Przejdź do spisu treści...

Świata koniec


- Dzień dobry państwu! - powiedział mężczyzna spoglądający w kamerę przez lekko opuszczone okulary. - Zapraszam do oglądania naszego odcinka specjalnego programu Nie do wiary.
Obrócił się do innej kamery, zdjął zgrabnym ruchem jednej ręki okulary z nosa i lekko przymrużył oczy, starając się nadać swojej twarzy powagi.
- W dzisiejszym, specjalnym wydaniu, emitowanym na żywo, będziemy rozmawiać z naszymi gośćmi, którzy przedstawią nam zatrważające dowody na to, że już w niedługim czasie nasz świat przestanie istnieć.
Kolejny obrót do trzeciej kamery, która pokazywała jego całą sylwetkę. Ubrany był w szary garnitur. Na nogach miął czarne, skórzane buty, a kołnierz jego białej koszuli przytrzymywała brązowa muszka w białe groszki. Prowadzący zrobił dwa kroki, w międzyczasie zakładając znów swoje okulary. Przeszedł przez pół studia, w którym znajdowało się mnóstwo specjalistycznych urządzeń z migającymi diodami; mikroskopów z nieściągniętymi zasłonami na okulary. W głębi studia zaś, otulony cieniem, który robił odpowiednie wrażenie, siedział jeszcze jeden członek ekipy strefy 16 i przeglądał jakąś stronę internetową.
Prowadzący już zdążył przywitać się ze swoimi gośćmi. Pierwszy z nich to prof. Konstanty Matuszewski. Chudy, ubrany w zbyt dużą marynarkę, która wisiała na nim jak na wieszaku. Siedział na krześle w przedziwnej pozie, lekko zgięty do przodu. Prawie opierał łokcie o swoje kolana. Twarz jego przyozdabiała pokaźna, ruda broda.

Drugim gościem był pisarz, autor książki pt. "2012" - Jarosław Mec. Lekko pulchny, ubrany w czarny garnitur, który dość dobrze na nim leżał. Niestety Jarosław był widocznie zbyt speszony kamerami i co chwilę się wiercił na krześle, a pot spływał obficie po jego twarzy. Za sprawą oświetlenia i potu, jego wysokie czoło świeciło światłem odbitym, niczym naturalny satelita naszej planety.
Ostatnim zaproszonym gościem był Maciek Dulski. Ubrany w szaro-czerwony sweter, dżinsy w stylu 'fade out'. Włosy miał postawione na żelu, a na nogach adidasy firmy Adidas. Zdawał się być wyluzowany, ale patrząc na niego miało się dziwne wrażenie, że coś z nim jest nie tak.
Prowadzący usiadł na jednym z krzeseł i zdjął ponownie okulary.
- Panie Konstanty...
- Wolałbym "panie profesorze".
- Ekhm. Dobrze. Panie profesorze.. Z tego, co mi wiadomo, zajmuje się pan starożytnymi cywilizacjami.
- Tak, owszem. Dobrze panu wiadomo - powiedział, zmarszczył brwi i ściągnął usta do góry, wciągając powietrze nosem, co wyglądało jakby pan Konstanty był królikiem miniaturką. - Badam cywilizację starożytnych majów od przeszło piętnastu... - znowu króliczy grymas - lat. Niewielu ludzi świadomych jest faktu, iż naród ten był bardzo zaawansowany technicznie. Majowie posiadali kalendarz, którym odliczali przepływ czasu.
- To na prawdę bardzo fascynujące - powiedział prowadzący, zakładając okulary.
- Tak, tak - lekko się speszył pan profesor (nie lubił, jak mu się przerywało, albo wtrącało niepotrzebne komentarze) i ciągnął dalej. - Kalendarz ten działał w następujący sposób. Otóż wędrujące po niebie słońce rzucało cienie za sprawą odpowiednich budowli na wielkim placu. Na podstawie długości cieni, a także miejsc, w których były one rzucane, Majowie byli w stanie określić dokładnie miesiąc, dzień, a nawet rok.
- Zdumiewające.
- Tak, tak. Khm. Prowadziłem wiele badań na ten temat i doszedłem do wniosku, że wszelkie zapiski dotyczące przyszłych stuleci, albowiem warto zaznaczyć, że prowadzili oni takież zapiski, zafascynowani przyszłością, kończą się na roku dwutysięcznym dwunastym.
Powiedział to Konstanty, zmrużył oczy i lekko kiwając głową, zrobił długą pauzę.
Prowadzący drapał się ręką po starannie ogolonej brodzie, po czym obrócił twarz w kamerę.
- Nie odchodźcie od telewizorów. Za chwilę dalsza część programu.

* * *

- Co z planami likwidacji Partyfiona 64?
- Działania w toku. Wysłaliśmy już likwidatora.
- Znakomicie.

* * *

- Witamy znów po przerwie. Dla tych, którzy dopiero teraz włączyli odbiorniki, chciałbym przypomnieć, że dzisiejsze, specjalne wydanie programu Nie do wiary jest o nieuchronnie zbliżającym się końcu świata. Zaprosiliśmy do naszego studia znakomitych gości, którzy przedstawiają swoje opinie na ten temat.
Obrót w inną kamerę i zdjęcie okularów.
- Pan Konstanty.. ekhm pan profesor dopiero co przedstawił nam fascynującą teorię na temat kalendarza starożytnych majów, który akurat kończy się w roku 2012. Nasz drugi gość Pan Jarosław Mec, cóż za zbieg okoliczności, również uważa, że koniec nastąpi tego samego roku.
Jarosław przetarł czoło jedwabną chusteczką, zmienił pozycje na krześle i zaczął:
- Jak dobrze państwo wiecie, jestem pisarzem. Ostatnio wydałem w wydawnictwie "Mrówka" swoją najnowszą książkę pt. "2012". Jest ona wynikiem kilkuletnich badań na temat zagadnienia końca świata.
- A cóż pana skłoniło do zainteresowania się akurat tym zagadnieniem? Wiemy przecież, że pańskie poprzednie książki były zwykłymi kryminałami..
- Tak. Jeszcze do nie dawna byłem zwykłym szarym pisarzem, ale pamiętnego dnia, 31 grudnia 2000 roku, prawie przed północą, w nieznanych okolicznościach straciłem przytomność i miałem przerażającą wizję. Widziałem walące się budynki, czerwone chmury, spadające samoloty. Widziałem po prostu chaos. Wierzę, że to był jakiś znak, żeby zabrać się za ten temat.
- Dla mnie to dość dobry pomysł - zażartował prowadzący, tym razem pozostawiając swoje okulary w spokoju. - Ale mówiąc poważnie, do jakich wniosków doszedł pan, po tych kilku latach prywatnego śledztwa?
- Przed długi czas studiowałem fachowe książki z różnych dziedzin i nie znajdywałem niczego, co potwierdziłoby moje obawy, aż pewnego dnia - krótka pauza, przetarcie czoła chusteczką. - przeczytałem wyniki badań naukowych nad wiatrami słonecznymi.
- Wiatrami słonecznymi? - zdziwił się prowadzący.
- Tak. Dopiero niedawno odkryto, że słońce oprócz promieni świetlnych, wysyła w kierunku naszej planety również i gazy, zwane wiatrami słonecznymi. W przeciągu ostatnich lat zaobserwowano gwałtowny wzrost emitowanych gazów..
- Ale czy te gazy mają jakikolwiek wpływ na nasze życie?
- Oczywiście. "Wiatry słoneczne" są silnie magnetyczne. Mogą zagłuszać pracę wszelkich urządzeń elektrycznych, np. w samolotach, a także wprowadzać w rezonans struktury budowlane..
- Jednym słowem - mówił pełen zafascynowania i podniecenia prowadzący - pański sen się ziści.
- Przykro mi to mówić, ale niestety tak.
Profesor Konstanty, przez całą rozmowę gładził się po swojej zarośniętej brodzie, pilnie słuchając.
- Muszę przyznać, że słuchałem tego, co pan mówił pełen zainteresowania. Obiło mi się kiedyś o uszy o wiatrach słonecznych na wykładzie mojego znakomitego przyjaciela i chciałbym również dodać, że skomasowany przypływ słonecznych gazów może również przyczynić się do odwrócenia biegunów magnetycznych ziemi..
Milczący i dziwnie spoglądający na gości Maciej nagle gwałtownie drgnął i zdawać się mogło, że zamierzał parsknąć ze śmiechu, ale szybko się pohamował i dalej spoglądał na swoich gości ruszając samymi oczami.
Prowadzący znów założył swoje okulary i powiedział prosto do kamery nr 4, na której zaświeciła się właśnie czerwona lampka - Zapraszamy na krótka przerwę, po której do naszego studia dołączą kolejni goście. Nie zmieniajcie kanału!
Zagrała muzyka z czołówki a podwieszona do sufitu lampka z napisem "On Air" zgasła.
Na scenę wbiegły charakteryzatorki. Dwie z nich rzuciły się na pisarza Meca wycierając i pudrując jego cieknące czoło. Kolejna lekko przetarła twarz prowadzącemu.
- Ja przepraszam państwa bardzo, Lusiu zostaw mój nos wszystko jest Ok, ale musze udać się do toalety. Za chwilę wracam.
Ktoś z reżyserki zakrzyczał.
- A gdzie się podział Kloc?
Asystent reżysera odwrócił się do okienka ze zdziwieniem?
- Co?
- Andrzej Kloc. Kolejny gość, ma teraz wejść. Gdzie on się podział?
- Nie wiem - denerwował się młody asystent. - Jeszcze przed chwilą tu był.
- Jasna cholera! wchodzimy za dwie minuty! Zaraz wszystko szlag trafi. Jak ja nie lubię tych programów na żywo.
- Zaraz, zaraz a co jest z plakietką księdza Tomka?
- Co jak co? Jakiego Tomka?! Przecież mamy księdza Romka, tak? Jasna kupa! Ewa! Szybko rób nowy podpis. Zaraz wchodzimy. I szukajcie tego dziennikarza. A gdzie prowadzący?!
- Panie reżyserze, wchodzimy za 30 sekund.
- Kur... Jest plakietka. Przypinaj, przypinaj. Lusia, spieprzaj ze sceny.
Z toalety wyszedł prowadzący a zaraz za nim dziennikarz Kloc.
- Wchodzimy za 10 sekund! Na miejsca! Na mą duszę!!
- 5...4....3....2...

- Witamy państwa po przerwie. Do naszego studia przybyli nowi goście. Kamera nr3 skierowana została na kanapę, która jeszcze do nie dawna stała pusta. Siedziały na niej dwie osoby. Pierwszą z nich był ojciec Tomek. Ubrany typowo jak dla swojej profesji - biała toga zakrywała go od szyi aż po same stopy. Na jego głowie spoczywały resztki włosów, a na nosie okulary w iście ascetycznych oprawkach. Obok niego siedział dziennikarz "Polityki" Andrzej Kloc. Spod eleganckiej, granatowej marynarki wystawał żółty t-shirt z kaczorem donaldem. Poza tym, Andrzej wyglądał zupełnie normalnie.
Prowadzący zwrócił się najpierw do ojca.
- Ojcze Ro... - prowadzący chwycił się za ucho, z którego wystawała ledwo widoczna słuchawka - Ekhm. Ojcze Tomku. Rozmawialiśmy przed programem i powiedział mi ojciec, że przepowiednie zaczynają się sprawdzać.
- Tak. Przepowiednie apokalipsy św. Jana zaczynają się powoli sprawdzać. Kościół jest coraz bardziej napiętnowany. Nikt już nie pamięta o naukach Chrystusowych. Wartości wyznawane przez kościół chrześcijański są wyśmiewane, nikt już nie przestrzega czystości przedmałżeńskiej. Co jest trudne i bolesne, coraz częściej zdarzają się czarne owce nawet wśród księży..
- Tak, to bardzo smutne..
- Naszą jedyną nadzieją jest modlitwa. Tylko gorąca modlitwa może nas uratować. Modlitwa i spożywanie Chrystusa Eucharystycznego.
- To absurd! Dość tego! - zakrzyczał dziennikarz. - Słuchałem wszystkiego, co panowie mówili za kulisami i teraz, i muszę przyznać, że nieźle sobie to wymyśliliście. - Zwrócił swoje sceptyczne oblicze do pisarza. - Pisze pan książki od ponad siedmiu lat z bardzo słabym efektem. Pańskie kryminały są tak samo interesujące jak taniec godowy stonki ziemniaczanej. Wiem, o czym mówię, bo przeczytałem wszystkie pańskie książki, dowiedziawszy się, że wystąpię razem z panem w tym programie. Po każdej beznadziejnej pozycji, zaczynał pan pisać następną, która niestety była jeszcze gorsza.
Jarosław, choć mogłoby się to wydawać mało prawdopodobne, zaczął się jeszcze bardziej pocić. Chciał coś powiedzieć na swoją obronę, ale Andrzej mu na to nie pozwolił i ciągnął dalej swój wywód.
- Aż w końcu wpadł pan na genialny pomysł! Może by napisać książkę, niby to na faktach autentycznych o tym, że już nie długo nastąpi koniec świata? Po pierwsze trzeba poprzeć się jakąś najnowszą, jeszcze mało znaną teorią naukową, taką jak wiatry słoneczne, albo zamiana biegunów magnetycznych Ziemi... Potem wystarczy ułożyć fajną naiwną historyjkę, ale to dla pana żaden problem. Ma pan siedem lat doświadczenia w pisaniu naiwnych bajeczek. Oto i cała prawda. No i najważniejsze. Nie można napisać, że koniec świata kończy się powiedzmy za dwa tygodnie. Za szybko okazałoby się, że to nie prawda i nie zdążyłby pan zarobić tyle pieniędzy, ile by pan sobie życzył. Dlatego najlepszym zabiegiem jest ustawienie sobie terminu na jakieś siedem-osiem lat. Po takim czasie już nikt nie będzie o panu pamiętał. A książki zdążą się ładnie sprzedać, a pan zarobić.
Teraz skierował swoje oblicze na profesora.
- O panu, to nawet mi się nie chce wypowiadać. Grzebałem przed tym programem na pańską przeszłością. Całe życie pan miał pasję. Kształcił się pan dziesiątki lat, w końcu obrał stanowisko, o którym pan marzył, zajmował się zawodowo tym, co było pańską życiową pasją, aż okazało się, że zmarnował pan sobie życie. Zarabia pan grosze, zwykły, pierwszy lepszy prostak oderwany od pługa, który wepchał się do sejmu zarabia kilkanaście razy więcej niż pan. Teraz nadarzyła się okazja zaprezentować publicznie. Kiedy zamierzał pan powiedzieć, że zapisał się pan do partii i zamierza startować w nadchodzących wyborach? Jakie planował pan hasła wyborcze? "Ze mną resztę swojego życia"!?
W studiu nastała niezręczna atmosfera. Wszystko leciało na żywo i nie można było tego wyciąć, ani usunąć dziennikarza ze studia.
- Albo - teraz dziennikarz wycelował swój cięty język w stronę ojca Tomka - ojcowe kazania o tym, że ludzie są źli i należy się modlić, zmienić... Ma ojciec rację. Nikt już nie chce słuchać takich kazań. Ludzie mają dość wodzenia ich za noc, karcenia za to, co robią. Chcą wreszcie poczuć, że mają wpływ na to, jak żyją. Mają już dość przygryzania języka, nadstawiania drugiego policzka w nadziei na lepszy żywot poza grobowy. W końcu ludzie oprzytamniają i zaczynają robić wszystko, żeby coś w życiu osiągnąć, a kościół tylko nawołuje, że grzeszą.. Ale spoglądając w historię kościoła katolickiego, to nic nowego.. A tak poza tym, to jakie przepowiednie ojciec miał na myśli, bo jak na razie, to ojciec tylko przestrzega i nawołuje..
Ojciec nie dał się wyprowadzić z równowagi i spokojnie zaczął mówić.
- Przepowiednie mówiące o tym, że chrześcijanie będą najpierw dyskryminowani, piętnowani, a potem ścigani i zamykani we więzieniach. Już opracowywane są technologie, które, według zapewnień producentów, mają ułatwić życie, zwiększyć bezpieczeństwo, a tak na prawdę staną się narzędziem do kontroli umysłów.
- To dość ogólnikowe.
- Mam na myśli projektowanie specjalnych chipów, które mają być wszczepiane każdemu człowiekowi.
- Słyszałem o tym - burknął dziennikarz. - Mają one zrewolucjonizować system płatniczy, identyfikacyjny a nawet medycynę. Proszę sobie wyobrazić, że nie potrzebujemy żadnych dokumentów, pieniędzy. Wszystkie informację zapisywane będą w chipie, którego nie da się ani zgubić, ani ukraść.
- Dokładnie to mam na myśli. Czy zdaje pan profesor sobie sprawę z tego, że zostało to przewidziane już w apokalipsie?
- To jakiś nonsens.
- Jak pan z pewnością dobrze wie, chipy mają być umieszczane albo w przedramieniu albo w głowie. Dzięki nim będzie można robić zakupy i wszystko to, co pan już powiedział. Przytoczę panu fragmenty z apokalipsy:

Rozdział 13, wers 16:
"... I sprawia, że wszyscy: mali i wielcy, bogaci i biedni, wolni i niewolnicy otrzymują znamię na prawą rękę lub czoło i że nikt nie może nic kupić ni sprzedać, kto nie ma znamienia - imienia Bestii..."

Dziennikarz wyglądał, jakby został spoliczkowany. Przekrzywił twarz w dziwnym grymasie, po czym powiedział.
- Tak to już jest z przepowiedniami - zaczął niezbyt pewnie - , że wszystko można pod to podciągnąć...
- Zastanawia mnie to, co pan, panie Tomku powiedział. - po raz pierwszy odezwał się Maciek. Jego usta ledwo się otwierały podczas wypowiadania zdań.
- A co pan ma na myśli?
- Mówił pan, że oświadczenie o tym, że koniec świata nastąpi, w okresie krótszym od paru lat nie ma zupełnie sensu.
- Tak jest w ist...
- A co pan na to, że koniec świata nastąpi - zrobił krótką pauzę, spojrzał na lewe przedramię, odsłaniając rękaw, spod którego wydobywało się dziwne, jasnozielone światło - dokładnie za dwie minuty i... piętnaście sekund?
Pewność siebie i spokój, z jakim powiedział to Maciej uderzyła obecnych w studio. Pisarz Jarosław Mec jeszcze bardziej się spocił i wielkie krople potu zaczęły kapać mu z czoła a także z karku. Ksiądz zmierzył Macieja szpetnie i burknął pod nosem "Nikt nie zna dnia, ani godziny". Prowadzący na prawdę się przestraszył, a dziennikarz drżącym głosem zaczął dukać:
- A.. a skąd ta.. pewność?
- Ponieważ zostałem tutaj przysłany, aby zniszczyć waszą planetę. Wiecie.. To nic osobistego. To tylko interesy..
- O czym pan mówi - zaczął krzyczeć z przerażenia prowadzący. Spadły mu na ziemie okulary, a on zaczął rzucać się we wszystkich kierunkach. - Ja nie chcę umierać!! Mamo!!
- Przykro mi. - spojrzał jeszcze raz na cemuldoficiator na lewym ramieniu nacisnął na dwa przyciski. - Żegnam.
Rozbłysnęło z jego wnętrza jasnozielone światło, po czym nastąpiła zupełna ciemność i przerażająca cisza.

* * *

- I jak tam twoje ostatnie zlecenie, kochanie?
- Powiedzmy, że Partyfion 64, albo jak sami ją zwali "Ziemia", nie istnieje.
- Kolejny sukces, hm?
- Nie rozmawiajmy proszę o pracy, dobrze skarbie?
- Jak sobie życzysz.

12,13 wrzesień 2005

Od Autora:
Może to nie do końca to, o czym myślał Seth wymyślając cykl Apokaliptyczna Antologia, ale tak mi jakoś wyszło :)
Cytat z apokalipsy jest prawdziwy. Rzeczywiście istnieją pracę nad chipami. W niemczech już testowano sklepy, w których bierzesz co chcesz z pułek i wychodzisz. Odczytywane są kody z produktów, a z chipa potrącane pieniądze.
Wiatry słoneczne, z tego, co mi się obiło o uszy nie mogą niszczyć budynków, ale wygodniej mi było napisać, że mogą :)
Wszelkie nazwiska, sytuacje przedstawione w opowiadaniu są zmyślone. Podobieństwo do autentycznych osób i zdarzeń jest całkowicie przypadkowe ;P

Leks [ aleksander.grabowski@gmail.com ]


Storytellers 2oo6. Wszelkie prawa zastrzeżone. Oprawa graficzna: aNomaLy


Online Napisz do nas! Ankieta - pomóż nam stworzyć jeszcze lepszy magazyn! Regulamin dla writerów

Spis treści
W górę

Spis treści