiami sali. Bliźnięta pobiegły w ślad za nią. Po chwili na sali nie było nikogo. Świętowałem swój sukces, uśmiechając się błogo do kucharki. Następnego dnia czekała mnie niespodzianka. Mój stolik przykrywała ręcznie haftowana lniana serweta. Czerwone maki płonęły ogniem wśród misternie poprzeplatanych kłosów zbóż. Z wazonu wydzielały słodki aromat kwiaty białego bzu. Nina uśmiechała się szelmowsko, rzucając co trochę spojrzenie w moim kierunku. Z tym uśmiechem wyglądała naprawdę ładnie.
- To ty Ninoczka? Spytałem.
- Oj! Już dawno nikt tak mnie nie nazwał. Zaśmiała się radośnie jak mała dziewczynka. Po chwili przy stoliku utworzyła się mała kolejka.
- Dzień dobry panie Pawle. Wyciągnięta w moim kierunku ręka. Jeszcze jedna i następne. Do zamknięcia stołówki nie byłem sam. Zmieniali się przy moim stoliku, karmiąc swoimi opowieściami. Ocean ludzkich losów przewalał się sztormem wśród maleńkich kwiatków bzu. Zrzucali z siebie ciężar osamotnienia, niezrozumienia. Ciężar lumpa, alkoholika, narkomana. Choć na chwilę mogli poczuć się normalnymi ludźmi. W następnych dniach na ścianach pojawiły się obrazy, na stołach ręcznie plecione, wiklinowe koszyki na owoce. Przed budynkiem rabata przyciągała oczy mozaiką kolorowych kwiatów. Znaleźli wreszcie miejsce, gdzie poczuli się bezpiecznie. Gdzie choć przez chwilę, drugi człowiek traktował ich jak człowieka.



Andrzej Borecki [ andreaborgia@o2.pl ]
Strona www autora: http://www.andreadoria.republika.pl/

Andrzej Borecki ::: Krzyżyk

   Upalne lato 1968 roku a właściwie koniec upalnej wiosny, gdyż to połowa czerwca.
Dla trzecioklasisty Andrzeja minuty płynęły niemiłosiernie wolno. Dwa tygodnie do wakacji a czas zdał się stać w miejscu. Po co chodzić do szkoły skoro stopnie już wystawione a na lekcjach same powtórki. Nuda niemiłosierna. Z nauką nigdy nie miał problemów ale fascynowały go rzeczy nowe, jeszcze nie znane. Może dlatego zawsze w wakacje jego ulubioną lekturą były podręczniki do następnej klasy. Lubił z góry wiedzieć co go będzie czekać po letniej kanikule. Powtórki przyprawiały go o ból głowy. Po co wracać do starego, skoro przez ten czas można by się dowiedzieć tyle ciekawych, nowych rzeczy. Widać nauczyciele doszli do tych samych wniosków. Postanowili zafundować swoim wychowankom przedwakacyjną wycieczkę - Zakopane, Kraków, Wieliczka. Zapowiadało się ciekawie. Jeszcze nigdy nie był w górach i tym bardziej podekscytowany odliczał godziny do odjazdu. Trochę było mu nie w smak, że jadą z nimi czwartoklasiści. Będą się wymądrzać jakby wszystkie rozumy pozjadali. O rok starsi a udają dorosłych. Ale niech tam - najważniejsze, że jedzie. Bał się, że mama nie zgodzi się na tę wycieczkę, ale gdy dowiedziała się, że jedzie Jurek i Ala, w końcu machnęła ręką. Super ! Wreszcie na własne oczy zobaczy Wawel, Barbakan, Sukiennice. Od początku trzeciej klasy interesował się historią i chciał skonfrontować swoje wyobrażenia po przeczytaniu książek, z naocznym widokiem tych miejsc. Czy będą tak wyglądały jak je widział przy czytaniu? Ciekawe. Wreszcie nadszedł piątek. W nocy budził się co trochę. Śnili mu się królowie, rycerze, turnieje, wspaniałe uczty. Po każdym przebudzeniu patrzył nerwowo w okno, czy już nie świta. Byle tylko nie zaspać. Ledwo zadźwięczał budzik, był już na nogach. Mycie nie zajęło mu więcej jak minutę, po dwóch był już ubrany i stał u drzwi gotowy lecieć pod szkołę.
- A ty co! Szaleju żeś się najadł.
Roześmiała się mama.
- Śniadanie trzeba zjeść. Nie wiadomo, kiedy dadzą wam jakiś obiad.
Nerwowo przełykał kęsy jajecznicy ze strachem patrząc na zegarek. Co ta mama? Jeszcze pojadą bez niego.
- Kanapki spakowałam ci do torby. I nie kupuj lodów, bo znowu zachorujesz.
Akurat. Pewnie, że sobie kupię. Myślał. Już prawie zapomniałem jak smakują. Kupię sobie "Bambino" a czy zachoruję czy nie to się okaże. Nagle popatrzył zdumiony.
- A ty mamo gdzie idziesz?
- Odprowadzić cię pod szkołę.
- Ale po co, jestem przecież już duży.
- Duży, nieduży , ale chcę zobaczyć- jak odjeżdżacie.
Naburmuszył się. Będzie z nim szła jak z jakimś dzidziusiem. Przed szkołą jednak wrócił mu humor, gdy zobaczył, że innym rodzicom wpadł do głowy ten sam pomysł.
Pani Zosia, ich wychowawczyni, rozdawała uśmiechy na prawo i lewo. Widać też cieszyła się z tego wyjazdu. Wreszcie podjechał autobus. Tak jak przypuszczał, czwartoklasiści szturmem zdobyli najlepsze miejsca przy oknach. Zostało tylko jedno, obok Ali. Trudno, niech się śmieją, że siedzi z babą. Najważniejsze, że będzie mógł obserwować widoki za szybą. Zawarczał silnik. Jeszcze pomachał mamie na pożegnanie i ruszyli. W autobusie wrzało jak w ulu.
- Dzieci! Uspokójcie się, bo pan kierowca nie może prowadzić w takim hałasie.
Usiłowała przekrzyczeć gwar pani Zosia z mizernym skutkiem.
- Kochani! Uciszcie się trochę to wam powiem jaki mamy plan wycieczki.
Wreszcie poskutkowało.
- Dzisiaj jedziemy do Wieliczki. Tam zwiedzimy kopalnię a później przejazd do Krakowa, gdzie mamy nocleg w Domu Studenta. W sobotę zwiedzamy Kraków, nocleg w tym samym miejscu. A w niedzielę rano wyjazd do Zakopanego, gdzie pojedziemy kolejką linową na Kasprowy Wierch.
Hura! Jeszcze nigdy nie jechał kolejką linową, ale będzie fajnie.
Tak jak przedtem minuty ciągnęły się w nieskończoność, tak teraz nie wiedzieć kiedy dojeżdżali już do Wieliczki. Był ciekawy jak wygląda kopalnia. Przecież tato pracował w kopalni. Co prawda żelaza a nie soli, ale to chyba niewielka różnica. Przypomniało mu się, że tata opowiadał jak na czworakach musi przechodzić chodniki. Czy oni też będą musieli chodzić na czworakach? Ale będzie śmiesznie.
Pani Zosia załatwiła wszystkie formalności i zaczęli schodzić za przewodnikiem kręconymi, drewnianymi schodami. Schodzili i schodzili, kręcąc się w kółko, a końca nie było widać. To co zobaczył na dole, przyprawiło go o zawrót głowy.
- Rany Julcia! Jak w kościele!
Rozświetlone różnobarwnymi lampami ściany, migotały niczym kryształ lub diament, wznosząc się w górę ku wysokiemu sklepieniu. A on myślał, że będą musieli chodzić na czworakach. Dobrze, że nie powiedział o tym Ali. Ale by się z niego śmiała. Z zachwytem słuchał tego co mówi przewodnik, z podziwem oglądał przeróżne formy solnych brył. Niektóre miały tak misterne, delikatne kształty, że chyba złotnik nie wymyśliłby nic piękniejszego. Nagle zapragnął mieć coś własnego z tego miejsca. W oczy wpadł mu mały solny krzyżyk z rzemykiem na stoisku z pamiątkami. Filuternie błyskał mu w oczy iskierkami odbitego światła. To nic, że pozbędzie się trzech porcji lodów. Ale będzie miał cząstkę Wieliczki. Bez żalu pozbył się większości swoich pieniędzy i ściskał już w ręce lśniący kryształ soli.
Zaczął zastanawiać się ile czasu zajmie im wdrapywanie się po tych wszystkich schodach. Przewodnik powiedział jednak, że pojadą windą.
Wsiedli do autobusu i ruszyli do Krakowa. Zewsząd słychać było komentarze tego, co przed chwilą widzieli.
- Andrzej! Andrzej! Jurek cię woła. Chce zobaczyć ten krzyżyk, który kupiłeś.
Wrzasnęła mu do ucha Ala, szarpiąc go przy tym za rękę. Z niechęcią oderwał się od okna, przecisnął obok koleżanki i ruszył na tył autobusu do Jeżyka.
- Pokaż ten krzyżyk. Podobno fajny.
Ściągnął swój skarb z szyi i włożył Jurkowi do ręki.

To co się później stało, na długo miało zapaść w jego myślach. Miało dręczyć go po nocach, gdy budził się z krzykiem i zlany potem. By w końcu umysł wymazał z pamięci te przeżycia jako niebyłe. Może to była jedyna forma ratunku aby nie oszaleć.
Dzisiaj wspomnienia powróciły. Nie wiem dlaczego i po co. Może wreszcie na tyle dojrzał by stawić im czoła.

Nagle poczuł, że podłoga ucieka mu spod stóp. Kątem oka zaobserwował jak ściana autobusu, tam gdzie przed chwilą siedział, skręca się jakby otwierana gigantycznym nożem do konserw. Następnie skłębiona karuzela ludzkich ciał. Uderzał boleśnie o siedzenia, o dach, o drzwi. Te nie wytrzymały impetu uderzenia. Otworzyły się i wyfrunął przez nie jak wystrzelony z procy. Zdążył jeszcze zauważyć przelatujące obok niego koła autobusu, by wylądować w kłujących zaroślach. Przez chwilę leżał bez ruchu.
- Mamo!!!
Wyrwało mu się z piersi.
- Mamo! Ja się boję!
Nie. Nie czuł wtedy bólu. Ten miał przyjść później . Powoli zaczęły dobiegać go jakieś głosy, krzyki, nawoływania. Podniósł się na kolana i ostrożnie rozejrzał. Autobus, a właściwie to co z niego zostało, leżał dwadzieścia metrów niżej , u podnóża skarpy. Stanął na nogach i jak lunatyk zaczął schodzić w jego stronę. Z góry zbiegali jacyś ludzie. Coś mówili, krzyczeli. On jednak jak zahipnotyzowany wpatrzony był we wrak pojazdu i metr po metrze dążył w jego kierunku. Ze środka dobiegały krzyki, płacz. Ludzie, którzy zbiegali z góry próbowali wyciągnąć z wnętrza jego kolegów i koleżanki.
Wtem coś przykuło jego uwagę, coś dziwnie znajomego. W trawie obok niego, błyszczał krzyżyk. Machinalnie schylił się po niego, podniósł. Wraz z krzyżykiem podniósł zaciśniętą kurczowo na rzemyku dłoń. Dłoń i nic więcej . To było ostatnie co pamiętał. Niebo zawirowało nad nim, pociemniało i zapadł w pustkę.
Obudził się na białej sali - jak się okazało Wojskowej Kliniki Medycznej w Krakowie.
O dziwo nic mu się nie stało. Ogólne potłuczenia i zadrapania. Zdążył jeszcze na pogrzeb.
Siedem trumien - kierowca, pani Zosia, pani Halinka, Krzyś, Ania, Jurek i Ala.
Za nimi w kondukcie całe miasto. Szedł obok trumny Ali i Jurka. W ręku ściskał swój słony skarb. Przez głowę przelatywały mu błyskawice myśli, co by było, gdyby wybrał lody.
Przed złożeniem trumien do grobów, na wieku Jurkowej położył swój iskrzący się w słońcu, solny krzyżyk.



Andrzej Borecki [ andreaborgia@o2.pl ]
Strona www autora: http://www.andreadoria.republika.pl/

Storytellers 2oo6. Wszelkie prawa zastrzeżone. Oprawa graficzna: aNomaLy


Online Napisz do nas! Ankieta - pomóż nam stworzyć jeszcze lepszy magazyn! Regulamin dla writerów

Spis treści
W górę

Spis treści