Przejdź do spisu treści...

Obraz lustrzany


Któż wie w który labirynt śmierci
teraz wkroczył
jak rozwidlają się ścieżki czasów
w mrocznej przestrzeni
i w którym śnie znów śni
swoje nieistnienie-


Teresa Truszkowska

1

Do Inette jeszcze dzień drogi. Obym nie przybył za późno. Przecież list dostałem już dziesięć dni temu. A ile czasu minęło, zanim do mnie dotarł? Może być i tak, że gdy przybędę na miejsce, wszyscy będą już martwi.
Wzgórze opada stromo w kotlinę, ze szczytu mam doskonały widok na leżące w dole miasteczko. Słońce już zachodzi, ale jest jeszcze dość światła, by rozróżnić szczegóły.
Miasteczko jest małe, skupione wokół niewielkiego rynku ze studnią i jakąś dużą figurą, za ciemno, za daleko, by określić choć w przybliżeniu, co przedstawia- spiżowa masa nieodgadnionej formy, człowiek, zwierzę, mieści się w niej wszystko.
Rynek jest kwadratowy, dochodzą do niego cztery ulice, jedna w środku każdego boku. Cienie tańczą na nich ze światłem, ludzi widać niewielu. To jedna z dziesiątek takich samych, pozbawionych indywidualnego wyrazu mieścin, przyczepionych jak krwiopijne pasożyty do tętniących życiem, także ich życiem arterii szlaków handlowych.
Ale nie, tu jest jeszcze zamek. Góruje nad kotliną, wznosi się na wzgórzu przeciwległym do tego, na którym stoję. Jest, nie, był, kiedyś, dawno temu, potężny, imponujący. Zostały pociemniałe, szczerbate ściany, dziurawe mury. Okna wypełnione są czernią, szyb nie ma pewnie już od dawna. Wzrok ślizga się po przyporach i laskowaniach, wędruje przez kolejne zrujnowane kondygnacje, w górę, w górę, wciąż widać zamysł architekta, w górę- i nagle nie ma już nic, tylko skłębione, sine chmury.
Schodzę, wysypana drobnymi kamykami droga wije się w ciasnych zakosach, wąż dusiciel oplatający ofiarę, a jestem tu tylko ja, nikogo więcej, to ja jestem ofiarą. Nie, nie, to nie tak. Odganiam złe myśli. Nie jestem ofiarą, to wąż nią jest. Ja jestem myśliwym.
Myśli płoszy cichy szum, niewyczuwalny podmuch. Jakiś jasny kształt przelatuje, nie, prześlizguje się tuż koło mojej głowy. Ruchem bardziej jeszcze pierwotnym, głębiej zakorzenionym niż bezwarunkowy odruch przyklękam, jednocześnie odwracając się, sięgam pod płaszcz. Jednak nim jeszcze ręka natrafi na zimną kolbę, cofam ją. To sowa. Tylko sowa. Ptak. Ptak, za którym zawsze podąża zło, znak najgorszy, zapowiedź wszelkich nieszczęść, zwiastun śmierci. Więc przybędę za późno?
Cienie wydłużają się powoli, coraz mniej wyraźne, coraz mniej podobne. Tylko jeden dzień. To przecież nie tak wiele. Zdążę.
Wzrok wędruje jeszcze raz w kierunku zamku. Czy...? Tak, na pewno, nie mogłem się pomylić. W jednym z okien na chwilę, moment krótszy od mgnienia, zabłysło światło, mały, czerwonawy ognik. Nie jest więc opuszczony. A może zapędził się tam jakiś poszukiwacz skarbów?

2

W pokoju panuje półmrok, cienie uciekają od płomienia stojącej na stole oliwnej lampki, byle dalej, byle głębiej w bezpieczną ciemność kątów i zakamarków. Ciężki zaduch wisi w powietrzu, szczelnie wypełnia pozostałą przestrzeń pomieszczenia.
Pod ścianą naprzeciwko drzwi, pod oknem zasłoniętym okiennicami, stoi drewniane łóżko. Leżącego na nim człowieka, przykrytego zielonym kocem, łatwo nie zauważyć. Nie porusza się, wydaje się być martwy. Ale nie, oddycha. Powoli, bardzo powoli, ale oddycha.
-To właśnie on- mówi Ibrahim- Pusty, tak jak mówiłem, zupełnie pusty.
Podchodzę do łóżka, chwytam nadgarstek leżącego człowieka. Puls jest słaby, powolny, bardzo regularny. Drugą ręką dotykam jego twarzy. Powieki unoszą się, odsłaniając szare, niemal przeźroczyste oczy. Prawie zlewają się w jedno z bladą twarzą, przetłuszczonymi, płowymi włosami. Puls nie zmienia się ani trochę, w oczach nie ma śladu życia, ciekawości, strachu, czegokolwiek.
-I co, miałem rację?- pyta zniecierpliwiony Ibrahim. Chyba bardzo chce ją mieć.
-Poczekaj- odpowiadam machinalnie, dłoń sama wędruje do jednej z kieszeni płaszcza, palce zaciskają się na doskonale sobie znanym, prostopadłościennym kształcie, rozpoznają aksamitną fakturę.
Nie widzę już Ibrahima, nie widzę ciemnego, dusznego pokoju. Jest tylko leżąca na łóżku postać, już wiem, że nie ludzka i małe pudełko obite czerwonym aksamitem. Otwieram je, teraz skupiam na nim całą świadomość. Delikatnie wyciągam spoczywające w nim wahadełko, ciemną bryłę przypominającą nieco dziecinne bąki, zawieszoną na złotym łańcuszku. Szepcząc formuły, rozkręcam je nad głową chorego. Zrazu wiruje spokojnie, nic nie zakłóca pola. Nagle w ruch wkrada się fałszywy ton. Tylko jeden. Wystarczy.
-Niech to szlag!
Sztylet wyskakuje z rękawa szybciej niż myśl i przeszywa gardło istoty. Nawet nie charczy.
Ibrahim najpierw blednie, potem czerwienieje.
-Zabiłeś go! Jak mogłeś?- krzyczy- Przecież on był niegroźny! Był pusty....
-On był dybukiem Ibrahimie, uspokój się. Był opętany.- jakże spokojny, jakże rzeczowy jest mój głos- Był jak saicka bomba z długim lontem. Wybuchłby lada chwila. Patrzę jeszcze raz w martwe już oczy. Teraz są idealnie bezbarwne.
Wściekłość powoli wysącza się z ciała Ibrahima, znów staje się blady. Przez moment boję się, że zemdleje, ale nie, jest twardy. Zaciska usta, po chwili pyta już prawie całkiem spokojnie:
-I co teraz? Pójdziesz na zamek i go zabijesz?
- Nie od razu. Najpierw chciałbym porozmawiać z tym kapłanem, o którym wspominałeś w karczmie. A potem zobaczymy.
Wychodzimy, ulice zalane są mrokiem, księżyc wisi już nisko. Jest już późno, a do Inette powinienem wyruszyć wcześnie rano. A może lepiej już teraz, od razu? Wychodzimy na rynek. Figura. Ciężka spiżowa bryła, na niej posąg bohatera trzymającego w wyciągniętej ręce łeb potwora. Czy to możliwe, że wszystko wyjaśni się tutaj?

***

Karczma stoi przy rynku. Musi być stara, drewniane płazy pociemniały, są niemal czarne. Wędrowiec, który dotarł do miasteczka wraz z ostatnimi promieniami słońca, stoi przed drzwiami w wysokim, pokrytym misterną kratownicą ganku. Naciska klamkę, mechanizm skrzypi lekko. Wzrok wędrowca wędruje po zdobiących drzwi arabeskach. Otwiera, machinalnie odwracając się przy tym, wzrok wędruje na środek placu. Pomnik. Duża, prostopadłościenna bryła, na niej człowiek trzymający w wyciągniętej ręce głowę potwora. Drzwi otwierają się, podróżny spogląda jeszcze na szyld karczmy. "Pod gęsią i rusztem". Wchodzi.
Wnętrze jest ciemne, zadymione. Przy stołach siedzą tylko miejscowi, nie więcej niż ośmiu. Patrzą na przybysza krzywo, zza zmrużonych powiek. Niektórzy milkną w pół słowa. Skąd wiedzą, myśli, czyżby wyczuwali aurę? Przecież nie widzą pistoletów, ani tym bardziej amuletów.
Podchodzi do szynku. Karczmarz patrzy trochę mniej krzywo, on zapewne oprócz aury wyczuwa też pieniądze. Jest niski, ma szeroką, nalaną twarz, spróchniałe zęby.
Wędrowiec zamawia kolację i siada w kącie, tak by mógł widzieć, co się dzieje. Atmosfera powoli się rozluźnia, ale nie można jej nazwać naturalną, chyba nigdy taka nie była. Przybysz wyciąga fajkę, zapala wonne zioła, dym unosi się wysoko, długie pasma kłębią się pod powałą, tworzą nieodgadnione wzory. Nagle wyrasta przed nim dwudziestoletni może chłopak, zielona koszula, szare włosy, oczy zasłania dym.
-Wy jesteście filid, Łowca- bardziej stwierdza niż pyta. Nachyla się przy tym nad stołem, teraz widać, że oczy ma ciemnoniebieskie.
-Tak, jestem
-Mamy tu arymana. Chyba silnego.- przez jego twarz przelatuje cień. Raczej nie kłamie.
-O, a skąd się wziął aryman w takim miejscu?
-Nie wiem, panie, czy to nie wy jesteście filidem?- twarz mu tężeje, ale zachowuje spokój, ma mocne nerwy.
-Dobrze, już dobrze, usiądź i opowiedz wszystko spokojnie.
Siada, ruchy ma kocie, sprężyste.
- Siedzi w zamku. Starzy gadają, że od zawsze, ale ja go nie pamiętam. To znaczy słyszałem o nim, ale myślałem, że to ot, takie bajanie, żeby dzieci straszyć. Ale jakiś miesiąc temu się zaczęło. Ludzie znikali. Czasami wracali, ale puści, zupełnie puści. Dziwne wiatry wieją, a na zamku nocami świeci się światło. Kapłan mówi, że to aryman.- mówiąc to blednie nieznacznie, wargi mu drżą.
-Opowiedz mi jeszcze o tych ludziach, tych, co zniknęli i wrócili.
-Puści są, już mówiłem. Oddychają, połykają to, co im się włoży do ust, ale nic więcej. Wzrok mają mętny, nie ruszają się, czasami tylko tak jakoś drżą. Są puści. Żyją zwykle bardzo krótko, tydzień, dwa. Wyjątek to mój kuzyn, trzeci tydzień mija, jak go znaleźli, a on dalej żywy.
Przybysz pochyla głowę, pociera skronie dłońmi. Czyżby kapłan miał rację? Ale Inette... Dwóch arymanów tak blisko siebie...
-Chciałbym zobaczyć tego twojego kuzyna. Zaprowadź mnie do niego... Jak cię zwą?
-Ibrahim panie. Chodźmy.

3

-Bądź przeklęty!- kapłan krzyczy gardłowo, oczy niemal wychodzą mu z orbit- Niech was wszystkich Szeol pochłonie! To wy sprowadziliście na nas nieszczęście, to kara za wasze zadufanie!
Przeczuwałem, że tak będzie. Kapłani nigdy nie byli do nas przyjaźnie nastawieni, a jeszcze w takiej sytuacji...
-Zamilcz i uspokój się- sam się dziwię, jak doskonale potrafię panować nad głosem- wiesz dobrze, że gdybyśmy nie przywołali arymanów, hordy Ewenhów zmiotłyby nas z powierzchni ziemi.
-Tak, teraz tak mówicie! Ale ponosicie sprawiedliwą karę. Władza przewróciła wam w głowach. Od kiedy ty i tobie podobni obaliliście cesarza, nic nie idzie dobrze!
-Dość- nareszcie krzyczę- Zamilcz psie. Nie zapominaj, żeś winien mi posłuszeństwo! I pamiętaj, odmówiłeś mi pomocy, a my nie zapominamy. Nigdy!- odwracam się i wychodzę z ciasnego pomieszczenia, zostawiam poczerwieniałego ze złości kapłana, do którego zaczyna chyba docierać co zrobił i co go może za to spotkać i Ibrahima, z błyskiem przerażenia i zdziwienia w oczach.
-Panie, nie przejmujcie się kapłanem i darujcie mu, jest stary, w głowie mu się miesza- chłopak dogania mnie tuż za progiem.
-Nie, jest najzupełniej zdrów. Powiedział prawdę, wykrzyczał mi ją prosto w twarz. I właśnie dlatego spotka go kara.

***

-Jak to, więc teraz tak po prostu odejdziesz, nie pomożesz nam?- głos Nai, narzeczonej Ibrahima drży, płomiennie rude włosy opadają na pobladłą twarz. Spotkaliśmy ją ledwie przed chwilą. Gdy mi ją przedstawiał, chyba to przeczuwał. Teraz stoi obok, jakby zamyślony.
-Już mówiłem, mam misję do wypełnienia, a to jest najważniejsze. Jeśli dobrze pójdzie, wrócę za trzy dni.- głos Łowcy jest twardy, nieprzyjemny.
-Ale...
-Dość, będzie jak powiedziałem.- ucina i odwraca się.
-Więc to jest ten wasz słynny honor? Odwrócić się i uciec?
Ibrahim kładzie dłoń na je ramieniu, chce ją uspokoić, a może dodać odwagi. Ona szarpie się, robi krok do przodu, w zielonych oczach kipi ocean.
-Daj spokój, to nic nie da. Niech idzie. Jeśli wróci, to nam pomoże, jeśli nie, to i tak nie ma ratunku. Odejdziemy jak już prawie wszyscy, gdzieś daleko. Daleko od tego wszystkiego.
-Wrócę, macie moje słowo. Wiecie, że to nie zależy ode mnie.- głos łowcy nagle mięknie niczym stopiony wosk, rozlewa się w powietrzu ciepłą kałużą.- Wrócę
Odwraca się i odchodzi w noc.

4

Noc ustępuje powoli, stopniowo, jakby sama przed sobą nie chciała się do tego przyznać. Pozostawianą przez nią pustkę szybko wypełnia szary świt, jedna substancja zastępuje drugą, tak jest zawsze i wszędzie, nie ma na świecie prawdziwej pustki.
W nikłym świetle wędrowiec powoli wspina się na szczyt wzgórza. Śpieszy się, ma ważne zadanie, musi je wypełnić. Jeszcze trochę i wszystko się wyjaśni. Jeszcze tylko kilka godzin!
Myśli, ich strzępy, oderwane od siebie obrazy przelatują przez jego umysł z ogromną prędkością, nie dają chwili wytchnienia. Wróci tu, na pewno, przecież przyrzekł, tylko upora się z Inette, wypełni zadanie.
Idzie jak w gorączce, nie zważa na nic, nie zwraca uwagi na otoczenie, na słońce, nawet na to, że przekroczył już szczyt wzgórza, że znów schodzi w dolinę, i tylko obrazy, obrazy są wszystkim.
Nagle, wyrwany czymś z zadumy, unosi wzrok, patrzy wprost przed siebie.
-Co za...?
W dole ten sam bohater unosi łeb tego samego potwora, u stóp tego samego zamku.
Więc to jednak tutaj, więc to będzie starcie decydujące?
Stoi jeszcze chwilę, w końcu jednak rusza w dół zbocza, teraz już szybko, zdecydowanie. Teraz jest już pewien swojej misji, pewien powodzenia.
Zmianę wyczuwa dopiero w centrum miasteczka. I nagle zdaje sobie sprawę, że dokonywała się ona przez cały czas, od momentu, gdy stąd wyruszył. Teraz proces się zakończył, dlatego w ogóle ją zauważył.
Unosi lewą rękę, naznaczoną starymi bliznami, lecz nie widzi ich. Unosi prawą, i to ona jest pobrużdżona. I wreszcie dotyka serca. Bije po prawej stronie. Lecz gdzie właściwie jest strona prawa, gdzie lewa, tego nie wie, nie może zawierzyć nikomu ani niczemu. Spogląda w górę, na piętrzący się dumnie, niczym czarny monolit, zamek. Pozostaje mu tylko iść tam, do źródła wszystkiego, i tam szukać rozwiązania.

5

Droga do zamku jest stroma, kręta. Wije się między ciemnymi, granitowymi głazami i sterczącymi spomiędzy nich nielicznymi, uschniętymi świerkami. Dolna część pni wciąż pokryta jest korą, zbielałe, nagie konary nadają im wygląd kolców monstrualnego jeżozwierza.
W końcu docieram do masywnej, ostrołukowej bramy wciśniętej między skały. Brona jest uniesiona do połowy, pokryta rdzą. Schylam się, kilka kroków, i to już, już stoję na zamku.
Aura jest tu dziwna, zniekształcona, nie wiem czy to aryman, czy oddziaływanie granitu.
Szybko, jak w transie (a może rzeczywiście w transie) przemierzam zewnętrzny dziedziniec, kolejne bramy, drzwi i korytarze. Wszystko jest ciemne, zrujnowane, choć nie aż tak, jak sugerował widok zewnętrzny.
Korytarze zaciskają się, chcą mnie zmiażdżyć, przetrawić, wąż czai się wszędzie, wszystko jest wężem, a ja wędruję przez jego trzewia. Schody, następne i jeszcze jedne, i znów coraz ciaśniej, głębiej w labirynt, głębiej, zmiana, jeszcze głębiej, i tak poznaję perystaltykę bestii.
I nagle koniec, labirynt urywa się bez zapowiedzi, jakby nie istniał nigdy i nigdzie, pod stopami chrzęści przegniły, czerwony kobierzec, owiewa mnie przestrzeń wielkiej sali.
Kiedyś chyba odbywały się tu uczty, spróchniałe resztki mebli, wymieszane z fragmentami zawalonego stropu zagracają podłogę. Ciężkie krople deszczu uderzają wokół mnie.
Tu aura jest najsilniejsza.
Lustro.
Duże, w żelaznej, kutej ramie. Najlepsza brama do Szeolu.
Każdy może ujrzeć demona, wystarczy, że będzie dostatecznie długo patrzył.
Ja nie muszę, tu nie trzeba, on jest zbyt blisko.
Pojawia się szybko, jego odbicie za moim, wysoki młodzieniec, trochę podobny do Ibrahima.
-Więc przyszedłeś. Głupcze, i ty chcesz mnie zabić?- wybucha śmiechem- Ty? A to dobre!- Teraz już zatacza się od dzikiego rechotu-Ty możesz tylko stłuc lustro, i tak widzisz tam tylko siebie.
Odwracam się, a on zamienia się w węża, zawsze nim był. Jego cielsko jest dwukrotnie dłuższe od ciała mężczyzny. Skacze, aura tężeje, moja prawa- lewa ręka wędruje pod płaszcz, pod koszulę, łamie amulet, uwalnia moc. Aura tężeje jeszcze bardziej, wyprowadzam cios z obrotu, trafię, muszę trafić, sztylet wyskakuje z rękawa, tnie aurę niczym ciasto.
Srebrne ostrze rozcina pokryty zieloną łuską kark, czarna krew tryska na dywan.
Upadam, wszystko wiruje, aura, ściany, niebo, ja.
Koniec.
Serce znów bije mi po lewej stronie. Podnoszę się na kolana, wymiotuję. Ucięty, wężowy łeb leży tak blisko...Wstaję, podnoszę go. Wyciągam przed siebie rękę, patrzę w martwe oczy, zastygam na moment w sztywnej pozie, i już wiem, jaki to potworny łeb trzymał posągowy bohater. Więc to przeznaczenie?
Odruch wymiotny znów szarpie moim ciałem, znów upadam na kolana.

***

Droga powrotna dłuży się niemiłosiernie, a ja jestem tak osłabiony walką, ciągle zataczam się na skały. Wreszcie mijam ostatni zakręt i staję na skraju miasteczka.
Coś jest nie tak, czuję to, czuję aurę.
Zza rogu wychodzi jeden z mieszkańców.
Patrzy na mnie tak dziwnie...
Jego oczy!
Wyszarpuję z kieszeni jeden z pistoletów, wszystkie cztery lufy są nabite, gotowe do strzału.
Odwodzę jeden z kurków, strzelam.
Dybuk pada z przestrzeloną piersią.
Co się...
Zza tego samego rogu wybiegają dwaj następni, pewnie zaalarmowani wystrzałem.
Czerń, czerń w ich oczach!
Wyszarpuję drugi pistolet, teraz strzelam z obydwu, cztery kule wbijają się w dwa ciała.
Co mówił Ibrahim? Że w mieście pozostało tylko 15 osób? Tak, chyba tak.
Chowam się za jednym z domów, nabijam puste lufy. Czas skończyć dzieło.
Biegnę przez miasto, znów strzelam, i znów, nigdy nie chybiam.
Następni, strzały, znów nabijam pistolety, kolejne kule przeszywają kolejne ciała, znów, znów, koleje akordy opery, i wszyscy, kapłan, oberżysta, wszyscy inni zaczynają swoje arie.
Ostatnie wystrzały, i milkną ostatnie krzyki.
Czy to już wszyscy?
Ibrahim i Naja! I już biegnę do jego domu, palce na językach spustowych, wszystkie mięśnie napięte, wszystkie zmysły wyostrzone.
Kopnięciem otwieram drzwi, wpadam do środka. Widzę Naję, stoi tam, na wprost mnie, otwiera usta do wrzasku. Czerń, czerń! Uderzenie, skąd, jak, upadam w bok, na podłogę. Jeszcze w locie przekręcam się na plecy i widzę rzucającego się na mnie Ibrahima. Strzelam, Ibrahim krzyczy coś o lustrze, czerń w jego oczach. Wtedy dosięgają go kule.
Podrywam się szybko, Naja kuli się w kącie, mówi coś. Czerń, czerń! Strzelam.
Zmęczenie wreszcie bierze górę, zataczam się na ścianę. Lustro! Wisi na ścianie, tak blisko...
Staję przed nim, unoszę wzrok, patrzę w swoje oczy. Tak.
Brzęk tłuczonego szkła jest tak głośny...

Epilog

Pajęczyna pęknięć rozrasta się, białe linie pełzną po srebrzystej tafli, dzielą ją na setki i tysiące tafli cząstkowych. I tak tafla pierwotna przestaje istnieć, zamieniona w skrzącą się mozaikę, zawieszoną w jednym, ulotnym momencie, w końcu jednak i ona rozpada się, tym razem ostatecznie.
Lustro pęka, rozsypując się w szklany pył. Wraz z nim pęka świat; najpierw rozchodzą się po jego powierzchni głębokie rysy, a potem i on rozsypuje się w pył.
I nagle nie ma już nic, ani szklanego pyłu, ani lustra, ani przeglądającego się w nim człowieka.
Gdy świat przestaje istnieć, odsłania swą prawdziwą naturę, obraz pod obrazami. Obraz podobny, choć różny.
Człowiek z obrazu stoi w przestronnym korytarzu, przygląda się wiszącej na ścianie rycinie, przedstawiającej dziwną, wychudłą postać w szarym płaszczu, przeglądającą się w stłuczonym lustrze.
Lecz po chwili i ten obraz znika, a wtedy zapada bezpieczna, cicha ciemność.

Koriat [ koriat@poczta.fm ]


Storytellers 2oo6. Wszelkie prawa zastrzeżone. Oprawa graficzna: aNomaLy


Online Napisz do nas! Ankieta - pomóż nam stworzyć jeszcze lepszy magazyn! Regulamin dla writerów

Spis treści
W górę

Spis treści