|
Cień Daela
Wilan, wiedziony instynktem, nie zrezygnował z wizyt w barze. Nie tylko dlatego by, jak mówił Zefred, zachować wszelkie pozory normalności. Uznał że to było dobre miejsce na spotkanie. Choć kolonista nie powiedział kiedy ma nastąpić, czuł że stanie się to wkrótce.
Nie był zaskoczony gdy zobaczył Zefreda. Zaskoczyło go dopiero gdy ten usiadł przy innym stoliku, zamiast podejść do niego. Posłał mu krótkie spojrzenie. Zefred kiwnął głową. Dziwne, uznał, lecz zaraz potem pomyślał że Zefred ma sporo racji. O wiele mniej podejrzane będzie gdy to on dosiądzie się do niego. Klient czekający na dostawcę był tu częstym zjawiskiem.
Niespodziewanie doznał dziwnego uczucia że już gdzieś spotkał kolonistę, zanim skontaktował się z jego żoną. Nie chodziło tylko o rozmowę z Lerszenem, w tym samym miejscu, którą właśnie sobie przypomniał. To wyglądało tak samo, lecz chodziło o coś innego. O co? To wciąż mu umykało.
Powoli, starając się zwracać na siebie jak najmniej uwagi, wstał i przeszedł stolika kolonisty. Siadając zauważył jak Zefred obraca w palcach niewielki sześcianik. Kolonista dotknął go opuszkami palców w kilku miejscach, po czym schował. Wilan obserwował bacznie każdy jego ruch. Ciekawe czy on zawsze jest taki ostrożny, pomyślał. Czasami aż do przesady.
- Czy to bezpieczne? - spytał - Jesteśmy w miejscu publicznym.
- To nielegalne - przyznał Zefred - lecz tu nikt się tym nie przejmie. Zbyt wielu osobom zależy by w takich miejscach ich rozmowy nie były zarejestrowane. Niemniej, nasz czas jest ograniczony. Ktoś tu w końcu zajrzy.
- Zgaduję że to spotkanie nie jest bez powodu.
- Nie jest. Wkrótce zaczniemy widywać się częściej, w bezpieczniejszym miejscu, lecz jest coś co powinieneś zrobić już dziś. Chcę byś wraz z żoną złożył do biura transferów podanie o wycieczkę, dla całej rodziny. Nieważne gdzie.
- Księżyc? - spytał odruchowo.
- Może być. Zadeklaruj kolejną wyprawę seleniczną bez konkretnego terminu, ale zaznacz że chodzi o ten miesiąc. Zdołasz uwiarygodnić taki urlop?
Wilan podrapał się po brodzie. Co wspólnego miała wycieczka na skały księżycowe z ucieczką z Układu?
- To może być trudne. Mamy opóźnienia, ale...
- Mówiłeś że odczepiacie za kilkanaście dni.
Czy Zefred naprawdę myślał że budowę da się tak dokładnie zaplanować? Niemniej, na stanowisku Wilana, obecność w początkowej fazie budowy nowej jednostki nie była konieczna. Statkiem zajmowali się wtedy głównie technicy i Obsługa Kosmiczna. Jedynym jego zajęciem byłoby organizowanie zespołu, ale tym mógł się zająć któryś z pozostałych inżynierów. Bardzo wielu z nich, w tym i on, brało urlopy na czas pierwszego miesiąca prac nad nową jednostką. Dopiero potem zaczynała się harówka.
- Teoretycznie tak - zgodził się - ale praktycznie...
- Tym lepiej. Biuro nie będzie miało podejrzeń gdy zażądacie karty wyjazdu o długim czasie ważności.
- Czy mogę chociaż wiedzieć po co? - spytał.
- Nie teraz. Nie wiem czy nie będziemy musieli zmieniać planów. Pamiętaj, wszystko musi wyglądać...
- ...naturalnie - dokończył. Zefred kiwnął głową.
- Czy nie byłoby bardziej naturalne, gdybyśmy spotykali się u mnie w domu, zamiast w takim miejscu? - Wilan ruchem głowy wskazał sąsiedni stolik - Nawet jeśli ktoś coś mi założył, to najwyżej jakiś prymitywny układ...
Przed pierwszym poważnym spotkaniem, w ich domu, Zefred sam przyznał że jest to najbezpieczniejsze miejsce. Centrala nie uznawała jego stanowiska za sprzyjające podjęciu próby ucieczki czy dokonaniu większej kradzieży. Wilan nie zamierzał im pokazywać jak bardzo się mylili. Reszta stacji była pod stałą obserwacją systemu komputerowego, który potrafił na bieżąco analizować obraz, wyszukiwać oraz śledzić wskazane postacie. Dom był od tego wolny, a mimo to Zefred ani razu nie chciał by włączył zagłuszanie.
- To nie jest dobry pomysł. Jakiś czas temu rząd próbował po cichu wprowadzić na stacji siatkę nielegalnych podsłuchów. Ludzie o wszystkim się dowiedzieli, rząd musiał się szybko wycofać, lecz społeczeństwo pozostało podejrzliwe.
- Nie bardzo widzę co to ma do rzeczy z zakłócaniem.
- Każdy kto ma coś do ukrycia podejrzewa istnienie podsłuchu. Włącza zakłócanie, a zakłócanie, zwłaszcza aktywne, jest łatwe do wykrycia. Kosiarze obserwują kto i gdzie go używa, a potem sprawdzają na komputerze co taka osoba robiła przez ostatnie dni. Prawo o prywatności to tylko zawór bezpieczeństwa. Tak naprawdę prywatność gwarantuje jedynie niemożność podsłuchiwania wszystkich naraz, lecz to działa tylko tak długo, jak długo nie zwracasz na siebie uwagi.
Właśnie tak bardzo ostrożny był Zefred. Wilan obiecał sobie że nie zostanie w tyle i na wszelki wypadek przeszuka cały dom w poszukiwaniu nadajników. Jeśli będzie trzeba, zedrze nawet wykładzinę. Nieważne czy coś znajdzie czy nie, to sprawi że poczuje się pewniej.
Kolonista wykonał ruch jakby chciał sięgnąć do kieszeni. Zrozumiał że chce już iść.
- Jest jeszcze jedna rzecz - powiedział Wilan.
Zefred odsunął rękaw i spojrzał na zegarek. Wilan zauważył że nie był zrobiony z cienkiej, przezroczystej, naklejanej błonki, jak zegarki w układzie, lecz z sztywnego plastiku w kształcie cienkiej tarczy, przypiętego do przegubu lewej ręki. Jeśli kolonista starał się udawać zwykłego mieszkańca stacji, nie powinien korzystać ze zwykłych zegarków? Spojrzał na swój i zrozumiał. Na jego czasomierzu - wyszukanym, wielofunkcyjnym modelu ze srebrzystą, gustownie zaprojektowaną tarczą - sekundy stały w miejscu. Od razu przypomniał sobie że zegarki astronautów posiadały ekranowanie.
- Mamy jeszcze trochę czasu - zgodził się - lecz niezbyt dużo.
- Musicie mieć jakieś wolne miejsca - powiedział - Nie wierzę że przylecieliście bez zapasu.
Zefred spojrzał na niego chłodno, rozumiejąc że to nie koniec rozmowy.
- Zawsze planujemy zapas i zawsze się okazuje że jest potrzebny - odpowiedział - Każdy ma kogoś kogo chciałby ze sobą zabrać, lecz to nie zależy od nas. Nasze komory od początku mają wyznaczonego pasażera.
Wilan pamiętał o Burisie. Dostał swoją szansę, lecz Buris pozostał w tym samym miejscu w którym sam był jeszcze kilka dni temu. Sprawę komplikowało trochę to że szukając reaktora Buris zabrał się za Podziemie, niemniej... Buris nie zajmował się niczym specjalnym, więc nie był potrzebny. Irytujące, lecz zrozumiałe. Wilan miał nadzieję że jest dość cenny dla kolonistów by nakłonić ich do pomocy.
- Ale dla nas mieliście zapas, tak?
- Czego oczekujesz? Transportowca na sto tysięcy kolonistów? Nie jesteśmy aż tacy dobrzy. Mamy tylko dwa wolne miejsca, to wszystko. Wiem że to stało się nagle. Zabieramy was właściwie w ostatniej chwili, ale nie bez powodu. Jest szansa, mamy wolne miejsca, a wy jesteście nam potrzebni.
- Możesz zagwarantować te dwa miejsca?
- Z dużym prawdopodobieństwem, tak. Ciężko jest znaleźć na stacji dwie samotne, wartościowe osoby, bez dzieci. Pozostaje tylko kwestia... dla kogo?
- Dla kogoś komu jestem coś winien. Dokładniej, dla dwójki jego dzieci.
- Nie wiem czy ich rodzice nie spróbują nas zdradzić.
- Myślisz że tego nie sprawdzałem?
- Myślę że nie byłbyś w stanie.
Zmierzyli się chłodnym wzrokiem. Zefred mówił jasno że zanim pozwoli komukolwiek wziąć w tym udział, najpierw dobrze mu się przyjrzy. O nim i o Ene, jak Wilan sam się przekonał, kolonista wiedział gwiaździście dużo.
- Więc? - spytał Zefred - Kto to jest?
- Buris Warton. Nie masz go na swojej liście?
- Nie znam. Zobaczę kim jest i co da się zrobić. Póki ci nie powiem, nie rób nic.
- Zaczekam - zapewnił - Ostatnio może się kręcić nieco za blisko Podziemia, ale to z desperacji. Nigdy by się do nich nie przyłączył.
- Tego nie możesz wiedzieć - na twarzy Zefreda pojawił się lekki uśmieszek - Lecz my będziemy. Mamy dostęp do neuroskanera. Ich, jak na razie, Protektorzy nie potrafią oszukać. Musisz zrozumieć że nigdy nie odgadniesz kto jest agentem z Urzędu a kto nie. Są na to zbyt dobrzy. Jeśli myślisz że ktoś jest agentem to możesz być pewien że nim nie jest.
Mniej więcej to samo myślał Wilan. Zbyt często gubił się w domysłach. Coś za dużo tych przypadków, jak na parę ostatnich tygodni. Gdybym tylko mógł, pomyślał, sam chętnie zdobyłbym neuroskaner. Może wtedy przestałbym być paranoikiem.
Zefred uznał rozmowę za skończoną. Na chwilę włożył dłoń do kieszeni, wstał i wyszedł nieśpiesznie. Wilan rzucił okiem za swój zegarek. Chwilę trwało nim zsynchronizował się z sygnałem czasu, lecz wkrótce znów zaczął odmierzać sekundy.
Wrócił na swoje stare miejsce. Posiedział jeszcze kilka minut. Biuro było czynne całą dobę, nie musiał się spieszyć. Uczucie że coś mu umyka powoli zanikało. Kątem oka zauważył w wejściu dwóch mężczyzn. Stanęli w drzwiach, rozejrzeli się leniwie po pomieszczeniu, po czym weszli do środka. Jak pozostali, spojrzał na nich wzrokiem tak obojętnym jakim tylko potrafił ich obdarzyć, wracając do swojej torebki. Jeden z nich sięgnął po coś do kieszeni. Wysunął z niej jakiś przedmiot, spojrzał na niego i schował. Gdy spojrzenia mężczyzn się spotkały, ten pierwszy pokręcił lekko głową. Znów rozejrzeli się leniwie, po czym wyszli.
Nikt nie odprowadzał ich wzrokiem.
* * * * *
Anhelo zaatakował dwa rozjaśnienia później.
Od rana Arto czuł że coś wisiało w powietrzu. Atmosfera wokół niego zgęstniała; czuł jej wzrastający opór. Zbyt często nie widział dookoła siebie mrówek, gotowych ostrzec go przed niebezpieczeństwem. Gdzieś znikali, czasem nagle. Arto nie wierzył by działo się tak wyłącznie z winy małych szpiegów. Dert wiedział o co grają i trzymał ich krótko. Jeśli siatka nie dawała rady to tylko dlatego iż ktoś dopilnował by tak się stało.
Ktoś, czyli inne grupy. Grupy sprzyjające Anhelowi.
Nie widział go już od paru ładnych rozjaśnień, lecz rozumiał iż Anhelo wcale nie żartował. Wtedy, w łazience, mógł się przestraszyć. Wtedy było mu na rękę, że Arto przeżył. Lecz teraz... Teraz zrobi to dobrze. Zrobi wszystko by ich dopaść. Kwestia czasu nim wszystko się powtórzy. Tym razem Anhelo będzie uważał. Pobije ich dokładnie, lecz ostrożnie, bez ryzyka że umrą w trakcie. Będzie ich ścigał aż osiągnie swój cel. Może nie zrobi tego od razu. Może to trochę potrwa. Lecz gdy uzna że czas kończyć, wtedy, Arto był tego pewien, będzie to wyglądać na wypadek.
Chodzili po szkole tak szybko jak się dało, choć nie aż tak by wyglądało że uciekają. Wciąż obserwowali czy ktoś nagle nie spróbuje ich zaczepić, jak Aristo. Dawni i obecni wrogowie zjednoczyli siły pod przywództwem Anhela. Pozostali... Neutralne starszaki, młodszaki, nawet głupie pierwszaki okrążały ich z daleka. W miarę jak konflikt się zaostrzał wszyscy odcinali się od nich, by nie mieć nic wspólnego z Arto i ze Smokiem. Przynosili pecha każdemu kto się z nimi zetknął.
Na jednej z przerw Arto posłał Żimmiego by sprawdził co się dzieje z siatką. Czy sprawiła to sytuacja grupy, czy inne powody, Żimmy nie wyglądał na kogoś kto chce zemsty. Przeciwnie, stał się potulny i posłuszny. Załamany, to też, lecz tak samo wyglądał za pierwszym razem - stracił dumę, poczuł się nikim, jakby ktoś na powrót przeniósł go do starej grupy. Arto nie mógł i nie chciał go pocieszać. Nie mógł przywrócić do starej funkcji; inni natychmiast odczytaliby to jako wybaczenie próby buntu, niemniej potrzebował go by zajmował się tym co potrafił najlepiej - nadzorowaniem mrówek. Sam podczas walki czuł tylko nienawiść, lecz teraz widok tego niegdyś dumnego wojownika przyprawiał go o smutek.
- Młodszaki są zastraszone, kapitanie - nawet składając raport Żimmy unikał jego wzroku, tak samo jak mówienia mu po imieniu - Nawet te o których nikt nie wie że pracują dla nas. Jedynie Karros złożył mi raport. Nie oberwali mocno ale też zaczyna sikać po nogach, ile razy mnie widzi. Myślę... już nikt nie będzie nas ostrzegać przed zasadzką.
Żimmy czuł się paskudnie przynosząc złe wieści, lecz Arto wiedział że wieści długo nie będą dobre. Anhelo zaczął ich systematycznie niszczyć. Wyeliminował z gry mrówki, by go oślepić. Oczywistym następnym ruchem było dobranie się do nich. Cokolwiek się zaczęło, było dopiero początkiem.
- Po prostu zrób co możesz, Żim - spróbował go pocieszyć - Złap każdego kto jest nam coś winien. Przypomnij kto ich chronił. Sprawdź kogo da się przekonać. Jeśli któryś nie posłucha, daj mi jego nazwisko. Wierzę w twoje umiejętności. Potrzebuję ich.
Tak. Teraz nie był najlepszy czas na zemstę czy gniew. Musieli sobie wybaczyć, nawet jeśli tylko na razie.
Miał nadzieję że Anhelo zaczyna odczuwać skutki jego planu. Wkrótce, za kilka rozjaśnień, sojusznicy zaczną się odwracać od swojego lidera i Anhelo znajdzie się w takim samym położeniu jak Arto. Nie, nie podda się, lecz może da im spokój. Lecz do tego czasu...
Dert rozumiał że sytuacja staje się coraz bardziej niebezpieczna, lecz wciąż uparcie im towarzyszył. Arto postanowił coś z tym zrobić. Wierność wiernością, a rozsądek rozsądkiem.
- Dert, sprawdź co się dzieje - powiedział gdy po raz kolejny zostali sami - Jesteśmy odsłonięci.
- Inni się tym zajmą - odparł Dert - Już powiedziałem komu trzeba...
- Zajmij się tym! - odpowiedział stanowczo - Nie wracaj dopóki nie zrobisz z tym porządku.
Dert był dobry w odgadywaniu tego co Arto chciał powiedzieć bez mówienia na głos. Tym razem też zrozumiał - nie zbliżaj się, bo będziesz miał kłopoty a i tak nie pomożesz. Dert spojrzał na swojego kapitana, kiwnął głową i odszedł bez słowa. Arto widział że to polecenie sprawiło Dertowi ulgę. Wciąż czuł się związany z kapitanem długiem i daną mu obietnicą, lecz strach zaczynał w nim zwyciężać. Arto potrzebował jego wierności, lecz w klasie, nie na korytarzach. Gdy coś się stanie Dert poczuje się podle, ale będzie cały.
Nie tylko Dert zrozumiał o co chodziło.
- Wiesz... wytrzymam jeśli Anhelo mnie złapie - Iwen patrzył za odchodzącym, co rusz spoglądającym za siebie Dertem - Ale ciebie będzie bił mocniej. Przez Żimmiego wciąż jesteś słaby.
- To jego wina, nie moja - odparł - Skup się na tym czy Anhelo się nie zbliża, dobrze?
Iwen nie dostrzegał nawet połowy z tego co się działo. Nie mógł, bo nie znał szkoły. Arto nie chciał by zaprzątał sobie głowę rzeczami na które nie miał wpływu. Wystarczy że sam to robił.
* * *
Iwen wyraźnie odczuł jak mocno pojedynek odmienił grupę. Uspokoił ją. Autorzy dawnych złośliwości zamilkli, wystraszeni. Jednym było wstyd, inni wciąż go unikali - odwracali wzrok gdy na nich patrzył, udawali że nie istnieje. Mogli udawać, lecz Iwen nie zapomniał. Zrobili to, lecz nikt mu nie współczuł, nie żałował, wszyscy po prostu bali się że Arto każe im zapłacić bólem. Może im się należał, lecz choć Iwen czuł że Arto wiedział o wszystkim, nie rozmawiali o tym. Grupa pokazała jaka jest naprawdę i nic tego nie cofnie. Nigdy.
Zmieniło się coś jeszcze. Wszyscy bez wyjątku zaczęli się bać. Już nie Anhela, lecz ich.
Na lekcji do Arto dotarła lista mrówek ociągających się z pomocą. Iwen domyślił się tego gdy tylko otrzymał od kapitana wiadomość że muszą się tym zająć. Wiedział czym to się skończy. Uważał że młodszaki mają rację - Smok nie raz pomagał im wybrnąć z przeróżnych kłopotów, lecz nie istniała groźba która nakłoniłaby ich do współpracy. Żadna z przysług nie mogła być aż tyle warta. Chciał wierzyć iż Arto nie posunie się do zabójstwa, lecz nawet gdyby tak zrobił, Anhelo na zawsze pozostanie tym groźniejszym, z większą liczbą ofiar na koncie. Lecz Arto wciąż myślał na sposób szkoły. Tu za przysługę płaciło się przysługą, zaś o rozmiarze i wartości takiej "zapłaty" rozsądzała przewaga siły wierzyciela nad dłużnikiem. O tym że sprawy zaszły za daleko nie chciał nawet słyszeć.
Niemal całą koncentrację Arto zużywał na unikanie pułapek zastawianych przez Anhela. Starszak zyskał ogromną przewagę, lecz obaj wciąż wymieniali ciosy w swojej wojnie. Grupa starszaków dyskretnie oparta o ścianę, korytarz pozornie wyglądający na bezpieczny - kapitan widział niebezpieczeństwo na długo nim Iwen uświadamiał sobie że coś jest nie tak.
Arto na pierwszy cel wybrał liderów siatki, jej węzły czy, jak to określił, "głowy", licząc że pociągną za sobą resztę. Bez ceregieli rzucił pierwszego młodszaka na ścianę, lecz ten, przyszpilony tak że stopami nie dotykał podłogi, nie zwracał uwagi na Arto. Nerwowo rozglądał się na boki, bardziej niż pobicia obawiając się tego kto mógł ich zobaczyć.
- Wiesz jak korzystać z pomocy, co? - cichy głos Arto był pełen jadu - Byliśmy dla was przydatni póki tłukliśmy waszych panów, ale odwdzięczyć się to już dla was za dużo?
- Zrobiłem dość! - odparł tamten - Czego jeszcze chcesz?
- Ty i twoje szczochy macie dalej robić swoje, to chyba jasne? Skończycie gdy powiem, inaczej połamię cię tak że będziesz to czuć przez tydzień, a potem zrobię to jeszcze raz.
- Jak sobie chcesz - młodszak unikał jego wzroku - To mnie nie zabije.
- Jesteś pewien?
Arto przydusił przedramieniem szyję młodszaka i cofnął drugą rękę, mierząc się z nim wzrokiem. Ciało chłopca zawisło ponad podłogą. Malec spazmatycznie zacisnął szczęki, jego oddech zamienił się w ciche charczenie. Czas mijał, Arto nie cofał ręki, młodszak, coraz bardziej siny na twarzy, wciąż wisiał nieruchomo, z szyją uwięzioną między ścianą a przedramieniem. Iwen zaczął się poważnie niepokoić o wynik spotkania gdy młodszak uchwycił się rękoma za duszące go przedramię i podciągnął w górę, charcząc w odpowiedzi coś co tylko Arto mógł usłyszeć. Arto puścił go. Młodszak odszedł pośpiesznie, bez słowa. Kapitan odprowadził go wzrokiem. Iwen widział jego twarz ledwie przez chwilę, lecz to wystarczyło by poczuł ciarki. W jego oczach dostrzegł niebezpieczny, dziki błysk, o wiele groźniejszy od tego co kiedykolwiek czaiło się w oczach Żimmiego. Przeraził się, bardziej niż był w stanie to ukryć, lecz Arto nie patrzył na niego i niczego nie zauważył. Coś się z nim stało, pomyślał, zmienił się po tym co zrobił mu Anhelo.
Wtedy też dostrzegł znajomą sylwetkę starszaka o długich, prostych, czarnych włosach, żółtawej skórze i skośnych, czerwonych oczach. Znał imię, lecz nie wiedział czego tu szukał. Patrzył się, nie tylko na Arto, także na niego. Gdy ich wzrok się spotkał, na twarzy starszaka nie drgnął nawet jeden mięsień. Oczy pozostały te same, bez wyrazu. Arto był zbyt zaabsorbowany unikaniem Anhela by go zauważyć, lecz Iwen widział jak często ten wojownik kręci się w pobliżu. Rozumiał że jest to ktoś kogo powinien się bać, a jednak nie czuł nic, ani strachu, ani ulgi, niczego. Arto starał się to ukryć, lecz Iwen rozumiał że to był jeden z tych co wciąż stali po jego stronie. Tak jak Aristo, czy tak naprawdę?
* * *
Od wczoraj Arto próbował to zakończyć. Próbował skontaktować się z Anhelem i namówić go na spotkanie w cztery oczy. Bez skutku. Nie odpowiedział ani razu. Ignorował go.
Szkołę opanował niezrozumiały amok przemocy. Pękła niewidzialna zapora; wojna toczyła się sama, napędzana dawnymi zatargami i nienawiścią. Każdy miał rachunki do wyrównania, dawne sprawy do załatwienia. Dawni siłacze byli osłabieni, dawni słabeusze poczuli siłę. Nie było minuty by ktoś nie malował się po kątach lub nie obmacywał w łazience swoich kości. Choć ich walka nie trwała długo, wielu miało jej już dość, choć byli też tacy jak szczurze grupy, którym taka sytuacja odpowiadała. Inni, mądrzejsi, ostrzegali że to się może źle skończyć dla szkoły. Przydarzało się za dużo poważnych awantur by dało się to ukrywać przed dorosłymi, lecz Anhelo był głuchy na wszystko.
Pół szkoły stanęło przeciwko sobie - z czego większość była przeciwko nim. Reszta pozostawała neutralna. Ci słabsi, którzy na początku byli za nim, jak Aristo, szybko skapitulowali. Zostali ci silni, lecz na jak długo? Arto mógł liczyć wyłącznie na swoją grupę, lecz Jeźdźcy Smoków byli za słabi by się liczyć. Albo jego sojusznicy coś z tym zrobią, albo...
Rozmiar tego co rozpętał zaczął go przerażać. Stał się iskrą, impulsem grawitonowym przez który chaos złości rozbłysnął w nagłym wybuchu. Istnienie takiej grupy jak Niebiańskie Wrota dawało pewność że kiedyś taki wybuch nastąpi, lecz to on go rozpoczął i to on ponosił konsekwencje. Jako pierwszak słyszał o podobnej wojnie. Wtedy skończyło się na kilku wypadkach poza szkołą i trzymiesięcznym nadzorze dorosłych. Gdyby wtedy zwracał na to większą uwagę, gdyby słuchał, gdyby zapamiętał...
Arto gotów był poddać się i zrobić wszystko czego by Anhelo zażądał. Chciał mu dołożyć? W porządku, byle to się skończyło. Wiele innych grup, zwłaszcza tych pokonanych przez Anhela, chciało postąpić podobnie - i te grupy, Arto to wiedział, potem zajmą się nimi. Poza Arto i Anhelem nikt nie miał pojęcia o co naprawdę toczyła się ta walka. Nikogo to już nie interesowało. Nawet sojusznicy Arto wiedzieli tylko że Anhelo groził mu śmiercią.
Mówiono że poza okresami szału Anhelo bywał rozsądny, lecz tym razem nie zamierzał przestać i nikt nie rozumiał dlaczego. Były już pierwsze ofiary. Pewien jedenastak rzekomo przedawkował, pewien dwunastak miał wypadek który, o czym dorośli nie mieli pojęcia, zdarzył się w innym miejscu niż to w którym ofiara straciła przytomność. Arto nie żałował tych starszaków, byli parą zwykłych szczurów, jednak teraz obaj byli martwi, przez niego. Choć to nie jego ręce pozbawiły ich życia, był tym kto zbudował i uruchomił tę maszynę.
To mogli być moi chłopcy - ta myśl uparcie krążyła w jego głowie. To może się tak skończyć dla któregoś z nich.
Żimmy czekał przed klasą. Arto tylko na niego spojrzał i już wiedział, że coś jest nie tak. Żimmy odpowiedział spojrzeniem i spuścił wzrok. Wyglądał bardzo poważnie.
- Musimy pogadać - oświadczył krótko.
Sala była otwarta. Niektórzy nauczyciele otwierali je już na przerwie, pozwalając uczniom pracować przy konsolach. Korzystali z tego zwłaszcza jajcogłowi.
Arto spojrzał na Iwena i skinął w stronę drzwi. Iwen w milczeniu spełnił nieme polecenie. W spojrzeniu, jakim obdarował mijanego Arto tkwił wyraźny wyrzut że wciąż coś przed nim ukrywa, choć obaj siedzieli w tym po uszy.
Odsunęli się od drzwi.
- Anhelo urządził polowanie - Żimmy wciąż nie patrzył mu w oczy - Kilkunastu starszaków z różnych grup dorwało naszych wojowników. Ciężko ich pobili.
Arto odchylił głowę i spojrzał w głąb sali. Faktycznie, było pusto. Nie było nawet Derta. Nic dziwnego że to właśnie Żimmy przyniósł mu wieści. Odesłał go od siebie by chronić, lecz zamiast tego nieświadomie wysłał prosto w kłopoty. Jeszcze niedawno czułby satysfakcję, widząc jak oberwało się zdrajcom, jak poznają jak to jest być ściganym i bitym, lecz nie miał już w sobie tamtego gniewu. Gdyby nie Iwen, byłby taki jak oni. Teraz myślał inaczej, bardziej jak Iwen. Znowu popełniał ten sam błąd, znowu ciągnął za sobą innych. Znowu przegrał. Skończy się tak samo jak gdybym zostawił Iwena samemu sobie, pomyślał. Jedyną różnica to ta że ja się zmieniłem i że inni za to ucierpią. My, cała grupa, inne grupy.
To nic, że kazał grupie trzymać się z daleka od walki. To już nie wystarczyło. Byli z nim, to wystarczyło by stać się celem. Jeźdźcy Smoków nie mieli szansy przeciwko połowie szkoły. Czuł się jak Wel, bity przez kolegów na środku korytarza.
- Kto? - spytał. Po zachowaniu Żimmiego widział że było coś jeszcze.
- Aristo. I Marsjanie.
Westchnął bezwiednie. Zostali zdradzeni. Każdy jego ruch tylko pogarszał sytuację. Anhelo nie był wściekły póki go nie sprowokował do pobicia. Potem napuścił na niego sojuszników - Anhelo wściekł się jeszcze bardziej. Zbyt późno zrozumiał iż jedynym sposobem było nie robienie z tym niczego, od samego początku. Iwen nie miał pojęcia o szkole, lecz miał rację. Gdyby sprzeciwili się wszyscy, wtedy Anhelo poszedłby prosto do akademii, lecz zbyt wielu się wahało, zbyt wielu się go bało - bo byli tacy jak Aristo i było ich wielu.
Czego się spodziewał? Dostał ostrzeżenie. Jak mógł wierzyć że starszaki okażą się bardziej lojalne od jego własnej grupy? Ze wstydem przyznał przed samym sobą iż przegrał tę wojnę, lecz oni nie musieli jej przegrywać wraz z nim. Została tylko jedna decyzja jaką mógł podjąć.
- Żimmy, zrzekam się dowództwa. Teraz ty jesteś kapitanem.
Żimmy wlepił w niego zdumione spojrzenie. Wreszcie spojrzał mu prosto w twarz. Nie odezwał się, lecz jego oczy pytały za niego.
- Nie chcę pociągać was za sobą - wyjaśnił chłodnym, rozkazującym głosem - Rozpowiesz że mnie pokonałeś. Każ tak mówić naszym wojownikom... albo nie, sam im to napiszę. Nie chcę byś udawał że rządzisz, ty masz rządzić. Ja... Chciałbym tylko, aby Rejkert wciąż uważał za nas obu na lekcji. Naprawdę nie mamy czasu na naukę.
Żimmy milczał. Arto nie mógł odgadnąć co teraz myślał. Naprawdę zwariowałem, pomyślał. Biłem się z Żimmym o grupę, tylko po to by mu ją teraz oddać.
- Ale... Nie rozumiem... - wyjąkał wreszcie - Zostaniesz sam, tylko was dwóch...
- Tak musi być. Nie zbliżajcie się do nas. Nie próbujcie rozmawiać, najwyżej na lekcji. Ogłoś że nas wyrzucasz. Nam to nie zaszkodzi, a wam może pomóc.
Żimmy milczał bardzo długą chwilę.
- Byliśmy wrogami! - powiedział wreszcie.
- Żimmy, ja muszę. Nie mogę...
- Dlaczego nie Dert? - Żimmy nie zwracał uwagi na jego słowa - Jemu ufasz bardziej!
Żimmy go oskarżał. O co? Że nie miał wyjścia? Nie rozumiał że tak musiało się stać?
- Nikt nie uwierzy że Dert mnie pokonał. Nikt nie uwierzy że ty nie pokonałbyś go na drugie rozjaśnienie. Nie byłeś dla mnie wrogiem, ja tylko się broniłem. Zrób z tym co zechcesz.
Żimmy zawahał się.
- Wiesz że ja bym tak nie mógł.
- Robię to dla dobra grupy - Arto uznał że chłody, surowy głos najlepiej przekona Żimmiego o słuszności decyzji - Jest twoja. Jeśli... Jeśli zwrócicie się przeciwko nam, jak inni, jeśli zechcesz się mścić...
Żimmy spojrzał na niego z gniewem. Sama myśl była dla niego obrazą.
- Zrobię co powiedziałeś - obiecał - Uznam to za twój rozkaz. Ale nie zrobię nic poza tym. Wciąż będziesz w grupie, wciąż będziesz kapitanem, tylko...
Żimmy był taki poważny, taki przejęty, że Arto uśmiechnął się lekko.
- Tylko inni nie będą o tym wiedzieć.
Żimmy kiwnął głową.
- Będziesz dalej rozkazywać.
- Nie będę, Żim. To nie jest wybieg.
Żimmy milczał chwilę, myśląc nad tym co usłyszał.
- Więc się poddajesz - uznał - Tak po prostu. Mówisz jak gdyby...
- Nie poddaję. Po prostu... - wzruszył ramionami - widzę co się dzieje. Obaj mieliśmy rację, co do Iwena. Tylko... Ty miałeś rację co do grupy. To ja się myliłem.
Żimmy się cofnął. Arto otwarcie przyznał się do błędu. Nie od razu to do niego dotarło.
- Jeśli chcesz, dam ci się pokonać w walce...
- Nie chcę takiej walki! Chciałem grupy, ale... Nie chcę jej w taki sposób!
- Dlaczego? Zawsze mówiłem że każdy sposób jest dobry.
- Może nie każdy. Może się mylisz. Ty byłeś... wciąż jesteś najlepszy. A jednak...
- Przegrałem? - Żimmy kiwnął głową - To nic nie znaczy. Wygrywali gorsi ode mnie. Przegrywali lepsi - pomyślał o Daelu - Dasz sobie radę. Jeśli nie ty, to kto zajmie się grupą?
Milczeli chwilę. Obaj wiedzieli że nikogo takiego nie było.
- Chcę byś pozostał na swoim miejscu - oznajmił Żimmy - Może... może jednak to się jakoś skończy. Kiedyś. Wtedy wrócisz. Ile może trwać taka wojna?
Arto wiedział że niedługo. Skończy się tak samo jak się zaczęła - szybko i brutalnie. Czy Żimmy naprawdę miał nadzieję że wytrwają? Prawda, szanse były niewielkie, ale były. Być może cena za przetrwanie będzie wysoka. Być może zaczną robić rzeczy których nigdy nie robił żaden wojownik. Jak wtedy zachowa się Żimmy?
- Nie poddam się. Ale... różnie mogą o nas mówić. Mogą nazywać karaluchami...
- Niech sobie mówią - odparł Żimmy - Ja i tak będę pamiętać jak podłożyłeś się za Nowego. Za Iwena - poprawił się - Żaden karaluch by tego nie zrobił.
Aż tyle było trzeba by Żimmy wreszcie zaakceptował Iwena. Cóż, to było wszystko co Żimmy mógłby, co chciałby dla niego zrobić.
- Możesz jeszcze zmienić zdanie. Mnie też można złamać. Pamiętaj o umowie z Gwiezdną Flarą. Rejkert wie co robić, musisz go tylko upilnować.
- Rozumiem. Jeśli zawiedziemy, będziemy mieć dodatkowego wroga. Wy też.
Arto uśmiechnął się boleśnie.
- Żim... Mamy ich tylu że jeden więcej nie zrobi żadnej różnicy. To tylko interes który trzeba wypełnić. Zawarłem go w imieniu grupy, nie we własnym.
Żimmy przytaknął. Wahał się czy powiedzieć coś jeszcze.
- Arto... Wiesz, teraz jesteś historią szkoły.
- Jak Wel, Erst, Herry i inni? - spytał ironicznie, lecz nie był w nastroju do ironii i kiepsko mu to wyszło - Żim, ja jeszcze żyję...
- Nie, nie tak jak oni. Przeciwko tobie stoi chyba połowa szkoły, Anhelo na ciebie poluje, a ty im wciąż żyjesz, na złość. O czymś takim dzieciaki będą opowiadać latami! Będą o tobie mówić tak samo jak o akademii. Nie, nie tak. Będą mówić z podziwem.
- Nie chcę byś opowiadał młodszakom bajki. Wystarczy byś nie zmienił się w Anhela.
- Nigdy! - Żimmy przyłożył dłoń do piersi - To ci obiecuję, na własne życie.
Przynajmniej ono jest jeszcze coś warte. Jego własne życie i obietnice niewiele już znaczyły.
Żimmy wyciągnął rękę. Uścisnęli się mocno, jak dawniej, jak wiele, wiele rozjaśnień temu. Z dziwnym smutkiem pomyślał że jednak nie będzie pierwszym który rządził swoją grupą od początku do końca. Być może nigdy nikogo takiego nie będzie.
- Nie poddaj się łatwo - usłyszał - Przeżyj tak długo by ich to wściekło. Zrób to dla grupy, dla siebie i... dla Iwena. Jeśli to wytrzyma... będę go pilnował, dla ciebie.
W głębi siebie Żimmy nie wierzył że mu się uda. Czy mógł się dziwić? Sam miał ledwie nadzieję. Ta rozmowa za bardzo zaczynała przypominać pożegnanie. Arto nigdy nie był przesądny, lecz nigdy nie był też tak blisko tego by zacząć w nie wierzyć.
Nie zamierzam się poddać, Żim. Mam dobry powód, by wytrzymać.
- Bądź kapitanem - powiedział - Nie starszakiem. Przywódcą.
Żimmy skinął głową. Puścili się i bez słowa weszli do klasy.
Może źle cię oceniałem, Żimmy, pomyślał. Może nie jesteś tak bezwzględny jak inni. Może wielu nie jest. Może tylko trzeba wami potrząsnąć, w środku, aby coś zmienić? Dael nim potrząsnął gdy był mały. Cóż, pozostało tylko skończyć jak on. Walczyć ile się da i przegrać tak, by inni o tym nie zapomnieli.
Nie zamierzał tego mówić Iwenowi, lecz bał się że koniec może być bardzo bliski.
* * *
Nikt ich nie bronił. Silniejsi sojusznicy skupili się na własnych planach, słabsi mieli już dość. Ledwie jedna z mrówek od Karrosa kręciła się w pobliżu. Większość wojowników Smoka jeszcze nie wróciła. Rano byli jego jedynymi oczami, teraz stracił nawet to. Byli sami, tylko we dwójkę, całkowicie wystawieni.
Szli szybko przed siebie, nie oglądając się gdy zaalarmował go nagły popłoch wśród młodszaków. Środek korytarza niespodziewanie całkowicie opustoszał. Zatrzymał się.
- Doigrałeś się, szczurze! - wściekły, znajomy ryk dotarł do niego niemal w tej samej chwili gdy spojrzał za siebie - Jesteście trupami!
Było ich ośmiu, wszyscy z Niebiańskich Wrót i wszyscy bardzo, bardzo wściekli. Jednak poczułeś, pomyślał z mściwą satysfakcją. Jak poszły ostatnie lekcje, gdy wasz system rozleciał się na kawałki? Kilka oblanych sprawdzianów pomoże ci zmądrzeć. Wciąż potrafię mocno gryźć, choć nie własnymi zębami. To już nie tylko ja, Anhelo. Jest wielu którzy cię nie lubią i robią to za mnie. Moi sojusznicy mają w tym swój własny interes, ale to robią i będą robić, dopóki jakoś tego nie zakończymy.
Starszaki zwolniły.
- Nie wyobrażaj sobie że jak przeżyłeś ostatnie spotkanie to zostawię cię w spokoju - Anhelo mówił już ciszej, niemal normalnie - Nieważne co zrobisz, ty i twoi starsi kumple, ja zawsze będę obok. Zabiorę się za was obu. Najpierw za ciebie - wskazał na Arto - a potem za ciebie - wycelował palec w Iwena, jakby to była broń.
Iwen cofnął się o pół kroku, zrozpaczony i bez nadziei. Anhelo próbował się opanować, a że nie potrafił, jego złość rosła w siłę bardziej niż gdyby chciał pozostać wściekły. Widzieli się po raz pierwszy od tamtego zdarzenia, lecz tu i teraz Arto mógł zapomnieć o negocjacjach.
- Proszę - powiedział błagalnie - Zostaw nas. Wygrałeś! Czego jeszcze chcesz?
Anhelo zatrzymał się. Jego towarzysze zatarasowali cały korytarz.
- Chcę to dokończyć - starszak wciąż silił się na spokój. Jego oczy wciąż kipiały od gniewu - Polecicie na Ziemię, w puszkach. Obaj. Wtedy dam wam spokój.
Mówił poważnie. Arto poczuł że się boi. Narastające bez końca napięcie ostatnich rozjaśnień osiągnęło szczyt. Nie miał żadnego planu, żadnego pomysłu. Czuł że powinien uciekać, lecz doświadczenie i lata życia w szkole protestowały w jego umyśle, sprzeciwiając się takiemu rozwiązaniu. Łatwo mu przychodziło uciekać przed dorosłymi, lecz teraz coś go paraliżowało. Jeśli to zrobi, skaże się sam. Straci sojuszników i zostanie karaluchem.
Anhelo zrobił krok do przodu.
Arto spostrzegł ruch. Odwrócił się - Iwen zadecydował za niego. Widząc uciekającego towarzysza przestał się wahać i natychmiast ruszył za nim. Gdy już się przełamał, nie potrafił zrozumieć co trzymało go na miejscu. Potem się sklnę, przemknęło mu przez myśl. To tylko ten jeden raz, jakoś to odwrócę, ale teraz musimy się ratować.
- Za mną! - rzucił, wyprzedzając Iwena.
Iwen gnał jak spanikowana beksa, lecz nie wpadł w panikę. Pognali przed siebie. Kto w porę ich zauważył, szybko schodził z drogi. Tych co zostali na drodze Arto odrzucał na boki, nie zważając na nic i na nikogo, byle szybciej. Anhelo miał łatwiej; mijane dzieci wiedziały że jeśli ktoś ucieka, jest także ktoś, kto go goni, ktoś silniejszy. Dobrze zapamiętał zaskoczony wyraz twarzy wojowników którzy rozpoznali uciekinierów. Widok kogoś tak znanego ze swojej siły, uciekającego jak karaluch, zatrzymywał ich w miejscu, pozostawiając w niemym, posągowym zdumieniu. Nic bardziej niż wyraz ich twarzy nie uświadomił mu co uczynił, przez Anhela - złamał jedną z podstawowych reguł szkoły.
Nie uciekli daleko. Przy schodach na wyższe piętro drogę zagrodził im szereg starszaków. Zatrzymali się. Na całej długości korytarza nie było żadnego bocznego przejścia, schodów, żadnej otwartej klasy, był tylko zablokowany z obu stron korytarz. Wokół zrobiło się pusto; wszyscy w pobliżu pierzchali w popłochu, czując co się stanie. Życie świadka interesów Anhela bywało krótkie.
Arto był zbyt zdumiony by się bać, za to twarz Iwena wyrażała przerażenie za ich obu. Zastępujący im drogę kapitanowie i wojownicy pochodzili z różnych starszych grup, tak z tych słabszych jak i silniejszych. Rozumiał dlaczego jest z nimi Mira, rozumiał dlaczego Aristo mu na to pozwolił, lecz czego chcieli od niego pozostali? Wielu było jego dłużnikami, nie tak dawno obiecywali mu pomóc! W najgorszym razie powinni odwrócić się i odejść, udając że ich to nie dotyczy. Jego ucieczka okazała się bez znaczenia, jedynie potwierdziła fakt - nie miał już sojuszników, jedynie wrogów. Wszyscy inni łaskawie przestali zwracać na niego uwagę. Był nikim, był skończony jako kapitan i jako wojownik.
Spojrzał do tyłu. Anhelo ze swoją bandą właśnie dobiegał na miejsce. Zwolnili, pewni siebie. Anhelo wyszedł do przodu. To on był tu mózgiem, reszta czekała tylko na to co zrobi, co powie, co rozkaże. Arto wiedział jaki wyda rozkaz. Nie będzie łazienki. Tym razem przydarzy się im wypadek. Wywleką ich ze szkoły i... Nie, nie zrobi tego sam. Za dużo świadków. Pozwoli by zajęli się inni, sam będzie tylko patrzył. Gdy mnie zabiją, pomyślał, będzie miał nad nimi władzę. Zdobędzie ją strachem i opowieścią o Włóczni.
- Arto, cokolwiek chciałeś zrobić, to się nie udało - cichy głos Iwena był nienaturalnie spokojny, lecz bliski załamania. Pobladł, jego oczy rozszerzał strach. Nie był gotowy na to co miało się stać. Arto czuł się dziwnie. Miał przerażająco jasną świadomość tego co się z nim stanie, lecz towarzyszyło jej wrażenie że to wszystko go nie dotyczy. Strach czaił się gdzieś w zakamarkach jego ciała, lecz nie przedostawał się do jego podzielonego na dwoje umysłu. Jedna część się bała, druga analizowała wszystko w zwykły, chłodny sposób, jakby chodziło o podatki. Ta druga część zwyciężała.
Spojrzał na Anhela. Skoro to ma być koniec, pomyślał, skończę to po mojemu. Jeśli to Anhelo mnie zabije, to tamci będą mieć władzę nad nim. Będzie się ich bać. Wielu z nich było starszych i silniejszych, Anhelo nigdy nie zdoła ich zniszczyć.
- Nie stać cię na uczciwą walkę, szczurze? - spytał, z taką dumą i spokojem, na jaką go jeszcze było stać - Boisz się zabić mnie w pojedynku?
- Po co? - suchy, beznamiętny głos Anhela poświadczył że starszak kalkulował wszystko na zimno - Nie tylko ja pragnę ci podziękować za to co zrobiłeś. Chciałeś nami rządzić i teraz dostaniesz za to nauczkę. Wspólnie pokażemy ci gdzie twoje miejsce.
Dookoła rozległy się ciche pomruki aprobaty. Arto spojrzał na ich twarze, próbując zgadnąć czy tak naprawdę myślą. Gdyby zwątpił choć jeden, mieliby szansę.
- Nie słuchajcie go! - zawołał - To morderca! Wykorzysta was...
Urwał. Sam ich wykorzystał; nie okazywał szacunku, manipulował nimi. Tragiczna obrona. Zresztą, i tak nikt go już nie słuchał. Byli gotowi zabić. Anhelo obrócił plan przeciwko autorowi.
- Nigdy nie pasowałeś do tej szkoły, szczurze - w głosie Anhela czuł chłód śmierci, zimnej niczym kosmiczna pustka - Ani ty, ani ten drugi karaluch. Jesteś dziwakiem. Szkoła zawsze pozbywa się dziwaków.
- Wylatujesz ze stacji! - usłyszał za sobą wściekły głos jednego z kapitanów.
- Nie będzie rządził nami szczur co do jaj mi nie dorasta!
- Do łazienki z nimi!
- Nie! Dość zabawy! - to był Mira. W tej chwili tylko o jeden zamierzał posunąć się tak daleko jak życzył sobie Anhelo - Wynieśmy ich poza szkołę!
Kilku przytaknęło. Arto spuścił głowę. Z determinacją złapał dłoń Iwena i ścisnął mocno. Iwen odpowiedział kurczowym uściskiem, jak rozbitek chwytający ostatnią, na wpół pustą butlę z tlenem. Po każdej klęsce starał się mu przywrócić nadzieję, lecz ta huśtawka jedynie go zniszczyła. W tej właśnie chwili Arto odkrył iż wcale nie żałuje że się w to wplątał. Nawet dziś postąpiłby tak samo, z jednym wyjątkiem - nie zaczynałby tej wojny.
Bał się, lecz jego mózg, niezależnie od świadomości, wciąż analizował drogi ratunku, przekazując dane wyżej. Szybka śmierć, ich śmierć, da Anhelowi władzę, lecz każde rozjaśnienie ich życia będzie mu ją odbierać. Ci którzy dziś za nim stanęli zrozumieją że skoro żyją tak długo, skoro Anhelo nie potrafi dopaść zwykłego pętaka, to znaczy że się mylą. Nie dbał już o zasady. Musieli przeżyć, nieważne jak. Niech uznają go za karalucha. Trudno. Beksy jakoś to wytrzymują. Przetrwają tak jak oni, byle wydostać się z tej sytuacji.
- Wciąż mamy szansę - szepnął do Iwena - Myślą że się poddaliśmy, ale to nieprawda, uwierz mi! Nie damy się zapuszkować.
Stał i czekał. Jutro jest nieważne, liczy się tylko dziś. Pomyśli o nim gdy będzie miał szansę. Patrzył na Anhela; to on musiał zacząć. Starszak podszedł powoli, reszta szła za nim. Mocniej ścisnął dłoń Iwena, czując jak chłopiec napina wszystkie mięśnie. Sam stał spokojnie. Opuścił ramiona, głowę wciąż trzymał pochyloną, nie spuszczając wzroku z ich stóp. Nie mógł czekać zbyt długo ani zbyt krótko, dość by mieć miejsce na rozbieg, lecz za mało by zdołali ich pochwycić.
Dostrzegł szansę. Wrogowie zbliżali się chaotycznie; niektórzy przyspieszyli, ci chcieli ich dopaść jak najszybciej, inni ociągali się, nie przekonani że zamierzenia Anhela są dla nich naprawdę korzystne. W zagradzającej im drogę przeszkodzie powstała szczelina. Arto rzucił się do biegu, ciągnąc za sobą Iwena. Bał się że jego towarzysz pozostanie w miejscu, że szarpnięcie zatrzyma go na decydujące sekundy, lecz Iwen zrozumiał. Pozwolił się pociągnąć.
Arto wyminął Anhela, kierując się w pobliże ściany. Uderzył głową i poprawił łokciem, przewracając przeciwnika na podłogę. Droga ucieczki stanęła otworem. Puścił rękę Iwena, poprzysięgając sobie że, o ile przeżyje dzisiejsze rozjaśnienie, już nigdy nie wejdzie w korytarz który można tak łatwo obstawić.
- Łapcie te karaluchy! - dziwne, lecz głośny wrzask nie należał do Anhela, lecz do Mira.
Biegli jak nigdy dotąd, niemal potykając się o własne nogi. Środek korytarza wciąż był pusty. Nauczyciel którego wyminęli nawet nie zdążył ich rozpoznać. Iwen biegł tuż za nim. Dopadli schodów i susami dostali się na ostatnie piętro. Arto liczył że Anhelo rozdzieli swoją grupę, może nawet uwierzy że uciekli do wyjścia. Sam wybrał mniej oczywiste rozwiązanie. Chciał uciec tam gdzie pościg nie mógłby ich dopaść.
Przebiegł kilka prawie pustych korytarzy, do miejsca gdzie w suficie znajdował się otwór szybu wentylacyjnego, zbyt wąski dla starszaków. Skoczył bez zatrzymywania się w miejscu, jednym zwinnym, płynnym ruchem wybijając się w górę. Uderzenie czubków palców podrzuciło poluzowaną kratkę w górę. Uczepił się krawędzi jej obrzeża, nie bacząc na rozciętą skórę palców. Zawisł, podciągnął się i wczołgał do środka biegnącego wzdłuż korytarza szybu. Zwinął się w kłębek; ledwie się mieścił w szybie, lecz śliskość ścianek ułatwiła mu obrót. Poczuł że robi się na to za stary i za duży. Wysuwając się do pasa na zewnątrz bał się że już jest za późno, lecz Iwen wciąż był na dole, próbując zrzucić z siebie ciężar stroju kompensacyjnego i doskoczyć do otworu.
Arto wiedział że nie mają na to czasu. Od strony schodów słyszał nadbiegający pościg. Rozłożył nogi, mocno dociskając szorstkie podeszwy butów i naszywki na nogawkach spodni do ścianek szybu i wyciągnął ramiona w dół. Iwen skoczył. Szarpnięcie wysunęło Arto do przodu, lecz Iwen zdołał wspiąć się po jego ramionach i uchwycić krawędzi.
W porę cofnęli się w głąb szybu. Starszaki na korytarzu pod nimi mogły jedynie skakać i uderzać w sufit. Jeden zdołał złapać się krawędzi; wsunąć do środka głowę i prawie całe ramię, próbując ich pochwycić. W lekkim, sączącym się z dołu świetle Arto dostrzegł duże, błyszczące przerażeniem oczy Iwena. Gnany strachem, niemal właził na Arto, byle uciec od wlotu. Ich spojrzenia spotkały się na moment. Iwen w panice kopnął za siebie, na oślep. Starszak spadł na podłogę.
Ostre przekleństwa goniły ich gdy czołgali się w głąb tunelu, lecz to było wszystko co tamci mogli zrobić. Przeżyli zasadzkę, uciekli Anhelowi - i tym razem Iwen walczył.
Wąski szyb zakończył się szeroką, poprzeczną arterią. Wyczołgał się i stanął na czworakach. Już miał ruszyć dalej, gdy uświadomił sobie iż nie słyszy cichego postukiwania niewprawnych ruchów Iwena. Odwrócił się. Jego dowarzysz w niedoli siedział oparty o ściankę, z kolanami podkulonymi pod brodę, czubkiem spuszczonej głowy dotykając górnej ściany szybu, jego oddech był krótki i płytki.
Zawrócił i usiadł tuż obok. Już nie musieli się spieszyć. Iwen przytulił się do niego. Drżał całym ciałem.
- Chcieli nas zabić - wydusił z wyraźnym trudem - Już nie zostawią nas w spokoju.
Arto milczał. Co mógł powiedzieć? Poświęcam cię dla moich rodziców, pomyślał. Dlaczego nie powiem byś szedł do domu i nigdy więcej nie wracał do szkoły? Tu czeka nas tylko jedno. Nie wracać... Może trafimy do tej samej akademii?
- Dłużej tak nie mogę - usłyszał drżący szept Iwena - Myślałem że wytrzymam, ale... Nie wierzyłem Bebrowi, ale za każdym razem jest gorzej. Nie wiem, nie rozumiem, chcę tylko... by było tak jak dawniej, na Ziemi, by dali nam spokój! - rozpłakał się, lecz mówił dalej, przez łzy - A jeśli im nie powiem rodzice nigdy... Nie mogę tego wytrzymać!
Arto objął go ramieniem. Tak robił Dael. To pomagało.
- Nie ty jeden - powiedział cicho - Ja też... - i jestem tu dłużej, dodał, lecz tylko w myśli. Mówienie by zebrał się w sobie nie miało już sensu. Wciąż nie wiedział co będzie jutro. Teraz liczyło się tylko to że przetrwali i byli razem.
- To się tak nie skończy - szepnął - Wytrzymasz, zobaczysz że wytrzymasz. Uwierz w to, a tak będzie. Ja też kiedyś uwierzyłem.
To co że uwierzył w niemożliwe. Wtedy to pomogło.
- Naprawdę? - spytał Iwen.
- Nie kłamię. Każdy choć raz miał dość szkoły. Nawet Zem, nawet... nawet Anhelo. A ja miałem jej dość bardzo, bardzo mocno. Nie ufasz mi?
- Ufam, tylko... już nie wiem.
- Ja wiem. To wystarczy. To mój korytarz.
Starał się go uspokoić, zrobić coś, lecz nie wiedział jak. Co by nie powiedział, Iwen i tak rozumiał co się dzieje. Był taki delikatny i bezbronny... Arto po prostu musiał go bronić.
- Wyobrażałem sobie jak to jest, umrzeć - Iwen pociągnął nosem - Czy to boli...
- Chyba nie. Chyba boli tylko to, co zabija.
- Tak... Ty już pewnie wiesz. A ja... Czasem... staję tam... i słucham...
Tam. Tam gdzie pracowały maszyny, gdzie było je słychać przez ścianę i gdzie, mimo starań dorosłych, wciąż zdarzały się wypadki. Wszystkie śmiertelne. Dlaczego dorosłych to nie dziwiło? Dlaczego nie zastanawiało ich że mimo wszystkiego co potrafiła ich nauka, ich medycyna, ledwie kilkoro dzieci dało się uratować? Ludzkie ciało nie było aż tak delikatne, ewolucja już się o to postarała. Dlaczego nie pomyśleli że czasami te dzieci tego chcą?
Energicznie potrząsnął głową. W ich sytuacji takie myśli były równie zabójcze jak Anhelo.
- Też kiedyś słuchałem i myślałem, jak każdy, choć raz... Ale nie mógłbym. Nawet jeśli... - urwał - Chyba nie myślisz...?
- Nie, nigdy!. Ale rozumiem tych co tam idą. Naprawdę rozumiem - przełknął cicho łzy - Gdybym wiedział że to miałoby trwać kilka lat...
Objął Arto i rozpłakał się cicho. Arto odpowiedział uściskiem. Zazdrościł mu że potrafi to wypłakać, a on już od dawna nie. Lecz choć to łzy Iwena odlatywały, pociągane podmuchem powietrza, choć rozmazywały się na jego koszulce, pomagało to także jemu. Przypomniał sobie deszcz, który mu podarował w terminalu. Jeśli te łzy zmyją ze mnie choć część żalu, pomyślał, to i tak będzie to więcej niż ktokolwiek zrobił dla mnie. Nigdy nie miał nikogo kto pomógłby jego własnym łzom wypłukać z siebie cały strach, przerażenie, niepewność i poczucie winy. Kiedyś to potrafił, lecz nie mógł. Dziś mógł, lecz już nie potrafił.
Trwali tak kilka nieskończonych minut, aż Iwen się uspokoił. Ostrożnie wyzwolił się z objęć Arto i odsunął przepraszająco, wstydząc się swojej słabości jak prawdziwy wojownik.
- Przepraszam - z zawstydzeniem otarł twarz - Nie powinienem...
Powinieneś, uznał Arto. To pomogło, nam obu. Przez chwilę czuł się tak jakby szkoła znów była normalna. Lecz szybko przypomniał sobie że dla Iwena nigdy nie była normalna.
Siedzieli w milczeniu, wpatrzeni w ciemność, nasłuchując.
- Nie powinniśmy uciekać - głos Iwena wciąż był odmieniony przez niedawny płacz - Inni będą nas za to ganiać.
Już nie było innych, pomyślał Arto. Poza Anhelem nikogo już nie obchodzimy. Szkoła podzieliła się na tych którzy go słuchają, tych co chcą mu zaszkodzić i tych którzy zbyt się boją by robić cokolwiek. Dla nas nikt niczego nie zrobi. Nawet nie będzie ganiał.
- Tylko ci którzy i tak by to robili, jak tamci. Inni wiedzą że to jest na poważnie.
- Zrozumieją że nie mieliśmy wyjścia? Bo jeśli nie...
Dla Iwena wszystko było proste. Anhelo niemal zabił Arto. Złamał zasady. Sami uciekali, także łamiąc zasady. To się wyrównało. Lecz to nie było takie proste. Nigdy nie było, bo jak wytłumaczyć beksy? Nie chciał ukrywać przed Iwenem prawdy, lecz nie potrafił jej powiedzieć, więc robił to co potrafił najlepiej. Kłamał.
- Jeszcze tylko parę rozjaśnień - powiedział - Mam znajomych. Oni zajmą się Anhelem. Na takich jak on też są sposoby. Dorwą go gdy będzie sam... - westchnął. Coś w nim zadrżało, zaczął się wahać - Iwen... Czuję że wszystko się zmienia... ale musimy poczekać.
Przecież wiedział że już nic nie będzie inaczej. Po co to robił? By dać mu kolejną nadzieję, tym razem tak fałszywą że nawet sam w nią nie wierzył? Mógłby go pocieszyć, mówiąc tylko prawdę?
W zapadłej nagle ciszy poczuł że coś się w nim zmieniło, coś pękło. Pojawił się gniew, lecz nie w umyśle, gdzie mógłby go zapanować, tylko gdzieś głębiej. W przypływie lodowatej desperacji, w myślach tak mrocznych na jakie, jak kiedyś sądził, nigdy nie mógłby się zdobyć, zaczął rozważać jak zabić Anhela. Po raz pierwszy w życiu miał ku temu powód i szczerą ochotę. Pomysł był szalony i równie realny jak jego plany ucieczki, a jednak potraktował go śmiertelnie poważnie. Zacznie nosić przy sobie prawdziwy nóż. Jeśli jeszcze raz los postawi go przed Anhelem, nie będzie się wahać.
Wyobraził sobie Anhela leżącego u jego stóp, z poderżniętym gardłem i zaskoczonym, gasnącym spojrzeniem. Dopaść go, zemścić się... Anhelo zdał mu się Żimmym dla całej szkoły. Gdyby go pokonał, wtedy ci inni, naznaczeni przez niego chorobą jego własnej nienawiści, wystraszyliby się i umknęli. Nie zauważył gdy jego ręka zaczęła drżeć od samej tej myśli. Był w takim nastroju że nie było myśli dość ponurej by ja pominął.
Wreszcie zrozumiał dlaczego Anhelo to robił. Zrozumiał gdy spojrzał w jego oczy, widzące go w pułapce bez wyjścia. On się bawił. Manipulował innymi, jak Arto, lecz robił to o wiele lepiej i nie dla własnej korzyści, tylko dla przyjemności. Był dobry, sto razy sprytniejszy od policji, doświadczony w sztuczkach które on dopiero odkrywał - i wciąż się uczył. Z łatwością odbił posunięcia Arto, pozwalając mu własnoręcznie skręcić, nałożyć i zacisnąć sobie pętlę. Sama myśl że mógłby coś zrobić Anhelowi wydała mu się śmieszna.
Lecz nawet Anhelo o czymś zapomniał. Wojna zaczęła żyć własnym życiem, niezależnym od ich obu. Jeśli Anhelo wierzył że to kontroluje, to grubo się mylił.
*
Lekcje już się zaczęły, korytarze opustoszały. Zeskoczyli z szybu na podłogę. Arto nie wątpił że ich wrogowie wciąż gdzieś tam się kręcą, ale liczył że zostało ich zbyt mało by obstawić wszystkie możliwe wyjścia.
- Arto, proszę - szepnął Iwen -Nie możemy tu zostać. Wracajmy do domu.
Powoli zaczął brać się w garść, lecz Arto czuł że jego towarzysz nieprędko odzyska równowagę. Dziś po raz pierwszy uwierzyli że to już koniec.
- Spróbujemy - odparł krótko.
Przekradli się do jednego z trzech korytarzy prowadzących do wyjścia. Arto wyjrzał zza rogu, lecz natychmiast się cofnął. Kilku starszych chłopców nerwowo kręciło się w pobliżu.
- Czekają na nas - odgadł Iwen. Arto w milczeniu kiwnął głową.
Nie mieli wielkiego wyboru. Założenia bezpieczeństwa, na wypadek utraty szczelności, wymagały by każdy kompleks wewnątrz stacji posiadał własną, łatwą do odcięcia, małą lokalną sieć wentylacyjną. Sieć główna łączyła się z nimi za pomocą wydzielonych szybów pomocniczych, często, choć nie zawsze zamkniętych filtrami lub wentylatorami. Wiedząc którędy można przejść z sieci lokalnej do głównej można było przeczołgać się z jednego kompleksu do drugiego, a nawet przedostać się z jednego pokładu na drugi.
Niestety, powietrze było tłoczone i odprowadzane ze szkoły przez parę szybów zamkniętych wentylatorami i chronionymi siatką z włókna. Liczne kratki wentylacyjne na korytarzach prowadziły wyłącznie do sieci lokalnej, z paroma wyjątkami - trzema kratkami na zewnętrznej ścianie szkoły, prowadzącymi do sieci wentylacji sąsiednich korytarzy, już na zewnątrz. Te wyjścia były na tyle szerokie że mógł się przez nie przecisnąć nawet starszak. To tamtą drogą wywleczono ze szkoły dwójkę zabitych później starszaków i to tamtędy Anhelo zamierzał wyciągnąć ich na zewnątrz, do najbliższej hali maszyn. Anhelo musiał zabezpieczyć także tamte wyjścia. Równie dobrze mogliby spróbować wydostać się przez drzwi, licząc że otworzą się zanim tamci ich złapią.
Jedynym wyjściem wydawało się doczekanie do przerwy i ucieczka w tłumie, lecz jak mogli przetrwać do odpowiedniej chwili? Po korytarzach mogły włóczyć się patrole, zaszycie się w wentylacji byłoby równie zgubne jak ucieczka wyjściem - Anhelo zmusiłby młodsze grup by siłą wywlekli ich na korytarz. Takie rzeczy się już zdarzały. Coś musiał zrobić.
- Musimy wracać do klasy - postanowił - Tam nas nie dopadną.
Iwen zadrżał, lecz nie odpowiedział.
Pod klasą sytuacja wcale nie wyglądała lepiej. W korytarzu z drzwiami do sali lekcyjnej kręciła się para starszaków, lecz Arto był pewien że w pobliżu kryją się inni.
- Zaraza! - zaklął, cofając się za róg. Przywarł plecami do ściany.
Niespodziewane ciche syknięcie przyprawiło go o gwałtowne bicie serca. Zamarł. W ich stronę szło trzech wojowników. Gdy ich rozpoznał poczuł ulgę. Chas przewodził parze wojowników z Gwiezdnej Flary. Dopiero teraz Arto uświadomił sobie że wśród wojowników, którzy chcieli ich dziś złapać, nie było ani jednego z grupy Zema. Żaden z nich nie brał też udziału we wcześniejszej napaści na Smoka. Uprzytomnił też sobie coś jeszcze - żaden z wojowników Anhela nigdy nie zaatakował własnoręcznie nikogo z Gwiezdnej Flary...
Arto nie miał złudzeń; Zem nie robił tego bez powodu. Zaczął się mocno zastanawiać jak daleko może sięgać lojalność Zema i jaki interes ma w tym Flara. Byli pretekstem do wznowienia dawnych porachunków z Anhelem? Niech i tak będzie. Zbyt wiele rzeczy nagle zmieniło się na gorsze. Z pewnym fatalizmem pomyślał że to także mogłoby się zmienić. Skoro waliło się wszystko...
Chas lekko kiwnął głową.
- Spokojnie, pętaku, nie jesteśmy od Anhela - oświadczył niedbale. Większość starszaków nie dostrzegała różnicy między napięciem a strachem. Chas nie był wyjątkiem - Kapitan chciał bym wam pomógł wrócić na lekcje, więc pomagam. Z was już i tak trupy, ale... - wzruszył ramionami i wykrzywił twarz w ironicznym grymasie - Wypełniam rozkaz.
Wreszcie jakaś dobra wiadomość. W tej chwili powód mało go obchodził.
- Możecie nam pomóc wyjść ze szkoły? - spytał Iwen.
Chas pogardliwie spojrzał na Iwena, jakby dopiero co go zauważył. Dla nich powrót na zajęcia był tak oczywistą decyzją że nawet nie pytał czy nie woleliby zwyczajnie uciec. Iwen mógł prosić o taką pomoc bez obawy o utratę twarzy, lecz Arto, choć chciał tego samego, nie mógł go poprzeć. Kosmos jeden wie co Zem mógłby sobie pomyśleć. Szkoła była bezwzględna; Zem trochę mniej, ale też miał swoje granice.
- Wracamy do klasy - odpowiedział szybko - Nieważne co sobie myślicie, Anhelo tak łatwo nie wpakuje nas do puszki. Oceny będą zrobione, jak się umówiliśmy. Jeźdźcy Smoków zawsze wypełniają zobowiązania, nawet gdy zmienia się jej kapitan.
- Oby - odpowiedź Chasa była co najmniej chłodna. Ani słowem nie wspomniał o ucieczce przed Anhelem. Zem twardo ich trzymał. Gorzej że przez to wszystko Chas może go znienawidzić. W jego sytuacji nie było nic gorszego niż wróg w ostatniej sojuszniczej grupie.
Chas skinieniem głowy wskazał na skrzyżowanie. Trójka starszaków ruszyła powoli, w gotowości do ostrej bitki zaciskając i rozprostowując palce. Arto i Iwen wyszli zaraz za nimi. Zasadzkowicze gapili się na nich, nie wiedząc co robić. Ochroniarze z Gwiezdnej Flary byli typowymi osiłkami, chłopcy od Anhela - wojownikami z pierwszych rzędów. W końcu ich wrogowie cofnęli się, dołączając do dwójki kolegów, ukrytych dotąd na drugim końcu krótkiego korytarza. Arto był pewien że będą tam czekać aż do samej przerwy. Anhelo nie podaruje im puszczenia ofiary bez walki, nieważne kto im pomagał.
Pośpiesznie weszli do środka. Cichy odgłos zamykających się za nimi drzwi do złudzenia przypomniał Arto dźwięk zasuwających się plaszklanych szyb policyjnej celi. Zadrżał, czując na plecach niepokojący chłód.
Nauczycielka spojrzała na zegarek. Arto uświadomił sobie ile ostatnio zyskali spóźnień i nieobecności. Niektórzy wojownicy byli w jeszcze gorszej sytuacji. Nauczyciele patrzyli z pobłażaniem na sporadyczne nieobecności, lecz tolerowali je tylko do pewnych granic. Po ich przekroczeniu zawiadamiali rodziców. Arto był bardzo blisko tej granicy. Jakby Anhelo nie był dostatecznym problemem, pomyślał ze złością. Oczyścili się trochę po wyjściu z szybu, lecz nie mieli dość czasu by zrobić to jak należy.
- Dwadzieścia minut - oznajmiła nauczycielka - Nie za późno?
Arto odetchnął z ulgą, przypominając sobie że teraz mieli zajęcia z astronautyki. Brał w nich aktywny udział, swoją wiedzą robiąc dobre wrażenie na nauczycielce.
- Przepraszamy - odpowiedział z pokorą. Iwen tylko spuścił głowę.
Nauczycielka spojrzała na wykaz ostatnich zajęć.
- Ostatnio to jakaś plaga - powiedziała, odznaczając ich nieobecność. Niestety, spóźnienie pozostało - Siadajcie na miejsca.
Arto odwrócił się i spojrzał po klasie. Jego stare miejsce pozostało wolne. Żimmy nie spisał mnie na straty, pomyślał siadając, choć już pewnie wie że musiałem uciekać. Czuł wstyd że musiał to zrobić i nienawiść do Anhela że go do tego zmusił.
Odgonił emocje i przesunął dłoń nad konsolą, uaktywniając projektor. Natychmiast przyszła do niego wiadomość od Derta. Moment później do ich kanału dołączył Żimmy.
"Na kosmos byłem pewien że już po was" - napisał Dert - "słyszałem że zdołaliście się wydostać ale nie wierzyłem to w końcu anhelo".
"Mało brakowało ale daliśmy radę" - odpisał - "wiesz że uciekaliśmy".
Obawiał się jak zareaguje grupa. Jego dawni oponenci zamilkli następnego rozjaśnienia po tym jak pokonał Żimmiego. Jeszcze dziś rano wielu bało się do niego podejść, czy choćby się odezwać. Teraz będzie jeszcze gorzej. Dziś uciekał, po raz pierwszy odkąd był pierwszakiem. Zrobiłem to tylko dwa razy odkąd tu trafiłem, pomyślał. Dziś był trzeci. Tłumaczył sobie że chodziło o coś więcej niż zasady czy honor, lecz wstyd pozostał, ten najgorszy, bo przed samym sobą.
"Gdyby nie to już byście nie żyli obaj" - napisał Żimmy - "może to w łazience to był wypadek może wtedy chciał nowego chciał iwena" - poprawił się szybko - "ale teraz to co innego teraz chciał przede wszystkim ciebie nie jego nie rozumiem o co mu chodzi".
"Do próżni z dowództwem musimy cię obronić dla nas to tylko kilka złamań a tu chodzi o twoje życie" - odpisał z przejęciem Dert.
Jeszcze raz spojrzał na tekst, który przeskoczył do górnej części okienka. Tu chodziło o życie. Tylko ja tak myślałem gdy Anhelo polował na Iwena. Gdy chodzi o mnie, wszyscy się przejmują. Ale zaraz pomyślał o tym inaczej. Może, mimo wszystko, coś nas łączy. Może Iwena nie łączyło tylko dlatego bo był z nami za krótko.
Spojrzał w jego stronę. Iwen przygarbił się nad konsolą, coś pisząc. Dochodził do siebie. Na kanale ogólnym rozgorzała dyskusja o ich powrocie. Arto obserwował ją, nie biorąc udziału. Zamiast niego zrobił to Iwen. Lakonicznie opisał co się naprawdę stało, ani słowem nie wspominając co się stało po tym gdy skryli się w wentylacji. Towarzysze z grupy, ci sami którzy nie tak dawno gardzili Nowym, teraz z przejęciem chłonęli każde słowo jakie napisał. Po wyrazie ich twarzy Arto poznał że wielu wojowników nie pisze tego co naprawdę myśli. Znów się bali. Sam bał się na równi z nimi.
"Nic nie zrobicie" - odpisał Żimmiemu i Dertowi - "a sami oberwiecie".
"Więc będziemy was pilnować całą grupą" - odpisał Żimmy - "gdy będziemy razem nie będzie im tak łatwo".
Arto pokręcił głową. Żimmy, nie niszcz kamuflażu który wam dałem.
"Anhelo ma kilka grup za sobą nie damy im rady coś wymyślę dajcie mi trochę czasu".
Wyszli z kanału rozmowy. Okno się zamknęło. Nie mieli żadnego pomysłu. Dotąd to kapitan je miał, oni je tylko wykonywali. Pojął że to oduczyło ich samodzielnie myśleć. Wkrótce będą musieli przypomnieć sobie jak się to robi.
Pomyślał o sobie i Iwenie. Trudno. Jakoś wytrzymamy tę lekcję. Potem...
Jedna rzecz była dobra w powrocie do klasy. Tu miał czas by w spokoju zastanowić się nad sytuacją, porozmawiać z towarzyszami, może z Zemem... nie, jego nie będzie niepokoił. Nie chciał nadużywać jego pomocy w chwili gdy tak rozpaczliwie jej potrzebował.
Musieli jakoś wyjść ze szkoły, żywi. Mieli dziś jeszcze dwie lekcje, lecz pozostanie na nich byłoby samobójstwem. Gdy wrócą na korytarz, ich ochrony już tam nie będzie. Chas wyraźnie go ostrzegł. Nauczycielka miała rację, to była plaga. Przez wojnę wielu uczniów spóźniało się na lekcje. Nikt nie chciał mieć więcej kłopotów niż już miał, za wyjątkiem upartych ponad granice rozsądku wojowników Niebiańskich Wrót. Oni będą czekać.
Sprawdził gdzie ma lekcję Gwiezdna Flara. Trzy konsole pozostawały nieaktywne - znak iż Chas jeszcze nie dotarł do swojej klasy. Nawet gdyby chciał im pomóc na kolejnej przerwie, Arto i Iwen będą musieli wyjść na korytarz na długo nim się zjawi. Zrezygnowany, uświadomił sobie że są zdani tylko na siebie, a klasa stała się pułapką. Chwilę gapił się niewidzącym wzrokiem w projektor, próbując myśleć, lecz jego umysł całkiem się wyłączył. Przytłaczający brak jakiejkolwiek myśli prześladował go całe dzisiejsze rozjaśnienie.
Co mógł zrobić by ujść z życiem?
Jego myśli pobiegły ku beksom. Jak one unikały bicia? Nigdy się nad tym nie zastanawiał. Nie obserwował ich ani nie ganiał, dla niego one po prostu nie istniały. Teraz zrozumiał że jedynym ratunkiem było ich naśladowanie.
Wydawałoby się iż najbardziej oczywistym sposobem dorwania beksy było zaczajenie się na nią przy wejściu do klasy - a jednak wiedział ze słyszenia że ten sposób nie działał. Dlaczego? Zaczął gorączkowo wyszukiwać w pamięci wszystko co o nich wiedział, lecz nieważne jak mocno się starał, nie był w stanie odkryć tej tajemnicy. Po prostu nie miał takich wspomnień.
Musiał kogoś o to spytać. Logicznym wyborem wydawał się Żimmy. Będąc w starej grupie często urządzał polowania na beksy, lecz właśnie dlatego uznałby pomysł ich naśladowania za niegodny i zacząłby namawiać go do spróbowania czegoś innego. Mógłby zrobić coś na własną rękę, nawet kosztem innych, byle tylko jego były kapitan nie wyszedł na jedną z nich.
Wybrał Derta. Arto czuł że łatwiej zrozumie dlaczego od dziś muszą się zachowywać jak one, a całą rozmowę zachowa w tajemnicy. Wyjaśnił mu wszystko i spojrzał na niego, niepewny reakcji. Dert odpowiedział spojrzeniem i z powagą skinął głową. Zrozumiał.
"Wiesz sam też nigdy nie zwróciłem na to uwagi" - odpisał.
"A znasz jakąś" - w normalnych okolicznościach sugerowanie wojownikowi że zna beksy było jawną obrazą, lecz to nie były normalne okoliczności.
"Nie skąd miałbym chcesz się radzić beksy" - widział jak Dert kręcił głową gdy to pisał.
"A mam jakieś wyjście".
"Niby nie" - przyznał - "ale z takimi nawet jakbyś chciał to nie pogadasz".
"Nie rozumiem".
"Nie rozumiesz bo ich nie znasz nie dasz rady złapać takiej przez sieć bo nikt ich do siebie nie podłącza a na korytarzu nawet się do takiej nie zbliżysz bo zaraz ucieka one boją się wszystkich nawet własnego cienia".
Aż do dziś Arto nie zdawał sobie sprawy że beksy są poza systemem. Nie posiadały żadnych kontaktów, żadnych źródeł informacji, były odcięte od wszystkich i wszystkiego. Arto miał wszystko o czym mogły marzyć, lecz dziś dałby wiele za ich wiedzę.
"Prawda" - odpisał i zamknął okno.
Musiał poradzić sobie sam. Musiał coś wymyślić.
Przecież nie jestem kopalniakiem, uznał. Skoro beksa na to wpadła, ja też to potrafię. Muszę się tylko bardziej skupić. Jak im udaje się przetrwać?
Czuł się jak kot, ganiany po korytarzu przez sadystycznych wyrostków. To uczucie było przerażające. Bał się go, a przecież czuł się tak od niedawna, zaś beksy wytrzymywały z tym latami. Już wiedział jak to jest być jednym z nich - ganianym, prześladowanym bez litości na każdym kroku, a jednak, mimo tego wszystkiego, nie poddawały się. Nie od razu. Przez lata wytrzymywały więcej niż on, twardy wojownik, był w stanie znieść przez jedno rozjaśnienie. Gardząc nimi popełnił ogromny błąd. Beksom należał się podziw.
"Arto co teraz" - otworzyła się wiadomość od Iwena - "będą na nas czekać pod salą jak tylko skończy się lekcja".
Iwen nie wiedział zbyt wiele o szkole, lecz nie był głupi. Był przestraszony, lecz szybko doszedł do tych samych wniosków co Arto.
Dlaczego nie mogę znaleźć rozwiązania? Może źle myślę? Tu jesteśmy bezpieczni. Starszaki nie wejdą do środka sali.
Dlaczego?
Nauczycielka! Anhelo nie odważy się zaatakować na oczach dorosłych!
Uczucie radości i spokoju rozpłynęło się po całym jego ciele. Rozluźnił się. Znalazł rozwiązanie. Reszta będzie łatwa.
"Nie martw się iwen" - odpisał - "mam pomysł na pewno się uda zaufaj mi i trzymaj się blisko wytrzymamy wrócimy do domu".
"Ale co potem co jutro co pojutrze arto ja już tu nie wracam nieważne co się stanie zostaję w domu potrafię tak wytrzymać i tydzień".
Tydzień - i co potem? Opiekunka przyczepi się najprędzej za miesiąc. Nie, to niemożliwe by wszystko zawsze szło źle. Może rodzice zdążą z ucieczką zanim Opiekunka wyśle pismo.
Nie odpisał od razu. Iwen miał rację, szkoła stała się zbyt niebezpieczna. Groźba śmierci stała się zbyt realna by nawet on mógł ją znieść. Do dziś wierzył że wytrzyma, bo Anhelo ograniczy się tylko do bicia. Lecz już nie zamierzał się ograniczać.
Musiał wybierać. Wybrał życie.
Może z czasem wszystko ucichnie. Jeśli sojusznicy porzucą Anhela to nawet szkoła da się znieść. Zdane same na siebie, Niebiańskie Wrota nie wyłapią wszystkich mrówek. Nawet nie znali połowy tych chłopców. Młodszaki pouciekały bo przestraszyły się bicia swoich rówieśników. Odbudowałby siatkę i nikt by nie widział że istnieje. Wszystko byłoby tak jak dawniej, potrzebował tylko trochę czasu. Może akurat tygodnia.
"Chyba nie mamy wyjścia" - odpisał - "ja będę udawał że chodzę do szkoły a ty siedź w domu będę przychodził od czasu do czasu tylko pamiętaj nie mów nic tak długo jak się da".
* * *
Lekcja dobiegła końca. Wyszli razem z innymi, lecz przystanęli kilka metrów dalej. Na korytarzu nie było wielu uczniów, za to ci którzy byli zdawali się tylko czekać by się do nich dobrać. Zignorowali ich i czekali.
Reszta chłopców z grupy też ich zauważyła. Rozglądali się, niepewni co się stanie. Wielu z obawą spoglądało na Arto. Dert szybko ocenił sytuację. Rzucił Arto zaniepokojone spojrzenie. Arto nie zareagował, jego twarz pozostała spokojna i bez wyrazu. Miał nadzieję że Dert to zapamięta. Od dziś poza klasą byli sobie obcy.
Grupa odeszła. Dert dyskretnie napomniał tych co się ociągali, tak by nikt tego nie poznał, co nie było trudne. Pełne nienawiści oczy starszaków wlepione były prosto w Arto. Reszta grupy przestała dla nich istnieć.
Nauczycielka zamknęła drzwi i odeszła. Gdy ruszyła, oni ruszyli za nią. Trzymali się blisko, nie aż tak by iść obok, lecz dość by wrogowie nie odważyli się ich zaczepiać. Na twarzach prześladowców pojawił się cień zrozumienia. Kilku zaczęło odgrażać się, gestami dając do zrozumienia co go czeka. Ignorował ich. Byli bezsilni i dobrze o tym wiedzieli.
Nauczycielka zatrzymała się na skrzyżowaniu, wdając się w pogawędkę z innym nauczycielem. Stanęli pod ścianą i czekali. Iwen bał się, lecz był opanowany. Arto pozostał spokojny. Był na tyle pewny swego że miał ochotę zaśmiać się swoim prześladowcom w ich wściekłe twarze, lecz opanował ten odruch. Kopalniana satysfakcja. Po co ich drażnić? Niech się zniechęcą.
Rozmowa trwała kilka minut. Gdy nauczyciele się rozeszli Arto zdecydował że teraz pójdą za tym drugim. Kiwnięciem głowy dał znać Iwenowi że zmieniają przewodnika. Nie zamierzał bezczynnie stać pod pokojem nauczycielskim, a to tam, jak sądził, kierowała się nauczycielka. Wprawdzie wokół pokoi nauczycielskich rozciągała się strefa bezpieczeństwa, istniała nawet szansa że natknęliby się tam na nauczyciela z którym mieli mieć kolejną lekcję, lecz Arto zamierzał wydostać się ze szkoły jeszcze na tej przerwie.
W ślad za dorosłym zeszli piętro niżej. Widząc że nauczyciel nie idzie tam gdzie by sobie tego życzył, Arto znowu zmienił przewodnika na idącego szybkim, pewnym krokiem dorosłego. Zdawał się zmierzać w konkretne miejsce, znajdujące się poza budynkiem, niczym człowiek po pracy śpieszący się do domu. Nie mylił się. W pobliżu wyjścia Arto złapał Iwena za rękę i przyspieszył, zbliżając się do dorosłego. Wyszli z nim niemal ramię w ramię. Już na zewnątrz przebiegli w stronę pobliskiego zaułka, do najbliższego szybu wentylacyjnego.
Byli bezpieczni.
Arto przeprowadził Iwena na wyższy poziom. Wyszli w mało uczęszczanym korytarzu, zaraz po tym jak upewnił się że nikt ich nie widzi. Niedaleko przechodziło główne przejście, zawsze pełne dorosłych, tuż obok znajdowały się wejścia do wind międzypoziomowych. Tu się rozdzielili i każdy pojechał na swój poziom.
Uciekali jak zwykłe szczury, wyssane, nic niewarte karaluchy - o tym nie mógł zapomnieć
*
Ledwie kilka korytarzy dzieliło go od domu. Minął kolejne skrzyżowanie, gdy nagle z szybu wentylacyjnego wyskoczyło dwóch starszych chłopców. Zrozumienie co się dzieje zajęło mu całą sekundę. Odwrócił się - jak się spodziewał, kolejni dochodzili z bocznych korytarzy, odcinając drogę ucieczki. Więc stało się, pomyślał, dowiedzieli się gdzie mieszkam. Co z Iwenem? Na niego też się zasadzili?
Nie mógł liczyć na pomoc. W sekcji dla bogaczy żyło mniej ludzi niż na zatłoczonych poziomach z tańszymi mieszkaniami. Tu nikt niczego nie zauważy, aż będzie za późno. Stanie się krótką wzmianką w wieczornych wiadomościach stacji - młodociana ofiara bandyckiego napadu. Cofnął się, gorzko myśląc że jeśli taki ma być jego koniec, zawieść niemal pod drzwiami własnego domu, to postara się żeby nie dostali go łatwo. Stanął w lekkim rozkroku i rozluźnił mięśnie, czekając aż podejdą, lecz oni także stali i czekali. Coś tu jest nie tak, uzmysłowił sobie, spostrzegając iż wojownicy byli w różnym wieku, pochodzili z różnych grup - i wszyscy bez wyjątku byli Azjatami.
Żółtoskórzy. To było gorsze niż Anhelo. Dziwne. Według tego co donieśli mu ostatni wierni informatorzy, wojna zdawała się ich nie obchodzić. Przyjrzał się ich nieporuszonym, plastalowym, pozbawionym emocji twarzom, przybierając taki sam wyraz. Nie patrzyli jak gdyby chcieli się bić, lecz nie ufał temu przeczuciu. Nie potrafił czytać z ich oczu. Były inne.
Z bocznego korytarza wyszedł ktoś jeszcze - postać której twarzy się nie zapomina.
- To nie tak jak myślisz - Zem zatrzymał się w odległości wystarczającej by Arto nie poczuł się zagrożony, lecz nie dość by czuł się bezpieczny. Trzymał ręce w kieszeniach. Zem wyciągnął je i wzniósł palcami do góry, pokazując że nie ma na nich pierścieni.
- Przyzwyczajenie - wyjaśnił. Zachowywał się spokojnie, lecz Arto pozostał czujny - Wcześnie skończyłeś zajęcia. Chciałem się upewnić że wiesz co robisz - znacząco dotknął lewego ramienia.
- Jedyną rzecz jaką mogę - odpowiedział z niechcianą nutą desperacji - Trzymam się z daleka.
Zem długo taksował go spojrzeniem, jakby zastanawiał się co powiedzieć. Tymczasem Arto myślał tylko o jednym - dlaczego zaczaili się właśnie tutaj? Każdy jak mógł ukrywał informację gdzie mieszka. Czy Zem chciał pokazać że wie wszystko, nawet to?
- Nie przez przypadek twoje poprawianie stopni jest najskuteczniejsze - Zem przemówił - Rozumiesz ludzi. Znasz się na nich, jak ja, jak Anhelo. Potrafisz nimi kierować, lecz on jest bardziej doświadczony. Nie wiem czy to takiej cechy szukał w tobie Dael, gdy zdecydował cię uczyć. Nigdy mi tego nie powiedział.
Napięcie chwili pomogło Arto opanować zdziwienie, lecz czuł że oczy i tak go zdradziły. Zem mówił zagadkami, lecz mówił też o Daelu.
Zem odrobinę opuścił głowę. Przymknął oczy, jakby się zamyślił, wspominał, lecz Arto był pewien że wciąż widzi dość. Zem był mistrzem obserwacji.
- Obiecałem mu że będę cię chronił - Zem podjął swoją opowieść - lecz nie jestem już w stanie spełnić tej obietnicy. Zawiodłem. Mogę jedynie wyjaśnić dlaczego ci pomagam, dlaczego Anhelo tak na tobie siadł i za co musisz umrzeć.
Poczuł spływający po ciele zimny dreszcz. Nic, nawet stojący przed nim Anhelo, nie przeraziłby go tak jak ostatnie słowa Zema. Powiedział je z takim spokojem że nawet umysł Arto przyjął to za coś nieuchronnego.
- Muszę...? - nie zdołał ukryć drżenia głosu.
- Nie jestem bez winy, lecz duch Daela wie że nie próbowałem go ponownie zdradzić. Młodszaku, nie wiedząc o tym przekroczyłeś granicę którą wam wywalczyłem. To uczyniło cię celem - wyciągnął przed siebie dłoń, w zapraszającym geście - Przejdźmy się. Wszystko jest przygotowane. Nikt nas tu nie podejrzy i nie podsłucha. Opowiem ci o wszystkim już teraz, byś zrozumiał i spróbował się z tym pogodzić.
Zem skinął dłonią na towarzyszy i rzucił kilka szybkich, niezrozumiałych dla Arto słów. Mowa Żółtoskórych. Wojownicy skłonili się i rozeszli w milczeniu, równie cicho i szybko jak się pojawili. Kilku udało się w głąb tunelu którym zamierzał iść Arto. Zem powoli ruszył za nimi, mijając go. Arto poszedł za nim, trzymając się jego boku.
Chłopcy z przodu wyprzedzili ich, lecz wkrótce zwolnili, dostosowując krok do kroku Zema, choć ani razu nie spojrzeli za siebie. W podobnej odległości, z tyłu, podążali inni. Utrzymywany dystans wystarczył by nie słyszeć ich niezbyt głośnej rozmowy, pozwalając szybko zareagować na niespodziewane zdarzenie.
Choć otaczały go starszaki, Arto poczuł się bezpiecznie. Pozostał tylko niepokój. Czy Zem chciał mu powiedzieć iż nie zamierza mu więcej pomagać?
Zem milczał. Szedł powoli przed siebie, z rękami splecionymi za plecami. Czekał na pytanie które, jak wiedział, Arto chciał mu teraz zadać. Nigdy nie sądził że ktoś może mu udzielić odpowiedzi na to pytanie. Że Zem...
- Znałeś Daela? - spytał niepewnie. Jego twarz znieruchomiała, przygotowana na nowe, zaskakujące rzeczy - Wiesz co się z nim stało? Czy on...?
- Znałem go na długo nim ty poznałeś jego, młodszaku - Zem patrzył gdzieś przed siebie - Co stało się potem... Wiem tyle co i ty. Sam wiesz co się dzieje w akademii. Wątpię byś mnie pamiętał. Widzieliśmy się tylko raz, a ty byłeś ledwie dwojakiem. Szkoda. Może wtedy... wszystko skończyłoby się inaczej.
Arto spojrzał na towarzyszących im Żółtoskórych wojowników. Teraz nie wątpił że Zem znał Daela. Właściwie, zaczął się zastanawiać dlaczego wcześniej go o niego nie zapytał.
- Czy Dael... wiedział o was? O Żółtoskórych? - pozwolił sobie na odrobinę śmiałości, sprawdzając jak dalece szczera jest ich rozmowa.
- Wtedy nie byłem jednym z Żółtoskórych, jak nas nazywacie. Mój poprzednik miał z nim... wspólne interesy. Obaj sądzili że ten drugi jest kimś więcej niż się wydaje. Obaj na swój sposób się pomylili, choć razem byli jak Jin i Jang. Dael nie był jednym z nas, lecz podziwiał to jak trzymamy się razem. Rozumiał nasze zwyczaje, dlaczego staramy się być inni i dlaczego właśnie w ten sposób. Wy, Białoskórzy, zwykle nie próbujecie zrozumieć, dlatego nie pojmujecie tak wielu rzeczy. Szkoły, na przykład.
- Szkoły? - Arto wyrwało się bezwiednie. Rozmowa była bardzo szczera, lecz rozumiał iż to Zem ją kontroluje. Na razie mówił, Arto miał tylko słuchać.
- Pokazaliśmy mu to wszystko co ty dopiero poznajesz. On pokazał nam ją taką jaka może być, lecz wtedy nikt się tym nie przejął. Myślę że z pewnych miejsc nie da się zobaczyć całości obrazu. Siedzący na górze nie widzą co się dzieje na dole. By to zrobić, trzeba się przenieść gdzieś indziej, wyjść na zewnątrz, a nie każdy to potrafi. Nie każdy chce próbować. Dael zrozumiał że sam niczego nie zmieni i że inni nie zobaczą tego co on. Dlatego mnie wybrał. Wyciągnął do mnie rękę.
- Pomógł ci? - zagadki, same zagadki, pomyślał. Może później ułożą się w jakąś całość, lecz na razie niczego nie rozumiał.
- Nikt nie rodzi się przywódcą. Nie każdy kto może nim być ma szansę nim zostać. Byłem w poważnych kłopotach - Zem spojrzał na niego, nagle, odwracając głowę. Jego włosy zafalowały, przesuwając się na chwilę w bok. Bez mrugnięcia okiem wbił swoje spojrzenie w zaskoczonego Arto, który odpowiedział tym samym. Zem przesunął palcem pod oczami i znowu splótł ręce na plecach - Moje oczy są takie przez zarazę. Zakażenie jakimś szczepem, na szczęcie lekkie. Przeżyłem, lecz choroba pozostawiła we mnie swój ślad. Abym mógł widzieć, lekarze wyhodowali i wszczepili mi nową parę siatkówek i tęczówek. Rodziców nie było stać na pełną regenerację, dlatego te części mojego ciała nie są identyczne z tymi które mi usunięto. Są czerwone od krwi, której nie maskują barwniki, jak w twoich oczach.
Zem był u prawdziwego lekarza i nie trafił do akademii? Arto zajrzał w jego oczy. Skupił się na nich. Chciał dostrzec w nich coś z tego o czym mówił, lecz Zem odwrócił wzrok. Znów zaczął patrzeć gdzieś przed siebie.
- Przez kilka miesięcy po operacji ledwo widziałem obraz na projektorze. Byłem wtedy jajcogłowym, bardzo dobrym, lecz stałem się bezużyteczny. Byłem w połowie po tamtej stronie, młodszaku, choć nie tak daleko jak ty.
Arto zatrzymał się. Nic nie wprawiłoby go w większe zdumienie.
- Byłeś...? - powiedział głośniej niż chciał.
Idący przed nimi wojownicy musieli to usłyszeć, lecz nie dali po sobie niczego znać. Zem także się zatrzymał. Odwrócił się do Arto.
- Tak trudno ci w to uwierzyć, po tym co sam starałeś się zrobić?
Arto nie od razu zrozumiał.
- No tak... Trenuję jajcogłowych... Trenowałem, gdy byłem w grupie - poprawił się - Ale żeby wojownik... - i kapitan, dodał w myśli, przywódca Żółtoskórych... To nie to samo!
- Wciąż jesteś w grupie - przypomniał Zem - Przede mną nie musisz tego ukrywać. Szanuję cię za tę decyzję. Oddać dowództwo... Niewielu w szkole tak by postąpiło, zwłaszcza w twojej sytuacji.
- Skąd wiesz? - nawet się nie silił by ukryć zdenerwowanie. Spiął się cały. Skąd Zem wiedział aż tyle? Nagle zrozumiał - Resket...
Zem lekko się uśmiechnął.
- Resket nie jest szpiegiem. Nigdy nie był jednym z nas. Jego rodzina... Twój wojownik starał się ciebie chronić, choć wiedział tylko tyle ile uznałem za stosowne. Resket był bliżej nas i lepiej nas rozumiał. Wystarczyło bym go przekonał że potrzebuję jego pomocy by ci pomóc. Zrobiłeś wielką rzecz, sprawiając że chłopcy z twojej grupy są ci tak wierni.
- Nie dość by nie oszukiwać mnie za plecami, lub pomóc gdy ich potrzebowałem - stwierdził z wyrzutem, skierowanym bardziej na siebie niż na nich - Zamiast tego najeżyli ogony i zaczęli bać się o swoje własne jaja.
Zem znów ruszył przed siebie.
- Taka jest szkoła. Tego nienawidził w niej Dael. To o wiele bardziej skomplikowane niż myślimy. On zdawał się coś z tego rozumieć, dlatego zaczął ode mnie. Stałem się jego pierwszym eksperymentem.
- Eksperymentem? W jakim sensie?
- W takim, jakim widzisz. Zawdzięczam mu swoje umiejętności, a przez to moją pozycję w szkole, tak jak ty. Trenował mnie i powstrzymał przed zamianą w wyrzutka, a pewnie i w beksę. Przekonał mnie że mogę i potrafię walczyć. Na tym polegał jego eksperyment: chciał sprawdzić czy jajcogłowy może się stać prawdziwym wojownikiem. Kto wie, może gdyby je ja, nie wpadłby na ten wariacki pomysł? Dziś myślę że on po prostu musiał spróbować. Tak bardzo starał się zmienić szkołę że w końcu znalazł na nią sposób.
Zmienić szkołę? Zdumiał się. Tak, to mogło być wyjaśnieniem zagadki. Dael walczył z dorosłymi. Był inny niż inni. Sprawił że Arto został dobrym kapitanem. Nie wiedział jak, choć to na nim odbył się ten eksperyment. Czy to samo chciał zrobić ze szkołą?
- Było nas już sześciu, gdy Dael wybrał dwunastu młodszaków, każdego z innej klasy - ciągnął Zem - Ty byłeś jednym z nich. Mieliście zostać kapitanami których potrzebował. Z nami mu nie wyszło. Twierdził że byliśmy już za starzy, zbyt przywykli do szkoły. My byliśmy eksperymentem, młodszaku, wy mieliście być właściwym planem. Uczył was, a staliśmy się obserwatorami. To wy mieliście zmienić szkołę, przejść przez nią jak podmuch powietrza przez korytarz, dając młodszakom nowy wzór do naśladowania. Współpraca zamiast walki. Był jednak pewien warunek. Jeśli zmiana miała być trwała, wasza współpraca musiała powstać sama z siebie, bez jego pomocy. Żaden z was nie mógł wiedzieć ani o nas, ani o pozostałych.
Arto zadrżał. Więc się nie mylił. Zem był dziwny, w taki sam sposób jak on. I takich jak ja jest dwunastu, pomyślał. Kim oni są? Czy ich znam? Jeśli są kapitanami, to na pewno. Muszę ich znać. Potem o to zapytam. Muszę zapytać.
- Niestety, los chciał inaczej - Zem mówił dalej - Dael nie zdążył otworzyć wam oczu. Byliście za mali, a on odszedł za szybko. Nie poznaliście szkoły jaką on widział, ani jaką chciał ją zobaczyć. Gdy już zaczynaliście coś rozumieć, gdy Dael zaczął do was docierać, gdy niemal byliście gotowi... - pokiwał głową.
- Wtedy zginęli jego rodzice - odpowiedział za niego.
- Głupi wypadek - Zem przytaknął - Mógł zdarzyć się każdemu. Gdyby był wtedy z nimi, skończyłby tak samo. Może to byłoby nawet lepsze, dla niego, dla nas, dla was... lecz przeżył i miał czas by zadecydować. Nim odszedł, zostawił was pod naszą opieką. To był błąd.
Arto przypomniał sobie coś z ich ostatniej rozmowy. Czy Dael nie powtarzał zawsze że będzie go uczyć? Lecz ani słowa nie powiedział że byli inni...
- Dael was uczył. Uczył ciebie. Dlaczego sam nas nie uczyłeś?
- Nigdy nie miałem tej wiary co on. Nikt z nas jej nie miał. A gdy odszedł... gdy zrobił to z własnej woli, niektórzy z nas poczuli się zdradzeni. Nie myśleliśmy o jego planie, nie w taki sposób w jaki on by chciał byśmy myśleli - uśmiech Zema był dziwnie gorzki, jak grymas - Minął rok, Dael milczał i zrozumieliśmy że więcej się nie odezwie. Wtedy zaczęliśmy go nienawidzić. Dael ostrzegał że każde dobre uczucie, jak przyjaźń czy miłość, łatwo zmienia się w nienawiść i gniew. Nie wierzyłem mu, lecz tak się stało, a ja nawet nie dostrzegłem kiedy. Zostawił nas niekompletnych, na wpół obudzonych, otworzył nam oczy, lecz nie wyjaśnił co widzimy. Zostaliśmy sami, słabi przez wiedzę jaką nam przekazał. Wolność, uczucia, przyjaźń...
Zem stanął. Oparł się plecami o ścianę. Pochylił głowę. Mówił z trudem, niemal z wysiłkiem. Arto ledwie zauważył że ich ochrona się zatrzymała i odwróciła do nich plecami. Całą swoją uwagę skupił na Zemie.
Na jego oczach Zem, wielki wojownik, jeden z władców szkoły i przywódca Żółtoskórych, zaczął się zmieniać. Mówił i wyglądał jak zwykły jajcogłowy, czy słabeusz. Ten widok go przerażał. Po niedawnym uczuciu bezpieczeństwa nie został żaden ślad.
- Nie wiem który z nas wpadł na ten chory pomysł - Zem mówił bardzo cicho. Arto musiał podejść bliżej, by go słyszeć - Może nawet ja sam. Jeśli tak było, tej winy nie zmażę z siebie nigdy. To było jak... jak jakieś szaleństwo, zbyt wyrachowane na rozpacz. Postanowiliśmy że zniszczymy jego plan, tak jak pomagaliśmy go rozpocząć. Tyle czasu starałem się to zrozumieć... - pokręcił głową. Długie, proste włosy rozwiewały się na boki - Czasami, gdy dziecko dostanie coś, co staje się dla niego cenne, a potem to coś nagle się zepsuje, wtedy chce to zniszczyć, z czystej złośliwości, aby kogoś zmartwić lub zwrócić na siebie uwagę. Niektórzy z nas mogli poczuć zazdrość że wy byliście dla niego ważniejsi. Zbyt łatwo uwierzyliśmy że bez niego to się nie uda. Zdradziliśmy go. Ja go zdradziłem. Obiecałem was chronić, a tymczasem...
Coś powoli wkradało się do świadomości Arto, jakieś przeczucie, jeszcze nie zdefiniowane, zbyt zamazane by je rozpoznać, choć już przerażało swoim kształtem. Umysł na własną rękę składał układankę, zanim świadomie spróbował się nad tym zastanowić. Jakaś jego część już wiedziała co Zem stara się mu powiedzieć, lecz nie potrafiła - lub nie chciała - przekazać tego do jego rozumu; czaiła się tylko gdzieś na krawędzi świadomości, ostrzegając. Świadomość była skupiona na słowach Zema, lecz reszta...
Arto obawiał się zagłębiać w tę układankę. Chciał poczekać do chwili gdy Zem skończy o niej mówić, lecz Zem nagle zamilkł.
- Nie rozumiem... - bał się odezwać, lecz musiał. Zesztywniał gdy Zem szybkim ruchem chwycił go za ramiona i przyklęknął, patrząc mu w oczy.
- Myślisz że ja to rozumiem? - powiedział przez zaciśnięte zęby. Mówił szybko, sycząc jakby słowa sprawiały mu ból - Myślisz że łatwo mi o tym mówić? To był błąd, tak, lecz byliśmy zbyt mali, głupi i ślepi aby to zrozumieć. Wierzyliśmy że znaleźliśmy sposób na to by zranić tego kto zranił nas, bez zastanawiania się nad tym że Dael wcale tego nie chciał, że mogliśmy zostać zranieni tylko dlatego że on nas takim uczynił. Jak łatwo przyszło nam posunąć się tak daleko! Jak... jak to było możliwe? Jak słaba była ta granica, do dzisiaj nie rozumiem, nie wiem...
Arto przestał oddychać. Bał się poruszyć jakimkolwiek mięśniem. Zem przerażał go bardziej niż Anhelo. Przecież wiem o czym mówi, powiedział sobie, ale nie chcę wiedzieć. Podświadomość szeptała że jednak rozumie i nie może kłamać samemu sobie, lecz Arto nie chciał zgadywać. Chciał, musiał to usłyszeć.
Oczy w które patrzył nie były w Zemie jedyną rzeczą zabarwioną przez krew. Zem musiał ujrzeć jego strach i wątpliwości. Puścił go, niemal odepchnął od siebie i wstał, pełen gniewu.
- Powinieneś się mnie bać, młodszaku, o tak, lecz nie teraz, tylko wtedy. Jeszcze się nie domyśliłeś? Herry, Herry był jednym z was, a Anhelo jednym z nas!
Układanka mówiła prawdę. Od morderstwa się zaczęło i na morderstwie musi się skończyć - to przemknęło mu przez głowę - moim morderstwie, na mnie. Łańcuch zdarzeń, proste włókno, początek i koniec. U Anhela wszystko się odwróciło; jego uczucia stały się zaprzeczeniem, wyrosłym z nienawiści. Arto był inny i to go drażniło, bo kiedyś był taki sam. Wolał zabić niż przyznać że to co łączyło Iwena z Arto było tym samym, co kiedyś łączyło Anhela z Daelem. Sny, jego sny - dlaczego tak często był w nich Anhelo? Dlaczego Dael był w pobliżu, gdzieś obok, lub tuż za rogiem?
Zem zamknął oczy, skrzyżował ręce na piersi i odetchnął. Arto stał i czekał. Czy Zem kiedykolwiek dzielił się z kimś tą potworną tajemnicą? Jego emocje były potężniejsze, groźniejsze. Wierzył że Zem nie chciał go skrzywdzić, lecz jeśli Arto potrafił rzucić się bez powodu na Charko, czy Zem, ten prawdziwy Zem, nie mógłby się nagle rzucić na niego?
Przerażony, bezwiednie cofnął się krok do tyłu.
- Taki potwór jak Anhelo nie rodzi się sam, młodszaku. My odebraliśmy ten poród. Byłem razem z nim gdy to zrobił. Wszyscy byliśmy - czy czerwone oczy mogą się zamienić w plastal? - W jednej minucie Herry stał tam, ufny, bo pamiętał że Dael był naszym... towarzyszem. Tak bardzo nam wierzył, że gdy Anhelo kazał mu zdjąć zbroję, nawet nie zapytał po co. On... patrzył na nas jak na Daela, a chwilę potem to, co z niego zostało leżało na dole. Anhelo go popchnął, a my patrzyliśmy. Herry uderzył głową w barierkę i spadł. Nie wiedział co się dzieje, nie miał szansy zrozumieć.
Spojrzenie czerwonych oczu stało się jeszcze twardsze. Już i tak były wąskie, teraz zwęziły się jeszcze bardziej. Arto drżał, lecz nie spuszczał z niego wzroku, w obawie przed tym co mógłby z nim zrobić. Milczał, lecz nawet gdyby chciał, nie mógłby wydusić słowa.
- Nie masz pojęcia w jaką nieskończoną wieczność może się zamienić dziesięć sekund. Uciekliśmy dopiero gdy odezwał się sygnał w pluskwie Herryego. Nigdy nie zrozumiałem dlaczego Dael wybrał Anhela, dlaczego mnie, dlaczego kogokolwiek, dlaczego byłem z nimi, tam, wtedy... To mogłeś być ty! - Arto poczuł zimny dreszcz na plecach - Nie wybieraliśmy. Padło na niego. A potem... dopiero potem, przeraziłem się. Ja i dwóch innych pierwsi zrozumieliśmy swoją straszliwą pomyłkę. Czwarty z nas... To go prześladowało. Nie wytrzymał, rok później skończył w akademii. Byłem z nim gdy wyjął swoją pluskwę. Powiedział że chce znowu usłyszeć ten dźwięk, lecz by tym razem to było po niego. Oni się załamali. Ja... chyba też, i Anhelo. Lecz jego to odmieniło. Wtedy jeszcze nie wiedziałem że Herry był planetarianinem, ani że rodzice Anhela mieli problem z urzędnikiem z dołu. Los, tylko los mógł to połączyć. Jak chorą satysfakcję mu to dało...
Zem wyprostował się i oparł o ścianę. Znieruchomiał, zamknął oczy. Milczał. Przypominał sobie, czy odwrotnie - wymazywał?
- Ilu...? - wydusił Arto, nie potrafiąc dokończyć pytania.
- Ilu? - Zem powiedział sztucznie, jakby Arto spytał się ile widzi plam na ścianie - Było was dwunastu, Arto. Teraz zostało tylko pięciu.
- Pięciu... - Zem pierwszy raz nazwał go po imieniu, lecz Arto nie zwrócił na to uwagi. Pięciu, z dwunastki - tylko o tym myślał. Był jednym z tych którzy przeżyli, aż do dzisiaj. Jutro, pojutrze, może nas być tylko czterech, pomyślał. Nas, ich... Im także Zem opowiadał o Herrym?
- Wszyscy jesteście kapitanami - głos Zema znów był spokojny. Powoli wracał do siebie - Wszyscy się wyróżniacie. Dael miał rację. Bez niego nie stałoby się tak jak zamierzał, lecz byłoby lepiej, nawet jeśli każdy z was na swój sposób go rozczarował. Ja, ty, Anhelo, jesteśmy tacy sami: dotknięci, nie! naznaczeni jego ideami i przeklęci, bo zrozumieliśmy je inaczej niż należało.
- A inni? - to nic że Zem znowu stał się taki jak zawsze, on już wiedział że to taka sama maska jak jego własna, choć to, co skrywała, było znacznie gorsze.
- Zrobiłem wszystko byście o niczym nie wiedzieli, zwłaszcza o nas - popatrzył bacznie na Arto - jednak Dael wierzył że sami potrafilibyście się odszukać. Nie wszystkich znasz. Może ich odnajdziesz, jeśli się rozejrzysz, choć nie jestem pewien czy powinieneś to robić.
Arto pomyślał. Przecież był ktoś, kogo zawsze sobie cenił. Inny kapitan, w którym widział wiele z samego siebie i który też wiedział jak organizować swoją grupę.
- Pilp?
Uśmiech zema wydał mu się dziwny. Nie pasował, był jak oszustwo, lecz oszustwo o którym wiedział, które znał i rozumiał. Uspokoił się trochę bardziej.
- Trzej pozostali są młodsi od was. Nie pamiętają Daela tak dobrze jak wy. Dla nich jest ledwie bajką z dzieciństwa. Żaden nie wie o pozostałych. Tylko ty znasz całą prawdę.
- Bo wkrótce dołączę do Herryego - powiedział zimno - Bo to się nie skończyło.
Zem kiwnął poważnie głową.
- Nie od razu zacząłem działać. Długie miesiące nie byłem sobą. Potem przypomniałem sobie że obiecałem was bronić, a zamiast tego przyczyniłem się do śmierci. Anhelo nie przestał. Przez to że nic nie robiłem, przyczyniłem się do dwóch kolejnych. Nie tak postępowali moi przodkowie! Wtedy jeszcze nie byłem Żółtoskórym, ale czułem że to moja jedyna szansa. Przejąłem swoją grupę i zacząłem wojnę z Anhelem. Przekonałem innych że Anhelo zagraża szkole. Widzisz, w tamtych czasach nikt nie zabijał wojowników. To on zaczął. Zanim zacząłem działać, dopadł kolejną dwójkę, potem kolejną. Zaczął nabierać wprawy, lecz policja zaczęła coś podejrzewać. To go powstrzymało, a mi pozwoliło działać. Wy byliście tylko nieświadomymi pionkami w grze, lecz nawet gdyby... Anhelo zebrał wokół siebie innych morderców. Nie mogąc polować na was, znalazł sobie inny cel, lecz nigdy nie spuścił was z oka, nawet na chwilę. Zawsze czekał na wymówkę.
- A ja mu ją dałem...
Iwen. Inny cel, dużo innych celów. Skazał się gdy postanowił mu pomóc. Zakręciło mu się w głowie. Zbyt wiele nowych wiadomości...
- Gdy stary przywódca Żółtoskórych skończył szkołę, wybrał mnie na swojego następcę. To też nie był przypadek. Dzięki temu mogłem lepiej spełniać naszą obietnicę. Dla nas obietnica dana komuś, kto już nie żyje, to święta sprawa, coś ponad wasz honor wojownika. My to rozumiemy - wskazał na jedną z wyczekujących grup - Moi towarzysze są dobrym narzędziem, a ja jestem dla nich dobrym przywódcą. Z ich pomocą, z pomocą moich sojuszy i mojej grupy utrzymywałem równowagę między nami a Niebiańskimi Wrotami i ich sojusznikami - na chwilę zamilkł, myśląc o czymś - Jak wiele wiesz o Włóczni?
- Tyle co wszyscy - przyznał szczerze - To była robota Anhela i... Myślę że to on wydał tamtą dwójkę, choć...
- Nie masz dowodów? - twarz Zema wykrzywił nienaturalny grymas - Ja je mam. W tamtym czasie Anhelo był słusznie podejrzany przez policję o inne morderstwo, ale był zbyt dobry by było to coś więcej niż podejrzenie. Popełnił błąd i dorośli zaczęli mu się przypatrywać. Śledził go każdy perceptor w zasięg którego wszedł, latały za nim automaty. Nie tylko nie mógł zabić, nie mógł nawet nikogo uderzyć. By się oczyścić, posłużył się Włócznią. Zmusił ich do morderstwa. Młodszaki same się postarały by wszystko wyglądało na wypadek. Nie było to trudne. Erst był trochę głupi, dorośli łatwo uwierzyli że sam wlazł gdzie nie powinien. Lecz Anhelowi nie o to chodziło. Sprawił że podejrzenia padły na dwóch wojowników z Włóczni, którzy się załamali. Postarał się by dorośli oskarżyli ich nie tylko o wypadek z Erstem, lecz także o swoje własne morderstwo. Tamci dwaj byli zbyt załamani by zaprzeczać. Ich czyn zniszczył ich od środka, było im wszystko jedno czy skażą ich za jedno zabójstwo, czy za dwa. Rząd zabrał ich do akademii, razem z rodzeństwem, rodziców zesłano do kopalni na Arielu, a Anhelo przestał być obserwowany - spojrzał na Arto - Czy teraz rozumiesz?
Zszokowany, zdobył się tylko na to by kiwnąć głową. Nic dziwnego że od tego zdarzenia Włócznia nie była tą samą grupą. Chłopcy stali się bardziej ponurzy i zdenerwowani. Ciążyło na nich piętno morderców i choć niewielu spoza Włóczni o tym wiedziało, każdy z nich nosił je w sobie. Było tylko kwestią czasu nim wszyscy trafią do Akademii, lub staną się tacy jak Anhelo.
- Ja o tym wiem, wszystko, i mam dowody. Anhelo wie o tym że wiem i że w każdej chwili mogę go usadzić, lecz wie też iż ja wiem że wtedy wyjawi prawdę o Herrym, o tym że ja tez tam byłem. Obaj mamy wiele do stracenia, możemy zniszczyć się nawzajem, jednak Anhelo rozumie że on straci najwięcej. Jemu grozi kara za morderstwo, podczas gdy ja wywinę się ledwie współudziałem. Jego za to zabiją, mnie poślą do akademii. Nie wiem co jest gorsze...
- Za takie informacje można polecieć prosto do puszki! - szepnął Arto - Ale ja i tak już w niej siedzę, więc dla mnie to żadna różnica...
- Wspomnij o tym komuś a sam pomogę ci się w niej położyć - Zem ostrzegł beznamiętnym głosem - Radzę ci uważać z tą wiedzą. Nie zamienisz jej na broń. Rozjaśnienie w którym poszedłbyś z tym na policję byłoby twoim ostatnim. Nie masz dowodów w ręku, dorośli, by ci uwierzyć, musieliby najpierw sprawdzić prawdziwość zeznania. Anhelo nie czekałby aż skończą, a wraz z tobą umarłaby cała sprawa. Dla niego skończyłaby się najwyżej nieprzyjemnością kilkumiesięcznej obserwacji, a z tym umie sobie poradzić.
Zem mówił prawdę. Informacja, poparta dowodami, mogłaby go zniszczyć, lecz Arto ich nie posiadał, a nawet gdyby, Anhelo mógłby coś w porę spostrzec. Wtedy los jego i Nowego byłby przypieczętowany. Dowodami byłyby dopiero ich wypadki. Być może zapłaciliby za to także inni chłopcy z jego grupy. Historia Włóczni mogłaby się stać historią Smoka. Anhelo był dość sprytny by zatrzeć ślady. Nie bez powodu tyle lat pozostawał bezkarny.
- Oczywiście że nikomu o tym nie powiem! - zarzekł się - Ale jeśli to mi nie pomoże...
- To po co o tym mówię? To proste. Pomagam ci zrozumieć twojego wroga, sposób jego działania, myślenia, metody rozwiązywania problemów. Dla mnie odkrycie prawdy o Włóczni było kluczem do zrozumienia jego motywów, naszą małą, prywatną Wojną Wtyczek. Pomogło mi także stworzyć równowagę między nami. Wiem coś, czego nikt wiedzieć nie powinien. Niewielu o tym wie, a ci co jakimś sposobem wiedzą, wolą milczeć. Anhelo skutecznie zamyka usta tym co wiedzieć nie powinni. Mamy swoją cichą umowę, rozejm który daje mi przewagę w działaniu, lecz nie dotyczy on nikogo innego spoza mojej grupy i naszych starych układów z czasów Daela. Nie obejmuje nawet moich towarzyszy skóry, lecz oni tego nie potrzebują. Anhelo nie może tknąć ciebie palcem, tak jak nie może tknąć Pilpa i innych. Gdyby to zrobił, następnego rozjaśnienia miałby na głowie policję. Dobrze wie że bym to zrobił. Lecz ta umowa dotyczy tylko jego własnych palców i tylko uczniów Daela. Nic nie stoi na przeszkodzie by Anhelo osobiście dobrał się do twojej grupy, czy zabił cię rękoma swoich sojuszników. To przed nimi musimy cię strzec.
Teraz Arto zrozumiał dlaczego Anhelo odmówił sobie przyjemności zabicia go własnoręcznie. Znalazł źródło bierność Niebiańskich Wrót wobec Zema. Flara mogła robić z nimi co chciała, ale na jak długo? Kiedy sprawy zajdą tak daleko że... Zacisnął oczy. Zem musiał mieć chwilę słabości że mu o tym odpowiedział. A może to było jego poczucie winy...
- Gdzie była moja nietykalność gdy omal nie zabił mnie w łazience? - zaprotestował.
Barki Zema opadły.
- Kilka rozjaśnień wcześniej podjąłem pewne kroki by... to zakończyć. Próbowałem coś zrobić, lecz nie wiedziałem że było już za późno na półśrodki. Naciągnąłem naszą umowę by zmusić go by z ciebie zrezygnował. On odpowiedział tym samym. Wiedział że ten jedne raz ma do tego prawo. Gdybyś wtedy tylko patrzył, nie mógłby cię tknąć. Jednak...
- ...to była moja inicjatywa - odgadł - Dałem mu pretekst. Cała wasza równowaga trwała do chwili, gdy... gdy wybrał sobie nowy cel a ja... stanąłem w jego obronie.
- Nasza cicha umowa nie obejmowała przypadków gdy jeden z was będzie go zaczepiał - Zem wykrzywił się w dziwnym uśmiechu - Nie przyszło mi do głowy że możecie być tacy głupi, ale nie przewidziałem wielu innych rzeczy... Anhelo nie mógł tego znieść. Nawet ja nie wiedziałem że może odebrać go tak osobiście. Zraniłeś go zbyt głęboko, rozdarłeś bliznę o której myślał że dawno się zagoiła. Gdy zginiesz, będzie to także moja wina. Chas i jego stopnie były tylko wymówką by się z tobą skontaktować. Chciałem dać ci protektorat, lecz inny, ponad te zwykłe. Przykro mi, młodszaku, lecz nie zdołam temu zapobiec. Nie mogłem zapobiec żądzy, jaką poczuł Anhelo gdy dowiedział się że do szkoły trafił planetarianin, ani temu co zrobiłeś by go przed nim bronić. To był tylko bezsilny gest, który... Ale o tym nie mogłeś wiedzieć. Nasza umowa to już przeszłość, traci na ważności z każdym rozjaśnieniem. Mnie i Anhela wiąże zbyt wiele spraw by jeszcze się nią przejmował.
Arto nie odpowiedział. Zem ukrywał coś więcej. Widział dziesiątki sposobów na nagięcie umowy i dziesiątki pytań dlaczego nie postąpił w ten czy inny sposób. Gdyby Zem naprawdę chciał pomóc, to jakoś by zdołał, nieważne jak gęsta sieć zależności splatała ich ze sobą. Zawsze jest jakieś wyjście, powiedział sobie, zawsze, lecz ty go nie szukasz. Zrozumiał, że nawet znajomość Zema z Daelem nie czyniła go innym od reszty uczniów - jedynie wyjątkiem, kimś lepszym, lecz niczym więcej. Zem przejął się tym, co robił Anhelo, lecz Arto już wiedział że to tylko uczucie. Zem nie myślał tak, jak chciał tego Dael i jak Arto właśnie zaczął myśleć. Nie potrafił zrozumieć że wiedza to nie wszystko, nie był gotowy do prawdziwego poświęcenia.
Zem, ja zaczynam rozumieć o co chodziło Daelowi. Ty tego nie potrafisz. Może rzeczywiście byłeś za stary na jego dar. Poczuł dojmujący żal, jakiego nie czuł od wielu lat, za wszystkim, za Daela, za innymi, za tymi siedmioma, i za Pilpem. Za tym co już się stało i tym co stanie się z nimi.
- Mogłeś mnie ostrzec! - niemal zawołał - Dlaczego mi pozwoliłeś pobić Pilpa?
- A co miałbym zrobić? Co ty mógłbyś zrobić? Oddałbyś mu młodszaków i przeprosił? Moi przodkowie mawiali, że żaden płatek śniegu nie pada w niewłaściwe miejsce. Może to ułatwi ci twoją drogę.
Arto opuścił głowę. Zem miał rację. Gdy już zgodził się na propozycję Karrosa nie było nic, co mógłby zrobić, by wyjść z tego z twarzą. Jednak nie pomogło mu to ani trochę. Nie potrafił podejść do swojego losu jak Zem - z akceptacją. Nie chciał się poddać.
Westchnął. Poczuł się mały i słaby. To nie musi się stać w szkole, ale to się stanie. Zem nie pozostawiał mu żadnych złudzeń.
- Wiem, to wszystko nie brzmi dobrze - przyznał Zem - Nie daję ci wielkiej szansy, bo jej nie widzę. Jednak... W pewnym sensie, mogę ci pomóc.
- Jestem skończony - odpowiedział, zrezygnowany - Sam tak powiedziałeś, na początku.
- Nie powiedziałem że cię ocalę. To niemożliwe. Popatrz na nas. Obaj myśleliśmy że coś znaczymy, bo rządziliśmy, nie mieliśmy sobie równych i mieliśmy układy - dlaczego Zem wciąż mówił w czasie przeszłym, pomyślał Arto, czyżby i on...? - Lecz to się nie liczy. Prawdziwą potęgą jest sama szkoła. Ona może zniszczyć każdego. Dla niej nawet najsilniejszy starszak, czy cała grupa, jest niczym. Anhelo skierował ją przeciwko wam swoimi kłamstwami, prośbą, groźbą, nawet impulsami. Przelał na ciebie całą złość jaką wciąż czuje do Daela. Niszcząc ciebie, czuje satysfakcję że krzyżuje jego plany, nawet jeśli od dawna nie ma już żadnego planu. Im dłużej mu uciekasz, tym jego gniew staje się większy. W końcu odbierze mu rozum. On nie pozwoli ci żyć, nawet jeśli musiałby rozwalić całą stację, ze sobą i z tobą w środku. Mimo to, chcę spróbować. Przegram, wiem, lecz jestem to winien Daelowi i wierzę że twój przykład może coś zmienić. Mogę pomóc ci wytrzymać, tak długo aż nasi wrogowie odejdą od zmysłów.
Arto wspomniał podobny konflikt, sprzed dwóch lat. Część szkoły stanęła przeciwko jednemu z uczniów. Tylko część, lecz to wystarczyło. Wielu go ganiało. Chłopiec marnie skończył. Miał wtedy trzy lata więcej niż Arto dzisiaj.
Zrozumiał prawdziwe znaczenie słów które powiedział Anhelowi w twarz. Nie chodziło o ich znaczenie; mógł mu powiedzieć cokolwiek innego, liczyło się kto i jak to powiedział. To wtedy podpisał na siebie wyrok śmierci. Od tej chwili Anhelowi zależało na Iwenie tylko dlatego że Arto go bronił.
- Chcesz to tylko wydłużyć! - zawołał. Robił wyrzuty starszakowi, wiedział o tym, lecz zrobiło mu się tak wszystko jedno że nie mógł się powstrzymać. Z dziwną obojętnością uświadomił sobie że Zem chce go wykorzystać.
- Do tego się to sprowadza. Do wydłużenia - potwierdził Zem - Nie wygramy z całą szkołą. Jesteśmy silni, lecz nie aż tak. Mamy wpływy i znajomości, lecz sam już wiesz że to nic nie znaczy. Jednak... możemy ułatwić ci życie.
- Myślisz że jeśli dość długo pozostanę przy życiu, rozwścieczę Anhela tak bardzo że gdy mnie dopadnie to popełni błąd - powiedział z chłodną pewnością w głosie - Że moja... nasza śmierć nie będzie wyglądała na wypadek.
- Też o tym myślałem - Zem włożył ręce do kieszeni - Wykorzystam każdy jego błąd, jeśli to ocali pozostałych. Cała szkoła skorzysta na odejściu Anhela.
- Chcesz pomóc mi, musisz też Iwenowi.
- Taki mam zamiar. Oczywiście, nikt o niczym nie może wiedzieć, nawet on. Mogę cię bronić pod pozorem utrzymania ładu w szkole. Postaramy się aby wasza droga częściej była czysta, ułatwimy poruszanie się poza szkołą. Zatroszczymy się by nikt nie odkrył gdzie mieszkacie i nie zaczaił się na was pod drzwiami, jak my dzisiaj. Zwrócimy wam honor, na tyle na ile zdołamy, lecz reszta zależeć będzie od was.
Arto zastanowił się czy taka wymówka da się utrzymać, gdy będzie potrzebował pomocy Żółtoskórych także poza szkołą. Czy wtedy Zem ujawni prawdziwe zamiary, czy pozostawi go samemu sobie?
- To wystarczy - odpowiedział po chwili wahania - Dziękuję.
Zem wyprostował się. Na jego barkach nie było już tego niewidzialnego ciężaru, który dźwigał kilka chwil temu. Odszedł już kilka kroków, gdy Arto przypomniał sobie o robaku. Ostatnie wydarzenia sprawiły, że zepchnął ją głębiej, lecz nie zapomniał.
Zema mógł wykluczyć. Mając Resketa, nie potrzebował robaków. Lecz jeśli jakieś robaki wciąż tkwiły w jego konsoli, ktoś inny mógł widzieć ich rozmowy na lekcji i poznać że wyrzucenie z grupy jest zwykłym oszustwem.
- Zaczekaj! - zawołał - Konto Janusa... to stare konto Daela, czy tak?
Zem zatrzymał się, odwrócił. Pokiwał głową, jakby się spodziewał tego pytania.
- Stworzył je by was obserwować. Skasowałem je tydzień po jego odejściu, lecz robaki odtworzyły je w innym miejscu, w nieznany mi sposób. Ich transmisje są jedynym śladem pozwalającym na jego wykrycie. Ono musi tkwić gdzieś w rdzeniu systemu, gdzie nawet Kosa nie potrafi się dogrzebać. Dlatego je zostawiłem. Byliśmy wtedy pod obserwacją Kosy i... Potem wykorzystałem je by mieć was na oku. Niestety, to samo robił Anhelo.
To miało sens. Tylko czy Dael nie przewidział że w końcu znajdą tego prostego robaka? Co więcej, skoro Zem skasował Janusa, dlaczego robak pozostał aktywny, dlaczego odtworzył konto? Nie powinien się jakoś wyłączyć, usunąć czy zawiesić? Chyba że... Dael oczekiwał że pójdą tym śladem i odkryją siebie nawzajem? Czy konto Janusa miało być impulsem rozpalającym ich współpracę? Jeśli tak, to już jest historia. Robak nie wrócił, sprawa została zakończona, na dobre. Anhelo nie wykorzysta Janusa by go tropić.
- A wtedy, gdy dałeś mi pliki o pluskwie, nie znalazłeś w mojej konsoli czegoś dziwnego?
Opowiedział co znalazł Rejkert i czego się obawiał, lecz nie wspomniał o koloniście. Był podejrzanym, lecz nie on jeden potrafiłby to zrobić. I nie miał motywu.
- Jeśli ten jeden robak, w mojej konsoli, pochodził od Daela, to skąd wziął się ten drugi, w konsoli Iwena? - skończył, rozkładając ręce - Był tam na długo zanim zdobyłem pluskwę, zanim nawet pomyślałem że mógłbym cokolwiek z nią zrobić! To mogłaby być robota Anhela... ale po co, jeśli obaj mieliście dostęp do Janusa? Myślałem o Kosie, ale czy jej robaki dają się tak łatwo wykrywać? To bez sensu!
Zem chwilę milczał, ważąc odpowiedź.
- Masz rację - przytaknął po dłuższej chwili - Gdyby to byli oni, niczego byś nie zauważył. Anhelo spróbowałby podłożyć coś lepszego, jeśli nie za pierwszym, to za drugim razem.
- Więc mogę mieć...? - Arto zmroziło.
- Nie. Gdy przesłałem ci pliki, twój system był czysty. Nie widzę powodów dla których ktoś miałby ci wtykać aż tak skomplikowane robaki, bym nawet ja nie mógł ich wykryć. Każda taka próba, za wyjątkiem Kosy, ściągnęłaby uwagę Protektorów. Oni śledzą sieć w poszukiwaniu skomplikowanych robaków, bo zwykle oznacza to że Podziemie jest w pobliżu. Ufam że dobrze pilnujesz plików które ci dałem?
- Skasowałem je parę rozjaśnień później - przyznał. Gorycz tamtej porażki była niczym wobec tego co czuł dzisiaj - Jeśli chciałeś mnie chronić, dlaczego mi je dałeś?
Zem na chwilę przymknął oczy. Z zadowolenia, czy z niedowierzania?
- Nie pozostawiłeś mi wyboru. Każdy myślący uczeń wchodzi kiedyś w okres gdy zaczyna się interesować swoją pluskwą. Ci którzy zaczynają wcześniej, jak ty, są szczególnie zagrożeni. Brak ci doświadczenia, brak wiedzy by zrozumieć. Dałem ci je byś nie zadawał niewłaściwych pytań niewłaściwym osobom. Tak było bezpieczniej, dla ciebie i dla mnie. Nie uprzedziłem cię o pluskwach zabezpieczających nasz towar, gdyż były one testem. Byłem ciekaw czy naprawdę jesteś taki sprytny jak mówił Dael. Gdybyś nie zdał...
Arto spojrzał na niego, zaskoczony. Myślał że sam przekonał Zema by mu pomógł w tej sprawie, tymczasem on to wszystko ustawił! Jak śmieszne stały się dla niego dawne obawy o to co Zem mógłby z nim zrobić. Wystarczyło tylko poprosić...
- Myślałem że coś odkryję - przyznał - Wiem, pomyliłem się. Gdyby coś tam było, już byś o tym wiedział.
O ile lepiej by się teraz czuł, gdyby nie ta próba. Wszystko potoczyłoby się inaczej. Wciąż marzyłby o ucieczce, wciąż wierzyłby że to możliwe. Mając zagłuszacz od Arista, zacząłby snuć nowe plany. Nie zauważyłby co się dzieje z Iwenem. Anhelo dalej by go męczył, lecz nie próbowałby go zabić. I może, w końcu, by się znudził. Tyle błędów, przez jedną decyzję...
- Nie uwierzyłbyś mi na słowo. Na wielki kosmos, byłeś tak zdesperowany że zapytałeś mnie, prawie nieznanego starszaka, o największą tajemnicę szkoły! Bałeś się, i słusznie. Gdyby na moim miejscu był ktoś inny... To wyjście wydało mi się najlepsze.
- To Dael wyciągnął je z Urzędu - odgadł.
- Tak, to był on. Wyjął je z systemu, z prawdziwego, Głównego Systemu Rządu, ale już wcześniej podobne, mniej kompletne pliki krążyły po szkole. Dael nauczył mnie jak je aktualizować, lecz nigdy nie potrafiłem się zmusić by to zrobić. Ryzyko jest ogromne, młodszaku, a ja go nie potrzebuję. Tak jak ty.
Zem jeszcze raz spojrzał na Arto, po czym odszedł, razem ze swoimi wojownikami znikając w bocznym korytarzu, równie cicho jak się pojawili. Arto został sam. Przez długą chwilę stał tam gdzie go pozostawili. Nie dziwił się już że nie rozumie Żółtoskórych. Oni byli zupełnie innymi ludźmi. Okrutnymi, to prawda. Dość o tym słyszał by w to nie wątpić, lecz tam gdzie każdy jest okrutny, prawdziwym okrucieństwem jest rozumieć zbyt wiele.
Wierzył iż Zem zaakceptuje jego decyzję o odejściu ze szkoły. Nie czuł by podjął ją choćby o rozjaśnienie za wcześnie. Anhelo nie odpuści, nieważne czy tam wróci czy nie, lecz poza szkołą nie będzie miał sojuszników. Arto miał Zema.
Prawda
Udawanie pobytu w szkole było łatwe. Arto nie robił tego po raz pierwszy. Znał stację na wylot, wiedział gdzie się ukrywać i pozostać z daleka od domu. Jedno kłamstwo więcej, w całym zbiorniku innych... Oczywiście, nadeszło kiedyś rozjaśnienie gdy w domu pojawili się Opiekunowie. Gniew rodziców był niczym wobec jego obaw co się z nim stanie; tak bardzo się przestraszył że potulnie wrócił do wszystkiego co czekało na niego w szkole.
Teraz było inaczej. Był starszy; konsekwencje mogłyby być poważniejsze, lecz to nie Opiekunów obawiał się najbardziej.
Godzinę przed południem błąkał się po jednym z ludnych korytarzy, gdy nagle stanął jak wryty. Nie mógł uwierzyć w to co zobaczył. Kolonista, ten sam który był w ich domu, ten od kartki w kieszeni płaszcza, rozmawiał jak gdyby nigdy nic z dwójką strażników z doków! Byli po służbie, lecz wciąż byli w mundurach. Był odwrócony bokiem. Łatwo go rozpoznał. Czujność pojawiła się automatycznie, w odpowiedzi na potrzebę, niezależnie od jego woli. Kryjąc się między ludźmi podszedł do najbliższego skrzyżowania. Skrył się za rogiem, obserwując tak by nie zwracać uwagi przechodniów. Myśli krążyły wokół tych samych pojęć - zdrada, wrobienie, szantaż.
Jeden z przechodniów znów przesłonił mu widok. Trwało to ledwie chwilę, lecz gdy Arto znów spojrzał na miejsce spotkania, nie było tam już nikogo. Strażnicy szli wolnym krokiem w głąb korytarza, rozmawiając o czymś ze źle udawaną ostrożnością. Kolonista zniknął.
Zorientowanie się w sytuacji zabrało mu ledwie moment. Kilkanaście metrów za miejscem rozmowy dostrzegł wylot bocznego korytarza. Trzymając się ściany szybko dotarł na miejsce. W korytarzu znajdowało się sporo osób; co chwila ktoś go mijał, wchodząc lub wychodząc na główne przejście. Nieważne ile razy Arto wyciągał szyję, stawał na palcach i wymijał dorosłych, nie dostrzegł znajomej sylwetki. Niemożliwe, myślał gorączkowo. W tamtym korytarzu go nie było, tu jest za mało ludzi by mógł się ukryć i za daleko by dobiegł do drugiego końca. Gdzie, na przestrzeń, on się podział?
- Szukasz kogoś? - dźwięk znajomego głosu uświadomił mu że patrzył wszędzie, tylko nie za siebie. Odwrócił się, czując jak na chwilę serce podchodzi mu do gardła. Drugi raz dał się podejść jak zwykły pierwszak. Kolonista miał nie tylko oczy wokół głowy, lecz także przenikał przez ściany - jak udało mu się zniknąć?
- Niech mnie przez śluzę wyrzucą, co tu robisz? - głos kolonisty brzmiał zwyczajnie, lecz coś w jego oczach kazało Arto mieć się na baczności - Gdzie twój towarzysz? Nie powinieneś być w szkole?
- Otchłań ze szkołą! - oskarżenie przywróciło mu głos. Wskazał na korytarz - Co pan tu robi, z nimi?
- Nie ufasz mi, kapitanie?
- Jesteś dorosły! - Arto był zdenerwowany i zaskoczony - A to byli strażnicy!
- Łapówki są niebezpieczne, lubią rosnąć - kolonista pochylił się, przesuwając usta nad jego uchem. Szept, ton i barwa głosu zahipnotyzowały Arto - Lecz istnieją łapówki które rosnąć nie mogą. To udziały we własnych zamierzeniach. Wpadniecie razem, lub razem zyskacie. To daje gwarancję lojalności. Dobry kapitan powinien o tym wiedzieć. Powinien wiedzieć że powinien trzymać język za zębami. Ucz się, obserwuj. Myśl nim zaczniesz działać.
Bezwiednie kiwnął głową. Był jak w transie; krótkiej, dziwnej fascynacji głosem i równie znaczącą treścią. Ktoś taki potrafiłby nauczać, pomyślał w zachwycie. Szept paraliżował, przeszywał dreszczem. Gdy umilkł, odwrócił się ku koloniście.
Dorosły uśmiechał się. Porozumiewawczo uniósł i opuścił brwi. To przywróciło Arto do rzeczywistości. Otrząsnął się, zaskoczony. Rzucił dookoła szybkie spojrzenie. Kolonista zdobył całą jego uwagę, pośrodku tłumu przechodniów! Wszystko trwało ledwie chwilę. Nikt nie zwrócił uwagi na ich spotkanie.
Rozumiał co kolonista chciał mu powiedzieć, ale nie potrafił zapomnieć co widział. To byli strażnicy, najgorsi wrogowie, zaraz po Protektorach i Kosie!
- Jak mogę panu zaufać? Nigdy nie rozmawiamy! Tamta kartka nic nie znaczy! Śledzenie...
- Nie chcę wam zaszkodzić. Chcę pomóc. Niestety, nie jesteś w stanie tego sprawdzić. Zawsze będę dwa kroki przed tobą, a ty zawsze będziesz próbował mnie dogonić. Nie zmienimy tego, nie tutaj, nie teraz. Żyjemy w czasach gdy nie można ufać nawet własnym wspomnieniom, co dopiero nieznanym ludziom. Nie masz wyboru, albo mi zaufasz, albo zostaniesz. Nie będę narażał wszystkiego dla zaspokojenia twojej podejrzliwości. Jasne?
Arto otworzył usta by odpowiedzieć, lecz kolonista zniknął. W jednej chwili przeszedł między nimi jakiś dorosły, a w następnej kolonisty już nie było. Rzucił szybkie spojrzenia na lewo i prawo. Kolonista szedł nieśpiesznie w stronę głównego korytarza. Dzieliło ich ledwie kilkanaście metrów, lecz gdy tam dobiegł, już go nie było, jakby rozpłynął się w powietrzu, rozpuścił w tłumie anonimowych przechodniów.
Cóż mógł zrobić? Odszedł. Nie zaufał; nie potrafił, lecz stał się ostrożniejszy.
* * * * *
Odkąd Wilan porzucił swoje plany, wydajność zespołu znacznie się poprawiła. Nie trzymał ludzi krótko, niemniej uparcie wytykał każde niedociągnięcie. To wystarczało. Na tym etapie jego praca była czystą, niemal automatyczną rutyną. Przestał się kryć po kątach, szef był zadowolony - wszystko szło doskonale. Jego cel znów stał się osiągalny, realny - i był na wyciągnięcie ręki. Brak obaw był jednak szkodliwy. Euforia zaczęła zanikać. Wilan zaczął robić to, co robił najlepiej - snuć podejrzenia. Choć te zaczęły go już oplatać niczym pajęczyna muchę, był pewien że to on jest pająkiem i nie on się w nią złapie. Wiedział zbyt mało o planach Zefreda, nie potrafił się zmusić by mu zaufać, więc przy każdej okazji patrzył mu na ręce. Po kimś kto obiecuje aż tyle spodziewał się wszystkiego.
Kolonista Zefred wietrzył katastrofę; koniec Układu miał być końcem ludzkości. Wilan w to nie wierzył. Owszem, wszystko mogło runąć, mógł powstać okres chaosu, lecz po chaosie zawsze powracał porządek. Ludzkość przeszła wiele kryzysów, po każdym rodząc się na nowo, zazwyczaj lepsza. Niewiara w apokaliptyczne wizje nie przeszkadzała mu w podjęciu decyzji. Nie obchodziła go ideologiczna otoczka. Był człowiekiem z zasadami, lecz nie posuwał się do absurdu, by poświęcać im całe życie. Dlaczego Zefred robił to co robił, było sprawą drugorzędną - jak długo miało to służyć komuś innemu niż Rząd i Flota.
To mu wystarczyło. I nie musiał być hipokrytą.
Czuł że nieufność pozostanie w nim aż do chwili gdy poczuje pod stopami twardą powierzchnię wyrytych w gwiazdolocie korytarzy. Wilan był podejrzliwy do szpiku kości; nie wiedział tylko czy był taki już w chwili przybycia na stację, czy odkąd zdołał potwierdzić prawdziwość opowieści Dawta. Skoro nieufność utrzymywała go w formie, nie widział potrzeby by to zmienić. Wyleczy się gdy już uciekną z tego domu wariatów.
Jego podejrzliwość wzrosła, gdy na hali stoczni zobaczył nie kogo innego jak samego Zefreda, ubranego w roboczy kombinezon pracownika technicznego. Kręcił się po stoczni jakby był we własnym domu. Zmrażający paraliż wstrzymał Wilana w połowie ruchu. Nie tego oczekiwał po apelach o nie zwracanie na siebie uwagi. Siląc się na spokój, ruszył w jego stronę, przyznając, mimo maskowanej złości, że jego nowy znajomy poruszał się tak pewnie jakby pracował tu od lat. Tylko osoba znająca z widzenia wszystkich pracowników stoczni poznałaby że ten człowiek nie powinien tu się znaleźć.
Kolonista spokojnie czekał, zajęty udawaniem że szuka czegoś po kieszeniach. Gdy Wilan się zbliżył, wyciągnął swój identyfikator.
- Co, na próżnię, pan wyprawia? - spytał cicho, lecz oschle Wilan - Komputer przy wejściu może rozpoznać...
- Panie Wilan. Wil - poprawił się Zefred - Komputer uważa mnie za pracownika stoczni i pozostanie tak, gdy tylko zakontraktuje mnie pan jako czasowo zatrudnionego - podsunął mu swój identyfikator.
- Zatrudnionego? Myślałem że inne plany...
- Tutaj mam dostęp do narzędzi, bez konieczności ich wynoszenia. W tym sektorze stocznia jest najważniejszym miejscem zatrudnienia. Przychodząc tutaj, stale i legalnie, zdołam utrzymać wiele kontaktów. Na przykład z tobą.
Wilanowi natychmiast przypomniały się automaty.
- I nikt nie zauważy że tak sobie przechodzisz, w tą i z powrotem? Nie powiąże tego ze mną?
- Komputer zainteresuje się tym nie bardziej niż... innymi rzeczami - Zefred ponaglająco pomachał identyfikatorem.
Wilan zbliżył swoją podręczną konsolę do jego karty. Faktycznie, Zefred Hall - o ile to było jego prawdziwe nazwisko - figurował w spisie asystentów do pomocy przy pracach wykończeniowych i uprzątaniu hali. Przypadek, czy plan?
- Rozumiem... Po to byłem potrzebny, tak? - mruknął, szybkimi ruchami palców potwierdzając zatrudnienie. Zefred miał pracować przy jego zespole, do niego należała autoryzacja przyjęcia pracownika - Aby udostępnić stocznię?
- Są inne aspekty, o których musimy pomówić. Teraz - kolonista nawet się nie zająknął, nie mrugnął, lecz Wilan już czuł że coś ukrywa.
- Nie tutaj. Proszę za mną - nie podnosząc wzroku znad konsoli wskazał na statek, udając że tłumaczy coś nowemu pracownikowi. Powoli ruszyli w stronę asteroidy.
Wybrał pomieszczenie na uboczu, na górnym pokładzie, jedno z tych gdzie były ekrany, a więc i nieważkość. Wspięli się do środka po tymczasowych drabinkach i szczelnie zamknęli za sobą pokrywę włazu. Zefred w milczeniu wyciągnął jedno ze swoich małych urządzeń i zaczął sprawdzać pomieszczenie. Łatwo i pewnie poruszał się między klamrami, zwinnie przepływając z miejsca na miejsce. Zawsze trafiał tam gdzie chciał i chwytał się tego, co sobie upatrzył. Ten człowiek, pomyślał Wilan, ma kosmos we krwi. Nie pierwszy i nie setny raz porusza się w nieważkości.
- To pomieszczenie jest w pełni ekranowane - oznajmił - Nikt nas tu nie posłucha.
Kolonista kiwnął głową, dalej robiąc swoje. Chwilę pływał w powietrzu, nim wreszcie zaczepił się o klamrę.
- Chciałeś pogadać - stwierdził Wilan.
- Właśnie - kolonista schował przyrząd i zawisł obok Wilana, na klamrze przy zamkniętym wejściu. Wilan odruchowo zorientował się wobec jego pozycji - Nie wybraliśmy was wyłącznie ze względu na kwalifikacje. Przyczyn było kilka, a najważniejsza... Znasz Lerszena Norrensona, prawda?
- Znam - potwierdził - Komputerowiec elektronik z mojego...
Zamilkł, przypominając sobie gdzie widział Zefreda. To z nim minął się w drzwiach baru przed rozmową z Lerszenem! Czyż Rubio nie wspominał że ich nowy elektronik ma własne towarzystwo, czyż nie wspominał że... Był w coś zamieszany, tu Wilan miał rację, lecz to nie był przemyt. Lerszen wykrył jego pułapki i usunął je, by nie zwróciły niczyjej uwagi - zwłaszcza przemytników.
- Więc to takie włókno! On też?
- Przede wszystkim on. Jest bardzo ważnym nitem w całej operacji, a przy tym nitem bardzo... pilnowanym.
Temperatura pomieszczenia gwałtownie skoczyła w górę.
- Jest pod obserwacją?
- Dyskretną, zapewne. Lerszen to nie byle kto. W młodości przystąpił do Podziemia. Nie na długo, lecz dość by ujawnić swoje niezwykłe specjalistyczne zdolności. Odegrał znaczącą rolę w paru operacjach, których wagi nie jestem w stanie przecenić. Jako pierwszy rozpracował nowy system identyfikatorów, a to dało Podziemiu...
Zefred urwał, jakby powiedział za dużo, lecz Wilan już wiedział że ktoś taki nigdy nie mówi za dużo. Ktoś taki zawsze wie kiedy i jak urwać opowieść.
- Więc to prawda... Pracował dla Podziemia?
Buris mówił o kimś kto ma kontakty. Jakże słusznie mu wtedy przerwał! Szansa że Urząd Emigracyjny nie interesował się powracającym na stację byłym Podziemiowcem? Dlaczego Buris tak się obawiał nieświadomej pomocy Lerszena?
Poczuł wokół siebie pętlę.
- Kiedyś. Potem założył rodzinę i jego zabawa dla Podziemia się skończyła. Poszedł na ugodę z władzami. Jednym z warunków, jakie sam wymyślił, było osiedlenie się na Ziemi i zerwanie z przeszłością. Niestety, szybko się okazało jak jednostronna była ta umowa...
- Na Ziemi? Przecież Ziemia jest siedzibą Rządu! Jeśli był Podziemiowcem...
Zefred zetknął dłonie opuszkami palców i z zadumą przytknął czubki palców wskazujących do brody, spoglądając w dół.
- Ta sprzeczność jest pozorna - wyjaśnił tonem nauczyciela - Lerszen wybrał Ziemię dlatego że, wbrew pozorom, tu był najmniej szkodliwy. Włamać się do komputera czy rozpracowywać systemy Rządu można równie dobrze na Marsie. Lecz... atmosfera jaka panuje na Ziemi... - podniósł wzrok na Wilana, nie unosząc głowy - Nie twierdzę że nie ma tam lokalnych organizacji, bawiących się w podkładanie bomb czy podobne bzdury. Takie są wszędzie i będą istniały jak długo będzie istniał Rząd. Nie twierdzę że jestem ze wszystkim na bieżąco. Minęło parę lat odkąd opuściłem Układ, pewne rzeczy się zmieniły. Mówiąc w skrócie, na Ziemi Podziemie jest słabe. Nawet gdyby chciał, Lerszen nie byłby w stanie nawiązać stałej współpracy z dawnymi kolegami. Bardzo się starał przekonać władze że przestał być groźny, lecz nie krył swoich opinii o władzy. To czyniło go dość... kłopotliwym. Gdyby nie to co trzyma w swojej głowie rząd już dawno wysłałby go do nas i bez naszych starań, lecz Lerszen wie i potrafi za dużo. Ktoś taki jest dla nas prawdziwym skarbem, Wil. Gdy go dostaniemy, nasze możliwości wyrywania ludzi z Układu znacznie wzrosną.
Wszystko zaczęło się rozjaśniać. Kwalifikacje kwalifikacjami, pomyślał, lecz gdyby tak im na nas zależało, koloniści nie kontaktowaliby się z nami niemal w ostatniej chwili. Nie wątpił że mieli dużo chętnych. Nie wątpił, nawet przez chwilę, że możliwość budowy reaktorów była dla kolonistów sprawą przetrwania, równie ważną jak produkcja żywności, lecz... nie do tego był im najbardziej potrzebny.
- Reszta pasażerów, jak rozumiem, jest na dokładkę?
- Nie ma się co oszukiwać - wargi Zefreda rozciągnęły się w lekkim uśmiechu - Lecz nie jest tak źle. Powiedzmy że Lerszen jest daniem głównym, a ty jesteś przystawką na deser. Przystawką bardzo smakowitą, jeśli mam się trzymać porównania. Taką, bez której obiad straciłby na uroku. Mamy statki do naprawy, Wil. Lecz Lerszen... Jego lata już nie te, życie go postarzało, tak samo jego przeszłość i poglądy, lecz nie docenianie jego umiejętności byłoby błędem. Lata nam zabrało namówienie go na te podróż. Możesz sobie wyobrazić jak na jego przeprowadzkę zareagowali ludzie z Urzędu. Rzucali mu tyle komet pod nogi ile tylko mieli, lecz Lerszen stawił się na nasze wyzwanie, wykorzystując prawie wszystkie swoje kontakty i znajomości. Wiedzieliśmy że będzie pod obserwacją. Wiedzieliśmy że jeśli to ma się udać, musimy chodzić dookoła niego na palcach, jakby był bombą. Musieliśmy być gotowi gdyby pewne rzeczy wydały się zbyt wcześnie i... tu dochodzimy do waszej roli.
Wilan intensywnie myślał. Ostrożność Zefreda nie wydawała mu się już wcale taka przesadzona. Agenci Kosy byli paranoicznie przewrażliwieni. Koloniści postępowali słusznie, starając się nie dorzucać paliwa do ich i tak chorobliwych podejrzeń, lecz w wyniku tych podchodów jego naiwność urosła do rozmiarów potężnej komety.
Kosie, a może nawet Protektorom, zależało na Lerszenie. Byliby szczęśliwi wsadzając go do kopalni za coś tak ciężkiego że nikt, nieważne jak ważny, nie byłby w stanie go z tego wyciągnąć. Coś takiego jak próba ucieczki. Cień podejrzenia - i pozbyliby się go na dobre.
Wilan uświadomił sobie naraz kilka rzeczy - i każda była gorsza od poprzedniej. Słusznie podejrzewał że Lerszen próbuje zbiec z Układu i że kontakty z nim mogą być niebezpieczne, a nie był nawet w ćwierci tak spostrzegawczy jak Kosiarze. Jeśli urzędasy widziały to wszystko tak samo wyraźnie to już dawno wiedziały o wszystkim co się dzieje w stoczni. Jeśli zauważyli jego starania, lecz pozwolili mu przerabiać statek, licząc iż Lerszen złapie się na jego plan... Mogli czekać aż spróbuje się przyłączyć i wtedy... Na wielki kosmos, przecież Lerszen instalował program na komputerze pokładowym! Czuł się bezpieczny ze świadomością że w porę się ze wszystkiego wycofał. Lecz Buris wiedział dość, aby...
Pętla się zaciskała.
Pułapka na Lerszena?
- Czy już mnie śledzą?
- Dopuszczam profilaktyczną obserwację. Tak robią z każdym kto się do niego zbliża.
- Więc kto jeszcze? Kto z mojego zespołu jest na waszej liście?
Zefred uniósł brwi. To tylko gest, uprzytomnił sobie, w pełni kontrolowany, lecz znaczący.
- Naprawdę chcesz wiedzieć?
- Racja. Nie powinienem, ale nie wiem czy powinieneś się tu zatrudniać. Część zespołu widziała jak kontaktujesz się z Lerszenem. Mogą to skojarzyć...
- Niech sobie kojarzą co chcą. Nasze relacje będą wyglądały na czysto zawodowe. Ich podejrzenia wobec Lerszena nie są nawet w ćwierci tak niebezpieczne jak podejrzenia Kosy.
To brzmiało wiarygodnie, lecz nie było nadto uspokajające.
- Dobra, co ja mam z tym wspólnego? Mam się z nim kontaktować?
- Nie bezpośrednio. Spędziliśmy wiele czasu na układaniu drobiazgów, lecz kłopoty zdarzają się zawsze. To nic niebezpiecznego - dodał szybko - o ile wyrobimy się w terminie. Najbliższe dni będą decydujące. Potrzebujemy stabilnego i bezpiecznego przepływu informacji. Wiele spraw zaczyna się rozciągać i terminy... Chyba nie muszę ci tłumaczyć że rozmowa przez sieć jest równie bezpieczna, jak spotkanie na korytarzu?
Skinął głową. To nie była żadna tajemnica. Prywatność była mocno ograniczona. Centrala zarządzała komputerem stacji, a komputer stacji i sieć stacji to właściwie jedna i ta sama rzecz - wielkie monstrum przekaźników, procesorów, central i przewodów, rozrzucone po wnętrzu całego dysku. Każdy komputer był jednocześnie albo węzłem albo gniazdem sieci; nie dało się oddzielić jednego od drugiego. Komunikacja w obrębie podsieci, na konkretnym komputerze, jak w szkole czy magazynach, bywała niezależna, nie przechodziła przez węzły, lecz przekazywanie informacji z jednego domu do drugiego...
Sieć była wrażliwa na pewne słowa, sformułowania i konteksty - takie jak ucieczka, podsłuch, obserwacja, kolonie. Słowa które skłoniłyby komputer do analizy rozmowy, zapamiętania jej i wysłania ostrzeżenia ludziom, czyli Kosie. Ludzie mogliby to zbagatelizować, lecz mogli też sprawdzić rozmowę, przeanalizować ją i sprawdzić co przez ostatnie dni robili rozmówcy. Można było zakodować informację, jeśli ktoś wiedział jak, lecz samo wykrycie kodowanej transmisji między przeciętnymi obywatelami potrafiło sprowadzić podejrzenia. Wilan nie posiadał korporacji, nawet własnej małej firmy, a tylko ich właściciele podpadali pod tajemnicę handlową czy inne, specjalne prawa, ograniczające dostęp Kosy do przekazywanej informacji. Jako przeciętny obywatel, ze względów bezpieczeństwa stacji, nie powinien mieć tajemnic. Nie wątpił że Lerszen i Zefred mogli sobie załatwić kodowane pasmo, lecz to natychmiast wzbudziłoby słuszne podejrzenia.
- Uprzedzałem że im dalej się będziemy posuwać, tym ryzyko będzie większe. Pewne nasze działania nie pozostały niezauważone. Nie wszystko jestem w stanie zwalić na Podziemie. Korpus Ochrony można nabierać, lecz tylko do pewnych granic, a ja obawiam się że je przekraczam. Dlatego ograniczam swoje własne kontakty do minimum. Z tobą dotąd się nie spotykałem, więc nie zwróci to uwagi. Zwłaszcza że jesteś moim przełożonym.
Wilan wiedział już o co chodzi. Brakowało mu tylko kilku istotnych drobiazgów.
- Jak rozumiem, będę kurierem - odgadł. Rezerwowym, dodał w myśli - Gdybym zaczął chować się z Lerszenem po takich pomieszczeniach, sam znalazłbym się pod okiem perceptorów. Gdyby to było takie proste, nie byłbym do niczego potrzebny. Pewnie całe stado automatów krąży stale wokół niego i nie opuszcza go aż do drzwi mieszkania. Więc jak?
Tym razem Zefred uśmiechnął się naprawdę szeroko. Kiwnął głową.
- Automaty można oszukiwać, lecz to budzi podejrzenia. Dlatego potrzebny jest nam twój syn.
- Arto? Ale... - i wreszcie zrozumiał. Arto i Iwen! - Oczywiście! Kto by podejrzewał dzieci...
- Tak to ma wyglądać, Wil. Będę ci dawał karty pamięci, które Arto będzie przekazywał Iwenowi. Część z nich będzie przeznaczona dla Lerszena, część pójdzie dalej, przez ręce Rossie, jego córki. Ona będzie ważnym oczkiem w całej sieci.
Nie poczuł się specjalnie zaskoczony. Ktoś taki jak Zefred zawsze wszystko planuje, dokładnie i z rozmachem, na długo zanim zacznie działać. Zbudować całą siatkę, w której dzieci będą kurierami...
Lecz jedno słowo zwróciło jego szczególną uwagę.
- Będzie? Nie próbowaliście...?
- Powiedzmy że jeszcze parę dni temu nie musiałem aż tak bardzo ograniczać kontaktu z Lerszenem. Rozumiesz dlaczego dopiero teraz zaproponowałem wam udział.
- Tajemnica aż do końca - Wilan oparł się o ścianę i splótł ręce na piersiach - W waszej skomplikowanej intrydze taki dodatkowy, niepewny element jak ja może wszystko rozbić. Lecz, jak rozumiem, korzyści przeważyły ryzyko, tak?
Zefred przytaknął. Nie ukrywał swojego aż nazbyt chłodnego i praktycznego podejścia do planu i uczestniczących w nim osób. Oto ktoś kto zwykł trzeźwo oceniać każdy aspekt sprawy. Zero emocji, jeśli to możliwe - to musiało być jego życiowe motto.
- Intryga musi być skomplikowana, by niewtajemniczeni nie zdołali jej przejrzeć. Przynajmniej raz dziennie muszę dostarczać Lerszenowi pewne informacje. Tylko on potrafi zrobić z nich użytek. To czyni z niego słaby punkt siatki.
- A ja i mój syn będziemy obejściem.
- Potrzebuję tego obejścia, Wil. Dlatego niczego nie ukrywam. Dlatego ci ufam.
- A nie dlatego że w razie wątpliwości...
- To też, lecz zaufanie jest tym czego potrzebujemy najbardziej. Do każdego z nas, do dzieci i do siebie nawzajem. Od Lerszena i jego zabawek może zależeć cała akcja.
To było oczywiste. Wystarczyło otworzyć drzwi domu by natknąć się na perceptory, czujniki, a w razie kłopotu - na automaty. Elektronika czaiła się wszędzie, powszechna i wszędobylska jak powietrze którym oddychał. Nie znał się na niej, ale rozumiał potrzebę oszukania systemu - a Zefred stracił kontakt z osobą która potrafiła to zrobić. Tylko skąd miał mieć pewność że Korpus pozostanie jedynym oszukanym? Czy, gdy dojdzie do ucieczki, nie zostanie porzucony, jak niepotrzebny już balast? Dla tak cennego ładunku koloniści mogli wiele poświęcić, a jemu Zefred za bardzo przypominał Protektora. Zachowywał się jak oni, był podobnie spokojny, podobnie opanowany.
Tak, rozumiał dobrze iż do takiej pracy nikt nie przyśle kogoś kto nie zna się na rzeczy. Zefred musiał być właśnie taki. Aby walczyć z Kosą i jej agentami, zwłaszcza z maszynami i automatami, samemu trzeba było być co najmniej tak samo przebiegłym. Ale...
- Dlaczego Kosa nie miałaby pilnować także dzieci? - spytał - Skoro tak bacznie przygląda się Lerszenowi i jego żonie, dlaczego nie im?
Uśmiech Zefreda, ten uśmiech, był inny od pozostałych. Był bardziej naturalny, może nawet, w jakimś stopniu, był szczery.
- Wil, dzieci na stacji wyjdą ze skóry, byle mieć pewność że nie są obserwowane. Niszczą wszystko wokół siebie, żaden perceptor nie wytrzyma przy nich dłużej niż miesiąc. Byłeś kiedyś w szkole?
Wilan kiwnął głową. Nie pamiętał aby wyglądała tak źle, lecz wiedział jak chętnie dzieci psuły wszystko dookoła siebie.
- Perceptory to nie wszystko - zauważył - Dzieci mają lokalizatory...
- Jak długo będą zachowywać się normalnie, nikt nie zwróci na nic uwagi. A będą się zachowywać normalnie tylko gdy się dowiedzą. Wil, wiem że starasz się chronić chłopca, lecz wytłumacz dlaczego wciąż myślisz że jego to nie dotyczy? On też jest tego częścią, on też musi się znaleźć na pokładzie. Plan wymaga by na to zapracował, jak ty czy Lerszen.
Wilan uniósł ręce w geście poddania się.
- Dobrze, niech będzie po twojemu. Ja jestem tylko pasażerem, który ryzykuje pobyt w niezbyt przytulnej kopalni i przymusowy dom dziecka dla syna - powiedział to takim tonem, by Zefred zrozumiał targające nim wątpliwości - Co mamy robić?
- Dla bezpieczeństwa, będę się spotykać prawie wyłącznie z tobą, choć jest tu kilka osób z którymi od czasu do czasu będę rozmawiał. Dam ci karty i osobisty kod autoryzacji. Wieczorem dasz je Arto, on rano pójdzie do szkoły i da je Iwenowi. W ten sposób przestanę zwracać na siebie niezdrową uwagę urzędu. Im mniej podejrzeń tym lepiej.
Wilan to rozumiał. Jeśli Kosa lub Urząd dotrze do Zefreda, wyciągnie jego dane. Odkryje kim jest i zacznie analizować zapisy pamięci komputera, by sprawdzić z kim się spotykał - dokładnie tak jak sam robił gdy szukał złodzieja. Wtedy nastąpi reakcja łańcuchowa.
Nigdy nie walczył z systemem. Żył w nim, świadom do czego służy, lecz, jako że mu w niczym nie przeszkadzał, akceptował taką sytuację. Płynął z prądem, nie musiał walczyć o nic, niczemu się nie sprzeciwiał. Żyli w dostatku, jedynym minusem była ciężka praca, pozwalająca to osiągnąć i utrzymać. Nie mieli znaczących znajomości - wkręcenie się do kasty ludzi o podobnym stanie majątkowym wymagało pokoleń. Owszem, próbował uciec, ale to też nie była walka. Dopiero teraz wszystko się zmieniło. Dopiero teraz dowiedział się w czym siedzi i zrozumiał jak dobrze to działa.
Każdy miał coś do ukrycia, zaczynając od drobiazgów, jak używanie nielegalnych narkotyków, na poważniejszych wykroczeniach i nadużyciach kończąc. Działało to na korzyść policji i Kosy; dawało im do rąk narzędzie wymuszania posłuszeństwa, jak długo iluzja społecznego bezpieczeństwa istniała w ludzkiej świadomości, nie interferując z obawami o wykorzystanie wiadomości o tychże sekrecikach. Wciąż pamiętał jak powszechny lęk wzbudziła tajna próba wprowadzenia podsłuchu w lokalizatorach. Gdy wieść się rozniosła, zwykły ludzki strach poruszył całym społeczeństwem. Byle iska mogła rozpalić te prymitywne, podstawowe emocje w ogień prawdziwej rewolucji. Tą iskrę mogło skrzesać cokolwiek, choćby Podziemie. Rząd miał dwa wyjścia - wycofać się, lub walczyć. Mając dwóch wrogów naraz, wolał się wycofać - na razie.
Na swój sposób było przerażająco zabawne że aż dotąd nie myślał o perceptorach jak o bombie, podsadzonej pod każdego spiskowca. Zapis aktywności każdego człowieka na stacji leżał sobie bezpiecznie w pamięci komputera, aż do chwili gdy ktoś nabierze podejrzeń. Trzeba kogoś wsadzić, a może szantażem skłonić do współpracy? Wilan nie wątpił że do dziś, świadomie lub nie, swoim zachowaniem zdradził dość by dowody jego winy istniały gdzieś w tym zapisie. Był tylko jeden sposób na utrzymanie tej bomby w uśpieniu. Za wszelką cenę musiał sprawić by nikt się tą informacją nie zainteresował.
Ale dzieci...?
- A nasze żony? - spytał. Pomysł Zefreda, choć logiczny, wcale go nie przekonywał - Znają się, spotykają...
- Jako osoby dorosłe bardziej przyciągają uwagę. Nie powinny widywać się częściej niż zwykle. Dla mnie najlepiej by było gdyby zupełnie przestały się widywać...
- ...lecz to też wydałoby się podejrzane - dokończył.
Faktycznie, problem z wydostaniem Lerszena ze stacji wydawał się ogromny. Cena musiała być warta towaru, inaczej po co ten trud? Całe przedsięwzięcie zaczęło zdawać się Wilanowi nieco zbyt ryzykowne. O wiele bardziej niż jego niedawny pomysł.
- Jest jeszcze jeden powód, dla którego powinniśmy powiadomić dzieci. One zaczynają coś podejrzewać.
- A co mogą podejrzewać? Dzieci to dzieci. Nigdy nie wiadomo co komu powiedzą.
Kolonista przez chwilę patrzył na niego dziwnie uważnie.
- Zdziwiłbyś się. Twój chłopak jest bystry, Wil. Być może już coś wie. Domyśli się że coś się dzieje, spróbuje coś zrobić na własną rękę i wtedy próżnia wszystko weźmie. Musisz być gotowy by mu zaufać. Ludzie pilnujący ludzi myślą dokładnie tak jak ty. To jest nasza szansa.
- A nie pomyśleliście że nie myślą tak bez powodu?
Zaufać dzieciom... Łatwo mu było mówić. Wilan znał Arto, lecz nie znał tych innych. Nie potrafił się przekonać do ich udziału, bo nie potrafił uwierzyć że będą milczały. Z drugiej strony... Ilu nieznajomych można odwiedzić jednego dnia, nie zwracając uwagi komputera, zwłaszcza jego systemów automatycznie wyszukujących potencjalnych złodziei?
- Powiem Arto - skinął głową - Czy Iwen już wie? Czy wie córka Lerszena?
- Twój syn wszystko im wyjaśni. Będzie bezpieczniej gdy załatwią to w swoim gronie. Postaram się być przy tym. Zaczekajcie do szóstej. Jak się nie zjawię, wyjaśnij wszystko sam.
- Czy mam się wtedy martwić?
- Niekoniecznie. O tym też powinienem cię uprzedzić. Zwykle będziemy się spotykać tu, w pracy, ale to może się okazać za mało. Moja... praca... nie ma określonych terminów. Mogę się pojawić o każdej minucie dnia i nocy. Może się zdarzyć że nie zobaczymy się nawet przez kilka dni, lecz to nie będzie powodem do paniki.
- Nie? Więc kiedy będzie powód?
- Wtedy gdy pod drzwiami zamiast mnie zobaczysz ludzi z Urzędu. To nie wycieczka na Księżyc, Wil. Pamiętaj o ryzyku.
Wilan doskonale pamiętał. Od dwóch dni nie myślał o niczym innym. Przecież mam co chciałem, tłumaczył sobie, o tym marzyłem. A jednak były chwile gdy się bał i był gotów zrezygnować. Jak teraz, gdy dowiedział się prawdy o Lerszenie i o tym że wszystko będzie zależeć od garstki dzieciaków.
O tak. Muszą być ostrożni. Póki Urząd miał jedynie niejasne przeczucia, mógł ich obserwować i niczego nie zauważyć. Lecz gdy nabierze podejrzeń, wtedy zacznie obserwować dzieci. Wtedy wpadną wszyscy - jego rodzina i wiele innych. Im dalej szli tym łatwiej było o błąd. Dotarcie na statek nie tego zakończy.
- Wiem że to nie wycieczka - odparł - lecz nie rozumiem jak to ma się udać! Gdy spostrzegą że nas nie ma, wasz statek może zostać zawrócony, albo...
- Nie obiecuję niczego, poza tym że spróbujemy. Statki spoza Układu podlegają Prawu Kolonialnemu. Jest ono wynikiem kompromisu, czyli jednych rzeczy zakazuje, lecz zgadza się na inne. Nasze statki, statki kolonialne, mają swoje przywileje. Mimo to... zawsze należy liczyć się z najgorszym.
- A ty się z tym liczysz, Zefredzie?
- Inaczej nie wracałbym do Układu. Ryzykuję najbardziej z was wszystkich, z całej załogi, bardziej niż Lerszen, a mimo to jestem tu. Nie wymagam niczego czego nie zrobiłbym sam.
- Nie ryzykuję tylko swoim życiem. Co z dziećmi? Co z ich lokalizatorami?
Kolonista westchnął. Nieczęsto to robił. Na ile było to kontrolowane, na ile szczere? Nie wiedział czy było to coś więcej niż doskonała gra, lecz uwierzył że on też nie chciał by tamci wygrali.
- O wszystko się zatroszczyliśmy. Nie zostawimy ich. Nie trafią do akademii. Każdy z nas robi co może, lecz nie bez powodu rząd zaludnia stacje rodzinami z dziećmi. To od dzieci i od was samych zależy czy poddacie się temu, czy nie.
- A co, na próżnię, to ma wspólnego z dziećmi? - Wilan zirytował się otrzymaną zagadką.
- Pozwól mi zgadnąć jak to było z tobą i twoją żoną. Pobraliście się i zaczęliście szukać pracy. Być może mocno się kochaliście. Pewnie przez dłuższy czas nic się nie działo. W końcu postanowiliście mieć dziecko, żona zaszła w ciążę - rozłożył ręce - i nagle, przedziwnym sposobem, znalazłeś dobrze płatną pracę na stacji. Czy tak było?
Zaniemówił. Zefred mógł to wszystko wyczytać z akt stacji, lecz Wilan spostrzegł także inne związki. Sądził iż dopiero na stacji dzieci stawały się zakładnikami, lecz...
- Nie wierzę - jego głos zadrżał - Myślałem że to... zwykły przypadek, że... okazja...
- Żadna okazja, Wil. Zwykłe, chłodne planowanie. Witaj w prawdziwym świecie. Byłeś dobrze zapowiadającym się fachowcem, a poczęcie dziecka było dla Urzędu włóknem, za pomocą którego mógł cię kontrolować. Zrozum. Większość z tych szczęśliwych zbiegów okoliczności jest niczym innym jak perfidnym planem, który ma cię tu trzymać. Oczywiście, posiadanie dziecka to dopiero wstęp. Nieświadomy kandydat jest poddawany dodatkowym testom. Czasami są to tylko symulacje, czasami zainscenizowane zdarzenia. Oni chcą być pewni że ten, kto się tu dostanie, nie zostawi swojego dziecka. Czasem ktoś się prześliźnie, ale... Może kiedyś o tym pogadamy - spojrzał na zegarek - Teraz powinniśmy już wracać.
Zefred położył rękę na klamrze zamkniętego włazu.
- Zaczekaj - Wilan wyrwał się z zamyślenia i podpłynął obok - Co z Burisem?
Kolonista odwrócił głowę. Wciąż trzymał się włazu.
- Pod żadnym pozorem nic mu nie mów - Wilana zaskoczyła powaga jego głosu i zwężone oczy - Dla dobra nas wszystkich, trzymaj się od niego tak daleko jak tylko pozwala ci na to twoja praca.
- Coś znalazłeś? Co to jest?
- Twój towarzysz jest zbyt blisko Podziemia. Może ściągnąć uwagę Kosy.
- Przecież mówiłem że próbuje z nimi...
- Trzymaj się od niego z daleka - powtórzył z naciskiem Zefred - Dla dobra operacji.
Otworzył właz i wypłynął, zostawiając Wilana samego.
Paranoja Wilana pogrążyła go w wewnętrznym konflikcie. Wisiał chwilę, zastanawiając się komu wierzyć - Burisowi, który pomagał przy statku, z którym pracował tyle lat i który, gdyby chciał, wysłałby go już dawno do kopalni, czy Zefredowi, o którym nic nie wiedział, a który tak stanowczo ostrzegał przed Burisem i chciał we wszystko wciągnąć dzieci? Czy był sposób by dowiedzieć się czegoś więcej i o jednym i o drugim, nie budząc niczyich podejrzeń? O czym wiedział kolonista? Czy mógł kłamać, by ich rozdzielić?
Przeczuwał że gdyby odkrył kto stał za odmową wysłania reaktora, poznałby też komu nie należy ufać. Przeczucia, uznał, to strasznie zaraźliwa rzecz, tak samo jak podejrzenia. Załóżmy, myślał, że to kolonista stał za wszystkim. Łatwo uwierzyć że ktoś taki może mieć coś wspólnego z bombą. Z jego umiejętnościami... Czy jego prawdziwym zamiarem, stojącym za propozycją ucieczki, nie jest odciągnięcie mnie od pracy na statku i ułatwienie przemytu? Czyż moje starania nie mogłyby narazić jego operacji? Ostrzeżenia przed Burisem miałyby sens, gdyby Buris naprawdę miał szansę coś załatwić...
Z drugiej strony, Buris go szantażował. Mógł być agentem, czekającym na prawdziwą okazję - na złapanie Lerszena i Zefreda, organizatora prawdziwej ucieczki, a nie takiego byle czego na kilka osób, jakie Wilan sobie zaplanował. Mógłby udawać, krzyżując jego plany, aby tym chętniej zgodził się na propozycję Zefreda. Tylko po co? Gdyby był z Urzędu, czy z Kosy, miałby możliwości o wiele dyskretniejszego działania. Nie musiałby się ujawniać, ani pomagać w pracy - chyba że zrobił to, by Wilan poczuł się zobowiązany do pomocy...
Zadecydowała myśl o dzieciach Burisa. Agent z rodziną, o tym jeszcze nie słyszał. W dodatku po studiach i dobrze znający się na swojej robocie, pracujący w zawodzie dłużej niż on sam. Buris był tutaj gdy Wilan doszedł do zespołu, był tu gdy awansował na lidera. Równie dobrze Dawt mógłby być agentem.
Wilan był skłonny uwierzyć równocześnie we wszystko co miało sens, nawet jeśli poszczególne wersje wzajemnie się wykluczały. Mimo wszystko, zamierzał postąpić zgodnie z wolą kolonisty. W jednym Zefred miał rację. Z Lerszenem były same kłopoty. Widział pilnujące go automaty, lecz czy było to coś więcej niż ziarno prawdy w kłamstwie?
Powoli przestawał wierzyć że ktokolwiek, poza Lerszenem, gdzieś poleci.
Ledwie Zefred odszedł, ledwie Wilan wyszedł ze statku, dopadł go Buris - ostatnia rzecz jaką sobie życzył, lecz myśl o Arto w roli kuriera skutecznie uniemożliwiła wymyślenie dobrego wykrętu.
- Czy to prawda? - Buris był podenerwowany - Napisałeś do szefa o wcześniejszy urlop?
- Mam do niego prawo - odparł - Tak samo jak każdy.
- Nie chodzi mi o to! - Buris uniósł ręce w geście zdumienia - Co z naszą pracą? Z tamtą pracą? Naprawdę się poddajesz?
Wilan westchnął z irytacją.
- Już ci to tłumaczyłem. Ten urlop jest bardziej prawdopodobny od... wiesz czego.
- Niech mnie próżnia jeśli ci na to pozwolę! Nie polecisz na ten urlop...
- Zrób cokolwiek by mnie przekonać. Pokaż mi reaktor. Do tego czasu nie chcę słyszeć o komorach, złączach, czy czymkolwiek!
Buris odszedł, nie kryjąc gniewu. Zefred miał rację. Było o wiele za wcześnie by dawać mu nadzieję. Nadzieja łatwo czyniła Burisa niebezpiecznym.
* * * * *
Wchodząc do domu bezwiednie zwiesił głowę. Co z tego że było późno. Nie ukrywał tego jak się czuł, nie chciał i nie miał na to sił. Czasami miał prawo wrócić taki, jak teraz.
- Arto...
Głos ojca zatrzymał go w połowie drogi na schody. Podniósł głowę, spostrzegając że oprócz rodziców w domu jest także kolonista. Znieruchomiał. Ojciec nie wołałby na niego gdyby chciał żeby im nie przeszkadzał. Rodzice byli tak poważni że nawet nie zauważyli jego przygnębienia i rezygnacji.
- Musimy... musimy ci o czymś powiedzieć.
Minął kuchnię i wszedł do pokoju. Rodzice siedzieli w fotelach, pochyleni do przodu, uważnie patrząc na syna. Zefred stał pod ścianą; ledwo go było widać. Gdy wszedł, kolonista przesunął się w głąb; gdyby Arto wciąż stał przy drzwiach wejściowych, nie mógłby go już zobaczyć. W milczeniu spojrzeli na siebie, niczym nie zdradzając że już się widzieli. Rodzice popatrzyli na kolonistę, potem na syna - i Arto już wiedział po co go zawołali.
- Arto, potrzebujemy twojej pomocy - powiedział ojciec - To ważne abyś nikomu nie mówił, nikomu... poza tymi komu powinieneś. Zamierzamy... zamierzamy uciec ze stacji. Uciec z Układu. Są ludzie którzy nam w tym pomogą, ale...
- Wiem - był tak zrezygnowany że nawet się nie zdziwił, że ojciec wreszcie o tym powiedział. Czekał na tę chwilę z niecierpliwością i nadzieją, układał w głowie wszystko co chciał powiedzieć, że rozumie, wytrzyma, da sobie radę i w ogóle, by się nie martwili, lecz teraz był w stanie powiedzieć tylko to jedno, krótkie słowo. Dopiero po chwili dotarło do niego że skoro mu o tym mówią to znaczy że nadszedł czas.
Ojciec rzucił koloniście szybkie, zdziwione spojrzenie.
- Wiesz? Od kiedy?
- Od rozjaśnienia gdy zamówiłeś komory! - odpowiedział z ożywieniem - Wszystko w porządku, nikomu nic nie powiedziałem! - dodał szybko.
Teraz to Zefred spojrzał na ojca, unosząc brwi w zdumieniu. To zdumienie, Arto poznał, było takie samo jak jego własne - sztuczne. Dawał do zrozumienia że się dziwi, choć, gdyby zechciał, nikt by tego nie zauważył. Reszta twarzy, zwłaszcza oczy, pozostały nieruchome.
- Komory...? - szepnęła matka - Wil...
- To już nieważne - ojciec zaczął baczniej obserwować syna - Mamy inny sposób. Lepszy.
- Dlatego pan tu jest - Arto odwrócił głowę do Zefreda. Sam także zaczął się kontrolować. Doświadczenie wzięło górę nad emocjami - Pan jest kolonistą, z innych światów. Potrzebujecie ludzi którzy wam pomogą uniezależnić się od rządu.
Nie pytał, po prostu to stwierdzał, nie odrywając wzroku od gościa. Czas pokazać że on także coś wie, Coś więcej niż było zaplanowane, jak kartka w płaszczu. Rodzice mniej będą musieli tłumaczyć. Mniej będą czuć się winni.
- Prawda, chłopcze - jeśli kolonista się dziwił to dobrze to ukrywał - Nie możemy pomóc wszystkim, więc wybieramy tych którzy pomogą nam wybudować własną Flotę, by z jej pomocą zmusić kiedyś Rząd do zniesienia wszystkich granic.
Przynajmniej się przyznał. Arto wierzył że potrafi rozpoznać kiedy kolonista mówi prawdę a kiedy kłamie. Na razie robił to pierwsze. Na razie.
- Więc kiedy? - spojrzał na ojca - Tato, znam cię. Nie powiedziałbyś mi o tym, gdyby... Albo odlatujecie jutro, albo macie kłopoty, prawda?
Rodzice zaniemówili. Naprawdę byli jak inni dorośli; myśleli że dziecko musi być głupie. Spojrzał na kolonistę. On był innym dorosłym. On rozumiał.
- Znowu masz rację - kolonista przejął ciężar rozmowy - Ta rozmowa nie odbywa się bez powodu. Potrzebujemy twojej pomocy.
- Dlaczego dopiero teraz? - rozłożył ręce - Dlaczego mówicie mi o tym dopiero gdy nie macie wyjścia? - spojrzał z wyrzutem na rodziców - Jeśli tylko dlatego że nie potrafiliście mi powiedzieć że zostaję, przez pluskwę, a na statku nie ma dość miejsca bym...
- Zaraz! - ojciec zerwał się z fotela, chcąc podejść, lecz rozmyślił się. Wyciągnął tylko rękę - Nie wiem skąd to wiesz, ale... Na wielki kosmos, chyba nie myślałeś że...
Arto zamrugał. Teraz sam stał niczym pomnik zdziwienia. Coś się zmieniło w planach, coś przez co komory nie były ważne, za to ważny był ten kolonista, którego wcześniej nie było. Więc może jednak, może naprawdę mógłby...? Czy aż tak się przyzwyczaił do myśli że zostanie iż nie potrafił dać sobie nadziei?
- Myślałem... - powiedział, siląc się na spokój, choć wewnątrz wrzał od nagłej radości - Ze mną będzie wam trudniej! Pluskwa zepsułaby wszystko, prawda? Przeze mnie już i tak dość czekaliście! Trzymałem was tutaj i nie mówcie że to nieprawda! Ta stacja... To nie jest miejsce dla was! Dlaczego nie potrafiliście mnie zostawić i odlecieć? Dopiero teraz...
Nie chciał tego mówić, lecz to samo z niego wyszło. Zapadło milczenie. Matka przyłożyła dłonie do twarzy, zakrywając usta. Płakała, przez niego. Pożałował że to powiedział. Dlaczego nie mógł się powstrzymać?
- To głupota! - ojciec wybuchnął za nich obu - Myślisz że to wszystko przez ciebie? Skąd ci to przyszło do głowy? Przez... Przez lokalizator? Myślisz że na to draństwo nie ma sposobu?
Matka wstała i przytuliła go mocno do siebie. Na krótką chwilę Arto zapomniał o zbroi. Odpowiedział, obejmując ją tak jak zawsze chciał. Nie, jeszcze nie teraz, pomyślał zaraz, jeszcze za wcześnie. Dopiero gdy będą bezpieczni. Zesztywniał. Opuścił ramiona wzdłuż ciała. Matka postawiła go przed sobą.
- Nigdy byśmy cię nie zostawili - powiedziała patrząc mu w oczy - Nigdy.
- Wiem... i dlatego...
Dlatego tyle razy patrzyłem w gwiazdy, pomyślał, obserwowałem odlatujące statki... i miałem nadzieję że kiedyś wejdziecie na jeden z nich i odlecicie. Miałem rację, beze mnie byście nie uciekli. Koloniści obiecali że zabiorą także i mnie, więc się zgodziliście. Gdyby odmówili, zostalibyście. Przeze mnie, mimo wszystko. Miałem rację. Lecz tego nie powiedział. Obiecał sobie że więcej o tym nie wspomni. Nie potrafiliby zrozumieć. Byli dorośli. Do próżni z Anhelem, do próżni ze szkołą, niech ich wszystkich kosmos weźmie, prosto do otchłani. Teraz miał to wszystko gdzieś. Miał wyjście. Nie zamierzał się poddawać.
- Albo uciekniemy wszyscy, albo wszyscy zostaniemy - ton głosu ojca nie pozostawiał wątpliwości - Całą resztę od razu wybij sobie z głowy. To rząd wymyślił takie prawa i ty nie jesteś temu winien, słyszysz? Głupie dziecko...
Powiedział to łagodnie, jakby mówił do pięciolatka. Nie musisz traktować mnie jak dziecko, pomyślał, nie jestem dzieckiem. Rozumiem kto jest winien.
- Więc co mam robić? - powiedział, przerywając ten kłopot, tę sytuację przez którą poczuł się dziwnie i niepewnie i której wciąż przyglądał się ten kolonista.
- Jest więcej rodzin które chcemy zabrać. Całych rodzin - podkreślił kolonista - Niektóre są pod obserwacją. Pozostało nam osiem dni. Może damy radę przesunąć wszystko o jeden dzień wcześniej, lecz to zależy tylko od Lerszena. Lerszen, ojciec twojego kolegi, Iwena, jest dla nas najważniejszy. Dlatego ty jesteś ważny. Dzięki wam będziemy mieć z nim kontakt.
Kiwnął głową. Rozumiał. Więc oni też. To była dobra wiadomość, bardzo, niesamowicie dobra. Odlatują wszyscy. Jeszcze tydzień i skończą się wszelkie kłopoty. Spełni obietnicę.
Lecz były też złe wieści. Rozumiał więcej niż usłyszał. Wiedział co to dla nich oznacza.
*
Panowało głębokie zaciemnienie, lecz niespokojne myśli nie opuszczały jego głowy, nie pozwalając zasnąć. Dorośli tak naprawdę nie byli gotowi mu zaufać; dowodem była dzisiejsza rozmowa - to że odbyła się właśnie dzisiaj, gdy nie było już innego wyjścia, gdy musieli mu powiedzieć co zamierzają, by nosił te ich karty. Wciąż by milczeli, gdyby nic się nie zmieniło, traktowali go jak kosmitę czy obcego z promenady. Jego wyczulone zmysły ostrzegły go gdy Zefred kilka razy zapytał go o szkołę. Dziwnie przy tym patrzył. Dość by rozumiał że powodzenie operacji zależy także od tego co się dzieje w szkole.
Kolonista wyjaśnił co i jak ma robić. Nie mówił wszystkiego, czuł to. Gdy wyszedł, Arto zaszył się w swoim pokoju. Zbyt dobrze wiedział co rodzice chcieliby mu powiedzieć. Jemu byłoby przykro, czułby się podle, oni tak samo, a i tak nie byliby w stanie go zrozumieć. Nie potrafili przyznać mu racji, nie potrafiliby pocieszyć. Wolał by dziś dali mu spokój. Same problemy, codziennie nowy, a każdy gorszy od poprzedniego. Zawsze to samo - albo się dostosuje, albo zginie. Dziwił się że jeszcze to wytrzymuje.
Namacał w ciemności skrytą pod poduszką kartę. Prawdziwe cacko. Zwykłe karty, nawet jeśli były kodowane, to najwyżej za pomocą odcisków, DNA, zapachu, głosu, lub wszystkiego naraz. Najbardziej skomplikowane aktywowały się tylko gdy wyznaczona osoba trzymała ją w dłoni. To były żadne zabezpieczenia, zbyt łatwo było je podrobić. Lecz ta... Była zabezpieczona jedynie hasłem literowym, lecz za to jak! Można je było wprowadzić od tyłu, można je było wprowadzić w porozrzucanych sylabach - byle tylko przykuło to uwagę maleńkiego, wyspecjalizowanego do tego zadania mózgu sterującego urządzeniem. Akceptował określoną liczbę błędów na daną długość hasła. Można było ustawić hasło w haśle - rdzeń z liter, cyfr lub symboli składający się ze znaków w ustalonych pozycjach hasła. Reszta mogła stanowić dowolny ciąg znaków. Z pozoru zwiększało to prawdopodobieństwo rozpracowania hasła - lecz karta przyjmowała je tylko raz, a gdy próg błędu przekroczył ustaloną granicę zawartość ulegała wykasowaniu. Hasła dwuwymiarowe, trójwymiarowe, proste alegorie... Nie tylko nigdy nie miał czegoś takiego w rękach, takiej karty nawet nie widział na oczy, jedynie słyszał że istnieją i że używają ich Protektorzy, szpiedzy i politycy.
Westchnął i odwrócił się na drugi bok. Czuł się niemal szczęśliwy, lecz świadomość niebezpieczeństwa sprawiała że czuł się jakby leciał w otchłań - tak dorośli określali mieszankę euforii i poczucia zagrożenia. Musieli zapłacić za powodzenie, on i Iwen. Musieli wrócić do szkoły, robić dokładnie to samo co zwykle i zachowywać się tak jak zawsze. Nikt nie powiedział tego wprost, lecz Arto zrozumiał iż nie było innego sposobu na zwyczajność.
Właśnie teraz, gdy miał powód by przetrwać, musiał się narażać bardziej niż kiedykolwiek.
Drobiazgi, na które w zwykłych okolicznościach nikt nie zwróciłby uwagi... Odbył dość wypraw do magazynu by wiedzieć iż gdy coś nie szło zgodnie z planem jeden głupi, pospolity drobiazg mógł zdecydować o niepowodzeniu. Dorosły bez konkretnych podejrzeń, za to z przeczuciem, stawał się czujniejszy niż zwykle. Wraz z Iwenem mógł oszukiwać szkołę, mógł oszukiwać rodziców, nauczycieli, Anhela, lecz nie mógł oszukać pluskwy, komputera szkoły i rejestru aktywności konsol. Komputer szkoły pozna że liczba uczniów w klasie nie zgadza się z liczbą aktywnych konsol. Pewnie, któryś z chłopców mógłby włączyć ją za niego, lecz nauczyciele nie są ślepi.
Musiał tam wrócić.
To tylko osiem rozjaśnień, powtarzał sobie, tylko osiem. Jeszcze tylko kilka rozjaśnień normalnego życia, jak gdyby nigdy nic. Damy radę. Co go obchodziło co stanie się w szkole za tydzień, czy dwa? Gdy już go tu nie będzie wszyscy będą sobie mogli myśleć co zechcą. Dla niego przestanie się to liczyć, szkoła będzie tylko złym wspomnieniem ze snu, który trwał tak długo. Potem nigdy już tam nie wróci; będzie albo na pokładzie statku, albo w akademii, albo w puszce.
Do tego czasu...
Ponownie wsunął dłoń pod poduszkę i delikatnie dotknął karty, jakby była krucha niczym płatek śniegu. Musiał powiadomić Iwena o jutrzejszym powrocie do szkoły. Wykradli sobie jedno spokojne rozjaśnienie, lecz to wszystko. Miał nadzieję że Iwen się nim nacieszył, bo więcej takich rozjaśnień nie będzie.
Czy dobrze wybrał? Czy powinien to robić? Gdyby chodziło tylko o niego, łatwiej zaakceptowałby decyzję i jej konsekwencje. Sam łatwiej dałby sobie radę...
Cichy dźwięk zwrócił jego uwagę. Głośniejszy fragment rozmowy z pokoju obok. Rodzice także nie spali. Zrobił to, co w takich chwilach zwykł robić - wysunął się z łóżka, wydobył wzmacniacz i zaczął podsłuchiwać.
- Na ile możemy mu ufać? - pytał wzmacniacz głosem ojca - Co o nim wiemy? Pojawia się jakiś pozaukładowiec, zupełnie znikąd, a my od razu...
- Myślisz że zależy mu by nas wrobić? - spytała sennie matka.
- Przyznasz że to trochę dziwne, tak nagle... Może to prowokacja? Może za szybko zaufaliśmy temu koloniście? Duszności! On chce wykorzystać do tego naszego syna!
Matka odpowiedziała coś cicho. Arto ogarnęło nerwowe spięcie. Ledwie się powstrzymał by nie pobiec do nich i prosić by mu zaufali. Musisz uwierzyć, pomyślał, jak ja mu uwierzyłem, jak muszę wierzyć że zdoła was stąd zabrać, mimo tego co dziś widziałem!
- Wyjaśnił jak i dlaczego dostałeś pracę - dodała, odrobinę głośniej - Pokazał kosmetyczkę. Co jeszcze mógłby zrobić by cię przekonać, jakie pokazać dowody? Wie co robi. Wierzę mu.
- No dobrze, wyjaśnił mi kilka spraw, ale co poza tym? Twierdzi że może chodzić po stacji jak cywil, bo tu się urodził. Skąd mam wiedzieć jak jest naprawdę? Nie znalazłem w spisie żadnego Zefreda Halla.
- To nic nie znaczy. Kosa mogła go usunąć, gdy uciekł. Nie lubi się chwalić błędami.
- Nie usuwa się ludzi z systemu! Już prędzej napisaliby że zginął...
- ...i gdyby się pojawił na stacji, system poznałby że coś jest nie tak. Może sam siebie usunął?
W pokoju obok na chwilę zapadła cisza.
- Na błękitną zarazę... Czy tylko mi jego zachowanie za bardzo przypomina Protektora?
- Panie Wilan, jest pan chorobliwie podejrzliwy. Mam silne przeczucie że powinniśmy mu zaufać. Takie samo jak przy naszym pierwszym spotkaniu. Pamiętasz? Zaufałam, choć nigdy wcześniej nie widziałam cię na oczy.
- Wasze babskie przeczucia...
- Mhm... Nie zażądał ani impulsu - zamruczała sennie matka - Gdyby był oszustem, wyssałby z nas wszystko pod pozorem rozdawania łapówek, twierdząc że po naszej ucieczce i tak skasują nam konto.
Skasują, prawda, pomyślał, ale tam gdzie uciekniemy nie będzie na co ich wydać. Będą nędzarzami, ale będą wolni. Cena za to czego nie dało się kupić.
- Skasują - przyznał ojciec - Na nagły rozbłysk, skasują, ale ja nie o tym mówię!
- Więc przestań mówić, weź pigułkę i idź spać. Szkoda się denerwować. Musisz być skupiony i wypoczęty, bardziej niż kiedykolwiek.
- Pigułkę... - lekki hałas towarzyszył słowom ojca, gdy przewrócił się na łóżku - Dzięki medykom za to że istnieją. Ostatnio łykam je jak cukierki...
Arto odłożył wzmacniacz i na powrót ułożył się na łóżku. Rozumiał obawy ojca. Żyjąc na stacji, każdy musiał się stać choć odrobinę podejrzliwy. Nie wszystkie obawy okazywały się tu bezpodstawne, tak już po prostu było. Po dzisiejszym sam miał wątpliwości. Może powinien bronić ich przed kolonistą, mimo jego obietnic? Lecz skąd miał wiedzieć co nieznajomy planuje, o czym rozmawiali? Może ojciec miał rację, pozostając ostrożnym?
Arto uwierzył koloniście mimo iż ten go śledził. Co najmniej od miesiąca, pomyślał przewracając się nerwowo na bok i przytulając do poduszki. Miał aż nadto okazji by zaszkodzić - i może to też jest część planu? Liczy że tak pomyślę? Może sam wpycham rodziców w pułapkę, zamiast w kosmos? Mógł obiecać spełnienie marzeń, bo wiedział że stanę się posłuszny...
Nie mógł zrobić nic by się upewnić co do jego zamiarów. Kolonista wiedział zbyt wiele by mu nie zaufać. Jeśli zamierza im zaszkodzić, to są skończeni. Albo to, albo tamto...
Nie zauważył gdy zmorzył go sen. Zasnął z uśmiechem na twarzy. Jeszcze raz postawiona pod ścianę podświadomość podsunęła mu rozwiązanie.
* * * * *
- Nie przeszło? - zdziwiła się matka.
Iwen zrobił smutną minę i słabo pokręcił głową. Na wpół leżał na krześle, udając złe samopoczucie. Ros jeszcze siedziała w pokoju, robiąc się na piękność, choć dla niego była to zwykła strata czasu. Zawsze wyglądała tak samo beznadziejnie.
Wiedział jak dobrze udawać. Nie robił tego pierwszy raz. Po zażytych wczoraj po kryjomu lekarstwach miał lekką, lecz prawdziwą gorączkę. Nawet nie musiał udawać że coś go boli. Perfidnie wykorzystywał fakt że matka w pierwszej kolejności sama zatroszczy się o jego zdrowie. Lekarz groził mu tylko w razie gdyby przedobrzył, lub gdyby jego "choroba" zaczęła się niepokojąco przedłużać. Jego oszustwo wyszłoby wtedy na jaw i musiałby wrócić do szkoły, dlatego ostrożnie stopniował objawy. Tylko zaraza atakowała gwałtownie.
- To chyba nie wygląda poważnie? - ojciec spojrzał na matkę - Opiekunka przeżyje jeśli przez kilka dni nie pojawi się w szkole.
Matka skrzywiła się.
- Możesz być chory, ale jeść musisz - podsunęła mu śniadanie pod nos. Po raz kolejny odepchnął je z udawanym obrzydzeniem, choć czuł jak ssanie wywraca w proteście jego żołądek na drugą stronę. Od powrotu ze szkoły nie miał nic w ustach. Daj mi spokój, pomyślał ze złością pod adresem swojego brzucha, spróbuję coś wykraść, muszę coś wykraść, ale później, jak wyjdą rodzice. I nie za dużo, bo zauważą.
Równowaga równowagą, lecz jak długo zdoła udawać? Na razie szło dobrze, lecz nigdy wcześniej nie ciągnął swojego oszustwa dłużej niż cztery dni. Może do tego czasu Anhelo się uspokoi, albo stanie się to o czym mówiła Ros.
Niespodziewanie rozbrzmiał sygnał wejściowy. Iwen zdziwił się - nikt, nawet Kosiarze, nie składał im wizyt o tak wczesnej porze. Matka wstała i otworzyła drzwi.
- Dobrego rozjaśnienia, pani Rous - słysząc znajomy głos wyprostował się sztywno. Ciarki na plecach i ściśnięty żołądek podpowiedziały mu że ta wizyta oznaczała kłopoty.
- Co za zbieg okoliczności. Iwen nie chce iść do szkoły. Twierdzi że źle się czuje.
Arto wszedł do środka. Gdy ich spojrzenia się spotkały, kiwnął głową w stronę drzwi. Iwen nie zareagował. Nie zrozumiał.
- Źle się czuje, akurat - Arto mówił lekko kpiącym głosem, lecz nie pasował on do jego chłodnego, rozkazującego spojrzenia i ściągniętych brwi. Oczywiście, gdy tylko odwrócił się do matki, jego twarz przybrała beztroski wygląd - Pewnie przez sprawdzian.
- Naprawdę? - Matka karcąco spojrzała na syna - Mój drogi, i tak się wszystkiego dowiem. Pewnego dnia możesz naprawdę zachorować, a ja w to nie uwierzę.
- Nie okłamuj matki, Iw - ojciec był tak zajęty swoimi narzędziami że nawet nie spojrzał w jego stronę - Wiesz że tego nie lubi. Ja też. Nawet jak coś ci źle pójdzie, zawsze możesz się poprawić. Możesz nam o wszystkim powiedzieć, zamiast kłamać. Pomożemy ci.
Akurat! Iwen rzucił Arto wściekłe spojrzenie. Ból gdzieś zniknął, razem z głodem; ssanie w żołądku smakowało tylko strachem. Skrył swoje przerażenie pod nie udawanym gniewem. Dlaczego to zrobił? Przecież się umawiali, mieli zostać w domu!
Nie wiedział jak się wytłumaczyć, więc milczał. Wymyślanie linii obrony przerwała mu dziwna cisza, jaka nagle zapanowała w pomieszczeniu.
- Coś się stało, Arto? - spytała matka.
Arto popatrzył na nią uważnie, potem wbił wzrok w ojca, w milczeniu przykładając dłoń do ucha. Ojciec zmarszczył brwi. Arto chciał coś powiedzieć, lecz na coś czekał. Wyglądał na lekko spiętego, co znaczyło że w środku jest niczym naciągnięta struna.
Ojciec sięgnął do panelu na stole i coś przełączył. Podsłuch! Arto kiwnął głową.
- Możesz mówić - powiedział ojciec - O co chodzi?
Arto sięgnął do kieszeni niemal w tej samej chwili gdy Ros weszła do pokoju.
- To od znajomego, panie Lerszen - podszedł do stołu. Na jego wysuniętej dłoni leżała karta pamięci.
- Znajomego? - ojciec nie wykonał żadnego ruchu - Co... dokładnie... powiedział?
W pokoju zapanowała cisza. Wszyscy z uwagą wpatrywali się w Arto. Ros nie wyglądała na kogoś kto rozumiał więcej niż on.
- Powiedział o ucieczce i kłopotach. Potrzebujecie naszej pomocy, mojej, Iwena, Rossie, by przekazywać wiadomości. Nie powinienem tu przychodzić, ale... musiałem.
Spojrzał na Iwena. Odpowiedział mu zdziwionym spojrzeniem.
- Uciekamy ze stacji? - w głosie Ros nie było nawet cienia zdumienia. Pytała z ciekawością nastolatki. Sam przez ostatnie dni też zaczął coś podejrzewać, lecz gdy prawda wyszła na jaw poczuł się jakby to wszystko mu się śniło.
Ojciec nie odpowiedział. Wziął kartę pamięci, przyjrzał się jej, sprawdził jakimś narzędziem i położył na stole, na polu transmisyjnym. Wystukał coś na konsoli. Na projektorze pojawiły się rzędy drobnych literek. Ojciec ustawił wyświetlanie pod takim kątem by tylko on mógł je odczytać. Po chwili opadł na krzesło.
- Jednak znalazł sposób... Wracamy do interesu! - spojrzał na Arto - Naprawdę... wiesz?
- Tyle ile powiedział mi Zefred - Arto kiwnął głową - Mam przynosić Iwenowi karty, on ma je oddawać siostrze, a ona innym. To dobry sposób. Kosa niczego nie zauważy.
Iwen nie znał tego imienia, lecz zrozumiał. Ros też. Dlatego chce bym wrócił do szkoły, bo to tam mamy przekazywać sobie wiadomości. Musiał dowiedzieć się dopiero wczoraj...
Wrócić do szkoły? Przecież oni ich tam zabiją!
- Więc jest tak źle - Iwen drgnął. Nie od razu uświadomił sobie że ojciec nie mówi o szkole - Dziękuję ci, chłopcze. Nasz wspólny przyjaciel pisze że mam ci zaufać. Skoro uznał że potrzebuje waszej pomocy to znaczy że nic lepszego nie wymyślił. Przepraszam. Nic pewniejszego. Bardziej bezpiecznego.
Arto kiwnął głową. Iwen obiecał sobie że wieczorem, razem z siostrą, zmusi rodziców by wszystko wyjaśnili - o ile dotrwa do wieczora. Sytuacja nie napawała go nadzieją.
- Powinniśmy już iść. Nie możemy wzbudzać żadnych podejrzeń - Arto podkreślił ostatnie słowo. Choć nie patrzył w jego stronę, Iwen wiedział do kogo mówił.
Strach niemal go sparaliżował. Nie wiedział jakim sposobem zdołał wstać z krzesła.
- Idziecie do szkoły? - Ros rzuciła to niby od niechcenia - Pójdę z wami.
Złapała za swój plecaczek i zawiesiła go na ramię. Arto rzucił jej niechętne spojrzenie, lecz nic nie odpowiedział. Chłopcy wciąż szeptali o ich spotkaniu; Iwen dość usłyszał i wyczytał na kanale grupy by wiedzieć jak to wyglądało.
- Ale... - powiedział niepewnie.
- Dzieje się coś o czym powinnam wiedzieć? - strach w jego głosie nie uszedł uwadze matki - Jakieś kłopoty, Iw, poza sprawdzianem?
Spytała niby zwyczajnie, lecz Iwen wyczuł groźbę. Nie on jeden.
- Musimy zachowywać się tak jak co rozjaśnienie, prawda? - odpowiedział Arto - Aby nie zwracać na siebie uwagi.
- Prawda, jeśli to ma się udać - ojciec postukał palcem w kartę - Rous, czy...?
- Nieważne. Idźcie, bo się spóźnicie - matka zmusiła się by coś odpowiedzieć - Iw, zjedz coś w szkole.
Spojrzał na stół. Ze strachu zapomniał o śniadaniu, lecz i tak nie był pewien czy dziś da radę coś przełknąć. Jego żołądek ścisnął się w ciasny supełek. Zmiana była zbyt nagła. Czuł że próby uspokojenia się będą tylko daremną stratą czasu.
Wyszli, udając się w stronę wind. Przejęty i wystraszony, Iwen szedł bezwiednie za Arto, naśladując rytm jego kroków. Każdy krok zbliżający go ku windom był niczym wyrok. Arto nie spieszył się; szedł powoli, czekając na Ros, która wciąż stała przy otwartych drzwiach, odpowiadając wesoło na jakieś pytanie rodziców.
Pamiętał w jakim miejscu się znajdują. Cichy kompromis między mieszkańcami a legalną władzą stacji był tu aż nazbyt widoczny - niemal równie dobrze jak to która strona go narzuciła. Byli praktycznie poza kontrolą sieci perceptorów; jeśli nawet jakiś się pojawiał, był od razu niszczony przez sąsiadów. Tu mogli rozmawiać swobodnie. Jeśli gdzieś tutaj znajdował się jakiś podsłuch, to tylko w ich mieszkaniu - i teraz wiedział dlaczego.
Wiedział że czasem niektórzy chłopcy - zwłaszcza ci starsi - rozmawiając poza szkołą posługiwali się dziwnym slangiem. Mówili w specjalny sposób, unikając kluczowych słów, układali zdania tak by nikt postronny nie zrozumiał o czym naprawdę mówią. Komputer traktował taką rozmowę jak gadanie o niczym, lecz stosowanie takiego slangu było możliwe tylko gdy wszyscy rozumieli o czym jest mowa. Wymagało to sprytu, doświadczenia, znajomości rozmówcy - oraz dużej ostrożności. Brakowało mu wszystkiego, poza ostatnim.
Ros skończyła i pobiegła za nimi. Gdy ich złapała, jej twarz daleka była od wesołości.
- Czy próżnia do końca wyssała wam mózgi? - spytała ze złością - Wracacie tam? Wiem co ci wcześniej mówiłam, Iw, ale... Musicie zapomnieć o szkole!
Nie jestem tak głupi by tam wracać, pomyślał. Bał się nawet wyjść z domu, bojąc się że tamci będą na niego polować także poza szkołą. A teraz...
Gdy Ros zaczęła mówić Arto sięgnął do kieszeni. Gdy wyjął rękę, między palcami trzymał kilka kart pamięci, każda inna, każda inaczej zaznaczona. Pomachał nimi przed jej twarzą, przerywając w pół zdania.
- Widzisz te karty, siostrzyczko? - spytał chłodno, lecz bez złości - Każda z nich jest dla innej rodziny, każda zależy od nas. Jeśli one nie dadzą rady, koloniści mogą zrezygnować, bo będzie nas za mało by ryzykować. Zostawią nas, a wtedy będziemy równie dobrze jak martwi.
Ros ze złością złapała karty. Przyjrzała się im pobieżnie i schowała do kieszeni, starannie ją zapinając.
- Do tego nie potrzebujecie szkoły! - sapnęła.
- Potrzebujemy, siostrzyczko. Nie zrozumiałaś? Wszystko ma być zwyczajnie, czyli tak jak zawsze.
- Znowu zaczynasz? - Ros zapłonęła gniewem - Nazwij mnie tak jeszcze raz...
- Uspokójcie się! - Iwen powiedział to błagalnie. Dlaczego tak się zachowuje? Czy oboje muszą to robić, w takiej chwili? Zaczął iść tuż obok siostry - Nie wiecie co się dzieje?
- Wiem aż za dobrze - ze słów Arto wciąż wiało chłodem desperacji - To twoja siostra niczego nie rozumie.
- Nie rozumiem? To ty czegoś nie rozumiesz!
Umilkli, mijając samotnego, ponurego mężczyznę. Oparty o ścianę, obserwował ich ze znudzeniem. Gdy przechodzili obok, obdarzył ich uważnym, przeciągłym, taksującym spojrzeniem. Iwen nie zwrócił na niego większej uwagi, podobnie jak siostra. Jak ten mężczyzna, byli częścią tego miejsca, tego i mu podobnych. Potrafili się zachować. Co ciekawe, Arto zachował się podobnie. Nie znający się na rzeczy przybysze z zewnątrz reagowali na takie spojrzenie lękiem; często wpadali w panikę, zdradzając potencjalny cel ataku. Albo Arto miał w żyłach krew o temperaturze lodu, albo znał takie miejsca równie dobrze jak on sam - lub jedno i drugie.
- Arto ma rację - powiedział Iwen, gdy oddalili się od nieznajomego. Przezornie spojrzał za siebie, lecz mężczyzna już o nich zapomniał - Nie wiesz jak to jest! To nie ciebie gonią, nie ciebie chcą... A ty wiedziałaś! Przez cały czas wiedziałaś co chcą zrobić rodzice i nic mi nie powiedziałaś! - zawołał z wyrzutem - Mieliśmy mówić sobie o wszystkim, a ty... Gdybym wiedział, od początku, byłoby mi łatwiej!
Czuł się oszukany i to bolało go najbardziej. Przynajmniej wiedział że nie cierpiał bez powodu. Nie dziwne że mówiła że jestem głupi, pomyślał. Moja własna siostra!
- A ty co? Powiedziałeś mi o tym rzeźniku? - odparła z gniewem - Sama musiałam dojść że to się nie skończyło! Gdybyś wiedział o wszystkim, pewnie dałbyś mu się zapuszkować, byle tylko nikogo nie martwić!
- To nie to samo!
- Prawda. To nie to samo - zauważyła złośliwie - Moja tajemnica nie doprowadziłaby mnie do puszki. Zresztą, tylko się domyślałam - dodała pojednawczo - Dlaczego rodzice chcieliby trafić do takiego miejsca? Tata nie zarabia tu tyle co na Ziemi, za to wszystko jest droższe. Praca nie była powodem przeprowadzki. Tyle wiedziałam. Sam też mogłeś na to wpaść.
Mógłbym, przyznał, lecz byłem zbyt zajęty szkołą by myśleć o czymkolwiek innym.
- I pewnie mi powiesz że zgadłaś ile dni zostało do ucieczki? Kłamiesz! Wiedziałaś, ale bałaś się że wygadam!
- Nie kłamię! Twoja sprawa czy mi wierzysz czy nie. To o Marsie podsłuchałam zupełnie przypadkiem. Mówili że już niedługo, góra miesiąc...
- Musieli się pośpieszyć - zauważył Arto - Coś się stało.
Ros przytaknęła.
- Pewnie dlatego rodzice nie powiedzieli nam o niczym. Nie powiedziałam tobie, Iw, bo mogłam się mylić, a nie chciałam ryzykować. Rozumiesz czy nie? Nie możemy ryzykować! - podniosła głos - Wiesz czym to się może skończyć, dla nas, dla rodziców? Nie możesz być aż tak głupi by tego nie rozumieć! Nie polubiłbyś akademii, ani powrotu na Ziemię, w puszce. Miałeś tyle problemów że nawet nie zwracałeś uwagi na to co się działo w domu.
- A coś się działo? Poza tymi... wizytami?
Ros tylko wzruszyła ramionami. Chwilę później musiała poprawić zsuwający się plecaczek.
- Nie jestem pewna czy powinniście dalej milczeć - zauważyła - Skoro to prawda i...
Arto spojrzał na nich znacząco. Nie wtrącał się w ich sprzeczkę, lecz teraz milcząco zareagował na to, co powiedziała.
- Ani się waż o tym mówić! Inaczej sam cię uduszę, własnymi rękoma! - Iwen zacisnął pięść, spoglądając z gniewem na siostrę. Czy tylko ona nie rozumie, że gdyby rodzice się o wszystkim dowiedzieli, kazaliby im przeczekać te ostatnie dni w domu? Że woleliby zrezygnować z przenoszenia kart i poszukać innego sposobu - którego zapewne nie było?
- Jasne, spróbuj! Myślicie że wytrzymacie?
- A mamy wybór? - spytał Arto - Teraz, kiedy wiemy, musimy wytrzymać. To długo nie potrwa. Osiem rozjaśnień, tak mi powiedział...
- Słuchaj, dzieciaku! Nie licz że jakiś twój plan jeszcze coś zdziała. Myślisz że jesteś sprytny, lecz znaczysz tyle samo co każdy inny dzieciak w szkole. Co ja, Iw, czy byle pierwszak. Jesteś nikim.
- Wiem o tym - przyznał niechętnie Arto. Po przedwczorajszym nawet Iwen to rozumiał - ale rodzice nie potrzebowaliby nas, gdyby nie mieli kłopotów. A to znaczy...
Kiwnął głową w stronę najbliższego rozbitego perceptora, tkwiącego na ścianie, tuż pod sufitem. Jasne, uznał Iwen. Rodzice są obserwowani. My pewnie też. To już wiem. Zaczął rozumieć za co Arto tak nienawidził swojej pluskwy. Mylił się. Nie chodziło tylko o udaremnioną ucieczkę. Pluskwa zmuszała dzieci do posłuszeństwa.
- To nic - Ros nawet tam nie spojrzała - Wystarczy że ja będę w szkole. Mi nic nie grozi a wy możecie się spotykać poza szkołą.
- To nie to samo. Możemy przestać do niej chodzić, ale w ten sposób zwrócimy na siebie uwagę. Nie możemy narażać wszystkiego tylko przez szkołę.
- Tylko przez szkołę? - spytała ironicznie.
- Więc co? Masz inne propozycje?
Ros zmieszała się. Gdzieś znikła okazywana im wyższość. Przestała atakować i zaczęła myśleć.
- Nie wiem co robić - przyznała - Przedwczoraj słyszałam tyle strasznych rzeczy że nie byłam pewna czy wyjdziecie z tego żywi.
- W domu nie możemy zostać. Nie możemy powiedzieć o szkole, bo wyjdzie na to samo. Nie możemy udawać że do niej chodzimy, bo Kosa może coś zauważyć. Nie bez powodu powiedzieli mi o wszystkim. Nie bez powodu musimy się w to bawić. Boją się że zwrócimy na siebie uwagę. Dlatego musimy udawać że nic się nie stało, za wszelką cenę.
- Musimy? - Iwen nie wytrzymał. Rozpaczliwie nie wierzył w brak innego wyjścia.
- Iwen, szkoła to mój teren - uspokoił go - Znam ją, może nie taką jaką się stała teraz, ale to też wystarczy. Wciąż są tam starszaki które zechcą nam pomóc, nawet jeśli... jeśli nie robią tego dla mnie, tylko dla siebie. Musimy tam wrócić, bo jest tam Gwiezdna Flara i Zem...
- I my. Dziewczyny - Ros popatrzyła na Arto nieco łagodniej - Wciąż nie wierzysz że możemy wam pomóc?
Jakoś dotąd nie widziałem tej twojej pomocy, Ros, pomyślał Iwen.
- Jak? - Arto musiał myśleć tak samo - Dalej będziecie odpędzać swoich chłopaków, jeśli będą nas ganiać? To nie wystarczy, nawet gdyby zrobiły tak wszystkie dziewczyny w całej szkole. To ich tylko rozwściecza.
Arto stał się zbyt przygnębiony by dłużej złościć się na Ros. Wciąż jej nie lubił, lecz tak rozpaczliwie potrzebował pomocy że nie miał nic przeciwko temu by przyszła ona nawet od kogoś takiego - od dziewczyny.
- Nie wiem - przyznała Ros - Tego już nie spróbujemy. Ale coś wymyślę.
- Też nie chcę tam wracać - przyznał Arto - Nie teraz, kiedy... Ale damy sobie radę, zobaczycie.
Arto wcale nie szedł do szkoły z taką pewnością siebie na jaką wyglądał. Była ona tylko dla Iwena lecz, paradoksalnie, odkrycie jej pozorów było dla niego uspokajające. Nie on jeden się bał, a to znaczyło że Arto nie zachowuje się jak byle głupek, nieświadomie pchający się w niebezpieczeństwo. Wiedział że ono tam jest, znał jego rozmiary, lecz przede wszystkim miał także wiarę w powodzenie, której jemu tak bardzo brakowało.
- Jak? - spytał - Co chcesz zrobić? Jak możemy...
- Tak samo jak przedwczoraj, Iwen. Tak samo jak wyszliśmy.
Iwen przystanął.
- Chcesz się trzymać dorosłych - stwierdził.
- I perceptorów - Arto skinął głową w stronę ściany.
Iwen zrozumiał, choć nie od razu uwierzył. Nie w sam pomysł, bo ten był dobry, lecz w to, że Arto na tyle się przełamał by to zrobić. Przedwczoraj Arto robił różne rzeczy, lecz każda sprawiała mu ból równie fizyczny jak wyrywanie zęba. Przez pięć lat uczył się sam załatwiać szkolne problemy, bez pomocy dorosłych. Nawet Iwen wiedział jak się taka pomoc kończyła. Dotąd obie rzeczy były ich wrogami. Teraz będą ich cichymi sprzymierzeńcami.
- Czy to się uda?
- Musi - Arto wzruszył ramionami - Anhelo nie odważy się zaatakować w obecności nauczycieli. A nawet... nawet jeśli, wtedy nam i tak się nic nie stanie, a jego zamkną w areszcie, i to na o wiele dłużej niż nas. Może nawet pójdzie do więzienia, albo do akademii - spojrzał mu w oczy - Beksy to wytrzymują, my też możemy. Mam gdzieś co będą o nas mówić. Musimy tylko dotrwać do końca, a potem...
Potem nie będzie już szkoły, pomyślał Iwen. Jeszcze kilka dni i będzie koniec.
* * * * *
Im więcej Wilan dowiadywał się o Lerszenie, tym mocniej czuł że będzie on nie lada kłopotem. Co więcej, z niepokojem zauważył że tylko on, aż dotąd, nie miał wobec niego żadnych podejrzeń. Nawet Buris coś wiedział, choć nie chciał, lub bał się mówić. Musiał to sprawdzić. Jeśli Kosa obserwowała Lerszena... Wystarczy jeden głupi przypadek by wszystko otchłań wzięła. Wilan nie zamierzał pozostać ostatnim nieświadomym.
Po ostrzeżeniach Zefreda obiecał sobie że nie będzie o nic pytał Burisa. Nie ufał już żadnemu z nich, wyraźnie czuł że jego podejrzliwość zamienia się w chorobę, lecz nic nie mógł z tym zrobić. Nie chciał też znowu ciągnąć Rubia za język. Wybrał Susumi. To ona wpadła parę lat temu na pomysł cichego prześwietlania każdego nowego pracownika, co dość szybko stało się tradycją, a swego czasu przerodziło się nawet w zakładową wojnę szpiegowską. Wtedy też Susumi prześwietliła Burisa. Wilan łatwiej niż inni dodawał dwa do dwóch lecz, nie licząc Lerszena, ostatniego nowego mieli dwa lata temu, a od trzech przestało go to interesować - dość by wypaść z obiegu. Jeśli ona nic nie znalazła, tym bardziej nie znajdzie on.
Złapał ją podczas podłączania systemów napędu. Pęki przewodów energetycznych i sterujących zwieszały się wszędzie dookoła, wyślizgując się z zaczepów w które je wkładała. Ręce aż po łokcie miała ukryte w lekkich, prostych wysięgnikach przedłużających rękę. Zamontowana na końcu urządzenia pięciopalczasta końcówka chwytna wiernie naśladowała ruchy dłoni operatora, przesyłając do rękawicy wrażenia czuciowe. Miałeś za krótkie ręce? Brakowało ci trzeciej, czy czwartej? Wystarczyło pójść magazynu i założyć dodatkową, sterowaną neuronowym interfejsem.
Lewą, skróconą ręką Susumi zacisnęła klamrę, wydłużając prawą by pochwycić pęk trzy metry dalej, naciągając go tak by zmieścił się w prowadnicę. W dwóch wolnych palcach mechanicznej dłoni trzymała ciężką zaciskarkę, gotowa wykorzystać pierwszy moment posłuszeństwa przewodów by przygwoździć je na przeznaczonych im pozycjach. Była kosmicznie zręczna, pomyślał, obserwując jak stara się zapanować nad setką przewodów jednocześnie. Głośne przekleństwa ostrzegły go iż miała szczerze dość problemów z montażem. Nie był to najlepszy moment, lecz sprawa była pilna.
- O co chodzi? - wyraźna irytacja zmieniła się w lekkie zdziwienie gdy zobaczyła kto ją zaczepił. Wilan nie zwykł przeszkadzać im w pracy. Susumi nie przerwała czynności, jedynie na moment odwróciła głowę w jego stronę.
- Skończyłaś sprawdzać tego nowego, Lerszena? Ciekawi mnie co odkryłaś.
- Dopiero teraz? Co za nagłe zainteresowanie - zaironizowała - Skończyłam to tygodnie temu! Wreszcie coś dotarło, tak?
- Wiesz coś?
Ledwo co spięty pęk przewodów rozsypał się na wszystkie strony, zwieszając się girlandami wokół tylnego podzespołu napędowego. Susumi opuściła ręce i zaklęła cicho. Uderzenie zaciśniętego w pięść wysięgnika o podłogę przypomniało jej o stanie kończyny. Nie uderzyła nią ze złością w panel chyba tylko dlatego że za nią stał Wilan. Mimo wykształcenia i wysokich umiejętności, Susumi czasem mówiła i zachowywała się jak zwykły technik, zwłaszcza gdy pracowała w manipulatorach.
Rozluźniła dłoń; wysięgnik skrócił się do rozmiarów ręki. Wytarła dłonie, pochwyciła zaciskarkę z rozwierających się palców maszyny i na chwilę włączyła polaryzację kombinezonu, oczyszczając go z pyłu. Praca przy przewodach nie była tak czysta, jak mogłoby się wydawać. Osad po płynie po syntezie pokrywał wszystko wokół cienką warstwą lepkiego kurzu.
- Najpierw były dziwne plotki - Susumi zawsze szybko przechodziła do rzeczy. W nerwowym odruchu jeszcze raz wytarła dłonie. Nie odłożyła trzymanego w ręce dużego i ciężkiego przyrządu, a że miała w zwyczaju żywo gestykulować, odsunął się krok do tyłu, a potem drugi, na wypadek gdyby wysięgnik nagle się wydłużył - O kłopotach w poprzedniej pracy, obserwacji i takie tam. Potem ta bomba... Jak zawsze, Rubio słyszał co nieco od znajomych, więc zaczęliśmy grzebać. No dobra, ja zaczęłam. Wiesz co? Było tego dużo. Za dużo. Niby nic, ale... W młodości Lerszen sporo podróżował, lecz ktoś bardzo się postarał by daty jego odlotów pokrywały się z głośnymi akcjami przeciwko Podziemiu. Więcej, konto jego rodziny nigdy nie przelewało się impulsami, lecz powoli, choć z trudem, jakoś zdołali się tu przenieść. Wiesz o czym mówię?
- Mów dalej - kiwnął głową.
- Jakby tego było mało, idąc dość starannie zawoalowanym tropem, w jego aktach znalazłam odniesienie do procesu w sprawie pewnego zamachu, w który był zamieszany.
Wilan sam nigdy nie próbował dostać się do czyichkolwiek akt, lecz słyszał że nie było to nadzwyczajnie trudne. Nie były publicznymi dokumentami, lecz, z drugiej strony, nie obejmowała ich żadna nadzwyczajna tajemnicą. Sposobów było niemal tyle ile mieli ich Kosiarze na wyszukiwanie ludzi którym się takie akta należały.
- Został uniewinniony? - odgadł.
- Jakiś ty domyślny! Gdyby go skazali, byłby w kopalni! Ale nie to jest ważne. Takich uniewinnień są miliardy, lecz każde z nich zachowuje się w tajemnicy. Kosa dba o to by jej pomyłki nie wychodziły na jaw. A tu nagle coś takiego... leży to sobie w zwykłych aktach, które nawet nie były utajnione!
Po co to wszystko? Nie był pewien, chociaż... Minęło kilka tygodni, a zespół wciąż trzymał Lerszena w izolacji. Drobne przecieki i zawoalowane aluzje sprawiały że każdy patrzył na niego jak na Podziemiowca, choć nikt nie mógł wskazać przekonującego dowodu. Jak wspaniale ułatwiało to obserwację...
- Chcą go oczernić? Czy to aż takie proste?
- Wil, niech mnie kometa jeśli ty choć odrobinę znasz się na ludziach. To świetliście dość! Jest też coś jeszcze. Jego żona.
- Jego... na przestrzeń, co ona ma do tego?
Pomyślał o znajomości Ene. Pomyślał że tak naprawdę nie wie nic o Lerszenie. Gwarancja że Zefred nie zechce wyciągnąć stąd przestępcy, być może specjalisty od podkładania bomb? Zero. Pamięć o znalezisku w magazynie wciąż była świeża. Przed paranoją ratował go tylko brak wyjaśnienia dlaczego Lerszen miałby podkładać bombę pod swój kamuflaż.
Czy częściowa prawda to wciąż prawda, czy już zręczne kłamstwo?
- Och, nic wielkiego... Patrzyłam na daty złożenia i rozpatrzenia złożonych przez nią podań. Nigdzie, w całym Układzie, nie załatwia się takich spraw w takim tempie! Wygląda to mocno nielegalnie, ale nie szły za tym równie mocne impulsy. Gdy odrzuciłam łapówki, spróbowałam się dowiedzieć kim ona jest. Wiesz co znalazłam, poza danymi osobowymi?
- Nic...
Więc to taka śluza... Ktoś dobrze się napracował nad przeciekami, by napędzić ludziom stracha. Wiedział co oznacza brak informacji. Gdyby stał za tym Zefred, usunąłby również dane o Lerszenie. To zrobił ktoś inny.
- Trochę więcej niż nic, ale niewiele. Jej kartę studencką. Poszłam tym tropem. Nieźle się jej powodziło. Ukończyła renomowaną marsjańską uczelnię, jedną z tych wyłącznie dla młodzieży z bardzo wpływowych domów. Wil, jeśli Kosa lub Protektorzy starają się ukryć czyjąś tożsamość, zwykle fabrykują jakiś życiorys, lecz nie w jej przypadku. To kolejne ostrzeżenie!
Czytaj między wierszami, Wil. Oto w jaki sposób można powiedzieć że dana osoba ma mocne plecy i wpływową rodzinkę, bez wskazywania kogokolwiek palcem! Naturalnie, takiej rodzinie czy osobie musiało zależeć na zniknięciu Lerszena. Takie powiązanie byłoby kompromitującą przeszkodą w karierze, furtką do szantażu... Więc dlaczego Lerszen wciąż żył? Nieważne z kim zawarł umowę, nie obejmowała ona tych którzy nieopatrznie wdepną w ich tajemnicę. Gdy ci na górze rozgrywali swoje interesy, upadały kolonie i całe stacje.
Zawahał się. Zefred zapomniał mu powiedzieć o takim drobiazgu? Jeszcze nie było za późno by się wycofać. Lecz myślał o tym ledwie przez krótką chwilę.
- I... ona i Lerszen? Zaraza! Nie wierzę, na wielki kosmos, ja w to nie wierzę! Jak, mając takie plecy, można mieć takie kłopoty?
- Powiedz mi jak się dowiesz. Wszyscy myślą że Lerszen to chodząca bomba. Jego ogólne dane są zbyt dostępne, a te niedostępne są bardziej niedostępne niż zwykłe niedostępne dane. Rozumiesz o co mi chodzi?
Kiwnął głową. Susumi była jedną z tych osób które zawsze są na nie. Im usilniej starano się jej wmówić że sprawy są oczywiste, tym mocniej wierzyła że ktoś coś ukrywa.
- Dlaczego mam wrażenie że chcesz mi powiedzieć coś jeszcze? - spytał.
- Bo chcę. W całej sprawie jest tyle smaczków że najbardziej pikantna wenusjańska kuchnia zda ci się mdła i bez wyrazu. Lerszen urodził się na Wenus, Rous na Marsie, ale to pewnie już wiesz. Lecz założę się iż nie wiesz o tym że akt ich ślubu został autoryzowany na Argo.
- Na tym Argo? - spytał, zdezorientowany. Bezsprzecznie, wygrała ten zakład - Tym samym, który...?
- Tak, na tym samym który został zniszczony przez Podziemie. Lerszen był oskarżony o coś co stało się niemal w tym samym czasie. Problem w tym że Podziemie nagle wtedy przycichło. Nie było żadnych innych tak dużych akcji by udział w nich wart był odnotowania. Sprawdziłam datę odlotu kosmolotu. Wierzę że Lerszen był wtedy na pokładzie. Akt ślubu nosi datę ledwie kilka dni starszą niż katastrofa, więc jego żona także tam była.
- Zaraz... Był o to oskarżony?
- Wiem do czego zmierzasz - Susumi pogroziła narzędziem - lecz się mylisz. Lerszen był wtedy w Podziemiu, znaczy sądzę że był, lecz nie mógł być w to zamieszany. W katastrofie zginęło zbyt wielu bogaczy i ważnych osobistości by mógł wyjść z tego z głową na karku. Nieważne kim był i kogo znał, za sam cień podejrzenia o współudział posłaliby go prosto do kopalni, gdzie po kilku dniach nastąpiłby wypadek. Rozumiesz?
Rozumiał. I tak nigdy nie lubił wenusjańskiej kuchni. Zawsze miał po niej zgagę; była za ostra, podobnie jak afery polityczne, ale po nich czekałoby go coś gorszego niż zgaga.
- Ty w to nie wierzysz?
Susumi wreszcie zablokowała wysięgniki. Wojowniczo pokiwała narzędziem.
- Lerszen wygląda na dobrego człowieka, a ja znam się na ludziach - gdy tylko to powiedziała, przypomniał sobie jak nie tak dawno temu sam w to wierzył - Nie jest terrorystą, raczej idealistą, nie do końca rozumiejącym co się dzieje, więc dla mnie ta sprawa śmierdzi tym bardziej. Skąd taki człowiek miałby mieć taką przeszłość, przy takich znajomościach? Jakim cudem to przeżył? I dlaczego wygląda to tak jak gdyby Kosa, a może sami Protektorzy, pozwalali nam dowiedzieć się o wszystkim? Nie zwykli ujawniać ilu przestępców trzymają na wolności, w zamian za ich wiedzę i umiejętności.
- Wszystko zostało sfabrykowane?
Susumi założyła ręce, brudząc kombinezon.
- Właśnie to mnie martwi najbardziej, że to wszystko jest autentyczne. Być może to tylko wychwytywacz do złapania czegoś większego. Wil, Kostucha naprawdę lata dookoła Lerszena. Mówię to tylko tobie i mam nadzieję że zachowasz to w tajemnicy. Brakuje tu tylko Protektorów, ale gdy oni wkraczają, wtedy już... - gest wokół szyi nie pozostawiał żadnych wątpliwości - Czasami... boję się tego, lecz... na zarazę, jestem wściekła! Manipulują nami, a my się temu poddajemy! Chcą byśmy się od niego trzymali z daleka i na próżnię, my to robimy! Boimy się że wsadzą szpiega do naszego zespołu.
- Ty nie.
- Ty też. Ja, bo gwiżdżę na Kosę, a ty dlatego że aż do dziś nie miałeś o niczym pojęcia. Zapamiętaj sobie, to tylko człowiek - pogroziła narzędziem - Mam gdzieś co robił kiedyś. Niech sobie będzie byłym Podziemiowcem. Póki zachowuje się normalnie i nie naraża nas na nic, nie będę go unikać. Nikt mi nie wmówi że ktoś stale obserwowany przez automaty jest w stanie skonstruować i podłożyć bombę. Nie dopóki ci, co go obserwują, sami tego nie zechcą!
Cała Susumi. Nie bała się niczego, lecz tym razem czuła przez skórę że powinna.
- Mogłaś powiedzieć mi wcześniej - zauważył.
- Próbowałam, nie słuchałeś! Nie mogłam czymś takim walić prosto ze śluzy! Na przestrzeń, to tylko podejrzenia, nawet jeśli wyjątkowo przejrzyste. Gdyby na ich podstawie któryś odważył się powiedzieć że Lerszen to przestępca, albo co grosza Podziemiowiec, sama wykopałabym jego dupę przez najbliższą śluzę! Szczerze ci radzę, nie mów o tym swojemu kumplowi, Rikadowi. Gotów go zwolnić, jak Hemula, a jeśli to zrobi...
Po tym jak znów mu pogroziła nie miał wątpliwości co do intencji. Nie lubił gdy w jego pobliżu ktoś wymachiwał ciężkimi narzędziami.
- Cóż, dzięki za szczerość. Jak się dowiesz więcej, tym razem daj mi znać.
- Niech mnie zaraza jak tego nie zrobię, ale daj mi wreszcie pracować. Jak chcesz, porozmawiamy o tym wieczorem.
- Będę czekał w barze.
Odchodząc, Wilan zaczął rozważać czy nie warto znów zakraść się do gabinetu Hesina, by sprawdzić to o czym właśnie usłyszał. Dawno tego nie robił, nie miał też powodów by nie wierzyć Susumi na słowo. Jak dojść do tego kto za tym stoi? Kim był ten ktoś na górze, który ciągnął za włókna? Jakiś polityk, bogata rodzinka, a może korporacja? Czy Flota odgrywała w tym jakąś rolę? To było prawdopodobne. Korpus Ochrony każdej stacji składał się z żołnierzy Floty, wyspecjalizowanych w zwiadzie elektronicznym i temu podobnych rzeczach. Jeśli to Kosa maczała w tym palce, Flota musiała o tym wiedzieć.
Pomyślał o obejmującym stację łańcuchu dowodzenia. Choć Korpus podlegał bezpośrednio Centrali Stacji - rządzonej przez pełnomocnika korporacji dzierżawiącej stację od rządu - często współpracował zarówno z policją, jak i z Urzędem Opieki. Mógł też wykonywać nieoficjalne rozkazy od któregoś z admirałów, działając na oba fronty. Centrala odpowiadała za bezpieczeństwo stacji i powstrzymywanie uciekinierów, lecz czy rząd zostawiłby wszystko jedynie w rękach korporacji?
Nie od tego byli na stacji Protektorzy. Jeden z nich, w randze co najmniej Starszego Protektora, nadzorował wszystkie ważniejsze decyzje Centrali. Nie mógł na nie wpływać, nie bezpośrednio, lecz wiedział gdzie z tym iść. Sytuacji nie rozjaśniała sama Kosa - dbała o bezpieczeństwo stacji, lecz choć zarządzała strefą doków, system lokalizatorów podlegał na równi jej jak i Protektorom - jawna furtka do obustronnej wymiany informacji. W tej pozornej komplikacji, jak teraz odkrył, tkwiło źródło stabilizacji. Istniała specjalizacja w ramach agend, zachowano kierowany strumień przepływu informacji i subtelną wzajemną kontrolę nad poszczególnymi podzespołami.
Koniec końców to Protektorzy, teoretycznie pozbawieni wszelkich uprawnień, mieli nadrzędną rolę w podejmowaniu decyzji, zaś Protektorzy to Rząd. Tylko Kosa, choć technicznie była tworem Floty i Rządu, podlegała bardziej korporacjom niż im. Władcą włókien mógł być równie dobrze polityk, jak i admirał. Czyżby szykował się przewrót, a ewakuacja Lerszena miała kogoś powstrzymać od zabrania w nim udziału? A może na odwrót, miała uwolnić czyjeś ręce? Może ktoś chciał po cichu wyłączyć go z gry? Czy... nie, to było niemal niemożliwe, lecz czy rząd wszedł w układ z kolonistami, a Kosa próbowała do niego nie dopuścić?
Ludzie już tacy są, pomyślał. Gdy się im powie połowę prawdy, wierzą że to wszystko i nie pytają o drugą. W jednym Zefred miał rację. Wilan nie mógł i nie chciał się wycofać, ale mógł zażądać wyjaśnień.
*
Ten dzień, jak się wkrótce przekonał, od początku nie miał należeć do udanych. Kolonista nie zjawił się na umówionym spotkaniu. Coś musiało się stać. Zefred nie był człowiekiem który się spóźnia, czy zapomina.
Szczęśliwie lub nie, los nie pozwolił Wilanowi zbyt długo zagryzać się podejrzeniami. Pół godziny od umówionej pory spotkania dopadł go jeden z pracowników, z informacją iż zwariował jeden z robotów, transportujących sprzęt i części wewnątrz kadłuba.
- Przecież ma zabezpieczenia i zdalne wyłączanie - przypomniał Wilan - W czym...?
- Już nie! Zabezpieczenia pozostały, ale układ zdalnego sterowania i logika poszły w kosmos!
Wilan ściągnął wargi. Jeśli Susumi denerwowała zwykła rozmowa podczas pracy, ta wiadomość doprowadzi ją do furii.
Trzy godziny ganiali robota po korytarzach statku nim zdołali go wyłączyć. Spadający panel, który uszkodził maszynę, przy okazji rozwalił także sekcję łączności, dostarczając zespołowi niezapomnianych wrażeń. W wersjach robotów pracujących na pokładach gwiazdolotów najważniejsze układy były zdublowane; tam podobny wypadek nigdy by się nie zdarzył, jednak w stoczni pracowały zwykłe, tanie roboty. Mieli wprawę, lecz i tak musieli uważać by półtonowy automat niechcący nie rozsmarował kogoś na ścianie podczas niezgrabnych prób wyminięcia. Co z tego że zabezpieczenia uniemożliwiające skrzywdzenie człowieka pozostały sprawne, skoro układy logiki robota były w strzępach?
Zgodnie z prawem serii, gdy skończył się drugi problem, zaczął się następny. Pomoc medyczna już bandażowała otarcia u tych, którzy zdołali wejść na robota i wykonać misję. Wilan obserwował techników, wywlekających unieruchomionego robota przez śluzę gdy, korzystając z zamieszania, przyczepił się do niego Buris. Miał nowy pomysł co zrobić z komorami i wyrzucał mu że nie chciał go wypróbować. Robot wciąż tarasował wejście do kadłuba, więc zaczął się o to wykłócać na środku sali. Miał przynajmniej dość oleju w głowie by mówić tak, by nikt nie potrafił się domyślić o co chodzi.
- Co szkodzi spróbować? - zachęcał Buris - Budowa nie potrwa długo a kto wie, to może się udać. Nie musisz wierzyć, po prostu pomóż.
Dotąd Wilan udawał że stracił wiarę. Dzisiaj udawać nie musiał. Jego gadanie zaczynało mu działać na nerwy. Już zaczynał wychodzić z siebie, gdy pojawił się Zefred.
- Przepraszam że przeszkadzam - powiedział, podchodząc jak gdyby nigdy nic - jeśli miałby pan czas, jest coś o czym...
- Mam czas - rzucił Wilan, spoglądając na umilkłego nie wiedzieć czemu Burisa. Długo przyglądał się Zefredowi, nim posłał Wilanowi pytające spojrzenie. Wilan nie odpowiedział; wziął Zefreda pod ramię i odciągnął na bok, daleko od pełnej ludzi śluzy i jeszcze dalej od Burisa. Chwilę udawali rozmowę o sprawach technicznych by wejść do kadłuba zaraz po tym jak unieruchomiona maszyna została dotaszczona do windy.
Niemal siłą zaciągnął kolonistę do jednego z ekranowanych pomieszczeń. Wtedy wybuchnął. Nie kryjąc złości opowiedział o wszystkim o czym się dowiedział.
- O tym zapomniałeś mi powiedzieć, tak? - wyrzucał gorące słowa niczym działo plazmę - Czy moi pracownicy, choć nie uciekają, muszą wiedzieć więcej ode mnie? Na przestrzeń, gdybym wiedział że tak wdepnąłem...
- Miałem was straszyć? - Zefred przerwał mu gwałtownie - Głupi nie jesteś, dość byś odgadł. Nic by się nie zmieniło, jedynie zacząłbyś popełniać błędy.
- Bałeś się że się wycofam i mój syn nie zostanie waszym łącznikiem? Od kiedy to planowaliście?
- Chcesz znać prawdę? To jest nas dwóch. Jestem tylko pionkiem, najwyżej figurą, w rozgrywce przekraczającej nasze wyobrażenia. Nie kłamałem. Lerszen przekazał pewne ważne informacje na zewnątrz, lecz nie zrobiłby tego sam. Wśród najwyżej postawionych kręgów waszej władzy znajdują się ludzie którzy czują się zagrożeni istniejącym stanem rzeczy. To banda cyników i hipokrytów, równie bezwzględnych jak Protektorzy, jeśli nie bardziej, lecz teraz my i oni mamy wspólne cele...
- A gdy je osiągną postarają się was usunąć. Nie myślałeś o tym? Może to wszystko pułapka, może chcą zdjąć tego teścia Lerszena...
- Zdjąć go? On jest im przydatny tam gdzie jest, jako pośrednik. Ci na górze od kilku lat toczą walkę o to co zrobić z Absolomem. Obie strony mają inne zdanie co do środków, lecz obie chcą by kolonia ugięła się i powróciła pod rządy Układu. Pod presją siły lub szantażu, to nie ma znaczenia. Staraliśmy się rozgrywać sytuację między nimi, lecz teraz admirałowie Floty chcą szybkiego uderzenia na kolonię i zrównania jej z ziemią. To jasne jak gwiazdy że dla kolonistów każde rozwiązanie będzie lepsze niż to.
- Nawet rozwiązanie rządowe?
- Wyciągnięcie Lerszena wytrąci broń z ręki zwolennikom zbrojnego konfliktu. To da nam czas, dla was, na stworzenie naszej obrony. Nie ma już nic więcej ponad to, żadnego kolejnego dna, innych, wyższych racji. Za każdym razem chodzi o Absolom, tylko... tylko poziom skomplikowania sprawy jest inny. Wierzymy że rozwiązanie tej sprawy pozwoli rozwiązać obecny kryzys. Pozwoli, za parę wieków, na otwarcie Układu i swobodną wymianę towarów i technologii. Czujesz się szczęśliwszy, bezpieczniejszy, gdy już wiesz?
Poziom skomplikowania? Przynajmniej wiedział o co naprawdę chodzi. Dokładniej, wiedział to co Zefred twierdził że wie. Subtelna różnica...
- Wiesz co? Nie jesteście lepsi od rządu. Nie ma między wami żadnej różnicy.
- Nie możemy być. Gdybyśmy byli, musielibyśmy przegrać. Nie okłamuję cię, jedynie czasem nie mówię wszystkiego. To różnica...
- Dla mnie bez znaczenia. Jeszcze jedno niedomówienie i nasza umowa będzie nieważna!
Wszystko jedno co oferował im Zefred, w pewne rzeczy nie zamierzał się mieszać. W rzeczy, za które Protektorzy ścigaliby go aż na samą krawędź Galaktyki.
- Widzę że mi nie wierzysz - kolonista sięgnął do kieszeni. Wilan poczuł dziwne spięcie - Zachowałem to jako kartę ostatniej szansy, taki as w rękawie na twoje wątpliwości. Obawiałem się że zaczniesz się zastanawiać ile naprawdę wiemy, ale czuję że to jedyna szansa by choć w części odzyskać twoje zaufanie.
Wyciągnął rękę. Na wysuniętej w stronę Wilana dłoni spoczywał holograficzny ręczny mikroprojektor, wielkości połowy kciuka.
- To do ciebie - powiedział kolonista - Od twoich znajomych. To... dowód zaufania, jakim cię darzą. Jakim my cię darzymy.
Wilan skamieniał. Powolnym, sztywnym ruchem sięgnął po urządzenie. Których znajomych miał na myśli? Bał się tego co może zobaczyć.
- To przyszło do nas kilka dni temu - Zefred zachęcił go ruchem dłoni - Możesz obejrzeć to w domu, ile razy zechcesz, lecz chciałbym być przy pierwszym razie.
Wilan uruchomił projektor. Powietrze zajaśniało. Nad jego dłonią pojawiła się projekcja z życzeniami. Wideokartka, poznał ją od razu - zielona stolica Arakin, panorama z pobliskiej góry. Nadali ją ci sami znajomi z którymi umawiał się na odebranie ze statku! Poznał to po ich osobistym kodzie identyfikacyjnym. Szybko podzielił go przez różnicę między dniem i miesiącem wysłania, widniejącym na spodzie obrazu. Kolonista nie kłamał, projekcja została przesłana kilka dni temu. Na oko, wynik się zgadzał. Jeśli projekcja była podrobiona, to zrobiono to bardzo, naprawdę bardzo dobrze - i z pomocą jego znajomych. Nieważne dlaczego mu pomogli, pomyślał, czy chcieli mi pomóc, czy współpracowali z Zefredem. Jeśli kolonista wiedział także o nich... mógł wiedzieć tyle samo, co Buris, a może i więcej.
- Mogę się z nimi połączyć, by to potwierdzić - powiedział lekko drżącym głosem.
- Jeśli to cię przekona, ryzyko będzie tego warte - jakże delikatne, subtelne przypomnienie konsekwencji najmniejszego błędu. Kolonista był mistrzem podtekstów. Nie mogę ci tego zabronić, mówił, lecz to jest niebezpieczne. Pośpieszna próba skomunikowania się z kolonią może skończyć się wykryciem autora, a na przygotowanie bezpiecznej transmisji nie mieli już czasu. Albo mu zaufa, albo narazi na niebezpieczeństwo. Wybór był jego.
Miał rację, na kosmos, niestety miał rację! Niech to próżnia pochłonie, musiał mu wierzyć na słowo i na tę projekcję. Nie wątpił że dziś wieczorem spędzi wiele godzin, gapiąc się w ten obraz - i myśląc. Kartka, sama w sobie, nie była groźna. Protektorzy dowiedzieliby się z niej tylko tyle że znał ich z czasów studiów. Takie kontakty nie były wtedy rzadkością. Gorzej że mogliby zacząć grzebać w transmisjach pozaukładowych, szukając zaadresowanych do nich przekazów. Złamanie kodów było zawsze tylko kwestią czasu.
- Odkryliśmy że przez ostatni rok często się komunikowaliście - dodał kolonista - To nasze sposoby, Układ nie ma z tym nic wspólnego. Twoi znajomi zgodzili się pomóc, lecz nie zdradzili treści waszych sekretnych przekazów. Załadowałem wiadomość do miejscowego projektora. Modele kolonialne są duże, trudniej je ukryć.
Wilan poczuł ulgę. Nie wątpił iż Zefred specjalnie tak to rozegrał, pozwalając by myślał o najgorszym zanim go uspokoi. Zgrabnie budował to swoje zaufanie. Jeśli już nie ono, będzie go powstrzymywać sama obawa przed jego umiejętnościami manipulacji - i to też była zapewne część manipulacji. Wzmianka o znajomych z Arakin była jak ostrzeżenie - w razie potrzeby zacznę to drążyć.
Na chwilę zapadła cisza.
- Za słabo nad sobą panujesz - powiedział kolonista.
- Pewnie dlatego że nie jestem spóźniającym się agentem! - znowu wybuchnął.
- Miałem powody - kolonista wyjął karty pamięci - Dziś w nocy Lerszen będzie miał wiele pracy. Udało mi się rozpracować kolejny element układanki.
- Jeśli to coś pilnego, Arto może zaraz...
- Nie! Nie możesz wychodzić z pracy w środku dnia, wołać syna ze szkoły i wracać jak gdyby nigdy nic. Ktoś może zauważyć że wychodzisz zaraz po rozmowie ze mną. Rób jak mówię, wtedy nawet jak wpadnę wy będziecie mieć czas by zatrzeć ślady, a może nawet uciec.
- Rozumiem.
- Tak, zrozumienie jest łatwe, lecz nie masz instynktu by pamiętać o takich drobiazgach.
Miał rację, choć nie do końca. Wilan nigdy nie musiał się bawić w podchody z komputerem i ochroną stacji. Nie miał doświadczenia i intuicji Zefreda, nie potrzebował się uczyć jak oszukiwać system i jego perceptory. Posiadał inne umiejętności; zawdzięczał im bilet na pokład statku kolonisty, lecz teraz nie były one wiele warte. Jeśli chciał stąd uciec, musiał na nim polegać.
Oparł dłonie na włazie, lecz nim wyszedł, odwrócił się do Zefreda.
- Byłoby mi o wiele łatwiej gdybym wiedział co kombinujesz. Zwłaszcza po dzisiejszym.
- A mi będzie łatwiej gdy będę wiedział że żaden z was nie zdradzi całej operacji. Ucieczka z takiego miejsca to długotrwałe pociąganie za włókna, szukanie ich i zbieranie w jednym miejscu, wyszukiwanie i umiejętne wykorzystywanie ludzkich słabości. To gra o ludzkie umysły. Elektronika idzie dopiero na samym końcu, lecz to przy niej najłatwiej o wpadkę. Kosa dobrze o tym wie. Już odkryła kilka moich modyfikacji, lecz nie wie kto i po co mógł je zrobić. Chcę być daleko stąd gdy się dowie.
* * * * *
Od rozjaśnienia powrotu do szkoły uciekali już stale. Arto obiecał sobie że nie będzie więcej dawał Iwenowi nadziei, lecz czasami nie potrafił dotrzymać słowa, nawet samemu sobie. Uwierzył że im bardziej mu na kimś zależy, tym łatwiej sprawić by dzięki oszustwu czuł się bezpieczny. Dzięki tej myśli czuł się usprawiedliwiony przed rodzicami.
Gwiezdna Flara pomagała im jak mogła, lecz niewygodna sytuacja zdążyła już zezłościć niektórych wojowników Zema. Arto był pewien że teraz sami chętnie by mu dołożyli, lecz ich kapitan kazał go bronić, więc tak robili. Tylko Żółtoskórzy nie zadawali pytań. Żadna inna grupa nie była tak posłuszna swojemu przywódcy. Ich obecność skutecznie powstrzymywała Anhela przed popełnieniem głupstwa. Wprawdzie ich wróg szybko wynajdował nowe sposoby na ich sztuczki, lecz Zem ani Arto nie pozostawali wiele w tyle. Grupa wciąż była słaba, wojownicy - wystraszeni; na szczęście cień dawnego Smoka podtrzymywał wrażenie siły, a w powstałym zamieszaniu nikt nie myślał o walce. Ten spokój, w samym środku burzy, był mu jedyną ulgą.
Trzymali się blisko siebie. Arto w porę wyczuwał pułapki, lecz cena ostrożności była wysoka. Stali się chorobliwie, wręcz paranoicznie ostrożni. Bali się choćby zbliżyć do łazienki; zbyt dobrze wiedzieli kto tam na nich czeka. Takich drobiazgów było mnóstwo, każdy jeden nie pozwalał mu zapomnieć o zgotowanym przez Anhela paśmie upokorzeń.
Od paru rozjaśnień istniał tylko w dwóch stanach - wytężonej czujności lub ponurych rozważań. Przez długie godziny pozwalał pożerać się myśli iż Żimmy znów wykorzysta sytuację. Podejrzenia mijały i powracały, lecz ich sytuacja nie zmieniała się ani o grubość włókna. Z lubością pozwalał pochłonąć się rozmyślaniom nad swoją klęską, tak bardzo że ktoś mógłby pomyśleć iż wracanie myślami do ostatnich zdarzeń sprawia mu perwersyjną, mroczną przyjemność. Trzy tygodnie temu był znany i szanowany, dziś był karaluchem, nawet dla tych którzy jeszcze nie tak dawno bali się samego jego widoku. Czy naprawdę aż tak mało znaczył, aż tak ulotna była szkolna lojalność? Dlaczego przegrał, czego nie wiedział o szkole? Anhelo niszczył go pod każdym możliwym względem. Nawet gdyby przeżył, nigdy nie odzyskałby dawnego szacunku.
Nie tak dawno patrzył obojętnie na uciekających wyrzutków, pozwalając swoim wojownikom przyłączyć się do pościgu. Teraz sam był jednym z nich, zobaczył inną część obrazu zwanego szkołą. Odkrywał sposoby unikania kopniaków i pięści starszaków, poznawał jak nędzne było ich życie. Codziennie pytał siebie kto tak naprawdę był twardy - on, były kapitan, kiedyś najsilniejszy piątak, czy beksa, która znosiła swój los samotnie i w milczeniu, rok po roku.
Obserwowali ich nie tylko wrogowie. Chłopcy z Włóczni pojawiali się w pobliżu i patrzyli w milczeniu, by uciec gdy tylko zwracał ku nim swój wzrok. Nie rozumiał jaką perwersyjną przyjemność, a może karę, sprawiało im wystawianie na korytarzu i wodzenie za nimi ponurym wzrokiem. Czasami, gdy ich spojrzenia krzyżowały się na sekundę lub dwie, mógł zajrzeć w ich oczy - chłodne niczym sam kosmos i w pewien sposób martwe. Stali i patrzyli, jakby na coś czekali. Sprawdzali czy się załamie i zabije Iwena, by Anhelo zostawił go w spokoju? Czy poczują się usprawiedliwieni gdy ktoś taki jak on postąpi podobnie? Liczyli iż mimo wszystko wygra z Anhelem, mszcząc się także za nich, czy po prostu chcieli być przy tym jak ich dopadnie?
Myśl o zemście nie dawała mu spokoju. Tylko ona sprawiała że ożywał. Nie mógł wygrać z Anhelem, więc zaczął szukać innego winnego. Ktoś musiał ich zdradzić tego rozjaśnienia, ktoś ich wystawił, to było dla niego oczywiste. Jak inaczej, na przestrzeń, Anhelo tak szybko mógłby tak szybko i skutecznie zastraszyć jego mrówki? Nawet jeśli to on wsadził robaka do systemu, nie pomógłby mu on w rozbiciu siatki. To jego zastępcy byli łącznikami z młodszakami, spotykali się z nimi osobiście, na przerwach.
"Mamy szczura w sieci" - napisał do Żimmiego, streszczając swoje podejrzenia.
"Na kosmos masz rację ale jak go znaleźć to chyba niemożliwe".
"Ktokolwiek to jest musiał odebrać swoją nagrodę" - odpisał - "tak go znajdziemy".
Doświadczenie podpowiadało mu że gdy brak czegoś, czego można się uczepić, najlepiej jest obserwować. Jeśli Żimmy wciąż był mu wierny, w tym jednym mógł mu pomóc.
Wreszcie mógł działać. Rozpoczął operację na ogromną skalę. Pomagali mu obaj zastępcy, Lien i kilku najbardziej zaufanych wojowników. Szukali czegokolwiek dziwnego - i znaleźli, już na drugie rozjaśnienie. Rozwiązanie było znacznie prostsze niż sądził.
"To może być to" - napisał Dert wkrótce po odebraniu raportów - "sprawdź sam od bitwy z pilpem każdy wiedział że 2b jest nasza lecz nie oberwali ani razu choć inni dostali po równo".
Dert się nie mylił. Arto przypomniał sobie różne zdarzenia z kilku ostatnich rozjaśnień. Z tą klasą obchodzono się dziwnie łagodnie. Ostatecznym dowodem było dla niego zeznanie jednej z dawnych mrówek. Pod presją siły chłopiec przyznał iż widział jak Karros rozmawiał o czymś z Mirą - i tamten nawet nie ruszył go palcem.
Równie dobrze Karros mógł się spotkać z samym Anhelem. Od czasu ich desperackiej ucieczki Mira przestał ukrywać po czyjej stoi stronie. Szybko stał się pośrednikiem Anhela, jego okiem i uchem, rozmawiającym z każdym kto bał się osobiście zbliżyć do jego nowego szefa. Chociaż jego Arto rozumiał. Sam wyhodował sobie tego wroga. Nie dziwił go już gniew Arista - jego podwładny zyskał nowego, potężnego obrońcę, uciekając spod jego władzy. Więcej, Mira wykorzystywał Anhela by odzyskać siły i pozycję. Zemsta na Ariście była tylko kwestią czasu; póki co mścił się na sprawcy - na Arto.
Lecz Karros nie miał powodów do zemsty. Arto zrozumiał że źle go ocenił. Młodszak wcale nie był bezczelny - był bezwzględny. Wykorzystał Smoka by pozbyć się Pilpa, to wiedział, lecz gdy Smok przestał spełniać swoją funkcję, sprzedał go bez wahania w zamian za spokój dla swojej grupy.
"To jest to" - potwierdził - "wy trzymajcie się od tego z daleka sam się tym zajmę".
Nie zastanawiał się wiele nad oczywistością dowodów winy młodszaka. Zamierzał pokazać mu prawdziwe oblicze bezwzględności.
*
Nie chciał mieć świadków ukarania zdrajcy, lecz nie mógł zostawić Iwena samego. Razem zaczaili się przy łazience, niedaleko sali gdzie 2b miała zajęcia. Iwen bezustannie pytał go co zamierza, lecz Arto wciąż milczał. Młodszak przezornie trzymał się swojej grupy, lecz niewiele mu to pomogło. Zgubiło go przekonanie o swojej nietykalności. Gdy go dopadli, trzymał za kark jednego ze swoich wojowników. Zbyt zajęty wyrywającym się, rozwrzeszczanym chłopcem, zauważył Arto dopiero gdy ten złapał go za włosy i odciągnął na bok, jakby ciągnął plecak.
Tym razem pozwolił sobie na wszystko. Nawet wobec Żimmiego nie był tak brutalny. Towarzysze Karosza uciekli niemal natychmiast. Gdy chłopiec leżał już na podłodze, zaciągnął go do łazienki. Tam przygniótł go swoim ciałem, rękoma przyciskając jego ręce do podłogi. Podciągnął kolano pod siebie, przyłożył je pod jego mostek i nacisnął z całej siły.
- Grasz na dwie strony, zdrajco? - w takich chwilach zawsze udawał spokój, lecz dopiero teraz skojarzył swoje zachowanie z Anhelem - Czas na zapłatę...
Chłopiec nie mógł odpowiedzieć. Dusił się, lecz Arto nie przestawał. Mały miał na sobie zbroję, lecz przed nim nie mogła go chronić. Kilku podwładnych Karrosa, którzy odważyli się stanąć w drzwiach, ze zgrozą obserwowało całe zdarzenie. Żaden nie ważył się ruszyć.
- Zabijesz go! - ostrzegł Iwen.
- Wypadek. Nie powiedział że się dusi - uśmiechnął się złośliwie i nacisnął mocniej - Tamci nic nie powiedzą, a dorośli nie uwierzą że zrobiłem to bo tak chciałem. Nie są do tego zdolni.
Nie żartował. Chciał to zabić. Jeśli kiedyś była w nim jakaś granica, teraz przestała istnieć.
- To będzie morderstwo! - Iwen chciał coś dodać, lecz chyba sam nie wiedział co. Arto spokojnie patrzył jak twarz Karossa sinieje, beznamiętnie obserwując jego bezskuteczne próby uwolnienia się. Był w szkole tyle lat a nie widział nikogo tak przerażonego.
- To będzie to samo co... co z Erstem!
- Erst nie zagrażał Anhelowi. Ten mały szczur wiedział co chce z nami zrobić, a jednak mu powiedział. Mam prawo się bronić.
- To nazywasz obroną? Przestań!
Nie odpowiedział. Przemiana twarzy jego ofiary dziwnie go fascynowała. Pierwszy taki wypadek w historii szkoły... Inni zaczną się go bać, jak Anhela. Poczuł siłę i satysfakcję. Ten włada daną rzeczą kto potrafi ją zniszczyć - rzeczą lub osobą, zniszczyć lub zabić. Żaden pierścień nie da mu tego co da śmierć tego szczura. Może dorośli znowu wejdą do szkoły. Może ten martwy karaluch da nam czas by wytrzymać...
Kątem oka zauważył szybki ruch po lewej stronie - zbyt późno by zareagować. Coś niespodziewanie obaliło go na podłogę. Iwen. Przeturlali się kawałek nim Arto przygwoździł go do podłogi, unieruchamiając ręce i nogi.
- Na otchłań, co ty wyprawiasz? - odwrócił się w bok, by zobaczyć jak Karros ciężko chwyta powietrze. Wystarczyła mu chwila by podnieść się na nogi, lecz Arto nie puścił Iwena.
- Nie pozwolę ci na to! - Iwen spróbował się uwolnić, lecz Arto mocno go trzymał - Nie pozwolę! Nie będziesz zabijał!
- Ty kopalniaku! Ty i to twoje ziemskie wychowanie! Nie rozumiesz że ta wojna toczy się o ciebie? Nie będziesz mi rozkazywał jak ją wygrać!
- Liczysz się tylko ty, tak? - Iwen znieruchomiał. Z determinacją spojrzał mu prosto w oczy - Więc zrób mi to co chciałeś zrobić jemu! Wtedy Anhelo na pewno ci wybaczy. Wojna się skończy! Może nawet zostaniecie przyjaciółmi, mordercami! - krzyknął.
Arto poczuł trzęsącą nim złość. Niemal uderzył go w twarz, byle go uciszyć, byle by się zamknął. Za kogo go brał? Myślał że chce się go pozbyć by ratować własną skórę? Puścił go i wstał. Karros i jego towarzysze uciekli. Arto był autentycznie wściekły.
- Dlaczego tu jesteś? - jego twarz wykrzywiła się w nieopanowanym gniewie. Stanął przed Iwenem, wywrzaskując na niego tak wiele złości, ile był w stanie - Po co, na próżnię, pchałeś się na tę szczurzą stację? Skoro było wam tak dobrze, trzeba było zostać na dole!
Machnął ręką, wskazując na podłogę. Iwen odskoczył, przewracając się. Na jego twarzy czaił się strach - strach przed nim.
Stał tak dłuższą chwilę. Arto starał się ochłonąć. Iwenowi wróciła odwaga. Wstał.
- Myślisz że było nam tam dobrze? - krzyknął - To twoi rodzice mają impulsy, nie moi! Nie wiesz jak to jest!
- Nienawidzę cię! - Arto wysyczał mu prosto w twarz. Bezsilnie zacisnął trzęsące się pięści. Nie potrafił go zbić, choć Iwen pozwolił uciec zdrajcy który sto razy zasłużył na śmierć.
Iwen zamrugał. Jego oczy zaszkliły się od wilgoci. Zacisnął zęby.
- Kłamiesz - powiedział dziwnie spokojnie, choć głos mu drżał - Poza twoimi rodzicami jestem jedyną ludzką istotą na jakiej ci zależy.
Długo stali, patrząc na siebie. Nigdy nie czuli do siebie tyle nienawiści.
- Wiem jak jest tutaj! To mój świat, moja Ziemia! Mam dość twoich zasad, rozumiesz? - wybuchnął. Mówił jak Żimmy, wiedział o tym, a jednak mówił dalej - Co mnie one obchodzą? Co obchodzą innych? Nie będę za nie umierał! Tu jest inaczej! Nie mów mi co mam robić, a czego nie! Jesteś głupi, kopalniak!
- Ale nie jestem mordercą. Ani ty.
Te słowa go uspokoiły. Nie był mordercą. Nie był taki jak Anhelo.
- Ten młodszak chronił swoją grupę. Robił to co ty... - oczy Iwena wyschły, lecz wciąż wyglądał dziwnie.
- Wiem co ja też! - odwarknął - Ja nikogo nie wydałem na śmierć by nas ochronić!
- A tych dwóch starszaków?
Miał rację. Nieważne czy ich lubił czy nie, Iwen miał rację. Zginęli przez niego.
- Ten karaluch na to zasłużył! - powiedział. Gniew zniknął. Przez chwilę wyobraził sobie że to Anhelo leżał wtedy pod nim, bezradny i zdany na jego łaskę. Czy gdyby naprawdę to był Anhelo, Iwen też by się na niego rzucił? Zawahał się. Kogo naprawdę chciał dziś zapuszkować, Karrosa czy Anhela? Zachowywał się zupełnie jak Mira!
Zauważył że Iwen znowu patrzył ze strachem, lecz nie na niego. Odwrócił się. Do środka wszedł Żimmy, wlokąc ze sobą panicznie wyrywającego się Karrosa.
- Widziałem jak ucieka - wyjaśnił jak gdyby nigdy nic - Pomyślałem że jeszcze z nim nie skończyłeś.
Czy skończył? Nie był pewien. Kątem oka spojrzał na Iwena.
- Mówiłem że załatwię to sam!
- To także moja sprawa - pchnął malca w jego stronę. Arto pochwycił go nim spróbował uciec - Nie pozwolę by szczyl tak mały, że gdyby się wyprostował to może dałby radę pocałować mnie w jaja, wykorzystywał i zdradzał moją grupę - oświadczył głośno - Za to nikt nie będzie mnie ścigał. Gdybym to tak zostawił, inni zaczęli by się z nas śmiać.
Słowa były inne, lecz myśl bardzo podobna do tego co Anhelo wmawiał innym kapitanom. Arto spojrzał na skamieniałego Iwena, potem na Karrosa. Młodszak był blady. Trząsł się cały, jego spodnie były wilgotne i cuchnące moczem. Poczuł obrzydzenie do tego tchórza. Skoro odważył się zrobić co zrobił, powinien liczyć się z konsekwencjami i stawić im czoło.
Z całej siły rzucił go o ścianę i uniósł w górę, aż stopy zawisły nad podłogą.
- Od teraz twoje życie należy do mnie, karaluchu! - powiedział chłodno, patrząc w rozbiegane od strachu oczy - Masz informować mnie o wszystkim co robi Anhelo i nie obchodzi mnie jak się tego dowiesz. Jeśli do jutra nie usłyszę niczego, będziesz trupem. Jeśli zginę wcześniej, dopadnie cię Żimmy albo Zem, a on jest Żółtoskórym. I piśnij słowo o czymkolwiek, to jutro znajdą cię w Ostatniej Przystani, razem z twoimi szczurzymi kumplami! - syknął.
Puścił go. Karros upadł na podłogę; podniósł się szybko i rzucił do ucieczki. Nie wytrzymał. Arto odprowadził go wzrokiem. Nawet teraz chciał jego śmierci. Nie wiedział czemu go puścił. Karros i tak niczego się nie dowie. Żimmy miał rację. Gdyby go wtedy zlali, może by się czegoś nauczył. Tolerując bezczelność Arto sprowokował go do zdrady.
- Żim, każ Lienowi rozwalić ich system - powiedział.
- Już to zrobiłem - Żimmy wyszczerzył się w uśmiechu, po czym wyszedł.
Zostali sami.
Arto wciąż drżał, choć nie wiedział dlaczego. Patrząc na Iwena pomyślał o Włóczni i zachowaniu Zema podczas rozmowy przed domem. Siła którą czuł przez chwilę także miała swoją cenę, jak wszystko inne. Poddając się jej coś by stracił. Może to dobrze że jesteś tu razem ze mną, pomyślał. Pożałowałbym tego co chciałem zrobić, nie wiem jak lecz bym pożałował. Jutro mógłbym wyglądać jak oni. Lecz słowa podziękowania, czy choćby przeprosin, nawet nie przyszły mu do głowy. Nigdy nie przepraszał, chyba że dorosłych, lecz to zawsze były tylko słowa.
Jaki wybór miał Karros? Wiedział że Anhelo to morderca i wierzył że Arto też chce go zabić. Po tym jak postraszył go Zemem, będzie się bać własnego cienia. Miał szczerą nadzieję że młodszak sam się przez to zabije, oszczędzając innym kłopotu, a jeśli zabraknie mu odwagi także do tego, wystarczy tylko słowo do właściwych uszu by wyręczył go Anhelo.
Dwojaki noszące zbroję, bezczelność na promenadzie, zdrada... jak mógł być tak ślepy by nie dostrzec zmian? On i Karros byli do siebie podobni, lecz dziś dostrzegł między nimi ogromną różnicę. Zasady. Dael dobrze go nauczył. Dzięki niemu zrozumiał że zasady się opłacają. Karros ich nie miał; działał w miarę jak zmieniała się sytuacja, zawsze tylko dla siebie i swojej grupy. Zapewne zostanie kapitanem, jeśli przeżyje, lecz nigdy nie zdobędzie sojuszników. Być może nigdy nie zrozumie do czego mogliby mu służyć.
Poczuł się tak jak gdyby ktoś wystrzelił jego puszkę. Niemal ucieszył się że gdy tacy jak on zaczną swoje rządy, jego tu już nie będzie. To nie będzie szkoła, jaką znał dzisiaj.
* * *
Wymknęli się ze szkoły, by kolejną przerwę spędzić wśród dorosłych. Kiedyś skrzętnie ich unikał, dziś uciekał w cień dawnych wrogów by choć przez chwilę poczuć się bezpiecznie. Wciąż był ponury, lecz zmusił się by wybaczyć Iwenowi, na tyle by podzielić się zabranymi z domu kanapkami. Iwen wciąż nie nauczył się brać z domu gotowego jedzenia, zamiast impulsów, więc dziś wziął go więcej. Robił to także dla siebie - bał się co pomyśli Rous gdy Iwen nagle zacznie zabierać jedzenie z domu lub, co gorsza, zacznie je wykradać.
Usiedli na długiej ławie, ustawionej wzdłuż korytarza rekreacyjnego, tuż przy placu zabaw. Grupa dzieci, zbyt małych by iść do szkoły, bawiła się żelmasą. Odrywały gaście masy, formowały, zlepiały i zestalały pałeczkami energetycznymi w jakąś dużą konstrukcję. Arto z zainteresowaniem obserwował ich zabawę. Próbował sobie przypomnieć jak to było, gdy był w ich wieku i sam tu przychodził. Też się kiedyś bawiłem, pomyślał. Też budowałem żelowe statki i budynki. Lecz potem przestałem. Musiałem trenować.
- Niezłe! - oświadczył Iwen po pierwszym kęsie - Dawno takich nie jadłem.
Zachowywał się jakby nic specjalnego się nie stało. Arto mógł mu tego jedynie pozazdrościć Tak słabo się znali, tak mocno on sam tkwi w szkole i tak bardzo Iwen był zależy od jego umiejętności - a jednak zdołał go powstrzymać.
- Sztuczny dżem - zauważył niedbale - Nie to co prawdziwy.
Pożałował tych słów. Wyglądało na to że się chwali, jednak Iwen nie zwrócił na to uwagi.
- Nie jadłem go całe lata. Ostatnio gdy byłem u dziadka, tego od mamy. On jest bogaty. Niedawno został senatorem, ale to tajemnica. Nawet rodzice nie wiedzą że wiem.
- Akurat! - Arto się skrzywił. Nie krył iż nie wierzy w tę historyjkę, lecz Iwen zdał się być przyzwyczajony do takiej reakcji - I jak się niby nazywa ten senator?
- Nie mogę powiedzieć, ale to prawda - Iwen odpowiedział z pełnymi ustami, nawet na niego nie patrząc - Ciebie bym nie nabierał. Tylko nikomu o tym nie mów.
Wzruszył ramionami. Kogo to obchodziło, komu niby miałby mówić? Iwen nie wyglądał na kogoś kto by się nadawał na zakładnika. Co innego Arto.
- Brać go! - zawołał jakiś młodszak. Arto spojrzał w stronę z której doszedł go głos. Na gwarny plac wpadła dwójka pierwszaków. Dzieci rozbiegły się na sam ich widok, porzucając swoje zabawki, próbując uciec do rodziców, lecz pierwszaki upatrzyły już sobie ofiarę. Rzuciły się za jednym z chłopców, znikając za nim w korytarzu. W ślad za nimi ruszyła garstka dorosłych. Z doświadczenia wiedział jak niewielką mieli szansę na dopadnięcie młodocianych chuliganów. Gdy rodzice dobiegną do swoich rozbeczanych podopiecznych, tamci będą już znikać w oddali, rozdawszy uprzednio dzieciakowi kilka mocnych kuksańców.
Westchnął. Wspomnienia... Na swój sposób, to było dobre, dla obu stron. Przygotowywało młodsze dzieci na szkołę, a pierwszaki musiały na kimś wyładować swój gniew, ból i strach. Tu zapominały o swojej pozycji; mogły odegrać się za szkołę, poczuć siłę, odzyskać wiarę w siebie i wolę by wytrzymać. Jego też tak ganiali i bili, krótko lecz mocno, gdy nie miał gdzie uciec i okazał się nie dość szybki. Życie było wtedy proste, lecz on nie potrafił tego docenić. Wkrótce potem jego dawni towarzysze z sąsiedztwa stali się wrogami z innych grup. Szkoła odebrała mu przyjaciół. W końcu sam zaczął ganiać dzieci z placu zabaw. Lecz nic już proste nie było. Co nie zrobił, wszystko coraz bardziej się gmatwało.
Dlaczego ktokolwiek dobrowolnie mógł sobie tak skomplikować życie? Spojrzał na Iwena. Sam był sobie winny. Sam od zawsze wszystko sobie komplikował.
- I nie zostaliście u niego? - spytał - Nie przysyła wam impulsów?
- Tata go nie lubi. Ja zresztą też. Nic by od niego nie wziął. Od paru lat rzadko się odzywa. Teraz nie możemy go nawet odwiedzać.
- Nie lubi? To nie ma nic do rzeczy! - Arto klepnął się w czoło - Człowieku, ale z ciebie kopalniak! Szkoły też nie lubię, a muszę do niej chodzić. Wszystko ma swoją cenę. Myślisz że dzieci polityków chodzą do takiej szkoły jak my? One uczą się w domu i mają wszystko! Jeśli to prawda to zrobiliście bardzo głupio. Ja bym tam został, choćby nie wiem co.
- To jest prawda! A ty tak mówisz bo nie wiesz jak tam było.
Prawda, nie wiedział. Czy naprawdę mógłby żyć w domu człowieka z rządu, polityka trzymającego tu ludzi jak niewolników, nawet gdyby to był jego dziadek? Pewnie nie, choć nie był pewien co to właściwie oznacza, że ktoś jest jego dziadkiem. Urodził się tutaj, a oni zostali na Ziemi.
- Nie powiesz mi że gorzej niż tutaj.
- No nie... Ale wtedy nie wiedziałem jak wyglądają takie szkoły. Gdybym wiedział że tu trafię, wolałbym już zostać tam.
- Wtedy nigdy byśmy się nie spotkali.
- Prawda...
Jedli w milczeniu. Arto pogrążył się w myślach. Jak to było, że jedni mieli szansę i jej nie wykorzystywali, podczas gdy inni marzyli o niej, lecz jej nie otrzymywali? Nie miał własnych nauczycieli. Nie każdy mógł przekonać Opiekunkę że sam zatroszczy się o wykształcenie swojego dziecka. Może ludzie z rządu wiedzieli jak wyglądają szkoły i dlatego nie puszczali tu swoich dzieci? Jeśli tak, dlaczego nic z tym nie robili?
Miał dwóch nauczycieli - Daela i szkołę - lecz żaden z nich nie nauczył go niczego.
* * *
Ucieczki nie miały końca. Bywało że przeczekiwali w szybach całe przerwy, bojąc się by i tam nie wytropili ich słudzy Anhela. Jego serce zamierało na dźwięk każdego odgłosu. Skryci za plecami nauczycieli, czuli się dokładnie tak jak widzieli ich inni uczniowie - chodzące zwłoki, szukające miejsca w którym powinny paść. Nie zawsze byli w stanie umknąć bez szwanku, lecz mieli dość szczęścia by zrobić to nim doszło do czegoś poważniejszego. Nigdy nie wiedzieli gdzie czają się wrogowie, tylko ich nigdy nie brakowało w pobliżu. Niektórzy z nich byli tymi samymi którzy nie tak dawno pracowali dla Arto, którym pomagał wyjść z kłopotów lub których chronił. Znali go dość dobrze by wiedzieć jak mu zaszkodzić.
To był wyścig z czasem. Chwila w której popełnią pierwszy błąd będzie ich ostatnią. Nienawiść wrogów, podążających za nimi krok w krok aż do zatłoczonych korytarzy, towarzyszyła im w codziennej drodze do wind. Arto wmawiał Iwenowi i Ros że sytuacja, choć groźna, jest opanowana - lecz stare pomysły zawodziły zbyt szybko, a coraz trudniej było wpaść na nowe. Jak długo będą w stanie obejść się bez pomocy matki Iwena? Co jej powie jeśli to Iwen będzie jej potrzebował? Czy zrozumie jak ważne jest utrzymanie tajemnicy?
Za którym razem, zamiast ich śledzić, wrogowie będą czekać na niego pod drzwiami domu?
Trzeciego rozjaśnienia od ich powrotu Zem wysłał ostrzeżenie że coś może się stać. Arto zdwoił czujność - nadaremnie.
Katastrofa nadeszła niespodziewanie. Szli niedaleko nauczyciela, próbując opuścić szkołę. Arto był już niemal pewien że nic się nie może stać, gdy wokół powstał tłok. Starszaki otoczyły ich, unieruchamiając, zasłaniając przed spojrzeniem nieświadomego całego zdarzenia nauczyciela, nieubłaganie odchodzącego w głąb korytarza. Arto próbował krzyczeć, lecz przydusili go tak mocno że jedynie cicho jęknął. Czyjeś ramię zacisnęło się wokół jego szyi. Przez tłum ciał zdołał dostrzec że Iwen zdołał przecisnąć się na zewnątrz. Tym razem nie on był celem. Spróbował sięgnąć do kieszeni, po nóż, by wywalczyć sobie ucieczkę, lecz ścisk narastał, aż unieruchomił go całkowicie.
Choć wśród napastników nie dostrzegł Anhela, Arto nie wątpił że to on był autorem tego planu. Tuż przed pierwszym uderzeniem dostrzegł w tłumie twarz Mira. Pięści, łokcie, kolana - ciosy padały jeden po drugim, a on nie mógł się nawet zgiąć. Uścisk zelżał dopiero po kilku długich minutach. Padł na kolana, zaczął się czołgać, byle dalej, byle do ściany, gdzie nie mogli go otoczyć. Zdołał przebyć może z metr, pod bezustannym gradem kopniaków, gdy tłum rozproszył się, pozostawiając go na podłodze. Napastnicy znikli równie nagle jak się pojawili, kopiąc go na pożegnanie. Chwilę leżał, nim zdecydował się wstać. To był błąd. Zatoczył się pod ścianę, oparł się o nią, zgięty wpół. Paliło go i mdliło, ból ściskał obręczą całe trzewia. Twarz miał nietkniętą, a jednak w ustach poczuł smak krwi.
Przerażony Iwen pomógł mu stanąć prosto. Anhelo eksperymentował i Arto czuł że idzie mu całkiem dobrze. Znalazł nowy sposób powolnego zabijania. Pozwolił mu odejść, licząc że i tak umrze, powoli i w bólu.
Napaść w tłumie miała swoje wady. W ścisku nie było dość miejsca by wziąć dobry zamach. Ich ciosy nie były mocne, lecz w razie potrzeby Anhelo spróbuje ponownie, aż do skutku. Do terminu odlotu pozostało kilka dni, lecz Arto już wiedział że nie pożyje tak długo.
- Przegraliśmy - szepnął z trudem.
Podniósł wzrok. Jakiś chłopiec patrzył się na niego. Choć o rok starszy, był równie słaby i zalękniony jak dwojak. Beksa, wyrzutek. Kiedyś takiej myśli towarzyszyłaby wzgarda, lecz teraz czuł jedynie zdziwienie jak oni dają sobie radę. Ich spojrzenia spotkały się. Nigdy wcześniej nie patrzył w tak smutne oczy, bez wyrazu, bez życia i tak stare.
- Powinieneś odnaleźć Charona - powiedział chłopiec.
- Gdzie...? kim... - nim go zapytał, chłopiec spojrzał w bok, odwrócił się i uciekł.
Arto rozejrzał się. Nikt ich nie obserwował, w pobliżu nie było dorosłych, lecz sługusy Anhela nie czekały. Zrobiły co miały do zrobienia i wynieśli się nim ich wrogowie dobiorą się do ich skóry. Chętnych do tego przybywało z rozjaśnienia na rozjaśnienie. Szkoła była znużona wojną. Najstarsi uczniowie byli z niej coraz bardziej niezadowoleni. Anhelo znalazł się w odwrocie, lecz było o wiele dni za późno.
*
Żo zrobił co mógł, lecz Arto wciąż wyglądał gorzej niż poprzednio. Zaraz potem spróbował umknąć Iwenowi, by niczym ranne zwierzę zaszyć się samotnie w jakiejś kryjówce, lecz Iwen nie odstępował go ani na krok.
- Nie możemy więcej chodzić do szkoły - powiedział, wpełzając za nim do ciasnego, ciemnego pomieszczenia - Może ja, ale na pewno nie ty.
Ufał mu całym sercem. Po zdarzeniu w łazience obawiał się że odwróci się od niego, skazując go na śmierć, lecz czuł że Arto zrozumiał iż zrobił to by go chronić. Gdyby teraz powiedział mu że muszą wracać, zrobiłby to i dalej by milczał. Lecz teraz nawet Arto miał wątpliwości. Siedział skulony, nie próbując udawać że nic mu nie dolega. Obaj byli na skraju załamania i obaj o tym wiedzieli. Wystarczyło by spojrzeli sobie w oczy. Mogli to ukrywać przed rodzicami, lecz nie przed sobą.
- Jeśli ja nie przyjdę, zabiorą się za ciebie. Nie powinniśmy tam wracać, ale wtedy nikt stąd nie ucieknie.
- Skąd to wiesz? Powiedzmy o wszystkim koloniście i rodzicom! Oni coś wymyślą, są...
- Nic nie wymyślą! Będą nas chronić, zrezygnują ze wszystkiego, a jak oni zostaną, my tu zginiemy.
- Nie chcę by ktokolwiek ginął! Chcę byśmy wszyscy dostali się na statek i odlecieli, ja, ty, moi rodzice i twoi, i wszyscy inni. Wszyscy!
Chłód twardego, stanowczego spojrzenia zmroził Iwena do kości.
- A pomyślałeś że to może być niemożliwe? To już nie zależy od nas! Jeśli coś pójdzie nie tak, wszyscy trafimy... my do akademii, a rodzice do kopalni! Są tylko te dwa wyjścia!
- Zawsze jest wyjście, zawsze! - pewność z jaką to powiedział zaskoczyła nawet jego - Sam mi to pokazałeś, ale już nie patrzysz jak trzeba!
- To była tylko próba! - Arto spróbował podnieść głos, lecz zamiast tego skulił się - Jutro zrobią to jeszcze raz, nie tylko ze mną. Oni jutro nas zabiją.
Iwen chciał zaprotestować, lecz nie potrafił. Arto był mądrzejszy i lepiej znał szkołę, a jednak nie potrafił choćby pomyśleć o tym by się jej sprzeciwić.
- Możemy zostać w domu i nie będzie to podejrzane. Jeśli powiemy... Arto, jeśli powiemy o wszystkim na policji, zaczną się przyglądać szkole, a nie nam! To co się tam dzieje... To wy jesteście problemem! Gdybyście przestali robić z tego tajemnicę wszystko by się skończyło! Dorośli by wam pomogli, ale nie mogą, bo wy tak chcecie!
- Tak myślisz? Dorośli musieliby zamknąć wszystkie szkoły! A co z tymi którzy je skończyli? Nie wiedzą o tym, czy wierzą że to się skończyło? A może... - zadrżał - może, gdy dorastamy i przestajemy być zakładnikami, oni zwyczajnie się nas pozbywają...
Nie zrozumiał o czym mówi, lecz zrozumiał co chciał powiedzieć.
- Dorośli nie są wrogami! - zaprotestował - Zawsze byłeś tutaj, nie wiesz jak to jest gdzie indziej - jego głos stał się błagalny - Musimy iść na policję! Gdy powiemy im o Anhelu, będą musieli go zabrać, a nas zostawią! Powiemy że tylko on bije i zabija uczniów, że inni tego nie robią. Szkoła będzie bezpieczna, my będziemy bezpieczni, wszyscy...
Spojrzenie Arto powiedziało mu że aż dotąd taka myśl nawet nie przeszła mu przez głowę. Nie wierzył że dorośli mogą pomagać, nawet po tym jak jego matka uratowała mu życie.
- Policja potrzebuje dowodów a Anhelo jest za sprytny by je zostawić. Może kiedyś, ale teraz... - skrzywił się z bólu - Iwen, teraz on jest doskonały w tym co robi. Bawi się z nami jak zechce. Wiesz co zrobią z nami starszaki, gdy się dowiedzą że jakiś młodszak wydał jednego z nich policji?
- Anhelo nie ma tylu przyjaciół! Jest niebezpieczny, inni się go boją. Szkoła będzie nam wdzięczna!
- Nie on jeden doprowadzał do wypadków! - twarz Arto wygiął grymas gniewu wymieszanego z bólem. Wzniósł dłoń - Zresztą, w porządku, pójdziemy i powiemy tyle by go zamknęli. Udowodnisz że nas bił bo chciał zabić? Bo inaczej on wróci i...
- I co? Myślisz że wtedy będzie gorzej? - odpowiedział z przejęciem. Arto był zły, bo się wahał! - Nie może boć gorzej! Zobaczysz, przekonamy ich, wystarczy że cię zbadają.
- Nie! Żadnych badań!
Arto chwilę milczał. Patrzył na Iwena jakby chciał zajrzeć w jego myśli.
- Taka wiadomość szybko się rozniesie - powiedział w końcu - Dorośli zaczną się przyglądać szkole i dawnym wypadkom, a to zaszkodzi szkole. Rodzice zaczną zadawać pytania. Nawet jeśli jeden karaluch na sto coś powie...
Urwał. Na jego twarzy pojawiło się zdumienie i niedowierzanie.
- Wtedy wszystko się wyda - dokończył Iwen - Możemy zniszczyć szkołę!
Arto skamieniał. Zapomniał o bólu; siedział i myślał, minuta po minucie. Dla niego taka myśl była niepojęta, lecz już robił rzeczy które dla innych były nie do pomyślenia. Dobrowolnie zrzekł się dowództwa by z wojownika stać się wyrzutkiem.
Zniszczyć szkołę? To jakby zniszczyć stację, albo wysadzić Ziemię! Żył nią przez lata, wrósł, nie znał nic poza nią. Był jej częścią, a ona była częścią jego. Myśl że mógłby ją unicestwić... nie, taka myśl nie zjawiała się w ich głowach, nigdy. Byli przekonani że to niemożliwe, wręcz chcieli by szkoła istniała nadal, mimo tego jaka jest. To co że Arto zmienił zdanie, zrobił to dopiero gdy obróciła się przeciwko niemu - i był z tą myślą sam. Dziś jej nienawidził, lecz jutro nie wiedziałby jak bez niej żyć.
Bez niego Iwen nie mógł wykonać swojego zamiaru. Bał się, brakowało mu wiedzy i doświadczenia; działając samemu pogorszyłby tylko sytuację. Arto był niewolnikiem szkoły; myśl o jej zniszczeniu niszczyła także jego. Jak głęboko sięgały te więzy, pomyślał, te kajdany, jak mawiał ojciec, że niewolnik - teraz już wiedział co to znaczy - nie mógł istnieć bez swojego pana? Dla Arto więzieniem były nie tylko pluskwy, czujniki i pancerz stacji, lecz jego własny umysł, sposób myślenia więźnia. To on czynił niewolnika niewolnikiem. Miał szansę, mógł wybrać - prawda i życie lub kłamstwo i śmierć - lecz Arto się wahał! Dla Iwena było to niepojęte. Przez głowę przemknęła mu myśl że oni wszyscy mogą być gotowi umrzeć za swoją głupią szkołę i jej sekrety. Zacisnął oczy. Nie rozumiał tej lojalności; jakby to szkoła była dla nich rodziną, a nie...
- Arto, starszaki uciszą jednego, lecz nie uciszą setki. Gdy dorośli się biją, zajmuje się nimi policja. Pozwólmy jej zająć się szkołą. Arto... Obiecuję, nie powiem że tam byliśmy. Moja mama i tak tam pójdzie jak tylko cię zobaczy, więc to będzie wszystko jedno... Arto, odpowiedz mi!
Arto milczał. Iwen wyciągnął rękę, bojąc się że coś z nim nie tak, lecz Arto nagle ją chwycił i spojrzał na niego. Jego uścisk był mocny, oczy błyszczały żądzą zemsty równie silnej jak w chwili gdy próbował zabić tamtego chłopca.
- Zróbmy to - w ochrypłym głosie brzmiało zdecydowanie - Uprzedzimy ją. Zniszczymy szkołę i Anhela i nikomu o tym nie powiemy. To będzie nasza tajemnica.
* * *
Poszli na komisariat jak tylko uzgodnili co mają mówić. Arto czuł się w pełni usprawiedliwiony. Skoro kolonista mógł kontaktować się ze strażnikami, w imię powodzenia ucieczki, on mógł zrobić podobnie. Z początku sam opowiadał, Iwen tylko przytakiwał. Powiedział o Anhelu, tym co kiedyś zrobił, z każdym szczegółem jaki sobie przypomniał. Myślał o Daelu i o śmierci tych siedmiu których wybrał, o tym że tylko przypadek sprawił że nie był na ich miejscu i że nie pozwoli by to poszło na marne. Lecz wraz z pierwszymi słowami pojawiło się przerażenie że powie za dużo i policja wyśle go na badania. W tym jednym strach zwyciężył - nie powiedział o tym co działo się przez ostatni tydzień.
Przesłuchujący ich dorosły patrzył na niego czujnie, starając się zachować spokój, lecz Arto widział jak trzęsły mu się ręce gdy wprowadzał projekcję rozmowy do konsoli. Jego własny strach przybrał na sile. Nagle nie był w stanie wydusić z siebie słowa. Myślał już tylko o jednym - coś takiego spotkało Wela, a gdy się wygadał, znikli wszyscy dorośli którzy o tym wiedzieli. Gdy sprawa ucichła, znikł także Wel. Tego nie zrobiły starszaki, wiedziałby gdyby tak było. Zrozumiał że był ktoś jeszcze, ktoś spoza szkoły, kto chciał by jej tajemnica pozostała bezpieczna. Pożałował że tu przyszedł, ale było za późno.
Przesłuchanie zajęło dwie godziny. Pod koniec Arto zaczął gorączkować, lecz krył się z tym, poprzysięgając sobie że tylko Rous pozwoli się obejrzeć. Nie chciał zniknąć, nie teraz, gdy policja poznała prawdę i znów zacznie pilnować szkoły i Anhela. Wreszcie przesłuchujący ich policjant spojrzał na nich dziwnie i kazał wracać do domów.
Wyjście na korytarz było niczym uspokajający balsam. Przestał zwracać uwagę na otoczenie, zapomniał o policji, myślami był w rozjaśnieniu w którym mieli opuścić stację. Zrobią to, na wiele rozjaśnień wcześniej nim ktoś zechce by zniknął. Nie będzie Anhela ani szkoły, tylko on, Iwen, rodzice i prawda, tylko prawda, nigdy więcej kłamstw, tajemnic, oszukiwania... Nigdy więcej koszmarów, bólu, wstrzymywanych łez, gdy budził się w środku zaciemnienia - wierzył że to także zniknie, jak tylko odlecą. Nigdy więcej pluskwy, Opiekunki, akademii. Może wreszcie pozna co to jest, to normalne życie.
Widząc że z nim źle, Iwen przynaglił kroku. Wkrótce musiał go prowadzić. Arto widział już tylko zamazane plamy. Całą siłę skupiał na tym by iść w miarę normalnie, zwracając jak najmniej uwagi dorosłych, lecz w pewnym momencie, gdy nikogo nie było w pobliżu, nie wytrzymał i zwymiotował. Czuł ogarniającą całe ciało słabość, był rozpalony i mokry od potu. Co jakiś czas uderzenie fali gorąca rozlewało się od brzucha do czoła. Nie był pewien czy na chwilę nie stracił przytomności.
- Wytrzymaj jeszcze trochę - ponaglał go Iwen - Już niedaleko. Wszystko będzie dobrze.
Przyspieszyli. Nie pamiętał jak doszli do jego domu, lecz gdy znalazł się w pobliżu znajomych drzwi, poczuł że czuje się lepiej. Wiedział dlaczego. To był strach, przed Rous.
Rous zjawiła się niemal w tej samej chwili gdy Iwen przytknął identyfikator do drzwi. Razem zanieśli go do pokoju i położyli na łóżko. Ból zelżał tuż po serii pośpiesznych wstrzyków. Znów mógł widzieć. Usiadł. Iwen obserwował go z niepokojem, jego matka była przerażona.
- Dziękuję, już mi lepiej - powiedział.
- Czujesz się lepiej, ale nic poza tym! - odpowiedziała gwałtownie - Nie rozumiesz że umierasz?
Iwen wyglądał jakby przeszła przez niego cała energia z reaktora. Zaniemówił.
- Nie dostałem aż tak mocno! - zaprotestował.
- Jesteś dzieckiem! Poprzednie leki rozluźniły tkanki, by ułatwić regenerację. Musiałeś znowu to zrobić? Dwa tygodnie spokoju były ponad twoje siły? Aż dziw że byłeś w stanie iść - nerwowo złapała w garść kilka pustych pojemników i podetknęła mu je pod nos - Te leki dadzą ci trochę czasu, lecz potem... potem będzie puszka, twarda, plastikowa puszka. Bez prawdziwej pomocy za dwa dni będziesz trupem. Jeśli nie potrafisz myśleć o sobie, pomyśl o nas! Jeśli umrzesz, wszyscy możemy tu zostać, na dobre.
Upuszczone pojemniki rozsypały się bezładnie po podłodze. Rous nerwowo rozgarnęła palcami włosy. Jeszcze chwilę temu Arto myślał że wyolbrzymia problem - przecież raz już umierał i nic, poza bólem, mu się nie stało. Teraz jej strach udzielił się także jemu.
- Przysięgam, pójdę do prawdziwego lekarza, zrobię co pani zechce, naprawdę! Tylko... rodzice nie mogą o tym wiedzieć! Inaczej...
- Nic z tego! Już ci nie wierzę! Poza tym, już ich wezwałam. Wasza gra jest skończona! Nie wiem w co się wpakowałeś, lecz nie pozwolę byś wciągnął w to mojego syna! Nie dbam o karty pamięci! Zefred będzie musiał...
- Ja tylko próbowałem go bronić! - zawołał. Ból natychmiast zgiął go wpół.
Rous spojrzała na Iwena. Iwen odpowiedział bolesnym spojrzeniem. Zawahała się.
- Zobaczymy. Tym razem się nie wymigasz. Wytłumaczysz się, czy tego chcesz czy nie.
Nie miał siły by zaprotestować. Miał nadzieję że zdąży coś wymyślić. Nie mógł pozwolić by właśnie teraz, gdy uwierzył że mogli bezpiecznie wrócić do szkoły, rodzice rozkazali im zostać w domu.
* * *
Drzwi nie były zamknięte. Otworzyły się gdy tylko ich dotknęła. Niepokój Ene wzrósł jeszcze bardziej. Rous chodziła nerwowo po pokoju, unikając próbującego ją uspokajać kolonistę. Wilan już tu był; obserwował sytuację w milczeniu. Wiadomość niewiele mówiła, lecz brzmiała poważnie i dotyczyła Arto.
Zabezpieczyła drzwi i weszła do pokoju.
- Nie wiem co się stało! - tłumaczył Zefred - Pani Rous, proszę się uspokoić...
- On umiera! - Rous wyciągnęła rękę w stronę Arto. Wraz z Iwenem stał pod ścianą, gapiąc się w podłogę. Gdy weszła jego głowa nie uniosła się nawet o milimetr. Wyglądał bardzo źle. Jej obawy zmieniły się w ukłucie przerażenia.
- Ustabilizowałam go, zatrzymałam krwawienie wewnętrzne, dałam znieczulenie, ale to półśrodki! - Rous stanęła przed Zefredem - Każda godzina zwłoki to ryzyko trwałych uszkodzeń, nie do usunięcia bez regeneracji organów! Musicie go zabrać już teraz! Dwie doby, może mniej...
- Co się stało? - Ene z przerażeniem spojrzała na męża. Był opanowany, wręcz z plastali; stawał się taki zawsze ilekroć działo się coś niezwykle poważnego - Co się dzieje?
Zefred zauważył jej obecność. Rzucił jej krótkie, poważne spojrzenie. Nie odpowiedział.
- Wasz syn znowu został pobity! - Rous w zdenerwowaniu splotła dłonie. Spojrzała z gniewem na Zefreda - W co nas pan pakuje, w wojnę gangów? To nie było częścią umowy!
- Znowu? - Ene poczuła słabość. To było niczym koszmar na jawie. Dlaczego Wilan nic nie robi, dlaczego stoi i czeka? Niech coś powie, niech...
- Dlaczego nic o tym nie wiemy? - Wilan musiał czytać w jej myślach.
- Wszystko wyjaśnię - Zefred starał się jednocześnie uspokoić obie matki i jeszcze poświęcić uwagę Wilanowi, lecz przychodziło mu to z coraz większym trudem.
- Jeśli to ma tak wyglądać... - zaczęła Rous.
- Proszę, nie mamy na to czasu! - kolonista podniósł głos - Lerszen wszystko pani wyjaśni - odwrócił się do Ene i Wilana - Wytłumaczę wszystko jeszcze dziś wieczorem, lecz pozwólcie mi wreszcie działać!
W pokoju zapanowała kosmiczna cisza. Zefred podszedł do obu chłopców.
- Powiedzieliście o tym komukolwiek? Arto, czy badał cię jakiś lekarz?
- Nie - Arto uniósł głowę i spojrzał Zefredowi w twarz. Iwen pokręcił głową - Przyszliśmy prosto tutaj.
- Czyście powariowali?! - zawołała Rous - Nie wiem po co pan tu przyszedł, ale on musi...
Zefred uniósł dłoń i zamknął oczy. Jeśli kiedykolwiek był bliski utraty panowania nad sobą, to właśnie teraz.
- Jeśli to zrobi, za kilka dni lekarz zniknie ze stacji, a ja nie będę mógł obiecać że Arto nie zostanie zabity, przez tego kto mu to zrobił. To nie takie proste!
Jego nagły gniew zaskoczył wszystkich. Pierwszy raz Ene widziała by dotąd tak opanowany człowiek okazał tak silne emocje. Wewnętrzny głos kazał jej nie ufać, lecz kolonista mówił tak jak gdyby los całego Układu był dla niego mniej ważny od jej syna.
- Nie mam czasu na wyjaśnienia, nie teraz - Zefred szybko się opanował - Jeśli popełnimy błąd, nasz zamiar się wyda. Chłopiec potrzebuje opieki, ale...
- Znam lekarza który nie zadaje pytań - wtrącił Wilan - Jeśli sam nie pomoże to powie do kogo się zgłosić. Jeśli chodzi tylko o to...
- Zabierzcie go do niego, sami - w geście niczym prosto z teatru Zefred wyrzucił rękę w stronę stojącego kilka metrów dalej Wilana - i uważajcie co mówicie. Zaufajcie mi, ten jeden, ostatni raz - spojrzał na Arto - Wieczorem wszystko wyjaśnimy. Razem.
* * * * *
Niewielki gabinet wypełniało nieznane Arto wyposażenie. Kręcący się po pomieszczeniu, ubrany na biało mężczyzna miał go ocalić, jednak strach przed lekarzami był zbyt silny.
Pierwszy lekarz do którego poszli nie był w stanie lub nie chciał mu pomóc. Arto niemal fizycznie wyczuwał jego strach. Lekarz tylko popatrzył na chłopca i od razu wysłał ich tutaj. Dorosły w kitlu był w średnim wieku, za wyjątkiem oczu - te wyglądały staro, jakby widziały więcej niż mogły znieść. Zapach, jaki roztaczał wokół siebie, przypominał niektóre opatrunki Żo. Matka też go poczuła.
- Nie wiem czy to właściwy wybór - po raz kolejny szepnęła do ojca - Przecież on jest...
Rodzice nie potrafili szeptać. Mężczyzna musiał ją usłyszeć, lecz nie zareagował.
- To dobry lekarz - ojciec ścisnął lekko jej dłoń, odpowiadając równie nieudolnym szeptem - Nie znajdziemy lepszego. On, albo...
Nerwowy uścisk w gardle stał się dla Arto niemal nie do zniesienia. Wszystko, byle nie skończyć jak Wel, byle nie teraz. Lecz nawet strach przed lekarzem nie był tak silny jak ten przed rozmową z rodzicami. Sama myśl wywoływała w nim wewnętrzną blokadę. Ile będzie musiał im powiedzieć? Ile wiedział Zefred? Po co się wtrącił? Mógł kłamać, jak zawsze!
- Dobra, chłopcze - lekarz stanął przy płaskiej leżance i odsunął na bok wiszący nad nią panel skanera medycznego - Ściągaj zbroję i wskakuj na stół.
Więc wiedział. Arto poczuł dreszcz. Ze wstydem odwrócił się od nie rozumiejących niczego rodziców. Zdjął koszulkę, zbroję, po czym, wciąż unikając ich wzroku, położył się na leżance, kładąc głowę w zagłębieniu na jej lekko uniesionym końcu. Lekarz przesunął skaner nad jego ciało. Arto wbił wzrok w sufit, próbując nie zwracać na niego uwagi.
Dorosły długą chwilę spoglądał na niego z góry, przez szeroką, przezroczystą powierzchnię.
- Regeneratory tkankowe? - spytał obojętnie - Albo macie w grupie zdolnego medyka, albo ktoś odbiera mi pracę. I ten ślad na karku... Dawno zdjąłeś bioinduktor?
Arto zdrętwiał.
- Jakiś tydzień temu - odpowiedział, wciąż patrząc na sufit, choć nie było na nim niczego poza monotonią idealnie czystej bieli.
- Nie musisz się spinać. Nic ci tutaj nie grozi - widząc, że próba uspokojenia pacjenta jest bezcelowa, mężczyzna odwrócił się do rodziców - Zdają sobie państwo sprawę że normalny lekarz musiałby coś takiego zgłosić na policję.
Po raz pierwszy od wejścia do gabinetu, Arto odważył się na nich spojrzeć. Szczęśliwie dla niego, oboje patrzyli się na lekarza.
- Rozumiem - ojciec sięgnął po identyfikator.
- Nie. Pan nie rozumie - odraza, z jaką lekarz spojrzał na jego rękę zatrzymała ją w powietrzu - Impulsy mogą tu tylko zaszkodzić.
Ojciec spojrzał na swojego syna. Arto z trudem zwalczył chęć spojrzenia w sufit.
- Jeśli chodzi o to by przestał to robić...
- Gdyby to było takie proste! Widziałem to tysiące razy. Będzie musiał wrócić, lecz będzie musiał uważać. Najgorsze są pierwsze rozjaśnienia, zanim się zagoi. Potem może wracać do mnie, jak inni. Zrobię co mogę, reszta jest w państwa rękach. Niewiedza jest bardzo kojąca, lecz nie wszyscy mają wybór. Najważniejsza jest właściwa reakcja.
Tym razem ojciec zrozumiał. Arto poczuł ulgę. Legenda okazała się prawdą! Byli dorośli którzy nie tylko wiedzieli, lecz rozumieli że muszą milczeć.
- Pan naprawdę istnieje? - spytał, gdy dorosły znów pochylił się nad skanerem.
- Nie rozumiem o co ci chodzi, chłopcze - lekarz spojrzał przez panel na jego brzuch - Widzisz że istnieję.
- Tak... nie! Ja... Pan jest tym lekarzem który...
- Pomaga wam? Jeśli o to ci chodzi, to tak. Widzisz, tylko beksy i wyrzutki mają powód by o mnie słyszeć, ale tacy silni wojownicy jak ty pewnie nigdy się nad tym nie zastanawiają... do czasu aż sami znajdą się na ich miejscu.
Ten dorosły był zbyt domyślny, jak na jego gust. Arto nie lubił domyślnych dorosłych. Zniósł jego twarde spojrzenie. Nie jego wina że beksy wolą uciekać, zamiast się dostosować. Nie byli wojownikami, bo nigdy tego nie chcieli. Z drugiej strony, z jego słów wynikało że nie był pierwszym który został zmuszony do przejścia granicy. Jak skończyli ci inni?
- W mojej klasie nie ma wyrzutków! - powiedział, nie kryjąc zdenerwowania - I nie ganiam się z beksami!
- Jakie to szlachetne! - Lekarz wykrzywił się ironicznie, przesuwając dłonie nad panelem skanera - Wiesz dlaczego nazywają mnie Charonem od dzieci? Orfeuszem szkoły? Wiesz co oznaczają te imiona?
- Nie.
- Oczywiście. Przecież nie musisz. Jesteś wojownikiem. Słuchaj, trafiłeś tu w samą porę. Masz zapalenie i trochę rzeczy ci popękało, ale wszystko da się załatać.
- Nie wiem jak się panu za to odwdzięczę - odezwał się ojciec.
- Każdy tak mówi. Zawsze powtarzam że wystarczy siedzieć cicho, ale myśli pan że ludzie tak robią? Nie dziwne że znikają, albo przytrafiają im się dziwne wypadki. Nie mają państwo pojęcia ile dzieci, które pozszywałem, wylądowało na koniec w akademii, przez swoich rodziców. Dzieciaki robią co mogą, lecz oni zawsze są mądrzejsi! - lekarz sięgnął po pękaty woreczek z brunatnym płynem, leżący obok, na szafce. Pociągnął potężnego łyka, krzywiąc się jakby to było gorzkie lekarstwo. Zapach się nasilił - Dla dzieci w szkole to tak jakby umarli. Kompromis! Charon, niech mnie... - mruknął, pociągając kolejny łyk.
Lekarz miał rację. Arto już dawno nauczył się milczeć, lecz rodzice... Choć starsi, jakże słabo zdawali sobie sprawę z tej konieczności. Zwłaszcza ojcu ciężko przyjdzie spełnić to ostrzeżenie. Już to w nim widział. Jak na to zareaguje?
- Naprawdę nie wiem czy to potrzebne... - powiedziała niepewnie matka. Ojciec ścisnął jej dłoń.
- Niech pani podejdzie, to sama się pani przekona. No, proszę! - lekarz odsunął skaner do tyłu i zapraszająco wyciągnął rękę. Podeszła z ociąganiem - Najpierw wygląda to tak - wskazał na Arto. Szybkim ruchem przesunął panel nad jego ciało - a potem tak.
Matka zbladła i odsunęła się ze zgrozą. Arto wiedział że dorośli są miękcy , ale żeby aż tak...? Od dołu skaner był tylko zwykłą, plaszklaną taflą. Spróbował się unieść, by ujrzeć widok z drugiej strony, lecz lekarz odsunął skaner.
- Ja to wytrzymuję codziennie - nie patrząc na niego, położył dłoń na panelu - Proszę mi nie mówić czego potrzebuję, a czego nie. Jest pewna granica tego co można zobaczyć i pozostać sobą, a ja zdążyłem już zapomnieć kiedy ją przekroczyłem, po raz pierwszy.
- Przepraszam... Myślałam...
- Wszyscy tak myślą. Muszę się jakoś znieczulić, zanim zabiorę się za chłopca. On będzie miał blokadę, ja nie.
Arto ponownie spojrzał na lekarza, widząc w nim siebie, za kilka lat, jako dorosłego. Czy taka czekała go przyszłość?
- Powiesz mi kto to zrobił? - głos lekarza przywrócił go do rzeczywistości.
Wahał się, przez chwilę. Skoro powiedział policji, mógł i jemu. Jak go zapytają, będą mieć świadka. Taki lekarz powinien wiedzieć co mówić, a czego nie.
- To był Anhelo! - powiedział - Anhelo Lousse. To on zaczął! Gdyby nie to poprzednie, nawet bym nie poczuł, ale...
Zamilkł, odnosząc wrażenie że powiedział coś złego. Rodzice spojrzeli dziwnie, najpierw na niego, potem na lekarza. Ten tylko pokiwał głową.
- Już się przyzwyczaiłem - odpowiedział - Nie pierwszy raz łatam to on co podziurawił - potrząsnął trzymanym woreczkiem, jakby groził matce - Biłem szczura, próbowałem... Policja miała ledwie podejrzenia, ale ja wiedziałem! I tylko dlatego że chłopak był z dołu, jak ten kopalniak, któremu wszystko opowiedziałem... Aż dziw że potem się na to zgodzili... Lałem go równo, jak nie robiłem tego od szkolnych czasów. A on co? - podniósł głos - Tylko się uśmiechał! Bestia... Sam powinienem... ale nie potrafię. Tylko on mi pozostał... Tylko...
Spojrzał na woreczek, jakby go widział po raz pierwszy w życiu.
- Był zadowolony z tego co zrobił! - powiedział, jakby przedmiot mógł go zrozumieć - Chcecie mnie przelicytować? - rodzice nie odpowiedzieli, więc pociągnął następnego łyka - Dowiecie się jak to jest, posyłać tam własne dziecko, wiedząc... Nie chciałem tego, ale musiałem się zakochać, jak ostatni idiota! A wiedziałem... Obiecywałem sobie że jej nie powiem, ale gdzie tam! Musiała wiedzieć wszystko! A gdy już się dowiedziała, po prostu spakowała się i odeszła! Bez słowa, bez śladu... Nawet nie myślała by zabrać go ze sobą. Nie odezwała się ani razu, ani do mnie, ani do niego... Przynajmniej miała dość światła w głowie by nie iść na policję. Przynajmniej tyle.
Kolejny łyk. Zaniepokojeni rodzice nie odrywali wzroku od worka.
- Spokojnie - lekarz wyciągnął uspokajająco rękę. Jego głos stał się bardziej bełkotliwy, ale ruchy pozostały pewne - Nie robię tego pierwszy raz. Jeszcze nikogo... nikogo... ech... Szczurze życie - powiedział z trudem, machnąwszy ręką - i szczurza praca, ale jakoś pomagam. I nic nie mówię! - wzniósł palec do góry, ostrzegawczo, z dziwnym, niemal dzikim spojrzeniem - To jest najważniejsze - burknął niewyraźnie - Każdy musi płacić cenę. Tylko jak to jest? Jak to jest że gdy rodzice wiedzą, ich dzieci stają się gorsze? Bo przestają się bać, sprawdzają... jak daleko mogą...? Ech...
Potrząsnął głową. Rzucił worek na szafkę i podszedł do stołu. Stanął, jakby się nad czymś zastanawiał, aż jego wzrok spoczął na pacjencie. Arto odniósł niepokojące wrażenie że lekarz dopiero teraz sobie o nim przypomniał.
- Przepraszam - powiedział wyraźniej, uspokajająco - Już zaczynam.
Arto nie stał się spokojniejszy. Wręcz przeciwnie. Rodzice tak samo. Byli wstrząśnięci, niemal czuł jak pogrążają się w przerażeniu. Nie takim mnie znali, pomyślał. Czy teraz zobaczą we mnie potwora, takiego jak Anhelo?
Lekarz wyjął wstrzyk i zaaplikował go sobie w szyję. Cokolwiek to było, działało szybko. Ojciec Anhela przetarł dłonią powieki. Pewnym ruchem wysunął ze szczeliny w stole niewielką konsolę. Spojrzał na nią, poprawił ułożenie głowy Arto i wystukał sekwencję klawiszy.
- Będzie dobrze, mały - powiedział prawie normalnym głosem, pochylając się nad nim - Zajmuję się tym od kiedy skończyłem osiem lat. Byłem medykiem grupy, wiesz? Byłem dobry, ale teraz wiem co robię. Wyłączę cię na chwilę. Możesz czasem coś poczuć, ale w twoim stanie pełne znieczulenie może ci zaszkodzić.
- Wytrzymam - Arto kiwnął głową. Przygotował się na ból. Jeśli mówił że może coś poczuć, znaczyło że tak właśnie będzie.
- Wiem.
- My... poczekamy na zewnątrz - wydusił z siebie ojciec.
Lekarz kiwał głową. Ojciec otoczył matkę ramieniem i odciągnął do drzwi. Gdy wychodzili, Arto czuł już na karku znajomy chłód interfejsu. Nie różnił się niczym od tego z kapsuł WIR-u, poza przeznaczeniem - miał odłączyć jego mózg od reszty ciała. Stracił je w ułamku sekundy, bezboleśnie. Pozostała mu tylko głowa, z oczami, uszami i nosem, lecz bez skóry, bez twarzy i bez języka. Nie mógł niczym poruszyć, nawet oczami, nie mógł się odezwać, nie potrafił wysłać z mózgu odpowiedniego polecenia. Uczucie poraziło go nagłym, odruchowym, zwierzęcym strachem. Zmusił je by ustąpiło nerwowemu, kontrolowanemu oczekiwaniu.
Lekarz wyjął gruby pęczek cienkich, błyszczących drucików, skręconych na jednym końcu w gruby przewód. Wczepił gruby koniec w dolne gniazdo konsoli stołu i wprawnymi ruchami powbijał druciki w skórę wokół brzucha. Ułożenie głowy pozwalało Arto na obserwację zabiegu; to uspokajało go bardziej niż jakiekolwiek zapewnienia. Widział jak lekarz wciska kciuk pod jego mostek, kierując go w głąb klatki piersiowej, widział swoją naprężoną skórę, lecz niczego nie poczuł. Dopiero gdy dorosły przyłożyć tam wstrzykiwacz jego ciało przeniknęły tysiące drobnych igiełek.
- To środek uaktywniający manipulatory - usłyszał - Zaraz zacznę operację.
Chwilę potem palce dorosłego spoczęły na zawieszonym nad Arto pulpicie, kreśląc tajemnicze linie i zawijasy. Cieniutkie włókna drżały lekko, poruszając się w jego ciele. Tylko raz poczuł przeszywający ból, ale szybko minął, zastąpiony przez lekkie swędzenie. Dziwne, lecz właśnie wtedy przestał się bać, a nawet zaczął ufać temu lekarzowi. O ileż łatwiej poznać czyjeś intencje po tym jak zadaje ból, niż po tym jak go unika, udając miłego.
Po kilkudziesięciu minutach włókna same wyszły z jego ciała. Mężczyzna zebrał je płynnym, wprawnym ruchem, odczepił od konsoli i na powrót włączył chłopca. Arto czuł wielkie odprężenie. Leżał całkowicie rozluźniony; nie czuł bólu, oddychał lekko i głęboko. Uspokoił się, lecz ten stan przeszedł gdy tylko lekarz przywołał rodziców do gabinetu.
- Dałem chłopcu lokalne znieczulenie na szwy - powiedział. Po niedawnym dziwacznym zachowaniu nie było już śladu - Powinno się utrzymać do czasu aż zaczną się rozpuszczać, lecz w razie gdyby ból powrócił, wystarczy zwykły środek dezaktywujący. O ile to się nie powtórzy, kolejne wizyty nie będą potrzebne.
- Bardzo dziękuję - ojciec sięgnął do identyfikatora - Nie potrafię powiedzieć jak bardzo jesteśmy wdzięczni za pomoc. Wiem że pan o to nie prosi, lecz nalegam...
- Widzi pan to wszystko? - lekarz wskazał wyposażenie - Ten rzekomo nielegalny i tajny gabinet jest finansowany przez rząd, choć bardzo okrężną drogą. Tacy jak ja mają tu wszystko, bez proszenia o cokolwiek. Może na to nie wygląda, lecz bardzo wielu ludziom zależy by szkoły nie stwarzały problemów, a dokładniej, by stwarzały ich jak najmniej. By nie było za dużo... wypadków, by zwykli ludzie się nią nie interesowali. Cała ta maszyneria to tylko kompromis... - zamilkł, jakby powiedział za dużo.
- Ale tego panu nie przysyłają, prawda? - ojciec podniósł prawie pusty worek - Proszę. Ja nie piję, jeszcze nie. Może pan to zrobić za mnie.
Po chwili wahania lekarz skinął milcząco głową.
* * * * *
Włączenie zagłuszania było pierwszą rzeczą, jaką Wilan zrobił po powrocie do domu. Drugą było uruchomienie wyciszenia akustycznego. Żadna fala dźwiękowa, żadne drganie jakiegokolwiek materialnego obiektu, żadna fala elektromagnetyczna nie mogła wydostać się z tego pomieszczenia. Od razu poczuł się pewniej. Nie zmieniło tego nawet tłumaczenie, przez wychodzącego niemal ze skóry kolonistę, jak bardzo to uczucie jest złudne. Dla Wilana nie liczyła się wiedza lecz psychiczne oparcie na czymś pewnym, w co kiedyś wierzył, obojętnie czy jego wiara miała podstawy czy nie. Miał prawo to zrobić i potrzebował tego - tylko to się liczyło. Jeśli to znaczyło bycie irracjonalnym to w porządku - mógł z tym żyć.
Ostatnie godziny były nieustającym pasmem grozy i szoku. Nie pamiętał co się z nim działo od chwili opuszczenia gabinetu aż do momentu w którym siedział na sofie, w mieszkaniu, spoglądając na kolonistę, swoim zwyczajem podpierającego plecami ścianę przy drzwiach do jadalni. Ene siedziała obok niego, równie zagubiona. Patrzył na swojego syna, stojącego w milczeniu na środku pokoju, nie mogąc uwierzyć jak bardzo się nie znają.
- Źle się stało iż pewne sprawy wyszły na jaw tak wcześnie - oświadczył kolonista. Powstała sytuacja zaskoczyła nawet jego. Nie dobierał słów tak gładko i pewnie jak dotychczas -Nieświadomość, zaiste, była nam... wam bardzo pomocna. Niemniej, bez pewnych... wyjaśnień... Pewne tajemnice muszą się skończyć.
- Bez wątpienia, na wielki kosmos! - Wilan opowiedział głośniej niż zamierzał. W zdenerwowaniu starał się uspokoić żonę, lekko obejmując jej dłoń.
- Skąd, na zarazę, pan wiedział że coś się stało? - Ene spytała w gniewie. Zachowywała się jakby była sam na sam z kolonistą.
- Sam mu powiedziałem, zaraz po twoim wezwaniu. Uznałem że tak będzie bezpieczniej - Wilan spojrzał chłodno na Zefreda, zaklinając się na wszystkie gwiazdy wszechświata iż jeśli on za tym stoi, wyrzuci go przez śluzę, choćby miało to ich na zawsze przykuć do stacji.
- I całe szczęście - odparł Zefred - Moglibyście narazić całą grupę, a może całą operację.
Kto tu kogo naraża. Arto wciąż stał ze spuszczoną głową, na środku pokoju. Wciąż milczał.
- Opowiedz o szkole, Arto - zachęcił go kolonista. Łagodność jego głosu brzmiała zaskakująco szczerze - Zawsze tego pragnąłeś. Teraz masz szansę. Jak zaczniesz, zaraz poczujesz się lepiej. To pomaga.
- Tego nie może pan wiedzieć! - cicho, lecz z wyraźną złością odparł Arto.
Wilan ściągnął brwi.
- Długo pana nie było, panie Hall - przypomniał - Trochę się tu zmieniło odkąd...
- Jeśli tak, to tylko na gorsze - Zefred obdarzył go ledwie krótkim spojrzeniem - Wiem jak to jest. Wychowałem się tutaj, w takiej samej szkole jak wasz syn.
Arto zesztywniał. Wilan widział go takim po raz pierwszy w życiu. Jego spojrzenie, tak pełne... Uniósł się z kanapy, lecz opadł gdy tylko Arto zaczął mówić, pozwalając by ukryte pod sztuczną tkaniną żelowe oparcie na powrót dopasowało się do jego ciała.
Chłopiec wbił wzrok w podłogę. Pierwsze zdania były nieskładne, urywane, lecz każde następne wypowiadał coraz łatwiej i energiczniej. Płynęły niczym ziemska woda, przelewająca się przez tamę, powiększając stworzoną wyrwę, by płynąć jeszcze szybciej.
Nie od razu zrozumiał. Prawda o szkole powoli sączyła się do jego świadomości, mieszając się z rosnącym zdumieniem i przerażeniem. Jak mógł niczego nie dostrzec? Kiedy to się stało? Czy to było możliwe? Coraz mocniej ściskał dłoń żony. Być może ściskał ją aż do bólu, lecz ona tego nie zauważyła. Nie zadawał pytań, nie był w stanie. Mógł jedynie słuchać. Tylko Zefred znosił wszystko ze spokojem, stojąc z rękoma założonymi na piersi, świadomie kryjąc się w cieniu. Obserwował ich z nieodgadnionym wyrazem twarzy, obracając w palcach sześcianik wielkości czubka kciuka. On wiedział, od początku, dla niego nic się nie zmieniło.
Arto skończył. Nagła, głęboka cisza zdawała się wspomnieniem chwili gdy ściany pomieszczenia oddzieliły tę niewielką przestrzeń od milczącej pustki reszty kosmosu.
- Przepraszam! - powiedział cicho. Błagalne, pełne żalu spojrzenie zbitego psa przyprawiło Wilana o niepokój pomieszany z poczuciem winy - Naprawdę musiałem! Gdybyście wiedzieli, próbowalibyście to zmienić, a to by wszystko zepsuło!
Zaczął gorączkowo mówić coś o tajemnicy i akademii, lecz Wilan ledwie go słyszał. Zbyt przerażony by zrozumieć, poczuł dłoń żony wysuwającą się z jego rąk. Ene płakała. Wyciągnęła ramiona w stronę syna. Arto zbliżył się, niepewnie. Przytulili się do siebie. Wilan objął ich ramieniem. Przez chwilę krótką niczym wieczność myślał jednocześnie o tylu rzeczach iż wszystko stopiło się w jedną, niezrozumiałą masę. Miał wrażenie, czy pragnienie, że to nie rzeczywistość, a jedynie jakaś historyjka w WIR-ze, kolejna, zwariowana projekcja. Czy, gdyby cofnął się pięć lat wstecz, zdołałby odróżnić zwyczajny, dziecięcy lęk przed szkołą od prawdziwego strachu? Jak mógł go rozpoznać, gdy jego syn przestał o tym mówić?
- Powinnam wiedzieć - wyszeptała Ene - Byłam w domu, kiedy wracałeś... Przecież się zmieniłeś, prawda? Twoje koszmary...
- Nie zmieniłem się! - Arto wyrwał się z objęć i cofnął - Nie poddałem się, nigdy! Wciąż was kocham, naprawdę! Przysięgam...
Zamilkł. Zefred spuścił głowę. Wilan złapał go wzrokiem na próbie wymknięcia się do jadalni.
- Jak to możliwe? - spytał przez ściśnięte gardło - Po co, dlaczego?
Zefred zatrzymał się, niepewny czy powinien zostać.
- Czy... Opiekunka o tym wie? - spytała żona. Wciąż miała łzy w oczach.
- Gdzieś na górze muszą być ludzie którzy wiedzą - Zefred przytaknął, cofając się w cień - Może też kilku innych, w różnych miejscach, lecz zwykli pracownicy nie mają o niczym pojęcia. Po co, dlaczego? - spojrzał na Wilana - Powód jest od wieków ten sam. Kolonie.
- Chyba... nie rozumiem - Wilan i Arto wlepili swoje spojrzenia w kolonistę. Zefred przestał bawić się kostką. Podszedł do stolika. Dotknął środka blatu, wyłączając zagłuszanie. Tuż obok postawił sześcianik.
- Czy kiedykolwiek słyszeliście o projekcie nazwanym "Leonidas"?
Wilanowi to słowo kojarzyło się jedynie z historią. Spojrzał na żonę.
- Leonidas był władcą starożytnej Sparty - Ene posyłała mężowi zdziwione spojrzenie, by chwilę później na powrót świdrować nim kolonistę - Według legendy poległ razem z garstką żołnierzy, broniąc swojej ziemi przed najeźdźcą... ale jakie zdarzenie sprzed trzech tysięcy lat może mieć wpływ na naszą szkołę?
- Nie tylko w tej szkole. Leonidas to tylko symbol. Symbol Spartanina, symbol wojownika, jego wychowania, ideałów, dyscypliny, męstwa i podejścia do wrogów. Militarny szaleniec, wieczny paranoik, żyjący jak na kontenerze plazmy, otoczony przez przytłaczające rzesze dyszących nienawiścią niewolników, helotów nad którymi ciągle próbuje zapanować mimo wciąż rodzących się i krwawo tłumionych buntów. Oto cena wejścia na karty historii.
Jego żona musiała coś zrozumieć, lecz Wilanowi ta informacja nic nie mówiła. Nie mogąc dłużej usiedzieć na jednym miejscu wstał i zaczął nerwowo chodzić po pokoju.
- Dostrzegam podobieństwo - przyznał - Lecz wciąż nie widzę związku z koloniami.
- On istnieje. Proszę powiedzieć, jakie gwiazdoloty są budowane najczęściej?
Teraz zrozumiał. Nie chciał uwierzyć, lecz wszystko się zgadzało. Pamiętał jeden z okrętów który przyszło im naprawiać. Eksploatowany przez sto lat pokładowych, jeden z pierwszych jakie wybudowano, a wciąż pełnił służbę! Okręt wytrzymywał dłużej niż załoga. Na każdy przypadały dwie lub trzy generacje żołnierzy, a oni wciąż budowali...
- Nowe okręty! - zawołał - Nie może być innego wytłumaczenia, poza tym że...
- ...Flota znalazła nowe źródło rekrutów - kolonista dokończył urwane zdanie - W Układzie istnieje ponad pięćdziesiąt akademii. Drugie tyle leży porozrzucane w systemach najsilniej kontrolowanych przez Rząd i Flotę. Dość by uzupełnić starzejącą się armię, lecz zbyt mało by ją rozbudować. Kolonii wciąż przybywa. Po przejściu garnizonu Absolomu na stronę rebelii dowództwo Floty przestało ufać rekrutom z zewnątrz. Stworzono program rozbudowy i wymiany żołnierzy kolonialnych. Od dwóch dziesięcioleci Rząd wstrzymuje próby kolonizacji nowych światów, oczekując na nowe okręty.
- Jaką szansę powodzenia może mieć taki plan?
- Całkiem sporą. Ledwie garstka ludzi naprawdę dobrze zna się na historii Floty. Nie przypadkiem prawie wszyscy są admirałami. Oni wiedzą że był tylko jeden okres w historii, gdy ludzie wstępowali do Floty z wolnego wyboru. Okres obawy o los ludzkości. Mars i Ziemią, jedyne dwie liczące się ekonomie, splecione w uścisku rywalizacji, przestały zważać na cokolwiek poza własnym interesem. Doszło do Wojny Wtyczek. Ludzie zaczęli się bać, tak wojska, jak jego wynalazków. Rywalizacja zaostrzyła się do granic społecznej paniki. Wszyscy wietrzyli rychłe nadejście kolejnej Apokalipsy. By uspokoić społeczeństwa obu planet, rządy podpisały traktat o pełnym rozbrojeniu, obciążając każdego kto go złamie ogromnymi sankcjami ekonomicznymi. Lęk przed wojną wewnętrzną zrodził równie silny lęk przed Obcymi, perfidnie wykorzystany przez rządy własnych celów. Rozejm uczynił ich floty zbędnymi; żadna ze stron nie chciała dłużej obciążać się kosztami utrzymania okrętów, lecz obawiała się iż kiedyś jej oponent spróbuje przejąć nad nimi kontrolę. Łatwo im przyszło podpisać nic nie mówiący dokument, rzekomo oddający Flotę pod opiekę całej ludzkości, zaś w praktyce wyrzucając jej okręty na śmietnik. By przetrwać, Flota stała się konsorcjum transportowo-handlowym, lecz dla światów żyjących pośród nieustannej rywalizacji pozostała jedyną nadzieją na przetrwanie zagrożenia. Wielu wierzyło w ideę obrony ludzkości, swojej rodziny, braci i sióstr, przed inwazją nowych Obcych. Zmieniła to dopiero Dekada Strachu. Wtedy okazało się iż jest zbyt wiele kolonii do pilnowania, zbyt wielka panowała niechęć wobec nowego porządku. Ochotnicy przestali przyłączać się do Floty. Zamiana sierocińców na akademie, zniesienie minimalnego wieku poboru, zaostrzenie przepisów dotyczących opieki nad dziećmi - to były rozwiązania, lecz niedostateczne. Przytłaczająca większość kadetów zaczęła pochodzić z przymusu. Nowe, drastyczne metody szkolenia stworzyły z nich nowy rodzaj żołnierza - karnego, niezwykle skutecznego fanatyka, lecz wciąż brakowało podstawowego surowca - ludzi. Wydawało się że nie istnieje sposób by posunąć się dalej bez ryzyka rewolucji, lecz wtedy ktoś wymyślił by po cichu zamienić część szkół w akademie.
Urwał na chwilę. Uważnie spojrzał na Arto, jakby czegoś w nim szukał.
- Wybór padł na stacje - kontynuował po krótkiej chwili - Dzieci pochodzą tu głównie z rodzin robotniczych. Są zdrowe i wykształcone. Stworzono dla nich tajny program szkolenia, który miał dawać Flocie grubo ponad miliard rekrutów rocznie. Projekt miał również zmniejszyć przeludnienie na stacji, otwierając szansę dla ludzi z dołu, lecz rząd zbyt mocno obawiał się wycieku informacji i reakcji społeczeństwa. Całe dekady projekt przeleżał zamrożony w pamięci, co chwila ktoś go wyciągał by przeprowadzić nowe analizy, udoskonalić i odłożyć na kolejne lata. Decyzja o jego wdrożeniu zapadła dopiero po rewolucji na Absolomie. Realizacja poszła sprawnie, analitycy zaczęli opijać swój sukces, pozwalając Flocie snuć plany przywrócenia porządku w koloniach.
- Coś mi tu nie pasuje, panie Zefred - powiedział Wilan - Dawniej więcej dzieci lądowało w akademii niż dzisiaj, a te, które kończą szkołę, mogą robić co zechcą...
- I w większości wstępują do Floty! Szkoły dobrze ich do niej przygotowują. Jedyne co potrafią to walczyć. Kult siły i delikatna propaganda od małego wskazują im dalszą karierę. Na dół nie puszczają ich przepisy przeciwko przeludnieniu, więc muszą sobie radzić tutaj. Nieliczni znajdują sobie jakąś pracę, lecz na zawsze pozostają bardziej zmęczeni i bardziej nerwowi niż inni ludzie. Jedyne ich uczucia to gniew i nienawiść, lęk pozostaje w nich na zawsze. Świat zwykłych ludzi nie jest ich światem. One go nie znają.
Zefred energicznym krokiem wyszedł na środek pokoju. Wyciągnął rękę w stronę stoczni.
- Proszę spojrzeć dookoła siebie! Niewielu jest na stacji naukowców z prawdziwego zdarzenia. Tacy jak oni mogliby zbyt wiele zauważyć, więc płaci się im dobrze by zostali na dole - i nie patrzyli. Wiedza rodzi zbyt wiele pytań i zbyt często, zbyt łatwo nakłania do buntu. Ilu zna pan ludzi, którzy urodzili się na stacji? Prawie wszyscy dorośli przybyli tu z dołu, za pracą, jak pan! Resztką tlącego się w nich uczucia wzbraniają się przed posiadaniem własnych dzieci, wiedząc jaki czeka je los. Tu, na górze, w milczeniu tajemnicy, Flota wykuwa swoją przyszłą armię. By wygrać w gwiazdach, musimy najpierw wygrać tu.
- Niemożliwe że nikt nie zwrócił na to uwagi!
- Czy pan coś zauważył? Cokolwiek, czego nie potrafił pan wyjaśnić przypadkiem, środowiskiem życia, naciskami urzędników? Czy choć raz obwinił pan szkołę?
- Tym mamy być? - spytał Arto - Żołnierzami? Niczym więcej?
Spojrzenia trójki dorosłych skupiły się na chłopcu. Jak szybko zapomnieli o przyczynie tej rozmowy...
- Większość dzieci po szkole staje się żołnierzami okupacyjnymi. Od kilku dekad zasilają garnizony na najważniejszych koloniach Wewnętrza. Kontrolują je, bronią przed mieszkańcami. Są bezwzględni i w pełni posłuszni dowództwu, przekonani że tylko Układowcy są cywilizowani a koloniści to karaluchy. Część zostaje tu, na miejscu, w sektorze cywilnym Floty. Naprawy, obsługa, bezpieczeństwo stoczni, Kosa... Jajcogłowi są doskonałymi inżynierami. Każdy robi to samo co robił w szkole, tylko lepiej.
- Kapitan naprawdę zostaje kapitanem okrętu? - w głosie Arto zabrzmiała nuta dumy.
Kolonista przymknął oczy i skinął głową.
- Dowódcami grup operacyjnych zostają dzieci polityków - wyjaśnił - Dzięki nim to Rząd kontroluje Flotę, a nie jej admiralicja. Lecz nie każdy wpływowy polityk chciałby widzieć swoje dziecko na stanowisku kapitana. Kadeci z akademii nie potrafią dowodzić, więc na kapitanów wybiera się najzdolniejszych dowódców szkolnych - stanął przed Arto i położył dłonie na jego barkach - Stałbyś się jednym z nich, choć bez możliwości awansu.
- Jeśli to prawda... Czy w szkole robią nam to samo co w akademii? Poza tym, że tam...
- To nie tak że akademia przychodzi do was. W porównaniu z nią, twoja szkoła to raj. Kadet kończący akademię nie posiada już wolnej woli. Nie potrafi myśleć niezależnie, traci zdolność podejmowania decyzji, stając się bezwarunkowo posłuszny dowódcy. Wy możecie się zawahać, dlatego żaden dowódca nie zaufa wam na tyle by posadzić w fotelu myśliwca. Akademia i szkoła tworzą dwa rodzaje wojowników. Jedni panują w przestrzeni, drudzy na powierzchni planet. Żołnierz z akademii jest dobry na okręt, lecz nie potrafi żyć wśród zwykłych ludzi. Na placówkę cywilną potrzebują bardziej cywilizowanych ludzi.
- I takich ludzi nazywasz bardziej cywilizowanymi? - Wilan nie wytrzymał - Którzy od małego biją się bez litości?
Zbyt późno dostrzegł bladość na twarzy syna i surowe, ostrzegawcze spojrzenie kolonisty.
- Tak mi przykro, synu... - przyciągnął go do siebie i objął mocno - Nie myślałem o tobie. Wierzę że jesteś inny, tylko...
- Ja... rozumiem... - Arto spuścił głowę. Uwolnił się od jego uścisku i odsunął do tyłu.
- Gdyby choć raz spotkałby pan kogoś z akademii, poznałby pan różnicę - głos Zefreda był dziwnie chłodny.
- Nie, ja w to nie wierzę! - grymas na twarzy Ene był nerwowym, histerycznym uśmiechem - Projektu na taką skalę nie można ukryć! Gdyby to była prawda, po co byłoby to wszystko, to... robienie z dzieci potworów? Flocie bardziej by się opłacało hodować niemowlaki! Rząd jest przecież praktyczny - dodała, niepokojąco beztroskim głosem - Skoro i tak je odmóżdzają, równie dobrze mogliby je hodować od embrionów, jak... Jak organy, cokolwiek!
- Rząd jest praktyczny - przyznał Zefred, tonem wziętym wprost z wykładu o podstawach fizyki - Wie że potrzebowałby rzeszy ludzi by wychować takie niemowlaki. Już tego próbowano, z marnym skutkiem. Tacy kadeci byli zbyt głupi lub zbyt agresywni. Nie do tego przystosowała nas ewolucja i wojskowi musieli się z tym pogodzić. Każde dzieci mają ludzkie potrzeby. Nie zaspokojone, odbijają się negatywnie na ich rozwoju. Nikt nie odbiera nielegalnych dzieci zaraz po urodzeniu, robią to dopiero gdy mają cztery, pięć, dziesięć lat. One pozostają ludźmi - spojrzał na Arto - Tak jak wasz syn.
Poskutkowało. Ene się uspokoiła.
- Co z genami? - spytał Wilan - Co z robotami?
- Z robotami? Wciąż są zbyt zawodne, a od Wojny Wtyczek wojskowych przeraża sama myśl o obdarzeniu maszyny samoświadomością. Zabawy z genami udowodniły zaś tylko tyle że człowiek, jako gatunek, od zawsze był doskonale, optymalnie dostosowany do potrzeb armii. Jesteśmy idealnie zbalansowani pod kątem możliwości i praw biologii. Stosunek siły i inteligencji współgra z długością ciąży, tempem naszego rozwoju, masą mięśni i mózgu. Regeneracja zwiększa tempo powstawania nowotworów, większa wytrzymałość wydłuża ciążę i okres dorastania. By stworzyć nowy gatunek żołnierza musielibyśmy zmienić nie tylko geny, lecz stworzyć nową biologię i biochemię. Możemy uzyskać lepsze jednostki, pozbierać najlepsze geny ze wszystkich jakie natura zgromadziła w nas w trakcie tysięcy lat ewolucji, ulepszyć je i posegregować, lecz to zrobili za nas nasi przodkowie, wieki temu projektując genetycznie swoje dzieci. Dziś ceną za to jest rozwój Zarazy. Słabości ciała łatwo nadrobić mechanicznymi dodatkami. Armia nie potrzebuje modyfikacji genetycznych lecz właściwego treningu, a ten można osiągnąć przerażająco łatwo, przez stworzenie środowiska które sprawi że mózg od małego będzie programował się w pożądany sposób. Wiek pięciu lat jest wiekiem optymalnym do rozpoczęcia nauki. Nawet żołnierz musi nauczyć się chodzić, mówić, czytać i pisać, posługiwać się konsolą. Tkanki wyrosłe w zbiorniku są pożywne, lecz nie smakują tak dobrze jak naturalny owoc. Społeczeństwo jest dla Floty niczym drzewo na którym one dojrzewają, nim zostaną zerwane, posegregowane według wieku i umiejętności i poddane dalszej nauce. Myśliwce, broń, nawet okręty produkuje się szybciej niż ludzi. Dziś Flota zaczyna równie szybko produkować żołnierzy. Sto lat temu była o jedną trzecią mniejsza niż dziś. Dzięki Leonidasowi znów zaczęła się rozrastać.
- A bezimienni? Czy dla tych dzieci takie życie nie byłoby lepsze...
Zefred ściągnął brwi. Wilan wspomniał slogan promujący zamianę dawnych sierocińców na akademie. Czyż nie brzmiał łudząco podobnie i równie zdradliwie?
- Jak łatwo decydować by zamiast nas cierpieli inni - spokojny, wyważony ton jego głosu przyprawił Wilana o poczucie winy - Bezimienni nie mają dostępu do wykształcenia. Wyniszczają je choroby których zwykli obywatele nawet nie znają. Najwyżej czasem Flota zainteresuje się jakimś wyjątkowym dzieckiem, lecz nawet wtedy trudno je złapać. Bezimienni wiedzą gdzie i jak się kryć, jak niszczyć namierzające ich automaty. Bez lokalizatora są trudni do złapania, a gdyby mieli lokalizator, nie byliby bezimiennymi.
Wilan znowu zaczął nerwowo krążyć po pokoju. Arto usiadł koło matki. Był przybity; Wilan nie wiedział czy to przez jego głupią uwagę, czy przez to że musiał to wszystko ujawnić. Na kosmos, musiał być idiotą skoro powiedział przy nim coś takiego! Nawet nie miał pojęcia co jego syn teraz czuje, co sobie pomyślał... Jego wściekłość na Rząd i Flotę nie mogła być większa. Uciekniemy stąd, postanowił, choćby i po trupach Kosy!
- Rozumiem że Rząd trzyma wszystko w wielkim sekrecie - powiedział - Ludzie znikają i tak dalej... Ale skala tego wszystkiego... To musi zostawiać jakiś ślad, coś widocznego...
- Pan nie zauważył tego przez pięć lat. Czy miał pan przez ten czas choć cień podejrzeń? Czy pomyślał pan o tym gdy spytałem czy pan wie jak wygląda szkoła?
Wilan miał już dość jego mentorskiego, formalnego tonu - i kolonista chyba sam to dostrzegł - lecz znów miał rację. Przypomniał sobie ich rozmowę o Arto. Teraz jego pewność wydała mu się zupełnie zrozumiała. To on był głupi i naiwny, nie Zefred.
- Dzieci zawsze się biją - powiedziała niepewnie Ene - Dlaczego akurat tutaj...
- Tutaj pozwolono by silniejsze dzieci zaczęły dyktować warunki. Te które się skarżyły, lub nie potrafiły dać sobie rady, posłano do akademii, przy wtórze przeróżnych plotek. Reszta tak się przeraziła że wolała siedzieć cicho. Wizja akademii przestrzega je przed popełnieniem błędu, nagrodą jest pozostanie w domu. Presja na najmłodsze dzieci rośnie stopniowo, w miarę jak dorastają. To daje im czas na adaptację. Jeśli czują cokolwiek, gdy wracają do domu, to winę i strach że wszystko się wyda.
- Nie wierzę że nikt nie próbował tego przerwać! - Wilan nerwowo rozrzucił ramiona.
- Było kilku... - przyznał kolonista - lecz mechanizmy rządzące zachowaniem dzieci są bardzo złożone. Z początku sądzono że ta złożoność doprowadzi szkoły do szybkiego upadku, lecz nawet ich twórcy nie przewidzieli jak bardzo stabilny stworzyli proces. On jest jak samo życie - z pozoru delikatne, potrafi przetrwać wszystko za wyjątkiem rozumnego, niszczycielskiego, konsekwentnego działania. Układ oparto na wrodzonych schematach zachowania się dziecka. Sam się podtrzymuje. Jednostka nie jest zdolna go zmienić.
- Rozumiem - Wilan spojrzał na syna - On milczał, bo wierzył że musi. Ale ty wiedziałeś...
- Więc dlaczego milczałem? Uwierzylibyście, widząc chłopca zdrowego, wracającego do jedynej spokojnej przystanie jaką znał, nauczony tak dobrze się maskować że psychologowie i lekarze mogliby się od niego uczyć? Tylko wyjątkowe zdarzenie może sprawić...
- Zdarzenie takie jak śmierć? - zawołała Ene - A może ją też można maskować?
Zefred chwilę milczał.
- Arto, możesz nas zostawić? - spytał nagle - Są sprawy, które...
- Rozumiem, naprawdę! - Arto wstał spięty niczym sprężyna - Chcecie mówić o mnie beze mnie!
- Myślałem że znasz dorosłych. To pomoże twoim rodzicom zrozumieć.
Arto popatrzył najpierw na kolonistę, potem na rodziców. Ramiona mu opadły. Bez słowa wyszedł z pokoju, zamykając za sobą drzwi.
- Ich szkoła to prawdziwa strefa wojny - Zefred zauważył jak Wilan odprowadził syna wzrokiem - Jej ofiary są prawdziwe, tak samo jak efekt końcowy, jak ja. Płeć nie gra roli innej niż w hierarchii ważności. Najważniejszą różnicą między szkołą i akademią jest kontrola. Tam mają ją dorośli, tu uczniowie sami tworzą reguły. Szkolą się na kadetów, nie wiedząc że są kadetami. Jednak strach przed akademią utrzymuje niską śmiertelność. Kto zabija, staje się niebezpieczny dla wszystkich. To skłania je do narzucenia ograniczeń.
Chwilę zajęło Wilanowi zrozumienie każdego niewypowiedzianego słowa.
- To miało nas uspokoić? - zauważył spokojniej niż się spodziewał. Poczucie zagrożenia powróciło ze zdwojoną siłą, lecz styl życia na stacji robił swoje - Wystarczy dać tym dzieciom karabin do ręki, a będą zabijać! Dla nich to tylko kwestia zasad...
Na wszechświat, tym dzieciom! Przecież Arto jest jednym z nich...
- Pamiętamy o tym. Na naszym statku mamy ludzi, specjalistów którzy przebyli całą tę drogę tylko po to by pomóc im się pozbierać. Dzieci mogą być równie dobrze ucieleśnieniem miłości jak i czystym okrucieństwem. One nie zawodzą, nigdy, jedynie my, dorośli. Łatwo i szybko poddają się dominacji, zwłaszcza pod wpływem siły. Syn, jakiego znacie, nie istnieje. To tylko maska, lecz pod tą maską on wciąż was kocha, choć boi się to okazać. Wszystko co robił, robił z myślą o was, lecz z czasem we wszystkim się pogubił. Wierzy że posiadanie uczuć czyni go dziwakiem, dlatego je ukrywa, nawet przed samym sobą. Proszę to zrozumieć i uszanować. Ich życie, psychika, zostały rozbite niczym lodowa kula. Niełatwo będzie je poskładać. Takie rany trudno wyleczyć.
Czasem to jest wręcz niemożliwe, pomyślał. Kolonista nie chce nas straszyć.
- To się musi skończyć! - zacisnął pięści, grożąc niewidzialnemu wrogowi - Przecież to przestępstwo!
- Kto ma to zrobić? Ty? Jak? Zamkniesz szkoły? Co zrobisz z miliardami takich dzieci? Puścisz ich do zwykłych szkół?
- Mogę to ujawnić. Niech zajmą się tym ci którzy mogą i powinni coś zrobić!
- Kto, Rząd? Nagłośnisz najwyżej lokalne przypadki, które podpadną pod złe zarządzanie szkołą. Na swój sposób to prawda... Ale, załóżmy że się uda. Przeżyjesz, zbierzesz dowody i transmisja wiadomości nie zostanie zdławiona. Wyobrażasz sobie reakcję ludzi?
- Aż za dobrze - wyobraźnia podsunęła mu wizję jednoczesnej rewolucji na wszystkich stacjach w układzie. Nie taką wizję chcieli urzeczywistnić koloniści. Koniec handlu, koniec dostaw.
- Co, na próżnię, robi z tym Podziemie? - Wilan już dawno nie słyszał by Ene klęła - Zawsze skradają się w cieniu, czekając na taką okazję! Dlaczego milczą? Muszą coś wiedzieć!
- Część z nich wie. Niektórzy, ci co powinni. Gdyby chcieli, potrafiliby to rozpowszechnić, lecz jako organizacja, straciliby na tym najwięcej. Część uczniów, ta która coś rozumie, przyłącza się do nich.
W umyśle Wilana zaczął powstawać obraz zupełnie nowej, nieznanej rzeczywistości, bardziej złożonej niż mógł sobie wyobrazić. Wciąż był ślepy i głuchy. Każdy wiedział że jeszcze pół wieku temu Podziemie było ledwie niewielką organizacją. Dziś się rozwijało, na szkołach. Skutek uboczny Floty, pasożyt...
- No tak! Przecież to oczywiste! - niemal się roześmiał - Zawsze znajdzie się ktoś żądny zemsty. Flota wciąż ma akademie, a oni...
- To ledwie fragment sieci układów, oplatających każdą stację w Układzie. Nawet ja nie potrafię się w tym odnaleźć. Zbyt długo byłem na zewnątrz. Tam, wśród kolonii, czas płynie inaczej, nawet dla Absolomu. U was wszystko dzieje się o wiele szybciej.
- A wy? - spytała Ene - Koloniści? Przecież wiecie...
- My możemy najmniej - Zefred stanął obok stolika, podniósł sześcianik i ukrył go w dłoni - To nie gadki o papierowej demokracji, jakie każdy może ucinać w barze. Wiemy o wszystkim, niemal od początku, lecz nie możemy rzucić tego Rządowi w twarz, bo ta tajemnica zapewnia nam bezpieczeństwo przed legalnie podjętą akcją odwetową na Absolomie! - uderzył pięścią w blat stołu - Rząd wie że wykorzystujemy nasze kontakty z Podziemiem by uspokoić radykałów, skłonić ich by poczekali kolejnych parę lat, aż będziemy gotowi. Utrudniając nam uzyskanie samodzielności przedłuża tym samym nasze zaangażowanie w utrzymanie spokoju na jego własnym podwórku. Ta próba sił trwa już dekady. Każda ze stron trzyma nóż na gardle przeciwnika, wiedząc że w razie ataku zdąży, nim zginie, pociągnąć go za sobą. Szkoły są zakładnikami całej ludzkości, musicie się z tym pogodzić. Jeśli plan się powiedzie, za kilka dni dokończymy tę rozmowę, poza stacją.
Kilka dni... Nawet bez wiedzy o szkołach oczekiwanie zdało się Wilanowi dłużyć niczym międzygwiezdny przelot. Teraz godziny były mu dniami, zaś dni - całymi wiekami.
- Niczego nie możemy zmienić?
- Niczego. Dotyczy to także naszych planów. Dzieci muszą pozostać kurierami. Wiem że trudno to zaakceptować, lecz chłopiec miał tajemnice o które go nawet nie podejrzewaliście. Tłumił je przez lata, od kiedy trafił do piekła zwanego szkołą. Jest twardy jak diament i wytrzymały jak plastal; nie piśnie ani słowem, choćby mu żywcem wycinali wnętrzności. Powinieneś bardziej zaufać tym dzieciom, Wil, nawet Iwenowi. Obaj są bardziej dorośli niż myślisz. Bardziej niż wielu dorosłych.
Właśnie ta wiedza utrzymywała Wilana w szoku. Świadomość że Arto nie jest, nie był, a być może nigdy nie będzie tak grzecznym dzieckiem za jakie go miał, budziła uczucie strachu - o niego i swoją własną reakcję na wszystko co usłyszał. Nie znali się. O pewnych rzeczach nigdy nie rozmawiali - o szkole, o ucieczce... Nigdy nie potrafili sobie zaufać. Miną miesiące, może lata, nim zdołają to zmienić.
Dzieci... Czy aby na pewno? Niech to próżnia!
- Tak trudno to zaakceptować... - usiadł ciężko na kanapie - Czy on musi...?
Zacisnął dłonie na kolanach. Cały ten wykład był po to by teraz, wiedząc o wszystkim, pozwolił swojemu dziecku wracać do tej... akademii! Jaki rodzic mógł to znieść?
Kolonista czekał, równie spokojny jak w dniu pierwszego spotkania. Powrót Arto do szkoły był dla niego czymś naturalnym. Twierdził że sam przez to przeszedł. Wiedział dużo, lecz mówił mniej. Zbyt wiele razy zaklinał się że nie kłamie, najwyżej nie mówi całej prawdy...
- To wasza decyzja - usłyszał - Ja mogę tylko podpowiedzieć. Pamiętajcie, chłopiec był tam przez pięć lat. Kilka dni więcej...
- To się musi skończyć! - Ene zerwała się i wymierzyła w kolonistę palec, jak gdyby jej ręka była bronią - Gdy Rous się o tym dowie, powie wam to samo! Nie będziecie narażać naszych dzieci! Pięć lat to o pięć za dużo!
Zefred spojrzał na zegarek.
- Myślę że Rous już wie - powiedział po prostu. Ene ze zdumieniem opadła na kanapę - Jak mówiłem, to wy zadecydujecie. Od Arto zależy czy się was posłucha.
Wilan podjął decyzję. Jedyną, jaką mógł.
- Zostanie w domu - oświadczył stanowczo - Mogą się spotykać gdzieś na stacji, tak mogą... robić co trzeba, ale od szkoły mają się trzymać z daleka! To ledwie kilka dni. Opieka nie zdąży się przyczepić.
- Powiem mu o tym - Zefred skinął głową - Powinienem z nim porozmawiać. Nie wiecie co on teraz czuje.
- Na zarazę, myślę że wiem - mruknął Wilan.
Zefred ruszył do drzwi, lecz zatrzymał się w progu. Odwrócił się.
- Proszę pamiętać - dodał z dziwnym chłodem - Nikt nie odgadnie o czym chłopiec pomyśli i jak postąpi. Uważajcie na niego. Najinteligentniejsze dzieci to nie te, które mówią prawdę, lecz te, które najlepiej kłamią. Jeśli popełnimy błąd...
Kolonista wyszedł, lecz niedokończone ostrzeżenie wciąż wisiało w powietrzu. Wilan czuł się jakby wszystko wokół zamarzło.
*
Kolonista cicho wślizgnął się do pokoju. Arto obserwował go, siedząc skulony na krześle, ramionami obejmując przyciągnięte pod brodę kolana. Nie podsłuchiwał. Rozumiał że wiedząc za dużo mógłby pokrzyżować jego plany, lecz prawdziwym powodem był strach przed tym co mógł usłyszeć. To kolonista kazał mu wyjść. On wiedział jak to jest. Skoro uznał że nie powinien tam być, to tylko dla jego dobra. W to jedno mógł uwierzyć. W tamtym pokoju uwierzył że kolonista robi to naprawdę by mu pomóc. Jemu, nie tylko rodzicom.
Pokój pogrążony był w mroku. Ciemność była dla niego czymś bezpiecznym. Była schronieniem; mniej się jej bał niż światła, w którym nie mógł się kryć. Widział w niej oczy kolonisty, błyszczące w słabym blasku wyświetlacza zegara. Śpiąca dotąd Lili uniosła głowę, czujnie obserwując intruza. Wiedziała jak rzadko ktoś tu przychodził.
Zefred odszukał panel kontroli oświetlenia. Przesunął palcem po gładkiej powierzchni, rozjaśniając pokój minimalną jasnością lampy. Uważnie rozejrzał się po pokoju. Jego wzrok spoczął na chwilę na kratce wentylatora. Na jej widok kolonista lekko kiwnął głową, usiadł na łóżku i zaczął delikatnie głaskać Lili. Robił to niemal tak samo jak on. Kotka poddała się temu po chwili wahania. Nie okazywała niezadowolenia. Nawet ona była przeciwko niemu.
Chwilę spoglądali na siebie w milczeniu. Po raz pierwszy byli sami. Jeszcze dziś rano Arto miałby do niego setki pytań, lecz teraz... Łatwiej im zrozumieć, pomyślał ponuro. Akurat! Będzie im łatwiej wybaczyć - oto, co naprawdę powiedział. Uwierzył mu że po wszystkim poczuje ulgę, lecz czuł tylko winę. Może kiedyś będzie im gotów wszystko wyjaśnić, także to, co dziś zataił. Może kiedyś. Lecz nie dziś, nie jutro i nie za tydzień.
Przynajmniej nie będzie się musiał kryć ze zbroją. Jedyna dobra rzecz, jaka z tego wynikła.
Cicho mrucząc, kotka przewróciła się na grzbiet, pozwalając koloniście głaskać się po brzuchu.
- Rodzice nie chcą byś wracał do szkoły - powiedział w końcu. Patrzył na Lili, jakby mówił do niej. Arto nie odpowiedział. To było najgorsze rozwiązanie jakie mogli wybrać. Nie powiedział im o wojnie ani o policji, nie wiedzieli że popełniają błąd, że teraz wytrzymaliby tam łatwiej niż na korytarzach stacji. Mimo to, musiał usłuchać. Czuł że gdyby tym razem postąpił po swojemu, straciliby do niego zaufanie. Przestałby być ich synem.
- Nie wierzą mi - powiedział po chwili - Powiedzieli tak bo myślą że jestem słaby, ale pan dobrze wie co się dzieje! Wytrzymałbym...!
- Jesteśmy sami - w jego głosie było coś delikatnego, uspokajającego, lecz Arto nie zapomniał jak dobrze kolonista potrafi się kontrolować - Twoi rodzice nie podsłuchują, a ja nie jestem kopalniakiem. Jeśli masz kłopoty...
- Nie mam!
- Jeśli masz kłopoty, możemy powiedzieć im naprawdę o wszystkim - ciągnął, nie zważając na jego zaprzeczenie. Nawet na niego nie spojrzał - Twoi rodzice są zbyt zszokowani by zrozumieć, ale ja wiem. To nie była zwykła bójka czy bitwa. Co się dzieje w szkole? Możesz mi powiedzieć. Ja wiem jak to jest.
- Jeżeli pan wie jak to jest, dlaczego mi pan to zrobił?
- Nie chciałem tego. To wy doprowadziliście do sytuacji bez wyjścia.
- Trzeba im było wytłumaczyć że muszę tam wracać! - spojrzał na niego, szukając choć odrobiny wsparcia - Nie powinniśmy wszyscy zachowywać się tak jak zawsze?
- Możesz mi uwierzyć na słowo, to dla nas mniejsze ryzyko niż twoje tajemnicze problemy - kolonista pozwolił by kotka bawiła się jego palcem. Sam spojrzał na niego - To one mogą ściągnąć dodatkową uwagę.
W to nie wątpił. Jego śmierć, ich śmierć, mogłaby zniszczyć cały plan. Czy tylko to martwiło kolonistę? A może było w tym coś więcej?
- Ryzyko pozostanie.
- Ryzyko będzie zawsze.
- Więc przestańcie traktować mnie jak dziecko! Umiem zachować tajemnicę!
- Jak mam cię traktować? Jak dorosłego? - Zefred się rozsierdził. Lili odskoczyła na bok - W szkole byłeś kimś, lecz poza nią jesteś nikim! Radzę ci zacząć się do tego przyzwyczajać. Na razie jesteś tylko półproduktem. Wiesz jak kontrolować otoczenie, lecz nie kontrolujesz siebie a przez to łatwo ulegasz kontroli innych. Jesteś dzieckiem i myślisz jak dziecko. Inaczej oceniasz sytuację. Im prędzej to zrozumiesz, tym lepiej. Nikt nie chce zabierać w podróż twoich zwłok, zwłaszcza twoi rodzice!
Siedzieli chwilę, mierząc się wzrokiem. Arto był zły za potraktowanie go jak zwykłego, głupiego dzieciaka, lecz było mu też wstyd.
Zefred wyciągnął karty pamięci
- Dziś chciałem ci je dać osobiście - powiedział, jakby to co się przed chwilą zdarzyło nigdy nie miało miejsca - Zanieś je jutro Iwenowi. Wiem że będziesz chciał się z nim zobaczyć. Możesz mu je zanieść prosto do domu. Nie wiem czy komputer zwróci na ciebie uwagę, ale to nieważne, o ile nie będziecie tak robić codziennie. Potrafi analizować dane, ale miną całe stulecia nim stanie się tak sprytny jak ludzie.
Wychylił się, podając karty. Arto opuścił stopy na podłogę i sięgnął po nie. Spojrzał na nie - kawałki plastiku rozmiarów połówki identyfikatora. Dając mu je, tu i teraz, kolonista chciał mu pokazać jak bardzo odpowiedzialna jest jego funkcja i że liczy na niego. To działało.
Znów chwilę milczeli. Śmierci nie można maskować. Były tylko trzy powody dla których kolonista mógł tak powiedzieć - nie wiedział o pozorowaniu wypadków, nie chciał straszyć rodziców, lub w jego czasach dzieci się nie zabijały. Wspomniał o zbroi młodszaka z promenady, o Karrosie, o tym jak się czuł gdy kolanem powoli wyciskał z niego życie i jak bardzo pragnął się temu poddać. Nie wyobraził sobie tych rzeczy. One były realne.
Zefred chwilę bawił się z Lili. Obserwował to w milczeniu. Czuł się zdradzony przez ufność z jaką to robiła. Aż dotąd nie lubiła obcych w domu. Jej mógł wybaczyć. Nie wiedziała co się dzieje. Lecz rodzice...
- Obserwowałem cię, gdy jeszcze miałem na to czas - kolonista odezwał się cicho, rozładowując napięcie przedłużającego się milczenia - Nie od razu zrozumiałem dlaczego pozwalasz się tak bić - na chwilę spojrzał na Arto, obserwując jego reakcję - lecz w końcu to do mnie dotarło. To podświadoma kara za to że tu jesteś. Twoje poczucie winy...
- Nieprawda! - zawołał - To podłe kłamstwo!
- Dlatego tak się nim przejąłeś? Jakaś część ciebie musi o tym wiedzieć, inaczej... Znam cię lepiej niż ty siebie. Gdy znajdziesz właściwy klucz do psychiki, wtedy każdy człowiek staje się przejrzysty jak projekcja. Znam wszystkie klucze do twoich myśli. Przywyknij do tego.
Arto odebrało głos. Tyle lat znosił agresję starszaków, traktując ból jako upomnienie, lecz nigdy tak o tym nie pomyślał. Oto najlepszy sposób by pokazać wyższość - powiedzieć o kimś coś ważnego, czego sam nie wie.
Znów milczeli dłuższą chwilę. Arto się uspokoił. Kolonista dalej bawił się z kotką.
- Chciałbyś spytać o wiele rzeczy - powiedział, nie odrywając od niej oczu. Arto nie widział jego twarzy, lecz odniósł wrażenie że lekko się uśmiechnął. Kolejny wyważony, udawany szczery uśmiech - Teraz możesz to zrobić.
Mógł pytać, lecz nie był pewien czy usłyszy prawdę, czy tylko tę część którą kolonista chciał by usłyszał. Obaj wciąż się okłamywali i obaj wiedzieli że tak będzie do końca. Tacy już byli. Tajemnice i kłamstwa były całym ich życiem. Jak to wykorzystać?
- Skąd pan wiedział o Smoku?
Zefred milczał. Nie wiedział czy zastanawia się, czy tak pochłonęła go zabawa z Lili. Nie zwracał uwagi na jej ostre pazury. Zupełnie jak on. Też ich prawie nie czuł.
- Przejrzyj kiedyś archiwa fabularne - powiedział w końcu, ni do kota ni do Arto - Od chwili gdy człowiek zaczął zapisywać swoje myśli w postaci obrazów, od kiedy pojawiły się jednostki w rękach których spoczęła decyzja o użyciu broni mogącej zgładzić populację całej planety, przewija się w nich stale ten sam temat. Nieważne czy cofniesz się do czasów Dekady Strachu, konfliktu między Marsem a Ziemią czy do samych początków Ery Kosmosu, wśród zachowanych dzieł zawsze znajdziesz takie które opowiadają historię o pojeździe wojskowym w którym ludzie, pozbawieni kontaktu z dowództwem, muszą podjąć decyzję o uwolnieniu lub wstrzymaniu całej potęgi swojej broni. Te historie różnie się zaczynają i różnie kończą. Czasem dowódca stoi na straży zdrowego rozsądku i broni się przed buntem, czasem to buntownicy muszą powstrzymać szaleństwo kapitana, a czasem to dowództwo musi powstrzymać pojazd ślepo wykonujący niewłaściwy rozkaz. Problem jest rzeczywisty. Budujemy coraz potężniejsze bronie i potrzebujemy coraz bardziej opanowanych dowódców by ją kontrolować, kogoś kto by wiedział kiedy jej użyć a kiedy się powstrzymać. Muszą być ostrożni, lecz nie aż tak by bać się podjęcia decyzji. Muszą prawidłowo ocenić sytuację, lecz co jest ważniejsze, muszą sprawić by ludzie ich słuchali. Ich autorytet nie może płynąć wyłącznie z szarży, stanowczości czy utrzymywanej dyscypliny. Podczas wieloletniej podróży, czy na polu bitwy, gdy zdarzy się że okręt zostaje odcięty od łączności i dowództwa, szarża i dyscyplina nie gwarantują posłuchu oficerów. Możesz spytać dlaczego wobec tego są oficerowie, dlaczego załogi całego okrętu nie stanowią bezmyślni kadeci. Odpowiedź jest taka że bezmyślność podwładnych jest jeszcze gorsza od sytuacji gdy każdy z nich ma własny pogląd na sprawę. Dowódca nie może być jedynym mózgiem na okręcie, nawet gdy jest bezgranicznie lojalny przełożonym. To by oznaczało że okręt myśli tak jak on, ma tylko jeden punkt widzenia i nie przeanalizuje sytuacji pod innym kątem. Fanatyczna lojalność nigdy nie była gwarancją rozsądku, wręcz przeciwnie. Człowiek nie potrafi brać pod uwagę wszystkich możliwości. Potrafimy to robić tylko przez krótką chwilę. Natura przystosowała nas do szybkiego wyboru jednej opcji, do trzymania się jej i obrony swojego punktu widzenia wszelkimi dostępnymi argumentami, także własną rangą. Oficerowie to nie tylko zastępcy, to także doradcy. By nad nimi zapanować, kapitan musi mieć dość rozsądku by ich wysłuchać i rozważyć ich punkt widzenia, a jednocześnie posiadać dostateczną władzę by pogodzili się z odrzuceniem ich opinii. Musi mieć autorytet, wzbudzać szacunek. Ty masz taki autorytet. Potrafisz słuchać i myśleć.
Nie odpowiedział. Słowa kolonisty zgadzały się z tym co wiedział, lecz czuł że to nie wszystko, że coś się nie zgadza.
- Twoja szkoła to tylko gra - kolonista ciągnął dalej, porzucając zabawę z Lili - Wasze tajemnice to gra. Oszukiwanie pluskiew i czujników to gra. Oszukiwanie strażników w magazynie to też gra, jej kolejny element. Wy o tym nie wiecie, oni o tym nie wiedzą. Dla was i dla nich ta gra to rzeczywistość, w której stawka jest ogromna, zwłaszcza dla przegranych. Lecz ci na górze wiedzą i obserwują, patrzą czego was ta gra uczy i kto gra najlepiej ze wszystkich. Poddają was działaniu niekończącego się stresu, tego samego jaki towarzyszy żołnierzom żyjącym w stanie ciągłej wojny. Czekają aż staniecie się dokładnie tacy jakimi chcą byście byli, zdolnymi do działania w każdych, nawet najbardziej ekstremalnych psychicznie warunkach. Czasami coś zmieniają, wprowadzają nowy układ gwiazd, nowego żołnierza w drużynie i patrzą jak sobie z tym radzicie. Zwykle tylko patrzą, jak długo gra toczy się po ich myśli.
Każde zdanie Zefreda wywoływało u Arto zimny dreszcz. Nigdy nie pomyślał że wszystko co robią może być dokładnie tym czego się od nich oczekuje. Kolonista przekonywał go że jego umiejętności miałyby służyć Flocie, zdając się zapominać że Arto nienawidzi Floty. Dlaczego musiał oszukiwać, dlaczego musiał włamywać się do magazynów? Czemu miała służyć ta część gry? Myślał nad tym od kiedy zamknął się w pokoju, lecz do niczego nie doszedł. Zamiast tego zrozumiał bunt Daela, to wszystko co powiedział o nim Zem i dlaczego Zem tak nienawidził pluskwy. Dlaczego był inny.
Miał wiele wątpliwości. Jaki admirał przy zdrowych zmysłach powierzyłby tępemu Mirze, wiecznie odurzonemu narkotykami Eginowi lub aroganckiemu Aristowi dowództwo nad jakimkolwiek okrętem? Arto nie powierzyłby im nawet kontroli nad automatycznym robotem czyszczącym! Większość kapitanów była na to za głupia. A przecież gdzieś nad bezmózgimi pilotami i żołnierzami musi być ktoś kto myśli, decyduje, wykonuje rozkazy Floty, dopasowując działania do sytuacji... Żimmy mógłby dowodzić najwyżej plutonem. Dert mógłby się nadawać, lecz gdyby musiał wybierać, prędzej powierzyłby dowodzenie Lienowi, lub Rejkertowi. Nie oszukiwał się, w ten sposób wybrałby tylko mniejsze zło. Obaj byli inteligentni, lecz brakowało im woli walki i umiejętności podejmowania wykalkulowanego ryzyka. Nie wiedzieliby jak zmusić podwładnych do wykonania rozkazu. Nie wiedzieliby nawet co z nimi zrobić! Nigdy nie nauczyli się współpracować, każde zadanie rozwiązywali sami. Gdyby słowa kolonisty były prawdą, Flocie brakowałoby dobrych kapitanów. Jednak ich miała, zatem, w jakiejś części, to co mówił musiało być kłamstwem. Nie, nie kłamstwem, poprawił się w myśli. Zefred znów nie mówił mu wszystkiego.
Dotknął ramienia.
- Pluskwa... - powiedział bezwiednie. Więc się mylił, więc jednak...
- Nie. Nie lokalizatory i nie automaty poszukujące. Starsze dzieci zbyt łatwo sobie z nimi radzą. Oni mają inne sposoby.
- Jak inaczej mogą nas obserwować? Wiedzielibyśmy! - zaprotestował gwałtownie - Starszaki coś by zauważyły!
- Sami pomagacie obserwatorom, ukrywając wszystko przed zwykłymi ludźmi. Oni liczą że tak będziecie postępować. Najłatwiej obserwować tych, którzy uwierzyli że oślepili przeciwnika. Wasz przeciwnik pozwala się oślepić, bo ma więcej niż jedną parę oczu. Gdy patrzycie w te ślepe, myśląc że one was nie widzą, wasz wróg, prawdziwy wróg, wciąż was obserwuje, oczami o których nie wiecie. Niektórzy Protektorzy wiedzą o wszystkim co się dzieje w szkole. Jeśli na coś pozwalają, to dlatego że chcą by tak się stało. Jesteście dobrzy, lecz oni są lepsi. O wiele lepsi.
- Lepsi od...
- To możliwe, ale bez znaczenia.
- Bez znaczenia? Mamy przekazywać karty na ich oczach!
Uśmiech Zefreda był szeroki i szczery.
- Powiedz mi, jak wasi obserwatorzy mogliby odróżnić wasze tajemnice od naszych? Pamiętaj, oni mogą patrzeć, lecz to nie daje im wglądu w wasze głowy. Nie widzą wszystkiego, nie rozumieją każdej waszej tajemnicy, ledwie wiedzą że je macie i akceptują je jako część gry. Posiadanie sekretów jest dla was tak naturalne jak dla twoich rodziców naturalna jest para rąk i nóg. Gdy masz ich tysiące, jeden więcej nie zwróci niczyjej uwagi. Utonie w całej masie. Moglibyście przekazywać sobie broń, a tamci nie tylko by nie reagowali, lecz zaczęliby się cieszyć wzrostem poziomu agresji. Oni obserwują jedynie szkołę i dzieci. Obserwują, liczą i analizują. Ich specjalizacja jest klapkami na ich oczach. Nie pozwala im widzieć szerzej, bo to się nie kalkuluje.
- Rozumiem...
Pomysł Zefreda był genialny. Tamci myśleli że to kolejny element gry. Jakże się mylili! Co zrobią, gdy w szkole pojawi się policja? Gra zostanie zawieszona, na jakiś czas. Ta myśl na chwilę poprawiła mu nastrój. Oby zdechli z nudów podczas swoich obserwacji!
- Więc oni chcą byśmy próbowali? - spytał - Bo wtedy popełniamy błędy, wpadamy i idziemy do akademii, tak? Ci gorsi... wypadają z gry?
Wypadają z gry, lub... giną. Czy obserwatorzy pozwolili go zabić, bo wypadał z gry?
Zrozumienie obejmowało jego umysł. Przestawiało wspomnienia, łączyło je w nową całość. Był w niej Dael, który o tym wiedział i próbował coś zmienić, oraz ci których wybrał by to zmienili. Żaden z nich nie pasował do szkoły, ani on, ani Zem, ani... tak, nawet Anhelo był nie na miejscu, ze swoją agresją, lecz z jakichś powodów ktoś uznał że wszyscy mogą zostać w szkole. Gdyby było inaczej, zostaliby usunięci, jak Dael. Trzy lata nienawidził go za jego wybór, nie dostrzegając że on musiał wybierać by mieć, być może po raz ostatni, jakiś wpływ na swój los. Teraz to zrozumiał, teraz mu wybaczył.
- Najlepsi zostają i grają dalej - kolonista nie od razu odpowiedział - Ci najgorsi, przez których szkoła może mieć problemy, trafiają do akademii, gdzie są segregowani, jak płaty mięsa, by nauczyć tego do czego nadadzą się najlepiej. Na pilotów biorą najlepszych. Czasem przyjmą obiecującego, młodego ochotnika, ale tych dziś już prawie nie ma. Na was też czekają, aż przyjdziecie do nich po ukończeniu szkoły. Och, teraz możesz ich nienawidzić, lecz gdybyś pozostał tu dłużej, marzyłbyś tylko o tym by dalej walczyć. Dziecięcą nienawiścią łatwo manipulować.
Zacisnął pięści, aż do białości. Robiąc to co robił, nikogo nie oszukiwał, poza samym sobą. Spełniał oczekiwania tych, którzy to wszystko wymyślili! Widział jak zmieniali się jego koledzy, podczas gdy on zmieniał się inaczej. Szkoła programowała ich jak maszynę, rok po roku, do robienia czegoś czego nie mógł odgadnąć, aż stali się podobni do siebie, niemal identyczni. Czuł gniew, po części na kolonistę i jego nieustanne tajemnice, lecz przede wszystkim na obserwatorów. Ten gniew przelał na niego Dael, gdy uczył go walczyć. On też go programował, lecz dzięki niemu pokonał szkołę, tę jej część którą próbowała wszczepić w jego umysł. Nigdy nie dał się ponieść sytuacji, jak Żimmy ze skanerem, starał się ją kontrolować, nie poddał się systemowi. Nie będzie kapitanem, nie będzie służył Flocie!
- Ci najlepsi to którzy? - zawołał ze złością - Ci którzy najlepiej kłamią, najczęściej biją słabszych? Ci którzy... - niemal spytał czy to ci którzy zabijają, lecz w porę ugryzł się w język - Kto nas ocenia? Kto rządzi szkołą!?
- Wy sami - ze spokojem odparł kolonista - Ci co was obserwują zwykle nie robią nic. Wkraczają tylko wtedy gdy coś wydostaje się na zewnątrz. Są w tym bardzo skuteczni. Minimalna ingerencja, wszystko by nie zwracać uwagi. Reszta zależy od was.
Zaskoczył go, tym jak to powiedział i co powiedział, choć od dawna myślał podobnie. To zawsze byli uczniowie. Zrozumiał ironię lekarza. Długą chwilę siedział nieruchomo, oswajając się ze znaczeniem wypowiedzianych słów.
- Wiele zacząłeś rozumieć - usłyszał - Być może zbyt wiele by sobie z tym poradzić. Pamiętam jak to było ze mną - spojrzał na Arto, pochylił się i splótł dłonie na kolanach - Wiesz, ja nie miałem tyle szczęścia. Sam musiałem dojść ze sobą do ładu i czasami... czasami myślę że nie do końca mi się to udało. Gdyby nie pomoc brata... Ale byłem wtedy zbyt stary, zbyt dorosły. Znam cię, Arto. Myślisz że ciebie szkoła prawie nie zmieniła, że broniłeś się przed tym jak mogłeś... Zrozum, nawet najinteligentniejsze dziecko nie jest w stanie nad tym zapanować. Zaufaj nam. Zaufaj mi. To nie jest właściwy czas byś usłyszał wszystkie odpowiedzi. Nie pozwól by ta gra cię pochłonęła. Nie pytaj, jeszcze nie teraz.
Czuł że tym razem kolonista mówił naprawdę szczerze. Rozmowa sprawiła iż zwątpił w swoje tajemnice, w to że postępował właściwie, lecz dawała także nadzieję. Cokolwiek od dziś zrobi, cokolwiek pomyśli, nie będzie to tym czego oczekuje szkoła.
To tylko gra. Tylko, czy aż? Kto w nią gra, ilu jest graczy? Czy którykolwiek wygrywa? Jeśli tak, co jest wygraną? Na pewno nie jest nią normalne życie.
- Jeśli wiedział pan aż tyle, dlaczego mnie pan śledził?
- Musiałem cię sprawdzić. Poznać jaki jesteś, czy...
- Wystarczyło zapytać!
- Pytasz nowych czym się kierują, co myślą? Nie. Ty ich sprawdzasz. Widziałem jak sprawdzałeś Nowego. Dla mnie to było to samo. Dla mnie ty byłeś nowy.
Arto z oporem kiwnął głową. Dorośli, którzy mieli szkołę za sobą, byli sprytniejsi od niego. Ci pozostali też nie byli tak głupi jak myślał. Po prostu niczego nie podejrzewali.
Porozmawiali chwilę o drobiazgach. Kolonista opowiedział mu o planecie na którą mieli uciec i o tym jak będzie wyglądał przelot. Gdy wyszedł, Arto opadły wątpliwości, niczym muchy gnijącą żywność, jak automaty uciekającego przestępcę. Na ile mógł być pewien swoich decyzji? Jak wiele z jego wolnej woli i myśli było jego, jaką częścią wciąż kierowała szkoła? Zawsze uważał się za sprytnego i był z tego dumny. Teraz na tej dumie pojawiła się głęboka rysa, sięgająca aż do serca - jego spryt był tylko pozorem, programem, smyczą na której trzymała go szkoła. Od samego początku, od kiedy pierwszy raz przekroczył jej próg, miał jedynie iluzję kontroli nad swoim życiem. Prześladowała go myśl iż nic nie zmieniło, zrzucił jedno jarzmo, by wejść pod inne, nałożone przez kolonistę. Lecz teraz wiedział. Teraz rozumiał. Cokolwiek planowali z nim zrobić, nie zamierzał być tylko narzędziem.
* * * * *
Z samego rana poszedł do Iwena. Wybrał taką godzinę by nie spotkać się z jego ojcem, lecz pozostało inne spotkanie, którego nie mógł uniknąć i którego obawiał się najbardziej. Zdecydował się przeprosić Rous za to co się stało. Dorośli oczekiwali takich rzeczy.
Na to co się stało nie mógł się przygotować. Gdy Rous otworzyła drzwi, wciągnęła go do środka, objęła mocno i zaczęła przepraszać, ze łzami w oczach. Mówiła coś o pomyłce i krzywdzeniu a on stał, zaskoczony i przerażony, zastanawiając się jak wiele powiedział jej Iwen i że wkrótce jego rodzice dowiedzą się także o tym o czym nie powinni.
Chwilę trwało nim go puściła.
- Źle cię oceniłam, Arto - jej zaszłe łzami oczy przypominały wczorajsze oczy jego matki. Uśmiechnęła się - Nie wiedziałam że tak to wygląda. Na szczęście to już się kończy. Z tobą Iwen będzie bezpieczny.
Kiwnął głową. Nie wiedział co powiedzieć. Iwen z zażenowaniem przyglądał się całej scenie. Gdy ich spojrzenia się spotkały, rozłożył przepraszająco ramiona.
- Jest moim... przyjacielem - powiedział. Tym razem szczerość naprawdę przyniosła ulgę.
Oddał Rous karty pamięci, potem obaj zamknęli się w pokoju Iwena. Ros nie było w domu, jej misja wymagała by dalej chodziła do szkoły. Nie wiedział czy jej współczuć czy zazdrościć.
- Powiedziałeś jej? - spytał, bez złości czy wyrzutów. Reguły szkoły przestały się liczyć, niczego nie był jej winien, lecz nie chciał by dorośli zajęli się sprawą Anhela. Niech sobie dalej będzie mordercą, to już nie ich zmartwienie - lecz będzie, gdy oni się do tego zabiorą.
- Ani słowa! To tata, nie ja! - mimo podniecenia, głos Iwena zdradzał zakłopotanie.
- Iwen, mam gdzieś to czy wiedzą, czy nie - powiedział, najłagodniej jak potrafił - Już mnie to nie obchodzi. Chcę wiedzieć czy powiedziałeś im o... tym.
Spostrzegł że potraktował Iwena jak młodszaka. Poczuł wstyd.
- Mówię prawdę! Tata wrócił zaraz po tym jak wyszliście. Zamknęli się w pokoju, a gdy wyszli, mama spytała mnie dlaczego nic nie mówiłem i za co tak cię zbili. Nic więcej jej nie powiedziałem! To on jej powiedział! On wiedział!
- Od kolonisty, wielkie rzeczy - wzruszył ramionami - On wiedział od początku. Nie mówił, by nie straszyć rodziców. Teraz sam widzisz dlaczego...
- Arto, on już do nas nie wrócił! - Iwen mówił z przejęciem - Nie spałem całą noc, więc wiem! Arto, przysięgam, to tata jej o wszystkim opowiedział! On wiedział o tym wcześniej!
Teraz to on był zdumiony. Czuł jak udzielają mu się emocje Iwena.
- Kopalniane głupstwa! - odparł, bez przekonania - On nie jest kolonistą! Jest z dołu i jest taki sam jak inni dorośli. Niby skąd miałby wiedzieć? Nic nie rozumie...
- Nie jest z dołu, tylko z Wenus! I wiem że kiedyś mieszkał na stacji! Zawsze gdy lecieliśmy w odwiedziny do dziadków, zachowywał się tak jak gdyby znał wszystkie stacje w Układzie! Sam mówiłeś że pewne rzeczy widać po ludziach, nawet gdy o nich nie mówią.
- Więc jak znalazł się na dole? Na dół się nie wraca...
- Nie wiem, ale przysięgam że to prawda! Nie pytał mnie o nic i... i patrzył tak... Nic go nie zdziwiło, rozumiesz? Gdy powiedz coś takiego dorosłym, oni się dziwią, ale nie on! Było mu tylko... - zaciął się.
Przykro, pomyślał Arto. Jak od dziś będzie jego rodzicom.
- Kolonista powiedział mu o wszystkim wcześniej i zabronił mówić. Cały czas coś ukrywa. Gdyby twój ojciec wiedział od początku, na krok nie ruszylibyście się z Ziemi.
- A ucieczka? Ja go rozumiem, naprawdę! Mieliśmy tu być tylko kilka tygodni, a potem w gwiazdy. Myślał że wytrzymam. Nie mógł przewidzieć Anhela.
Arto energicznie pokręcił głową. Anhela nikt nie mógł przewidzieć, nawet sam Anhelo.
- Wiedzą o nim? O wczorajszym...?
- Nie. Zrobiłem jak kazałeś. Powiedziałem że to tylko ostra bójka.
Arto odetchnął. Jedno ryzyko mniej. Gdyby ich rodzice dowiedzieli się o całej sprawie, mogliby popełnić jakieś głupstwo. To zaszło za daleko, nawet bez ich pomocy. Po co kolonista tak ryzykował? Nie mógł z tym poczekać aż wejdą na statek?
Zauważył że przez całą rozmowę odruchowo napinał mięśnie, jakby gotował się do walki. Świetlista szkoła! Spróbował się rozluźnić. Od teraz sprawa należała do policji. Niech oni zajmą się szkołą, zanim ona zajmie się nimi. Lub Ros.
- A twoja siostra?
- Zaczęła gadać jak najęta, ale pokazałem jej w porę by się zamknęła. Gdyby się wygadała, chyba bym ją udusił! Mówiłem ci, są dorośli którzy wiedzą! Gdybyś posłuchał mnie wcześniej, to wczoraj nigdy by się nie stało!
- Niby skąd mam wiedzieć którzy wiedzą a którzy nie? Iwen, nikt nam pomoże. Gdy nie będziemy uważać, skończymy jak Wel. Tego chcesz?
Iwen zamrugał oczami.
- Wiesz że nie.
Alan Akab
[ akabala@autograf.pl ]
|