|
Jak było? Wystarczy wyjść na dwór w upalny, wakacyjny dzień, by dowiedzieć się jak było. W odmętach błękitu nieskalanych pierzyną chmur zatopione było słońce, a jego promienie rozgrzewały wszystko niemal do czerwoności. Ludzi nie sposób dostrzec na drogach, bowiem woleli oni siedzieć w chłodnych wnętrzach domów, ewentualnie opalać się na ich tyłach, niźli łazić po pustyni, jaką była okolica tego upalnego dnia...
Zjeżdżałem akurat z Lwowskiej, na Powiśle, ulicę z jednej strony otoczoną domami jednorodzinnymi, a z drugiej dość wysokim i cholernie nieszczelnym wałem - rok w rok, gdy przychodziła większa woda modliliśmy się, by to dziadostwo nie puściło! Urzędnicy woleli brać kasę do swojej kieszeni niż wzmocnić głupi wał broniący wieśniaków przed niszczycielską siłą wody.
Wracałem z roboty, było koło piętnastej... Opuchlizna pod oczami spowodowana brakiem snu wyglądała jak autentyczne siniaki po świeżo skończonej bójce. Rozumiem, że niektórzy marzą o mojej pracy, ale ona stała się dla mnie więzieniem. Dzień w dzień wstaje wcześnie rano, zjadam śniadanie i ruszam do pracy, gdzie przez kilka godzin siedzę przed komputerem i wstukuje szereg niepowiązanych ze sobą cyferek do tabelek... Siedzę i gapiąc się w monitor myślę, gdzie podziała się wolność. Rozumiecie, o czym mówię, prawda?
Gdy byłem młody, wszystko zdawało się być takim prostym, chociaż była szkoła. Później przyszła praca i wkroczenie w dorosłość, a wtedy zaczęła się niewola. Bunt zaginął gdzieś w odmętach mózgu jak sens słowa wolność u starego niewolnika, podporządkowałem się ludziom zatracających moje życie w ciągłej, bezsensownej pracy. Stworzyli nas, rozumiecie? Oni uformowali nasze charaktery, zrobili z nas ludzi pozbawionych sensu istnienia... Z małych żyjących marzeniami dzieci stworzyli roboty.
Ale nie myślcie, że chodziło tylko o pracę... O nie! Było o wiele więcej przyczyn.
Jak już powiedziałem zjechałem z Lwowskiej na Powiśle - one się łączą zaraz przy moście, tam stoi sklep, przed którym zawsze siedzą pijaki i żłopią tanie wino chcąc zapomnieć o tym, co dzieje się wokół nich. Mają rację te cholerne pijusy, mają świętą rację!
Gdy byłem młody matka i ojciec okładali się po twarzach każdego dnia, oboje byli zalani tak, że w ogóle nie wiedzieli gdzie są. Po prostu okładali się po twarzach jakby od tego zależał sens ich istnienia. Matka dostawała bardziej, ale też potrafiła przyłożyć, wszystko zależało od dnia...
Ja natomiast uczyłem się... Gdy byłem młody mówiono, że trzeba się uczyć, bo nauka pozwoli zdobyć pracę i pieniądze. Tak, pracę i pieniądze zdobyłem, ale zatraciłem gdzieś w tym wszystkim radość dnia codziennego... Jak można się cieszyć, skoro każdy kolejny dzień wygląda jak ten poprzedni? Tak, więc uczyłem się i przyłączyłem do 'wyścigu szczurów' by zdobyć pracę i pieniądze, bo tak naprawdę to staje się najważniejsze, gdy już wkroczysz w dorosłość...
W szkole miałem kilku kolegów... Robert ostatnio nawet skoczył z budynku jakiejś zagranicznej firmy telekomunikacyjnej, w której pracował. Kilka tygodni wcześniej zadzwonił do mnie i powiedział: "Życie, to już nie jest życie...". Wszyscy lubili tego człowieka, żywy wulkan pełen energii, nikt, więc nie wiedział, dlaczego Robert skoczył i pewnie nigdy się nie dowiedzą. Dla ludzi takich jak Robert - wesołków, wiecznych optymistów, ludzi pełnych wyobraźni i zarazem wrażliwych na piękno świata i słów - wolność była wszystkim, wolność dokonywania wyborów... Skok z budynku firmy był jego ostatnim wyborem. Wiecie, co Robert chciał przez to powiedzieć, prawda? Ja chyba wiem...
No, więc zjechałem z Lwowskiej na Powiśle - tam przy sklepie rośnie piękna, stara płacząca wierzba, pod którą okoliczni indywidualiści popijają tanie wino. Pamiętam tą wierzbę bardzo dobrze, bo ona stała tam nawet, gdy byłem młody. Codziennie chodziłem tą droga do szkoły, czasem czekałem na kolegę - nie, nie Roberta! - pod tą wierzbą. Ileż to już lat? Dwadzieścia? Niektóre rzeczy z mojej młodości przetrwały do dziś, jedną z tych rzeczy jest płacząca wierzba w miejscu, gdzie przy moście łączy się Lwowska z Powiślem...
Szkoła. Pasmo udręk, stracona młodość... Nauczyciele, miast patrzyć na naszą wiedzę, co chwila spoglądali na nazwiska, by przypomnieć sobie, który z rodziców odpalił więcej forsy na edukację synka... Jak w "Forrest Gump", tylko tu chodziło o prawdziwą, żywą gotówkę. Moja rodzina nigdy nie miała kupy szmalu, więc musiałem harować jak wół, żeby cokolwiek w kwestii edukacji osiągnąć... Całe szczęście, że w liceum te "znajomości" zanikły, dopiero tam okazało się, kto w całej tej zgrai jest debilem, a kto tym mądrym.
Nienawidziłem się uczyć, ale wpajano mi, że tylko przez naukę do czegoś dojdę. Teraz uważam, że straciłem dzieciństwo i zyskałem świat bez marzeń. Nauczyli nas wszystkiego, prócz tego jak żyć, by czuć życie... To zupełnie jak w tej piosence Turbo, jak jej tam było... "Dorosłe dzieci", tak, o nią właśnie mi chodzi.
Uczyłem się, bo chciałem być kimś, a stałem się człowiekiem, który cały dzień siedzi przed komputerem i wklepuje cyferki do tabelek. Cholerne spełnienie marzeń, co? Kolejny anonimowy facet bez własnych przekonań, marzeń i wyobraźni. Bo wiecie, gdy chodziłem do szkoły powiedziano mi, że każdy mój sprzeciw przeciw stereotypom to młodzieńczy bunt, który przeminie. Nauczono mnie też podporządkowywać się regułom i nie wygłaszać publicznie swych poglądów, a na odmieńców patrzeć jak na zło konieczne... Co oni z nami zrobili? Ludzie, rozumiecie, co chce wam powiedzieć prawda? Co oni z nami zrobili?
Później była obłuda, kłamstwo, świat bez wartości... Tak jest dzisiaj. Dzieciństwo było jedynym "kolorowym" okresem w życiu, no i jeszcze pierwsze dni w pracy. Przyjęto nas wtedy czterech, myśleliśmy, że ktoś zesłał na nas wielki dar... Ależ się myliliśmy!
Ale zjechałem wtedy z Lwowskiej na Powiśle - one łączą się przy moście, tam stoi też sklep. Przejechałem obok płaczącej wierzby nawet na nią nie zerkając. Było gorąco. Niebieska koszula, którą wtedy miałem na sobie lepiła się od potu, a spod podwiniętych rękawów ciekły strumyczki słonej wody. Opuchlizna wokół oczu wyglądała jak siniaki, a zwisająca skóra na twarzy pozwalała stwierdzić, że jestem zmęczony.
Zmęczony? Byłem przymulony. Swojego rodzaju depresja trwająca wiele tygodni. Nie potrafiłem rozmawiać z ludźmi, a nawet nie chciałem, bałem się tego. Nie spałem nocami, bo każda pozycja w którą się ułożyłem, zdawała się być tak cholernie niewygodną! Wystarczyło spojrzeć w moje oczy... Bez tego młodzieńczego blasku, smutne niebieskie oczy bez chęci życia...
Byłem już na Powiślu, gdy zobaczyłem dziewczynkę stojącą na drodze. Była jakieś sto metrów przede mną. Drobna istotka grała w klasy sama ze sobą. Miała długie, kasztanowe włosy lekko zmierzwione przez gorące powiewy wiatru i zwiewną sukieneczkę w różnokolorowe kwiatki. Podskakiwała tam na drodze dziwnie szczęśliwa... Pomyślałem, że ona nie zna życia, że skacze sobie teraz na jezdni, ale za parę lat pójdzie do szkoły, gdzie spotka nauczycieli, później znajdzie robotę, a następnie męża, który zacznie pić i okładać ją po ślicznej twarzyczce, każdego wieczora po powrocie z pracy. Rozumiem, że nie wszyscy są tacy, jak najbardziej to rozumiem, ale wiem, że ona na takiego trafi, bo jest niewinna... Jej niewinność będzie zgubą. W dzisiejszym świecie ludzie honorowi, prawdziwi wrażliwcy nie radzą sobie z życiem - mówiłem wam już o Robercie, prawda? W dzisiejszym świecie trzeba być prawdziwym skurwysynem by sobie poradzić, trzeba być człowiekiem bez skrupułów, bez moralności, marzeń, współczucia...
Marzenia... Kiedyś miałem marzenia, ale dziś pozostały po nich jedynie złudzenia. Świat był piękny, póki ja byłem młody. Życie było piękne nim dorosłem. Będąc małym chłopcem myślałem, że coś tworze, że jestem ważny, a dziś... Dziś siedzę cały dzień przed komputerem i wstukuje liczby do tabelek i nikt nie mówi, że to ważne, bo wcale takie nie jest!
A ona? Ta dziewczynka, która stała na drodze, co z nią? Gra w klasy... Na razie gra w klasy, dopiero później zacznie grać w życie... Wtedy pomyślałem, że w jakiś dziwny sposób jestem za nią odpowiedzialny, że jej współczuje... Pomyślałem, że gdybym był jej ojcem zrobiłbym wszystko, by nie wkroczyła w dorosłość.
Wiedziałem, co ją czeka! Rozumiecie? Ona by dorosła, zepsuliby ją! Stworzyliby z niej robota, człowieka bez marzeń, człowieka, który nie wierzy, że może coś osiągnąć. Lepiej mieć nadzieje, że można coś osiągnąć niż wiedzieć, że nie można tego zrobić! Ta dziewczynka, która tego dnia stała na drodze stała by się kolejnym bezosobowym pomnikiem sukcesu 'systemu'.
Ale gdy byłem jakieś sto metrów przed nią poczułem dziwną chęć... Wszystko, cała moja przeszłość przeleciała mi przed oczami i poczułem... poczułem... poczułem, że chcę ją rozjechać... Ale nie dla samej przyjemności, nie, nie jestem przecież świrem. Chciałem ją zabić, by uchronić jej umysł pełen marzeń przed zepsuciem dzisiejszego świata. Chciałem ją rozkwasić na jezdni, by skończyła życie w miejscu, w którym egzystencję można nazwać jeszcze życiem. Po co wmawiać jej, że marzenia się nie spełniają, po co mówić o zatraceniu szczerości i utracie honoru?
Maska samochodu odbijała słońce i lśniła w jego promieniach. Dziewczynka była coraz bliżej zderzaka, a ja wiedziałem, że chcę to zrobić. Rozkwasić jej śliczną twarzyczkę na rozgrzanym asfalcie, zaraz obok namalowanego na drodze pola do gry w klasy.
Marzenia, chęć zmiany świata, bunt... odebrali nam to... Pozostał brud, depresja, proszki nasenne, siedzenie w pracy przed komputerem, życie pozbawione wartości, życie bezcelowe, życie aż do śmierci... Co oni z nas zrobili? Robercie, ty widziałeś. Dziewczynko, ty miałaś się dopiero dowiedzieć.
Biały pokój bez klamek jest tym samym, co nasz dorosły umysł na wolności. Czy tak, czy tak jesteśmy więźniami... Pamiętajcie, że sam się do was zgłosiłem, gdyby nie to nigdy byście mnie nie znaleźli. Doceniacie to, prawda?
Rozumiecie mnie? Rozumiecie moją historię? Robert by zrozumiał... Życie pozbawione sensu, świat bez wartości...
Co oni z nas zrobili do cholery?
Boże!
Co myśmy dali ze sobą zrobić?!
Bezimienny Grzegorz
[ grzegorzbezimienny@gazeta.pl ]
|