|
- Janek dojrze się pobawić, jo tys chce! Że z miasta, to od razu myśli taki, że wszystko jego - powiedział większy.
-Lucek spier..laj ... Jak dorośniesz też bądziesz .... się mógł ... pobawić!!!- Odrzekł dysząc. W sumie, nie tylko on dyszał, dziewczynie, na której leżał, też brakło widocznie tchu.
- Ale ja już mom dwadzieścia i godałeś jak skończę dwadzieścia ...
- Wiem co mówiłem , ale ... w tym momencie nie chce ... mi się z tobą kłócić. Poczekaj ... za drzwiami.- Powiedział ze stanowczością mniejszy.
- Nu niech ci bedzie.
Większy ze łzami w oczach wyszedł za drzwi, sprawdzając równocześnie ich wytrzymałość. Drzwi były wytrzymałe, nawet bardzo, wytrzymały by nawet kopniaka Szwarcenegera. Nu ale Lucek w dzieciństwie wpadł do basenu w którym jago tatko pędził magiczny bimber i żeby się uratować musiał go całego wyżłopać, ten to miał pecha co ?!! I tak powstały atomów... yyyy...to znaczy tak Lucek został obdarzony magiczną siłą. - Tu autor tekstu pociąga solidny łyk z piersiówki i ciągnie dalej opowieść o dwóch walecznych braciach walczących ze złem i występkiem!
- Zawsze to un może sie pobawić a mi zostaje gówno.- Na złość wlazł w kocie gówno. -
- Kurcze - Zaklął szpetnie. Mamusia nauczyła go że przeklinanie jest złem i prowadzi do piekła, a że Lucek już raz tam był, więcej już nie przeklinał.
***
Razem z Jankiem tworzyli coś w rodzaju "zespołu wyższej gotowości do zwalczania wszelkich przejawów paranormalnej niezależności umysłowej" jak sami to określali. A po ludzku: zabijali duchy. To znaczy nie zabijali, bo duchy już nie żyją, ale pomagali im w wędrówce do wieczności. Niektóre duchy ugrzęzły w tym świecie i aby nie pozostały tu wieczność, Janek i Lucek wyświadczają im delikatną przysługę. A że nieźle na tym zarabiają ...
Mniejszy z braci, to znaczy Janek, był geniuszem komputerowym ( potrafił wykorzystać Plej Stejszyn Dwa do kierowania głowicami atomowymi i takie tam rzeczy ). Był zarazem mózgiem zespołu jak i całym sztabem, kierownictwem, zarządem itd. Lucek zaś był tzw. osobą od brudnej roboty. W praktyce wyglądało to tak, że Janek wyznaczał cel, a Lucek go likwidował.
I tak żyli sobie braciszkowie, nie przejmując się takimi błahostkami jak podatki, ZUS, ubezpieczenie samochodu i t p . Ich dewizą życiową było, i tu cytat : "Co ma być to bedzie".
Wszystko wyglądało wspaniale. Posiadali trzy konta we Szwajcarii oraz dwa na Kajmanach - choć szczerze to żaden z nich nie wiedział gdzie to jest, ale Janek usłyszał, że to modnie ulokować pieniążki gdzieś w ciepłym klimacie. Dalej, w ich posiadaniu znajdowały się dwa pałacyki pod Warszawą oraz w Wilanowie. Około 200 hektarów ziemi na Mazurach. No i w końcu byli udziałowcami Orlenu oraz Agory. Janek ciągle słyszał te nazwy w telewizji i radiu, i pomyślał, że pewnie modne musi być ich posiadanie ( podobno jakiś goguś startujący na prezydenta też je posiadał i bardzo się tym chwalił ).
Oprócz wyżej wymienionych dóbr, byli właścicielami jednego żółciutkiego, zardzewiałego maluszka marki Fiat oraz jednego przegniłego, zgrzybiałego, starego mieszkanka. I właśnie to mieszkanie działało jako ich siedziba. Tam odbywały się spotkania zarządu. Tam dokonywano gruntownych planów dotyczących przyszłych misji. Tam wreszcie znajdowało się miejsce ich wypoczynku. Potocznie taki miejsce nazywano "domem", tu zaś pełniło szereg innych użytecznych funkcji. Na co dzień braciszkowie nie żyli jak królowie, chwaląc się swoim dobytkiem na prawo i lewo, lecz skromniutko, nie wychylając się na niczyją ciekawość. Pytacie, dlaczego? No trochę głupio wygląda człowiek z zaparkowanym Lamborgini Diablo przed domem, gdy w dokumentach ma wpisane "bezrobotny inwalida".
***
- Ktło tam ?! - zapytał, z lekkim znudzeniem w głosie, Lucek. Z Luckiem trzeba było umieć rozmawiać. Lubił na przykład być chwalonym przez innych, czerwienił się wtedy na twarzy i skromnie zaprzeczał tym pochwałom. Jeśli chciałeś coś osiągnąć w rozmowie z Luckiem, za żadne skarby nie mogłeś go drażnić, poprawiać w wymowie czy też używać stwierdzenia : "JA WIEM LEPIEJ, DZIECKO". Stawał się wtedy, ładnie to ujmując, niechętny do rozmowy.
- Tu Dzierżyński, sąsiad z naprzeciwka!!!
- Czego!?!? - zaciekawił się Janek, czegoż to sąsiad może chcieć o tak wczesnej porze.
- Mam poważny problem z telewizorem, chyba duch w nim zamieszkał!!!
- Duch w TV, czego to k....a ludzie nie wymyślą.- fuknął Janek pod nosem. - Lucek, możesz to sprawdzić, mi łeb nap....ala. - Poprosił brata.
- Nu, a panie Dzierżyński, co my z tego mieć?
- Bimberek oczywiście, dwie flaszeczki. - Wypowiadając te słowa spochmurniał.
- Tylko dwie!!!?? - Lucek umiał się targować, mimo IQ równego 20. Wszyscy wiedzieli o tym, jak Lucek zrobił sobie w TVN test na inteligencję i ile mu wyszło, ale jakoś nikt mu tego nie wytykał, chociaż jeden był taki, a teraz to mu mamusia musi pieluszkę trzy razy dziennie zmieniać - biedaczysko.
- No dobra trzy. - Łzy naszły mu do oczu.
- Tylko tzy ?!!
- K...a - zaklął Dzierżyński. Miał dylemat, stracić cztery flaszeczki bimberku, czy dostać od żoneczki pałą w łeb za niedziałający telewizor. - No dobra niech będą cztery flaszki.- Teraz łzy ciekły mu bez oporu po policzku.- Pomożecie ???
- Pomozemy. - Powiedział radośnie Lucek. - Juz ida.
Wychodzi. Wraca po jakichś dziesięciu minutach, dzierżąc w dłoniach cztery litrowe flaszki z bimberkiem.
- Aaa... bimber, napój bogów !!!!
- I co, rozprawiłeś się z tymi duchami telewizyjnymi? - zapytał sarkastycznie Janek.
- Jakie tom duchy, antena mu sie przekręciła. To był dobry pomysł z tom plotką o duchach mieszkających w przedmiotach. Tera ludzie myślą ze jak sie co popsuje, to od razu duchy.
- Widać kto tu ma łeb, nie Lucek? Rany, duchy w TV... wampiry rozumiem, wystarczy TVN na wiadomościach włączyć, to od razu kilka zobaczysz, ale duchy? Przesada.
- To cu dziś robimy, jakieś zleconko ?
Ich pokój składał się z jednego łóżka, dwóch krzeseł oraz stolika na którym stał komputer podłączony do sieci, trzeba było być na bieżąco z wiadomościami, co nie? Drugiego łóżka nie potrzebowali, bo Lucek nie potrafił zmrużyć oka nawet na minutkę. Jak był mały wpadł do basenu z magicznym bimbrem i jakoś mu do teraz zostało. Nie tylko w sferze snu zmieniło się jego życie po tym tragicznym, acz miłym, wypadku. Także kilka innych drobiazgów uległo zmianie, ale to już wyjdzie samo w dalszej części naszej opowieści.
- Nu popatrzmy, czy ktoś nie potrzebuje naszej pomocy.
Janek podszedł do komputera i zajrzał do poczty. Po chwili zaczyna mówić:
- No to czeka cię dziś trochę zabawy. Weź kurtkę, może być zimno !!!
- Przecie środek lata. - Zdziwił się Lucek .
- Nie tam, gdzie lecimy...
***
Miasteczko wyglądało dość smętnie i ponuro, jakby opustoszało w dość szybkim tempie. Wszędzie poniewierały się różne przedmioty. Szafki, pudła, ubrania, resztki jedzenia na śmietnikach itd. świadczyły, że ludność miasteczka opuściła go dość niedawno i dość szybko.
Chociaż, mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka, że wyjechali wszyscy, było to jednak nieprawdą. W niektórych domach tliło się światło, a pośród okien przemykały jakieś postacie, przyglądające się z ukrycia nowoprzybyłym. Miasteczko liczyło sobie około stu pięćdziesięciu mieszkańców. Dwie ulice na krzyż, kościółek, szpital, sklep z zaopatrzeniem, wszystko to wystarczyło, by ludzie żyli sobie spokojnie na tym zadupiu niczym się nie przejmując. Tabliczka przy wejściu do miasteczka głosiła : "Zadupie Na Peryferiach, O Którym Nikt Nie Słyszał. UCIEKAJCIE". Polowali, zajmowali się rybołówstwem, a w lecie uprawiali ziemię. Głównym ich zajęciem było jednak wydobywanie złota z pobliskiej kopalni... tak ,tak... złota, dobrze przeczytaliście. Pytacie jak to możliwe, że w takiej dziurze może występować złoto? Dlaczego mieszkańcy, chociaż wydobywają złoto, nadal żyją jak wieśniacy ? Dlaczego żadna z tych bogatych firm wydobywczych nie wie, że taka kopalnia złota w ogóle istnieje? Na pierwsze dwa pytania wam nie odpowiem, ch*j wie po prostu , więc zapytajcie Kwaśniewskiego, khe khe. Na trzecie pytanie odpowiadam natychmiast, jedna firma (Romano Holding) dobrze o tej kopalni wie i przez pewien czas czerpała z niej wysokie zyski, a utrzymywała ją w ukryciu, bo nie chciała, żeby konkurencja również coś dla siebie uszczknęła. Wszystko było fajnie, miejscowi byli zadowoleni, a i firmie jakoś źle też nie było. Aż wreszcie nastał ten dzień ...
I tu do akcji wkraczają nasi bohaterowie!!!
- Ale zadupie!
- Nu, większe niz u nas w Krakowie, khy, khy.
- Ciekawe, czy mają tu chociaż jakąś knajpkę ?
- Nu, pewnie nie, ale poszukać zawsze można, ni ? - zauważył Lucek. - Jak no ten kret się nazywał, co to mamy u niego spać ?
- Ziszka, Liszka, jakoś tak. Jest właścicielem jakiegoś sklepu, widzisz tu jakiś sklep, Lucek?
Lucek rozgląda się uważnie, to w prawo, to w lewo i mówi : ch.ja widzę!!!
- Chodźmy, popytamy po domach. - Błysnął błyskotliwością Janek.
Podchodzą do jednego z domów, w którym pali się światło, pukają i nic, żadnej odpowiedzi. Podchodzą do drugiego, to samo. Trzeci już lepiej, była odpowiedz, ale niezbyt miła dla ucha. Idą tak od domu do domu i nic, nikt nie chce im udzielić pomocy. Wreszcie Janek zdenerwowany:
- Do k...y nędzy i wszystkich ch..ów, pier...cie się wszyscy. My do was z pomocą ciągniemy, a wy tak nas przyjmujecie, co?
- Spokojnie Janek, boją sie nas i tyle.
Wreszcie z jednego z domków wychodzi mężczyzna, trochę niepewnie spogląda na przybyłych.
- Kim jesteście i czego chcecie ?
- Przybywamy w pokoju, wynajęto nas by wam pomóc, w sprawie, z którą macie drobny problemik, jak mniemam.
- Jesteście z firmy? Dzięki Bogu!!! - Humor od razu mu się poprawił.
- Nu, jesteśmy, gdzie tu jest jakiś sklep?
- Jedynym sklepikarzem w tym miasteczku jestem ja. Pełnię też funkcję burmistrza i sędziego. Proszę, proszę wchodźcie, bo zaraz zamarzniecie. Szybko! Szybko!
Janek i Lucek nie rozumieli po co ten pośpiech, nie było znowu tak zimno. Gdy wchodzili po schodkach do domu sklepikarza, Lucek obejrzał się i spostrzegł drobne płatki śniegu spadające z nieba ...
W ciągu godziny miasteczko zostało przysypane śniegiem.
***
- A u was to normalne z tą pogodą?
- Od czasu problemów w kopalni wszystko się zmieniło: pogoda robi co chce, jedzenie psuje się szybciej niż zwykle, ciągle ktoś sobie coś robi, to złamie nogę, to ząb wybije. Coś strasznego.
- I mówisz, że wszystko zaczęło się od tej kopalni? A co dokładnie się tam stało?
- Nasi pracowali, jak co dzień, w kopalni, wydobywali złoto dla firmy (Romano Holding, jakby kto zapomniał - dopisek autora) schodzili coraz niżej i niżej, aż wreszcie przebili się do nowego pomieszczenia. Była to ogromna jama, na ścianach której, złota było od cholery. Zaczęło się wydobywanie jak zazwyczaj i nagle coś się stało ... - Sklepikarz zawiesił głos. - Coś się tam stało, czego nie mogę zrozumieć. Wszystkie ściany zaczęły się trząść, a na środku pomieszczenia ... Na środku pojawiła się postać, przerażająca postać, ni to człowiek, ni zwierzę. Zaczęliśmy uciekać, mnie się udało, kilku innym też. Ale to coś dopadło piątkę naszych i ... rozszarpało ich na kawałki ... tyle krwi to ja w życiu nie widziałem.
Sklepikarz popatrzył po zgromadzonych. Oprócz niego, Janka i Lucka, w pomieszczeniu znajdowała się żona i córka brata sklepikarza, który miał niestety pecha znajdować się pośród tej piątki nieszczęśników, zamordowanych w kopalni.
- Od tamtej pory nikt do kopalni nie zszedł. A wczoraj większość ludzi opuściło miasteczko szukając lepszego życia. Tylko garstka pozostała. Ale pewnie i oni niedługo wyjadą, nic już ich tu nie trzyma. Tu po prostu nie da się żyć! - mówił z zaciśniętymi zębami.- Chyba, że zrobicie z tym czymś i z tym, co razem z nim wylazło z tej dziury, porządek?
- No i co powiesz braciszku ? - zapytał Janek ze sposępniałą miną .
- Nu, niezły pasztecik tu mamy!
***
Nie czekając, aż wyczerpią im się ostatnie pokłady odwagi, braciszkowie ruszyli wraz ze sklepikarzem w stronę wejścia do kopalni. Normalnie droga od miasteczka do kopalni zajęłaby im kilka minut, ale trzeba było przebrnąć przez metrową warstwę śniegu. Idąc, podziwiali drzewa i drogę. I śnieg. I drzewa. I śnieg na drzewach. I śnieg na drodze. Jak już nadziwili się architekturze przyrody i wykrzesali z siebie kilka miłych słówek na jej temat, rozgrzewając się przy tym domowej roboty bimbrem, dotarli w końcu do celu ich przydługiej wycieczki krajoznawczej.
Ich oczom ukazało się ogromne wejście. Stali tak kilka minut, czekając, aż ktoś wreszcie da znak do kontynuowania podróży - nikomu jednak się z tym nie spieszyło.
Wreszcie Janek się przemógł. - No to chodźmy. Co będziemy tu tak marzli, no nie? Wewnątrz jest na pewno cieplej. - Rzeczywiście, z wnętrza kopalni wydobywało się ciepło. Chociaż nie wiem, czy aby na pewno było to pocieszające.
Sklepikarz również przemógł niemoc wysławiania, ukazując przy tym prawdziwą odwagę mieszkańca Zadupia Na Peryferiach, O Którym Nikt Nie Słyszał.
- Ja tu zostaję!!!
Lucek dorzucił. - Ku..a!!! - I nagle grupa trzyosobowa, zmniejszona do dwóch osób, ruszyła.
Wkroczyli w ciemność.
Czterdzieści sześć minut później.
Lucek:
- AAAAAAAAAAAA!!!!
Janek:
- AAAAAAAAAAAA!!!!
Obaj równocześnie:
- AAAAAAAAAAAAAAAA!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Dom sklepikarza.
W środku zebrali się wszyscy mieszkańcy Zadupia Na Peryferiach, O Którym Nikt Nie Słyszał, którzy pozostali w miasteczku. Siedzą z posępnymi minami i w spokoju słuchają Janka.
- ... byliśmy już blisko, gorąco biło ze wszystkich stron. Dochodziliśmy do tego miejsca, o którym wspomniał pan sklepikarz i nagle ...
- I nagle zuciło się na nas takie fajne stwozonko zwane demonkiem w liczbie czternastu osobników!!! - Skończył wypowiedz brata Lucek.
- Dokładnie. Jak już wspomniał mój brat, owe demony były niestety wrogo do nas nastawione, więc nie pozostało nam nic tylko spie...lać!
- No i co zamierzacie z nimi zrobić?!? Firma tak nam się odwdzięcza za tyle lat pracy?!? Przysyła nam matołów od diabłów, którzy uciekają na sam ich widok. - Wyskoczył lekko zdenerwowany staruszek. Co ciekawe, ten staruszek miał sto dwa lata i był najstarszym mieszkańcem Zadupia Na Peryferiach, O Którym Nikt Nie Słyszał. Z tytułem najstarszego mieszkańca wiązał się dość zabawny i zarazem rajcujący zwyczaj powtarzany co rok, o którym z braku miejsca niestety nie napiszę. Powiem tylko, że potrzebne były: dwie obdarzone przez naturę młode dziewczyny, wanna oraz dżem truskawkowy. Reszta pozostawiona jest wyobraźni czytelnika.
A o czym to ja mówiłem ? A, właśnie.
- Proszę się nie bać. - Uspokajał Janek. - To był ino drobny rekonesans, mający sprawdzić siłę przeciwnika oraz wymagane środki potrzebne do jego zniszczenia. Teraz zajmiemy się przygotowaniami. I tutaj potrzebna jest nam wasza pomoc.
- Czego potrzebujecie ?
- Lucek!! Pokaż listę panu.
***
- Mój najdroższy Boże!!! - Wyrwało się jednemu z mieszkańców.
- Jak to zrobiliście?!?! - Nie wychodził z podziwu drugi.
Oczom mieszkańców dane było zobaczyć cud, cud ten z najwyższej półki, cud, przy którym nawet zabawa z Morzem Czerwonym Mojżesza to mało istotne wydarzenie. Mieszkańcom Zadupia Na Peryferiach, O Którym Nikt Nie Słyszał ukazana została największa tajemnica świata żywych, tajemnica, za którą walczyli krzyżowcy, przez którą Hitler rozpętał małą wojenkę, a terroryści rozpieprzyli World Trade Center. Jesteście gotowi, jesteście w stanie przyjąć tą wiadomość, jesteście?
No, to aby zaspokoić waszą ciekawość, powiem wam!!! Bracia Janek i Lucek potrafią robić bimber z TROCIN!!! Tak, z TROCIN!!!
Teraz jak już o tym wiecie, drodzy czytelnicy, będę zmuszony was zabić ...
Spodziewajcie się w najbliższej przyszłości, że ktoś lub coś, zajdzie wam drogę i powie : "Wiesz, więc musisz umrzeć". Do końca swojego marnego żywota będziecie oglądać się za siebie, oczekując, że spostrzeżecie tam postać w czerni i jej krwiste oczy!!! BUHAHAHAHA!!!
No, ale znowu odbiegam od tematu moich wypocin literackich.
- Tak panowie i panie. Bimber z trocin. Tak, jest to możliwe, jak sami się przekonaliście. Wystarczy ... - Nie zdążył skończyć.
Nad głowami bohaterów ukazała się krwistoczerwona postać demona. Demon jak demon: skrzydła, ogonek, rogi, pazurki itp. Zatoczył nad nimi kółeczko i skierował się do natarcia.
- Cholera, nie jesteśmy jeszcze gotowi!!! - Wykrzyczał Janek. - Lucek dasz rady ?!?
- Nu, mogę spróbować.
Od twarzy najstarszego mieszkańca dzieliło demona może kilka centymetrów, gdy wtem Lucek pochwycił pobliski głaz i rzucił go w postać ze skrzydełkami. Trafił!!! No, ale to był demon, więc gówno go to zabolało, ale dało jednak kilka dodatkowych sekund Luckowi.
Demonek skierował się tym razem w stronę złotowłosej dziewczyny, z zamiarem zrobienia jej kuku. Lucek skoczył jak najszybciej potrafił. Uderzył demona gołą pięścią w twarz, pozbawiając go kilku zębów. Jak widać, pięść Lucka odnosi lepsze efekty, niż stukilowy kamień. Ponowił uderzenia, tym razem drugą ręką, buta też nie żałował. Czerwony demonek, nieco zdezorientowany, nie potrafił przyjąć jakiejkolwiek postawy obronnej. Lucek uderzał to z prawej, to z lewej, uderzenie od dołu, półobrót, piruet nad przeciwnikiem, zamach od góry i ponownie sprawdzenie wytrzymałości butów.
Przeciwnik ledwie stojący na nogach, spogląda na zwycięzcę, wypowiada coś niezrozumiałego i znika. Pozostaje po nim wyłącznie czerwony dym, który również w końcu rozpływa się.
- Co ten szatan powiedział? - zaciekawił się sklepikarz, gdy wszystko się już uspokoiło.
- Odi profanum vulgus!! - Odpowiedział Janek.
- Ale co to znaczy?? - domagał się odpowiedzi sklepikarz.
- "Radujcie się, gdyż przybył ..."
- Cóż to znaczy, co?!? - zapytała starsza już kobieta.
- To znaczy że "on" przybył. - odpowiedział Janek.
- I mamy prze....ne. - Dokończył za brata Lucek.
***
- Musimy się spieszyć, niewiele pozostało już czasu. - Janek rozkazywał na prawo i lewo, tak, aby jak najlepiej przygotować mieszkańców Zadupia Na Peryferiach, O Którym Nikt Nie Słyszał, na przyjście najgorszego. Ludzie zabijali okna deskami, wyciągali lekko już zardzewiałą broń, której posiadali niestety tylko pięć sztuk i inne nieprzydatne czynności, które, jak dobrze wiedział Janek, i tak nie pomogą jak "on" przyjdzie.
- Możesz nam powiedzieć co wyprawia twój brat?? Siedzi tam i się poi, gdy my tu w pocie czoła zapieprzamy jak świnie ...
- Lucek zbiera siły jełopie. Jak ci się coś nie podoba, to możesz sprawdzić czy cię ktoś w kopalni nie szuka!!!
Lekko zawstydzony mężczyzna, z pochyloną głową, przeklinając pod nosem, usuwa się w kąt.
Mijają tak dwie, później trzy i cztery godziny. Wreszcie po pięciu godzinach z chaty wyłania się postać Lucka. Ostro zarumieniona. Oczy Lucka patrzące przed siebie, nie potrafiące skupić się na jednej rzeczy, wyglądają wprost cudownie.
- Jestem, eeeyy, głotowy. - Czknięcie po którym przyszło następne i następne ....
***
Mocno doładowany Lucek, wyrusza na spotkanie sił nieczystych. Razem z bratem stanęli u wejścia do kopalni. W tym momencie zachodziła w nich wewnętrzna walka. Dobro prowadziło walkę ze złem. Bracia mieli drobny dylemat. Wejść do jaskini i zmierzyć się z odwiecznym i nigdy nie pokonanym wrogiem ludzkości, czy też spieprzać w cieplejsze klimaty. Nawet Lucek, zaspokojony bimberkiem, nie był pewny dalszej drogi. Trzeba podkreślić, że bimberek wywoływał u niego przypływ sił i odwagi, więc sprawa była wyjątkowo nieprzyjemna, skoro Lucek miał pietra.
- Co robimy, Lucek?
- A co proponujesz, Janek??
- Spieprzać!!!
- Jestem za!!!
Pognali w dół z góry w stronę oddalonego o sześć kilometrów lotniska, omijając przy tym miasteczko. Pędząc tak przed siebie, niespodziewanie, zapadli się pod ziemię. Okazało się że wpadli w jeden z szybów kopalni. Nieco pokiereszowani i spoceni biegiem, ponownie stanęli przed wyborem.
- Janek to chyba był znak, że jednak powinniśmy stawić "mu" czoło!! Mieszkańcy nas potrzebują. Jeśli teraz się cofniemy, sumienie będzie nas gryzło do końca naszych dni. Przez nasz niegodny bohaterów czyn, nigdy nie zaznamy spokoju.
- Ale pierd...isz. - Zripostował Janek.
Szli w dół kopalni, coraz głębiej. Szli za smrodem i bijącym ciepłem. Dwóch braci. Walecznych braci. Janek geniusz i intelektualista. Lucek pijak i dziecko ze złotym sercem.
Razem tworzyli zespół który przeciwstawia się niemoralności, występkowi i złu. Kroczyli przed siebie nie patrząc na konsekwencje.
Nagle usłyszeli przerażający śmiech "nieczystego". Czekali przygotowani. Lucek z przodu, Janek zaraz za nim, skryty za plecami. Potworny smród dotarł do ich nozdrzy. Nieprzyjemny wiatr powiał po ich przestraszonych twarzach. Czekali ... Czekali ... Aż zza zakrętu ... wyłoniła się postać diabła!!!
- Ale słodziutki. - Zauważył Lucek.
Diabeł w rzeczywistości miał około pięćdziesięciu centymetrów wysokości, rogi dopiero kiełkowały, plastykowe widełki, ale za to posiadał pieluchę, dawno nie zmienianą ...
- "Wzywa was" - Odpowiedział grubym, męskim głosem demon-dziecko. - "Chodźcie za mną"
Poszli.
Diabeł-dziecko doprowadził ich do ogromnej jamy. Widok był przerażający. Krew i ludzkie wnętrzności na ścianach, na których przedtem znajdowało się miliony ton złota. Odór zgnilizny unosił się w powietrzu, wywołując uczucie zdrętwienia. Pod jedną ze ścian leżały kości tych górników, którym nie udało się uciec. Wszędzie dookoła ukazane były, szczerzące się w diabolicznych uśmiechach, twarze piekielnych kreatur. Potwory przyglądały się w ciszy nowoprzybyłym. Nie spoglądali na nich jak na gości, a raczej jak na swój przyszły obiad.
Janek i Lucek wiedzieli od początku, że wchodząc do tego pomieszczenia, przedsionka piekieł, nie będą w stanie wydostać się w całości.
Diablik skierował ich w stronę postaci zasłoniętej przez mglisty dym.
Podeszli. Oczom ich ukazał się "on". Potężny, przeogromny, obrzydliwy. Przemówił tymi słowami: WIATJCIE!!!
- Nu, cześć. - odpowiedział dość pewnie Lucek.
- CZEGO TU SZUKACIE?!?! - zapytał "on".
- Mamy sprawę, szefie!!! - coraz pewniej odpowiadają bracia.
- MÓWCIE !!!!
- Nu, tu jedziemy. Jest tak. Otworzyłeś drogę do piekieł. Zabiłeś mieszkańców tego miasteczka. Zbrudziłeś nieco ich złoto. Terroryzujesz ich w dodatku. I po tym wszystkim myślisz, że będziesz spokojnie sobie siedział na swym trupim troniku, co? - zbulwersował się Lucek. Po dwudziestu pięciu litrach bimbru już tak ma. Sposób mówienia też mu się nieco zmienił.
- WIECIE, ŻE MOGĘ WAS ZNISZCZYĆ JEDNĄ MYŚLĄ?!?!
- Yyyy ... nooo ... yyy.... kurde wiemy. - już nie tak pewnie braciszkowie.
- NO WIDZICIE!!
- No ale szefie, tak być nie może. Biedne wieśniaki muszą z czegoś żyć. A ty im zabierasz jedyne źródło utrzymania. - mówiąc to Janek pochylał głowę w ziemie. Zbyt odważny to on nie był, rozmawiając z księciem ciemności.
- PRZYPOMNIJ MI!!! JESTEM CZYSTYM ZŁEM, NIE?? I CHYBA MOJĄ ROLĄ W TYM ŚWIECIE JEST SZERZENIE ZŁA WŁAŚNIE!!! ZGODZISZ SIĘ ZE MNĄ??
Widząc, że negocjacje nie prowadzą do niczego, braciszkowie powolutku szukali drogi ucieczki.
- ALE, MIMO TEGO, ŻE JESTEM WCIELENIEM ZŁA, MOGĘ PÓJŚĆ WAM NA RĘKĘ.
Braciszkowie popatrzyli na siebie dość niepewnie, z deczka stropieni słowami Księcia Ciemności.
- ODDEJDĘ WRAZ Z MOIMI SŁUGAMI Z TEGO MIEJSCA, ALE ZAŁATWICIE MI DOM ZASTĘPCZY.
- Nie ma sprawy. - krzyknęli równocześnie.
Dwa tygodnie później.
- Lucek, daj no flaszeczkę.
- Juz ci podom. - Bohaterowie znajdowali się w swoim "biurze". Oczekiwali nowych zleceń branży "zaduchowionej". Po sprawie "kopalnianej" stali się bardzo rozpoznawalni w swoich kręgach. Romano Holding zsyłał codziennie listy z podziękowaniami. No, podziękowania zawierały również pokaźne sumki.
- Nu i cu bedziemy tera robić Janek?
- Sądzę, że małe wakacje nic złego nam nie wyrządzą. - Uśmiech nie znikał z twarzy mówcy.
- Ciekawe, cu tam u diabełka słychać!
- Na pewno miewa się dobrze ...
- A jakie to były wymagania diabełka, co?
- Zażądał miejsca przesiąkniętego złem i grzechem.
Siedzieli wygodnie w łóżeczku zapijając się bimberkiem.
A tym czasem ...
"Oto transmisja spod gmachu siedziby naszego rządu. Panie i panowie, jesteśmy świadkami nieprawdopodobnego wydarzenia, na sali sejmowej, w czasie obrad, otworzyło się przejście do piekieł. Miało to miejsce dokładnie po stronie lewicy. Przewodniczący SLD zginął jako pierwszy. Panie i panowie, to co widzimy przechodzi wszelką wyobraźnię, istne dantejskie sceny ukazują się naszym oczom. Posłowie giną jak muchy. Krew leje się strumieniami. Przerażający widok rozszarpanych ciał jest wprost przerażający. Walka trwa. Będziemy państwa informować na bieżąco o wydarzeniach. Spod gmachu rządu : Wojciech Bater. FAKTY."
- Dziękuję Wojtku. To wszystko co przygotowaliśmy dla państwa w dzisiejszych FAKTACH. Za chwilę sport i pogoda. Życzę miłego weekendu. Dobranoc państwu ...
Robert Morawski
[ sulimo.rm@gmail.com ]
|