Przejdź do spisu treści...

Przejażdżka

    Zajeżdżam na parking przed restauracją. Gaszę silnik, zaciągam hamulec ręczny, wyłączam światła, otwieram drzwi. Idę w stronę restauracji, równocześnie podnoszę rękę nad głowę i włączam alarm w samochodzie. Patrzę na szyld restauracji: 'Jin Jin'. Dość ciekawa nazwa. Nie zastanawiam się długo, otwieram drzwi i wchodzę.
Moim oczom ukazuje się całkiem miły widok. Dwie ładne kelnerki roznoszą zamówienia klientom. Przy barze stoi wysoki mężczyzna i poleruje dokładnie szklanki na piwo. Stoliki są czyste i równiusieńko ułożone. Podchodzę do jednego z nich, wysuwam krzesło i siadam wygodnie. Po chwili podchodzi do mnie jedna z tych ładnych kelnerek i swym uroczym uśmiechem oświadcza: "jest pan tu mile widziany, dopóki płaci pan gotóweczką". Odzywa się, próbując uświadomić mnie, że jestem ich wyjątkowym i jedynym w swoim rodzaju klientem, chociaż w sumie jestem tu pierwszy raz.
- Co podać? - odzywa się wreszcie, nadal z tym promiennym uśmiechem.
- No...nie wiem. A co mogłaby pani mi polecić? - pytam z równie "wspaniałym" uśmiechem. Dziewczyna chyba dostrzegła ironię w moim uśmiechu, bo przestała się uśmiechać, a może po prostu energia na uśmiech właśnie się wyczerpała.
- Daniem dnia jest kotlet po cygańsku z ziemniakami w mundurkach. - powiedziała cholernie naturalnym głosem, z lekką nutką znudzenia.
Popatrzyłem na stolik obok. Facet tam siedzący chyba właśnie zamówił danie dnia. Jedzenie wyglądało całkiem nieźle, więc powiedziałem:
- To poproszę to danie dnia i do tego surówkę z marchewki i kapusty kiszonej.
- Coś do picia? - zapytała i jednocześnie zapisała zamówienie.
- Coca-Cola, jak jest. - Dziewczyna popatrzyła się na mnie głupkowato. No chyba to oczywiste że jest, w końcu to restauracja przy drodze, w takim miejscu coś takiego jak Coca-Cola jest nieodłącznym elementem.
Kelnerka odeszła i skryła się za drewnianymi drzwiami.
Rozejrzałem się po bokach. W restauracji oprócz mnie i gościa od dania dnia, znajdowało się jeszcze pięcioro ludzi. Jakaś babcia z dziadkiem głośno dyskutujących i mała rodzina: mąż, żona i córka. Przyglądnąłem się córce, miała może sześć lat. Nagle zwróciła wzrok w moją stronę tak, jakby poczuła że się na nią gapię. Natychmiast odwróciłem głowę. Nigdy nie lubiłem patrzeć prosto w oczy. A jak już to robiłem, po sekundzie lub dwóch, opuszczałem oczy. Przemknęła mi jakaś niedobra myśl i lekki odzew sumienia. "Szkoda trochę tej małej" - powiedziałem cicho.
Kelnerka wróciła po ośmiu minutach wraz z jedzeniem. Wszystko było gorące, tak jak lubię. Delikatnie kroiłem kotlet, przejadając go ziemniaczkami z surówką. Popiłem to Coca-Colą. Spałaszowałem wszystko co miałem na talerzu i poprosiłem o rachunek. Zapłaciłem i spytałem gdzie jest toaleta.
- Tam w rogu, za kwiatkiem.
- Dziękuje. - powiedziałem.
Wszedłem do toalety, zamknąłem za sobą drzwi na klucz. Poczułem lekki zapach moczu. Skrzywiłem się i podszedłem do pisuaru.
Z toalety wyszedłem po dziesięciu minutach. Uśmiechnąłem się jeszcze raz do kelnerki, która mnie obsługiwała, i wyszedłem
Wyłączyłem alarm w samochodzie i tym samym otwarłem drzwi. Włączyłem silnik, jedynka i ruszyłem.
Tym razem zatrzymałem się przy pobliskim supermarkecie. Parking był dużo większy i tym samym było na nim więcej samochodów. Znalazłem miejsce najbliższe wejściu. Zgasiłem silnik i wysiadłem. Pierwsze, co rzucało się w oczy, to duży, prawie na cały budynek supermarketu, szyld z nazwą. Głosił on "Magdalenka - u nas najtaniej".
Wszedłem przez obrotowe drzwi, przy których stała jakaś młoda, ładna dziewczyna i rozdawała ulotki. Wręczyła mi jedną. Po krótkim zaznajomieniu się z treścią ulotki, wyrzuciłem ją do kosza.
Wziąłem niebieski koszyk i skierowałem się do działu elektrycznego. Co chwila mijałem dziesiątki ludzi nieświadomych kim jestem, ani co tu robię. Z działu elektrycznego zabrałem do koszyka dwie żarówki stuwatowe. Pochodziłem jeszcze trochę po supermarkecie, przyglądając się nie produktom, ale twarzom, zarówno klientów jak i obsługi. Wszyscy mieli jednakowy wyraz twarzy - nieświadomy. Nieświadomi co ich czeka jeszcze tego dnia.
Skierowałem się do kasy. Zapłaciłem za żarówki i wyszedłem. Zaniosłem je do samochodu i wróciłem do Magdalenki. Zapytałem sprzątacza gdzie znajdę toaletę. Ten uprzejmie wskazał mi palcem stronę, w którą mam iść. Podziękowałem i poszedłem.
Toaleta bardzo się różniła od tej z restauracji. Pachniało w niej drzewem iglastym. Bardzo miły zapach. W środku znajdował się jeszcze jeden facet ale wyszedł po chwili. Zamknąłem za sobą osobną kabinę i rozglądnąłem się po wnętrzu.
Wyszedłem po sześciu minutach.
Wróciłem do samochodu i odjechałem.
Jechałem 50 km/h. Wolno, ale i tak nie lubiłem szybkiej jazdy, zbyt dużo słyszy się w telewizji o wypadkach spowodowanych brawurową jazdą. Wolałem spokojnie dotrzeć do celu. Zatrzymałem się na pasach i przepuściłem pieszych. Ruszyłem, by znów za chwilę zatrzymać się na światłach. Gdy zapaliło się zielone ruszyłem powoli, miałem zaraz skręcać, więc po co się rozpędzać. Podczas jazdy samochodem byłem bardzo uważny. Skręciłem na boczny pas, prowadzący w małą uliczkę.
Zatrzymałem się w miejscu oznaczonym jako parking. Podszedł do mnie starszy, zarośnięty na brodzie mężczyzna i zapytał:
- Na jak długo?
- Co na jak długo? - zapytałem zdezorientowany.
- Jak długo zamierza pan tu stać? - zapytał
- Aha o to chodzi. Około godziny. - powiedziałem z uśmiechem, jakiego nauczyłem się w restauracji. Wręczył mi mały blankiecik. Włożyłem go za szybę i poszedłem po schodkach w stronę muzeum.
Otworzyłem duże drewniane drzwi. Podszedłem do recepcjonistki. Zapłaciłem dziesięć złotych za zwiedzanie. Popatrzyłem na ulotkę, którą mi wręczyła. Dowiedziałem się z niej, że dział poświęcony malarstwu znajduje się w zachodnim skrzydle, tam też się skierowałem.
Chodziłem długim korytarzem i podziwiałem wszystkie te dzieła sztuki. Zawsze lubiłem patrzeć na drogie obrazy. Nie znałem się za bardzo na sztuce, ale sam fakt, że te obrazy kosztują masę pieniędzy, sprawiał mi dobry humor. Przystanąłem przy jednym, którego najbardziej lubiłem. Widziałem go masę razy w czasopismach kulturalnych. Obraz przedstawiał wielki wybuch. Ogień, krzyczących ludzi, śmierć, zgliszcza. Naprawdę kawał dobrej roboty. "Ciekawe, co pił autor, malując tan obraz" - pomyślałem.
Popatrzyłem na zegarek. Mijała już prawie godzina. Kurczę, jak ten czas szybko płynie, jak się jest w takim miejscu. Skierowałem się do drzwi wyjściowych. Oczywiście zahaczyłem jeszcze o tamtejszą toaletę. Tym razem wyszedłem z niej po pięciu minutach. Uśmiechnąłem się i powiedziałem cicho do siebie: "zaczynam się już po trochu wyrabiać". Recepcjonistka popatrzyła się na mnie, wychodzącego przez te potężne drzwi. Zniknąłem jej z oczu.
Wsiadłem do samochodu i pozdrowiłem parkingowego machnięciem ręki, tak od niechcenia.
Jedynaczka i ruszyłem.
Moim kolejnym celem podróży miała być Szkoła Podstawowa Nr 13. Pechowa trzynastka - powiedziałem na głos i głośno zaśmiałem się z mojego groteskowego kawału. Dojechanie tam zajęło mi około piętnastu minut. Zaparkowałem na malutkim parkingu, na którym stało osiem samochodów nauczycieli. Lekcje miały trwać do szesnastej, a była dopiero dziesiąta. W szkole odnalazłem, po dłuższej chwili poszukiwań, gabinet pani dyrektor. Zapukałem i usłyszałem:
- Proszę wejść. - Więc wszedłem.
- Dzień dobry. Jestem z biura rachunkowego, ta ja do pani dzwoniłem wczoraj.
Rozmawialiśmy przez pół godziny. Biuro rachunkowe - nie znałem się za bardzo na tym, ale myślę że rozmowa poszła mi całkiem nieźle. Przynajmniej nie dałem po sobie poznać, że ta dziedzina nie jest moją najmocniejsza stroną.
Gdy wychodziłem z gabinetu pani dyrektor, była właśnie przerwa. Szedłem wąskim korytarzem, gdy nagle uderzył mnie biegnący chłopak. Krzyknąłem:
- Uważaj mały!!!
- Czego chcesz? - odpowiedział szorstko chłopak. Przy innych okolicznościach po prostu przywaliłbym mu w twarz, no ale dziś nie miałem do tego powodu. Niech się chłopak cieszy, póki jeszcze ma czas. A powiem tylko, że czasu miał nie za wiele.
- Gdzie jest ubikacja? - zapytałem spokojnie.
Wskazał mi i pobiegł dalej przed siebie.
Wychodząc z toalety popatrzyłem na zegarek. Pięć minut - naprawdę się wyrabiam.
Idąc korytarzem spoglądałem na te niewinne twarzyczki drobnych dzieciaków. Przez głowę przeleciała mi znów myśl związana z sumieniem.
- Eee tam. - Odegnałem tę myśl i wyszedłem ze szkoły. Wsiadłem do samochodu i odjechałem.
Czterdzieści osiem minut - tyle trwała podróż na lotnisko. Samochód oddałem do wypożyczalni, która mieściła się, na moje szczęście, przy lotnisku.
Kupiłem bilet z Warszawy do Krakowa. Kupiłem jeszcze w sklepiku kilka batonów. Wsiadłem do samolotu i odleciałem do domu.

***

Mężczyzna spokojnie siedział w swoim fotelu. Czytał jakąś dobrą książkę, dobry kryminał Ludluma. Nagle do pokoju wpadła jego żona, z gazetą w ręku. Była zdyszana, biegła po schodach. Mężczyzna nie zareagował od razu na zachowanie żony. Dopiero po chwili zauważył ją stojącą w przejściu, z przerażoną twarzą. Podniósł głowę znad książki:
- Co się stało?
- Nic nie wiesz? No to spójrz na gazetę. - Wręczyła ją drżącymi rękoma.
Mężczyzna przeczytał nagłówek : "Zamachy". Popatrzył na żonę, ona patrzyła się na niego, przerażona.
- No, czytaj dalej.
Czytał.
"Wczoraj w Warszawie miały miejsce cztery zamachy. Cztery, następujące po sobie wybuchy, zniszczyły doszczętnie restauracje JIN JIN, market Magdalenka, Muzeum Narodowe oraz Szkołę Podstawową Nr 13. Policja oświadczyła, że sprawcą wszystkich czterech wybuchów był ten sam zamachowiec."
Czytał dalej.
"Ten bestialski czyn na pewno zostanie wyjaśniony. Podejrzewane są różne organizacje terrorystyczne. Najprawdopodobniej była to sprawka terrorystów islamskich. Mówi się że był to odwet za karykatury boga Mahometa, które ukazały się w gazetach polskich. Jak to określono: 'odwet za zbrukanie wiary'."
- Jak to zobaczyłam, nie mogłam uwierzyć. Jak coś takiego mogło się stać w naszym kraju?!? - zapytała przestraszona.
Mąż nie odpowiedział, wpatrywał się w artykuł z obojętną miną.
- Najgorsze jest to, że byłeś wczoraj w Warszawie i też mogłeś być ofiarą tych fanatyków. - Łzy pociekły jej po twarzy. Przytuliła się do męża. - Boże jak się cieszę że nic ci się nie stało.
- Już wszystko w porządku. Jesteś roztrzęsiona, idź i się połóż. - powiedział troskliwym głosem.
Gdy żona wyszła, jeszcze raz przeczytał cały artykuł. W końcu powiedział do siebie:
- "Odwet za zbrukanie wiary"? Co za bzdury!! Może po prostu zrobiłem to z nudów...

Robert Morawski [ sulimo.rm@gmail.com ]


Storytellers 2oo6. Wszelkie prawa zastrzeżone. Oprawa graficzna: aNomaLy


Online Napisz do nas! Ankieta - pomóż nam stworzyć jeszcze lepszy magazyn! Regulamin dla writerów

Spis treści
W górę

Spis treści