|
Z Ewą chodziłem prawie cztery miesiące. Bardzo mi się podobała. Nie była może jakoś olśniewająco piękna, ale wcale mi to nie przeszkadzało. Kłóciliśmy się dość często, by po chwili przepraszać się gorącymi pocałunkami. Był październik. Słońce miło grzało nas siedzących na ławeczce w parku. Zapowiadało się na bardzo miłe spotkanie. Jednak takie nie było.
Patrzyłem jak odchodzi. Nie próbowałem nawet jej zatrzymywać. Jej słowa uderzyły we mnie jak piorun w rosnące od wielu setek lat drzewo, rozszczepiając mnie wewnętrznie. Byłem całkowicie nieprzygotowany na to, co nastąpiło. Powiedziała, że to koniec. Twierdziła, że nie pasujemy do siebie, zbyt duże są między nami różnice. Słuchałem tego bez słowa. W duszy krzyczałem, że to nie prawda, chciałem wszystkiemu zaprzeczyć, jednak się nie odezwałem.
Na pożegnanie powiedziała mi kilka ciepłych słów, odwróciła się i poszła wzdłuż ścieżki. Gdy znikała już za bramą, miałem krzyknąć, że ją kocham, ale powstrzymałem się. Po co?!?
Nie wiem ile siedziałem na tej ławce, patrzyłem tylko w górę na płynące po niebie chmury. Przez park przewijały się kolejne pary zakochanych. Przyglądałem się im uważnie, próbując dostrzec coś, co pomogłoby mi zrozumieć, gdzie popełniłem błąd. W końcu doszedłem do wniosku, że błędem był cały nasz związek. Moim zdaniem, nie warto było. Nie warto było przeżywać tego wszystkiego, by na końcu tej drogi poczuć ten przeszywający, wewnętrzny ból. Złamane serce jak to niektórzy określają.
Był już wieczór, gdy ruszyłem się z miejsca. Nie pamiętam jak wyszedłem przez bramę parkową, nie pamiętam jak szedłem ulicą, nie pamiętam czy kogoś mijałem czy też nie. Byłem jak zamroczony. Wszystko straciło dla mnie znaczenie. Pamiętam tylko, że w pewnym momencie poczułem obezwładniający ciężar w nogach. Nie mogłem już dalej iść. Ogarnęło mnie dziwne uczucie, każące natychmiast się zatrzymać. Próbowałem się poruszyć, lecz nadaremnie. Wreszcie usiadłem na schodkach jakiegoś sklepu.
Mijali mnie przechodnie. Patrzyli na mnie jak na jakiegoś pijaka, pewnie tak też wyglądałem. Głowę trzymałem skuloną, nogi podkurczone. Myślałem! Ale nie były to myśli skupione na tym, co właśnie się stało. Myślałem, co będę robił jak wrócę do domu. "Jaki film leci dziś w telewizji? Co jest na kolację? Jakie lekcje mam jutro w szkole? Czy muszę na jutro się czegoś uczyć?" Po prostu wiedziałem, że najgorszą rzeczą w stanie, w jakim się znajdowałem w tym momencie, moim najgorszym wrogiem, jest mój własny umysł. To on podsuwał mi niebezpieczne myśli, które mogły się dla mnie źle skończyć. Wolałem nie ryzykować.
Poczułem, że coś się o mnie otarło. Podniosłem głowę i popatrzyłem przed siebie, a tam mały piesek, z maślanymi oczami spoglądał na mnie. Merdał uroczo ogonkiem i radośnie podszczekiwał.
Ten piesek wyrwał mnie ze sfery myśli do świata rzeczywistego. Zaczął się znów o mnie ocierać, zachęcając bym go pogłaskał. Tak też zrobiłem. Podobało się to zarówno jemu jak i mi. Poczułem miły, odprężający spokój.
W pewnym momencie piesek, niespodziewanie, uskoczył ode mnie i pobiegł przez ulicę. Podążyłem za nim wzrokiem. Pobiegł w stronę otwierających się drzwi.
I w tedy Ją ujrzałem ...
Stała uśmiechnięta, a dookoła niej, wesoło, biegał piesek. Była przepiękna. Idealna dziewczyna. Istny Anioł. Była ubrana w wełniany, bordowy sweter, jeansy oraz tenisówki. Ubranie idealnie leżało na jej idealnym ciele. Jej długie, kasztanowe włosy delikatnie opadały na smukłą twarz, ukrywając zarazem zarumienione policzki.
Przykucnęła i podrapała psiaka za uchem, wprawiając go w stan ogromnego uradowania. Obserwowałem tą scenę z niemym zachwytem, wprost zahipnotyzowany. Lecz psiak znów zrobił wymigujący ruch i ruszył przez ulicę w moją stronę. Znów zaczął się o mnie ocierać. Spoglądam na dziewczynę i zdaję sobie sprawę, że ona również spogląda w moją stronę.
Uśmiechnęła się obezwładniająco i podeszła do mnie. Mówiła do mnie, a ja nie potrafiłem wypowiedzieć choćby jednego słowa. Zamurowało mnie całkowicie. Potrafiłem tylko łakomo się jej przypatrywać. Wiem, że powiedziała, że to jej pies i ma nadzieje, że nie sprawia mi problemów. Pogłaskała go i wzięła na ręce, ale ten nie był taki znowu posłuszny. Wyswobodził się z jej uścisku i znowu przylgnął do mnie.
Usiadła koło mnie i głaskała psa za uszkiem. Nie potrafię opisać co w tedy czułem. Byłem lekko zaszokowany, ale czułem również wewnętrzny spokój. Najbardziej niezwykły był bijący od niej, oczarowujący i hipnotyzujący, blask. Wreszcie przemogłem niemoc słowną i spytałem jak ma na imię. "Kaśka", odpowiedziała. Ja również się przedstawiłem. A dalej rozmowa już poleciała sama ...
Straciłem rachubę czasu, już drugi raz tego dnia. Gadaliśmy tak o najbanalniejszych głupotach, jakie przychodziły nam do głowy. Minuty leciały i leciały, a my ciągle siedząc na schodach, rozmawialiśmy i rozmawialiśmy.
Byłem tak nią zafascynowany i zauroczony, że nie zauważyłem nawet przechodzącej po drugiej stronie ulicy Ewy.
Boże, jaka ona była piękna!!!
Wreszcie oderwaliśmy od siebie wzrok i równocześnie skierowaliśmy spojrzenia w kierunku rozświetlonych i iskrzących gwiazd na bezchmurnym niebie. Patrzyliśmy tak, aż Kaśka się odezwała: "Piękne prawda. Gwiazdy. Z czasem przestaliśmy je dostrzegać, a są tak piękne".
Musnęła końcami palców moją rękę. Lekko podskoczyłem. Zauważyła to i uśmiechnęła się. Następnie już bez ograniczeń chwyciła moją rękę i pociągnęła za sobą. Czułem kojący dotyk jej dłoni. Powiedziała, że chce mi coś pokazać. Nie sprzeciwiałem się. Czułem podniecenie, połączone z błogim poczuciem bezpieczeństwa. Prowadząc mnie za rękę do nieznanego, pozostawaliśmy w milczeniu.
Zaprowadziła mnie do miejsca, do którego wolałbym nie wracać. Gdy przekraczaliśmy bramę parkową, obiecała mi, że zobaczę najwspanialszy widok w moim życiu. Zaczęliśmy przedzierać się przez ścianę gałęzi, które były dla nas bardzo nieprzychylne, tak jakby skrywały jakąś tajemnicę.
Powiedziała, że zbliżamy się i kazała mi zamknąć oczy. Wyprowadziła mnie na jakąś polankę. Nagle puściła moją dłoń. Poczułem delikatny strach. Wtedy poczułem jej oddech i dotyk jej ust przy uchu. Szepnęła cicho: "Nie bój się".
Otworzyłem oczy i ujrzałem kwiecistą polankę, a na środku małe jeziorko i odbijający się w nim blask gwiazd. Świerszcze grały swą muzykę. Księżyc rozświetlał cały ten krajobraz. Dopełnieniem tego magicznego miejsca była ona. Siedziała z zanurzonymi stopami w wodzie i uśmiechała się zachęcająco do mnie.
Usiadłem jak najbliżej się ośmieliłem. Przysunęła się do mnie i przytuliła. Poczułem jej zapach, zapach róż, przenikliwy, drażniący moje zmysły. Delikatnie dotknęła mego policzka. Czułem, że krew pulsuje mi w żyłach coraz szybciej. Rumieńce zagościły na mojej twarzy, na jej również. Serce waliło jak młot. Przyspieszony oddech. Lekko zwilżyła usta! Nachyliłem się!! Zamknąłem oczy!!! Nasze usta dzieliła tylko chwila ... chwila ... Już czułem ciepło jej ust ...
I w tedy usłyszałem potworny dźwięk mojego budzika, i się obudziłem ...
Jak się okazało później, wszystko to było tylko snem. No może nie wszystko. Ewa naprawdę ze mną zerwała. Po wyjściu z parku dowlokłem się jakoś do domu i zamarłem w łóżku.
Po obudzeniu nie czułem jednak smutku po stracie Ewy, lecz z mojego wnętrza wydobywała się radość. Nie wiem dlaczego tak było.
Z uśmiechem na twarzy i z dziwnym uczuciem wewnątrz, poszedłem do szkoły. Szedłem szczęśliwy, posyłając wszystkim serdeczne pozdrowienia. Zza rogu wyleciał mały kundel. Podleciał do mnie, szczeknął radośnie tak, jakby mnie znał. Odwrócił się i skrył za zamykającymi się drzwiami pewnego domu. Nie czekając na żaden znak, pognałem za nim.
Dobrze wiedziałem kogo tam spotkam ...
Bez Ciebie noc straciła smak, nie ma sensu cały świat
Marzenia nie spełniają się, gdy Cię nie ma obok mnie
Więc będę czekał dzień i noc - może w końcu zjawisz się
Robert Morawski
[ sulimo.rm@gmail.com ]
|