
Going postal
"Człowieka należy oceniać nie po słowach, lecz po czynach."
Teofrast
"Czy sądziłeś kiedyś, że możesz zmienić świat?
To świat cię zmieni, złamie cię"
Pain - "My Misery" (tłumaczenie autora)
Pstryk!
"Burmistrz miasta właśnie przeciął wstęgę, tym samym oficjalnie odsłaniając pomnik..."
To już chyba dziesiąty w tym miasteczku.
Pstryk!
"Policja ujawniła, że matka tego dziecka była niezrównoważona psychicznie..."
Pstryk!
"Alan T. wyszedł na scenę i strzelił do gitarzysty zespołu, w czasie gdy ten grał swoją popisową solówkę..."
Pstryk!
"Dolar spada o dwie dziesiąte procenta, podczas gdy funt wciąż rośnie, tym razem o..."
Pstryk!
"Najnowszy preparat na odchudzanie pozwoli ci zrzucić wagę nawet w dwa tygodnie..."
Pstryk!
Mike Redmond wyłączył telewizor i zastanowił się, których z tych wiadomości nie słyszał już wcześniej. Ogarnęło go uczucie deja vu, którego się nie spodziewał. Siedział chwilę przed czarnym ekranem, pozwalając swym myślom pływać swobodnie, lecz po chwili poczuł dziwny dyskomfort i znów włączył to czarne pudło, które pokazuje ruchome obrazy. Na kanale siódmym akurat pokazywali jakiś talk show. Facet z toną żelu na głowie wymuszał poważną minę przy rozmowach z zaproszonymi gośćmi. Chyba mówili o rozwodach młodych małżeństw, ale Mike nie był pewien, bo już ustawił TV na cichy tryb.
Odłożył pilot na stoliczek obok fotela i wstał. Ruszył wolnym krokiem do kuchni, przy okazji rzucając okiem na to, co się dzieje za oknem. Widział nowy samochód sąsiada na podjeździe jego domu. Ten to ma dobrze, pomyślał. Jest prezesem jakiejś większej firmy w większym mieście, poza Hollow Beak. Podpisuje jedynie jakieś papiery i płacą mu za ładną prezencję. A raczej sam sobie płaci.
Ale sąsiad z niego dobry. Ma ładną żonę, dwójkę inteligentnych dzieci, a i czasem lubi sobie piwko ze znajomymi wypić. Podobno jakiś czas temu w jego firmie działy się dziwne rzeczy związane z windą, ale problem jakby sam minął.
Lodówka była pusta. No, może prawie pusta. Na samym dnie leżał jogurt z mocno przedawnioną datą ważności.
Redmond aż osłupiał na ten widok. Nie rozumiał, czemu tak jest. Niby wydawało się wszystko w porządku, ale jednak lodówka była pusta!
Niepewnie rozejrzał się po kuchni. Nie przypominał sobie, żeby panował tutaj kiedykolwiek taki nieład. Wydawało się, że wszystko jest na wierzchu. Większość szuflad była wysunięta, a w nich świeciła pustka. Resztki pizzy walały się po całym pomieszczeniu, jakby ktoś zaczął się nimi bawić w wojnę. Pudełka leżały na półce tuż przy kuchence.
Było brudno. Ale najgorsze było to, że Mike nie rozumiał, dlaczego. Zawsze starał się utrzymywać swój dom w czystości. Cholera, wolał mieszkać w na pozór czystym domu, niż w chlewie!
Sięgnął po butelkę piwa, która stała obok innych na parapecie przy oknie. Kto w środku lata stawia butelki z piwem przy oknie, żeby je słońce ogrzewało? Mike nawet się nie przejął temperaturą płynu. Wrócił z powrotem na fotel i zaczął oglądać reklamy w telewizji.
Dzwonek telefonu wystraszył go tak bardzo, że nie zapanował nad ręką i dosyć głęboko zaciął się pod brodą. Kiedy pierwsza kropla krwi spadła na podłogę, zaklął głośno. Szybko przyłożył ręcznik do rany i ruszył odebrać rozdzwoniony telefon. Że też komuś zachciało się dzwonić akurat wtedy, kiedy się golił.
- Tak? - spytał schrypniętym głosem do słuchawki
- Pan Michael Redmond? Klinika weterynaryjna z tej strony. - głos należał do młodego mężczyzny, pewnie niedawno po studiach.
- Tak, słucham.
- Dwa dni temu przyniósł pan do nas psa...
- Tak, miał coś z żołądkiem, a wy mieliście go zoperować. Powiedzieliście, że innego wyjścia nie ma.
- No właśnie. Z przykrością muszę stwierdzić, że operacja się nie udała.
Redmond usiadł. Naszła go ochota przywalenia w ścianę. Na szczęście obie ręce miał zajęte. W jednej słuchawka, w drugiej ręcznik przyłożony do świeżego zacięcia.
- Jest pan tam jeszcze?
- Ta... Tak, jestem.
- Niestety mam jeszcze jedną złą informację.
No to wal studencino. Przywal mi w drugi policzek.
- Proszę mówić. - Redmond usłyszał swój głos.
- Normalnie w takich przypadkach powiadamiamy przed tym, nim to zrobimy, ale ktoś pomieszał papiery i sądziliśmy, że jest pan już powiadomiony. Więc uśpiliśmy pańskiego psa.
Zaniemówił. Przecież operacja miała się odbyć bez żadnych komplikacji, a on odebrałby już jutro swego psa. Ale nie, student musiał do niego zadzwonić i mu przekazać informację, że ktoś spieprzył papierkowa robotę.
- Czy to wszystko? - spytał, z trudem panując nad głosem.
- W zasadzie tak.
W zasadzie, to mam cię w dupie, pomyślał Redmond i bez odpowiedzi odłożył słuchawkę.
No cóż, trudno się mówi. Pies zabawił u niego najwyżej miesiąc. Zwykła przybłęda. Ale ten jamnik, mimo wszystko był świetnym towarzyszem w długie, samotne wieczory. No i szybko się uczył. Jeszcze trochę, a Mike nauczyłby go pić piwo. Tak, to był dobry pies.
Miska z resztką suchej karmy wylądowała w koszu na śmieci. Nie zamierzał sobie kupować nowego psa, bo właściwie to nigdy nie planował mieć żadnego zwierzaka. Teraz jednak czuł pustkę. Stracił, co tu dużo gadać, dobrego kumpla. Niech ich wszystkich szlag trafi.
Gnany przymusem zrobienia jakichkolwiek zakupów, żeby nie umrzeć z głodu, Redmond udał się do jedynego supermarketu w mieścinie. "Super", to chyba tylko z nazwy. Najpierw kilkuminutowe poszukiwanie monety o odpowiednim nominale, żeby mógł wózek wziąć, by w końcu się przekonać, że łańcuch jest przecięty i nie trzeba dawać monety. Dobra, w porządku. Ale przecież ten ktoś mógł jakoś oznaczyć owy wózek, żeby człowiek nie zawracał sobie głowy szukaniem głupich monet!
- Dzień dobry panu! - powiedział do niego przy wejściu facet ubrany w granatowy garnitur. Miał jakąś plakietkę przypiętą do marynarki. - Jeżeli jest pan zainteresowany kupnem najnowszego sprzętu audio/video, to polecam przede wszystkim...
- Panie, idź pan. - Mike nawet nie spojrzał w jego stronę. - Szukaj sobie innego frajera.
Cholerni sprzedawcy nikomu niepotrzebnych rzeczy. Bez nich świat byłby piękniejszy. A przynajmniej nikt nic by na tym nie stracił.
Stojąc przy półkach z wędlinami, zastanowił się, po co w ogóle przyszedł kupować do supermarketu. Niby jest tanio, ale i tak drogo. A on nie miał nawet tylu pieniędzy, żeby jakieś zakupy z prawdziwego zdarzenia zrobić.
Sięgnął po krojoną szynkę zapakowaną w folię i ruszył do kasy. Dziś na kolację będzie chleb z szynką. I piwo.
Gruba baba przed nim miała wózek wypełniony po brzegi.
- Przepraszam panią. - odezwał się do niej. - Widzi pani, śpieszy mi się, a pani ma tyle rzeczy do kupienia. Może przepuści mnie pani przed siebie? Ja tylko z dwoma produktami...
- A co to?! - baba zrobiła oburzoną minę. - Jak tak można! Kolejka obowiązuje i nie mam zamiaru robić dla nikogo wyjątków. Mnie też nikt by nie przepuścił.
Redmond już zaczął oglądać się na inne kolejki, ale z przykrością stwierdził, że wszystkie ciągną się, jak węże. Powoli i długo. Jak na tak małą mieścinę jak Hollow Beak, to tłumy tutaj zawsze były dosyć duże.
Dziesięć minut zabrało kasjerce policzenie wszystkich zakupów dokonanych przez tą grubą babę. Dziesięć minut, podczas których mógłby być już w drodze do domu. Ale nie, ta otyła wariatka musiała postawić na swoim.
Kiedy w końcu kasjerka zajęła się zawartością koszyka Redmonda, ten zauważył, że większość kas, w jakiś cudowny sposób jest wolna od kolejek. Niech to szlag...
- Dziewięć pięćdziesiąt. - piskliwy głosik młodej kasjerki przywrócił go do rzeczywistości.
Sięgnął po portfel w tylniej kieszeni... lecz natrafił na pustkę. Sprawdził w drugiej. To samo. W przednich też nic nie znalazł, oprócz dwóch kapsli po piwie i rachunku ze spożywczego z datą z poprzedniego tygodnia.
Ktoś mu zwinął portfel!
- Dziewięć pięćdziesiąt... - powtórzyła kasjerka niepewna, czy poprzednim razem została usłyszana.
- Tak, muszę tylko znaleźć pieniądze... - Redmond sprawdził raz jeszcze wszystkie kieszenie. Cholera, przecież zawsze miał portfel włożony do lewej, tylniej kieszeni. A na pewno dzisiaj, przecież wkładał go, kiedy wychodził z domu. Cholera jasna!
Ochrona wyrzuciła go na bruk tuż przed wejściem głównym. Coś jeszcze powiedzieli pod jego adresem i kazali odejść. Mike, świadom swej sytuacji, pokazał w ich stronę odpowiedni palec i ruszył przed siebie. Jak najdalej stąd.
Gdy tak szedł chodnikiem, rozmyślał nad całym swoim życiem. Nie było takie, jakie właściwie sobie zaplanował. Dopiero teraz to zauważył, wcześniej jakoś nie zwracał na ten fakt uwagi. Młodość szybko przekształciła się w dorosłe życie. A całe to życie sprowadziło się do jednej, niekończącej się pogoni za pieniędzmi. Tak, miał odłożone pieniądze w banku, i to nawet sporą sumkę, ale na co mógł ją wydać? Żona opuściła go jakieś pięć lat temu, przy okazji przekonując sąd do swoich racji. Tym samym uniemożliwiła mu widywanie się z córeczką. Teraz ma już jakieś siedem lat...
Z pracą też mu się nie poszczęściło. Podczas przerwy przy naprawianiu samochodu szefa, poszedł sobie na papierosa. Skądś poleciała iskra, nawet do dzisiaj nie wie skąd. Właściwie to teraz nie ma to najmniejszego znaczenia, gdyż samochód szefa wyleciał w powietrze. Kiedy ten go zwalniał, wydawało się, że także wyleci w powietrze. Z wściekłości.
Tak czy inaczej, skończył w tym miejscu. Bez pracy, żony, córki, psa, portfela... Co jeszcze? Przecież już dłużej tego nie może znieść. Całe swoje zasrane życie walczył o to, żeby sobie w przyszłości poradził. Dzisiaj jak na dłoni widać, że walka ta była z góry przegrana. Ale jest jeszcze coś. Coś, co może mu pomóc. Po tym na pewno poczuje się lepiej. O tak, to będzie ciekawe.
Jednak lodówka nie jest jeszcze pusta...
- Ty!
Redmond odwrócił się, zaskoczony. Ujrzał wysokiego mężczyznę w ciemnym ubraniu. Na twarzy miał kominiarkę. Mike nawet nie miał zamiaru się z nim zapoznawać, więc już szykował się do ucieczki, gdy drogę odwrotu zagrodziło mu dwóch innych mężczyzn, także w kominiarkach.
- Dawaj forsę, a nic ci nie będzie. - odezwał się ten pierwszy.
Redmond zauważył, że nie byli jakiejś większej postury ciała, prawdę mówiąc byli mali. Ale za to dobrze widoczne były kastety i noże w ich dłoniach. Pewnie jakieś ćpuny, którym zabrakło na narkotyki. Niech ich szlag!
- Nic nie mam. - odpowiedział zgodnie z prawdą Mike. - Ktoś ukradł mi portfel w sklepie.
Napastnikom chyba się ta odpowiedź nie spodobała, gdyż jak na znak ruszyli biegiem w jego stronę. Może go zabiją, z pewnością zranią, ale tanio skóry nie miał zamiaru sprzedawać.
Pierwszy padł cios nożem, którego uniknął. Szybko złapał za rękę i wykręcił ją napastnikowi. Ten, zaskoczony i zupełnie nieprzygotowany na taki obrót spraw, wypuścił nóż i krzyknął zdziwiony. Redmond nie czekał nawet chwili i zamachnął się pięścią. Przeciwnik padł oszołomiony. Drugi skoczył na Mike'a w momencie, kiedy ten schylił się po nóż. Nie zdążył się odsunąć i runął na ziemię wraz z napastnikiem. Poczuł ból pod lewymi żebrami. Ten psychol wbijał mu tam nóż!
Mike uderzał go po głowie, ale to nic nie dawało. Po chwilowej szarpaninie ujrzał nad sobą pięść przyozdobioną srebrnym kastetem. Nawet nie zauważył nadlatującego ciosu, może tylko świadomość zarejestrowała coś takiego. Poczuł trzy, może cztery uderzenia, po których stracił przytomność...
Głowa bolała jak na kacu. Może nie miał tego niemiłego uczucia wielkiego pragnienia, ale głowa bolała mocno. Z trudem otworzył oczy, gdyż zaschnięta krew lekko pokryła zamknięte powieki. Leżał tak, patrząc w niebo. Tak, teraz to już nie ma żadnych wątpliwości, co musi zrobić.
Ale do całkowitego opróżnienia lodówki musiał poczekać. Wpierw doprowadzi się do stanu używalności, a później... Później się zobaczy.
Spróbował wstać, co przypłacił potężnym bólem z lewej strony. Rana po nożu. Była głęboka, a krew lała się z niej jak z kranu. Twarz także boleśnie dawała o sobie znać. To wszystko miało być łatwiejsze... Miało? Od kiedy? Takie rzeczy nie powinny się nawet zdarzać!
Złapał się pobliskiej drabinki prowadzącej ze schodów przeciwpożarowych. Był słaby, z pewnością stracił wiele krwi, przez co nie był w stanie podciągnąć się za pierwszym razem. Spróbował znowu, z podobnym skutkiem. Widząc jak bardzo krwawi, przyłożył do rany rękę. Musi iść do szpitala... Nie, tam prędzej się wykrwawi, niż tutaj. Już lepiej niech wróci do domu. Tak, do domu, tam jest najbezpieczniej, najlepiej.
Za trzecim razem udało mu się podciągnąć na tyle, by stanął o własnych siłach. Wyglądał jak jakiś bezdomny pijaczyna, który dzisiaj trochę przedobrzył z winami.
Kręciło mu się w głowie, właściwie to nie potrafił powiedzieć, gdzie teraz się znajduje. Musi dotrzeć do domu, to jest jego cel. Tam opatrzy ranę i zrobi to, co będzie musiał zrobić...
Chwiejnym krokiem ruszył w stronę ulicy. Świat wirował, jakby ktoś się nim bawił tak, jak tą kulą z domkiem w środku, którą jak się przekręci, to zaczyna śnieg padać. Oczywiście nie jest to prawdziwy śnieg. Ludzie sobie tylko to wmawiają. Chorzy ludzie, chory świat.
Redmond zastanowił się co zrobili ci wariaci w kominiarkach, gdy odkryli, że rzeczywiście jest bez grosza przy duszy? Zresztą, teraz to nie ważne. Wciąż żył, a na zrobienie czekało to, co miało być zrobione.
Nie pamiętał jak wrócił do domu. Stał przed lustrem do pasa rozebrany i przyglądał się wielkiej ranie, z której wciąż sączyła się krew, chociaż teraz już mniej. Tak naprawdę to prawie nie pamiętał, dlaczego ją miał. Ktoś go zaatakował... Ale gdzie to było? I kto?
I czemu? Po jaką cholerę?
Spojrzał jeszcze na swoją twarz. Teraz to wyglądał jak jakiś pijany pseudobohater z amerykańskich komiksów. Wiecznie pijany, wiecznie wkurzony i wiecznie poobijany. Z licznymi plastrami na twarzy. Witaj okrutny świecie...
Chwycił watę, która miała tamować krew. Redmond pomyślał, że trzeba tą watę zdezynfekować. Tak robią na filmach. Na filmach też symulują w takich chwilach ból. Czy rzeczywiście aż tak to boli?
Otworzył butelkę brandy. Skąd on to w ogóle jeszcze miał? W każdym razie lepsze to na ranie, niż piwo... A przynajmniej mu się tak wydawało. Wylał trochę na watę i wziął trzy łyki prosto z butelki. Poczuł palenie w gardle, ale ucieszył się z tego. Myślał, że po takiej ilości piwa, jaką on ostatnio zwykł pijać, nie jest już w stanie wyczuć alkoholu. Czyli jest dobrze.
Szybko przyłożył watę nasączoną brandy do rany. Ból był ogromny, aż zmusił go do krzyku. Upadł, upuszczając butelkę z brązowawym płynem na podłogę.
No i co leżysz pijaku, zapytał sam siebie. Nie czas na gówniarskie zabawy. Zostało jeszcze wiele spraw do załatwienia. Tak, wiele spraw, ale jakże przyjemnych. To dopiero będzie... Ale musi to zrobić...
Telefon rozdzwonił się jak oszalały. Pewnie znów jakiś wariat dzwoni do niego, żeby przekazać przykre wiadomości. Może ktoś umarł? Może ktoś jest ranny? A może on sam potrzebuje najnowszego preparatu usuwającego trudne plamy???
Redmond przez chwilę słuchał sygnału, po czym odłączył aparat od sieci i cisnął nim przez okno. Już za późno na rozmowy. W tym jest właśnie problem. Ludzie w większości tylko gadają, ale jak przyjdzie co do czego, to pierwsi uciekają ci najbardziej rozgadani. Czas z tym wszystkim skończyć.
Opatrunek stworzony z waty zalanej brandy, oraz bandaża nawet nieźle się trzymał. No i tamował krew. W połączeniu z dużą ilością plastrów na twarzy Mike'a, nie wyłączając tego największego - pod brodą, wyglądało to tak, jakby przed chwilą stoczył bitwę na jakiejś wojnie.
Redmond ubrał koszulę i usiadł przed telewizorem. Znów to samo. W kółko powtarzają te same programy, aż do znudzenia. A jak już się znudzą, to jeszcze puszczą kilka razy, żebyś przypadkiem się za wcześnie nie zbudził.
Po chwili Mike pożałował, że wyrzucił telefon. Teraz będzie musiał przejechać pół miasta, żeby cokolwiek załatwić. A jest jeszcze dużo spraw do załatwienia. Bardzo dużo, można by rzec, patrząc na to poprzez pryzmat światowy. Pryzmat światowy? Czy naprawdę tego dokona? Raczej niemożliwe. Raczej niemożliwe jest, żeby chociaż w całym mieście... Ale co za różnica? Ważne, żeby zrobił i już. Ważne, że będzie działał, a nie mówił puste słowa.
Wyłączył telewizor, założył na siebie marynarkę i chwycił małą, szarą paczkę, która leżała na stoliczku obok fotela. Kiedy zamykał za sobą drzwi nie mógł po prostu nie usłyszeć kobiety wrzeszczącej na swą małą córeczkę.
- Chodź tutaj, mała gówniaro! - krzyczała kobieta na dziecko stojące po drugiej stronie szosy.
Dziewczynka, na oko nie więcej niż siedmioletnia, płakała przyciskając swe małe piąstki do oczu. Miała poszarpaną, stara sukienkę. Obecnie już się chyba takich nie produkuje, ale Redmond nie mógłby dać za to głowy.
- Przyjdziesz tutaj, czy ja mam tam pójść i cię sprać?! - kobieta wciąż nie dawała małej spokoju.
Mike pomyślał, że tak nie powinno być, że matka nie powinna krzyczeć na dziecko, które na pewno nie do końca rozumie, co się dzieje. Ale cóż mógł począć?
Przekręcił klucz, tym samym zamykając drzwi. Ruszył chodniczkiem tuż przy ścianie jego domu, prowadzącym do garażu. Budowniczowie w jakiś dziwny sposób zapomnieli zrobić przejście z wnętrza domu do garażu. Redmond miał się tym zająć, ale kiedy Martha odeszła...
Wspomnienie o Marcie jakoś nim poruszyło. Znów spojrzał na kobietę z córką. Ta mała dziewczynka była chyba w tym samym wieku, w jakim jest teraz jego córeczka. Czy jej życie wygląda podobnie? Czy Martha jest złą matką?
Teraz kobieta klęła na dziecko, mimo że posłusznie przeszło przez szosę. W żaden sposób nie łagodziło to sytuacji, lecz jeszcze bardziej ją zaostrzało. Redmond może i miał ważne sprawy do załatwienia, ale co może być ważniejsze od pomocy tak drobnej i bezbronnej istocie, jaką była ta dziewczynka?
- Przepraszam panią... - po tych słowach musiał przełknąć ślinę. Miał gardło suche jak Sahara.
Wydawało się, że kobieta go nie usłyszała, ale przestała krzyczeć na córkę. Po sekundzie, może dwóch odwróciła się w stronę Redmonda. Nic nie powiedziała. Była czerwona ze złości i Mike'owi wydawało się, że wyraźnie widział, jak zaciskała mocno usta. A może mu się nie wydawało...
- Pani jest matką tej dziewczynki? - lepiej zacząć neutralnie. Przecież nie wiadomo, jak zachowa się ta kobieta. Jednak na pewno nie przemówi miłym głosikiem dobrze opłacanej kelnerki w luksusowej restauracji.
- A co panu do tego? - wyraźnie było słychać, że stara się nie krzyczeć. W końcu nie wypada tak na obcego faceta, który raczej podchodzi do niej spokojnie...
- Nie sądzę, żeby małej podobało się takie traktowanie. Ale chyba raczej nie potrafi tego ubrać w słowa...
- Gówno pana obchodzi moja córka. Co pan, pedofil jakiś?
- Proszę pani, dziewczynka płacze, bo nie ma właściwie pojęcia, dlaczego pani tak na nią krzyczy. Może jeśliby pani spróbowała jej to wszystko na spokojnie wytłumaczyć, przekonać, żeby nie robiła rzeczy, które panią niepokoją...
- Bóg mi nagle eksperta od dzieci przysłał! - kobieta nie hamowała się już z krzykiem. Redmond musiał przyznać, że to go trochę irytowało. - Ale czemu, kiedy to cholerstwo rosło w mym brzuchu, nie zaplanował dla mnie złotego życia?!
Mike rozejrzał się dookoła. Ludzie szli w swych kierunkach, tylko na krótki moment rzucając spojrzenie na tą szaloną kobietę i na niego. I szli dalej, bez choćby cienia reakcji. Żeby chociaż głową pokręcili!
- Proszę pani, nie wolno tak mówić. - wciąż próbował trzymać nerwy na wodzy. - Ta mała kiedyś dorośnie, a nie byłoby za dobrze, gdyby wyrosła na narkomankę, prostytutkę, wariatkę, czy nawet wszystko to razem. Niechże się pani zastanowi!
- Czy wyrośnie, czy nie, o tym ja zadecyduję. - po tych słowach, kobieta uderzyła córkę w tył głowy otwarta dłonią. Mała od razu zaczęła głośniej płakać.
W tej chwili w Mike'u coś pękło. Jeśli dotychczas się wahał (a musiał przyznać, że się wahał), to teraz był pewien na sto procent, że musi zrobić to, co zrobi.
Podszedł jednak jeszcze do kobiety i przyklęknął przy dziewczynce. Ta wciąż płakała, cały czas przyciskając ręce do oczu, jakby chciała powstrzymać łzy. Odezwał się do niej łagodnym głosem:
- Cześć, jestem Mike. Boisz się?
Mała pokiwała głową.
- Boisz się mamy?
Po chwilowym wahaniu, znów kiwnęła głową.
- Chcesz żeby przestała krzyczeć?
Kiwnięcie głową.
- To powiedz jej to.
- Co... - kobieta zrobiła zdziwioną minę. Dziewczynka odjęła z twarzy dłonie. Była cała mokra i czerwona. Jej jasne włosy przykleiły się do czoła tak, jakby dopiero co wyszła z basenu.
Mike pokiwał do niej głową na zachętę. Mała spojrzała w górę na matkę i drżącym głosikiem powiedziała:
- Mamusiu, nie krzycz już...
- Ty mała gówniaro, jak śmiesz...
Przestraszone dziecko ze strachu straciło równowagę i upadło na chodnik, głośno uderzając o niego głową. Wyraźnie było słychać głośne "chrup".
Redmond patrzał na ta scenę, nie bardzo rozumiejąc co się tak właściwie działo. Jeszcze przed chwilą matka znęcała się nad swym dzieckiem nie tylko werbalnie, a teraz tuliła je do piersi, jakby było jej największym skarbem i krzyczała, że to wszystko przez niego. Że ta krew cieknąca z tej małej główki, to właśnie była jego wina.
Jego wina. Jego wina? Przecież on chciał tylko... A zresztą nie ważne, co on chciał! Jak zwykle wszystko zostało zrzucone na jego barki. Wszystkim obarczono jego.
Odszedł od kobiety z nieprzytomnym dzieckiem. Nie słuchał już co krzyczała w jego stronę. Tak naprawdę nie obchodziło go już nic, co działo się wokół niego. Nie widział już tej kobiety, dziewczynki, przechodniów... Żaden dźwięk już nie dochodził do jego uszu.
Otworzył garaż i przez boczną szybę włożył do swojego samochodu paczkę, którą cały czas trzymał. Niech mu lepiej już nic nie przeszkadza.
Włączył silnik i już miał wyjeżdżać z garażu, gdy drogę zastąpiła mu ta wariatka. Rozkrzyczana, że chyba nawet sama nie miała pojęcia jakie słowa wychodzą z jej ust, co oczywiście nie miało najmniejszego znaczenia. Uderzyła dłońmi w maskę samochodu nie przestając wrzeszczeć na cały głos.
Redmond nie słyszał jej, wiedział jednak, że musi być bardzo na niego zła. A za co?
Wyszedł z samochodu, podszedł do ściany, złapał łopatę i zbliżył się do kobiety. Ta za późno zorientowała się, że nie powinna była wchodzić mu w drogę. Zamachnął się, a kiedy trafił ją w głowę, wydawało się, że szyja nie wytrzyma i się urwie. Nic takiego jednak nie nastąpiło, a kobieta padła nieprzytomna na ziemię. A może martwa? Później to sprawdzi, teraz jednak mu się śpieszyło. Przesunął ją z drogi i wrócił do samochodu. Łopatę rzucił na tylne siedzenia, sam zapiął pasy i odjechał. Zamknął jeszcze z wozu garaż, w którym zostawił kobietę. Jeśli się zbudzi, to nie będzie potrafiła wyjść.
Zaparkował niedaleko budki telefonicznej. Zamykając drzwi, przypomniał sobie, że nie ma portfela. To w nim były karty telefoniczne, kredytowe i inne takie... Z paczki wyciągnął kilka banknotów, zamknął ją w samochodzie i udał się do pobliskiego kiosku.
Kioskarz, starszy mężczyzna z krzaczastymi, siwymi wąsami pod nosem czytał właśnie jakąś gazetę. Redmond pochylił się do małego okienka, by mieć pewność, że zostanie usłyszany.
- Poproszę kartę telefoniczną.
Sprzedawca nawet nie oderwał oczu od gazety. Redmond poczekał chwilę, ale sam nie należał do ludzi cierpliwych.
- Przepraszam...
Dziadek wreszcie skierował swój wzrok na jego twarz, ale wciąż milczał.
Ta chwila ciszy przedłużała się niemiłosiernie, a Mike nie miał pojęcia co się do cholery dzieje. W końcu pokazał pieniądze kioskarzowi.
- Ma pan kartę telefoniczną, czy nie?
- Proszę stąd odejść.
- Co...? - to zbiło Redmonda z tropu zupełnie.
- Proszę stąd odejść. Już za dużo kręci się tutaj bezdomnych złodziei.
Bezdomnych złodziei? O co temu staruchowi chodziło?
- Nie rozumiem pana. - powoli powiedział Mike. - Chciałem tylko kupić kartę...
- To proszę iść gdzie indziej! - oburzył się kioskarz. - tylko czekasz aż się odwrócę, żeby zabrać wszystko, co jest na wyciągnięcie ręki. Żegnam! - z tymi słowami na ustach dziadek zasunął szybkę z napisem ZAMKNIĘTE.
Redmond wyprostował się i stał tak dłuższą chwilę zdezorientowany. Może rzeczywiście wyglądał jak jakiś typ spod ciemnej gwiazdy? Z tą poobklejaną plastrami twarzą... Lewy bok go zabolał.
Rozejrzał się wokół. Nie dostrzegł żadnych innych miejsc, gdzie mógłby kupić kartę telefoniczną. Cholera, śpieszyło mu się i nie miał czasu się takimi pierdołami zajmować.
Przeszedł na tyły kiosku, gdzie znajdowały się drzwi. Niewiele się natrudził, żeby jednym kopniakiem je otworzyć. Ale i tak odczuł to w swojej ranie. Nieźle go paliła...
- Oh! Nie zbliżaj się! - kioskarz siedział na małym krzesełku. W rękach trzymał kij od szczotki. Nie wyglądał na kogoś, kogo można się bać, a już na pewno nie podczas ataku rabunkowego. Ale to nie był atak rabunkowy.
Redmond sięgnął po karty telefoniczne, których opakowanie stało obok niego, na półce. Wziął jedną, a obok położył pieniądze.
- Chciałem tylko kartę. - powiedział przez zaciśnięte zęby. Ból rany coraz bardziej się wzmagał. Chyba nie powinien wykonywać żadnych gwałtownych ruchów, jak na przykład wyważanie kioskowych drzwi. - Ma pan może coś jeszcze na ból?
Dziadek bez słowa sięgnął po opakowanie tabletek, które rzucił Mike'owi. Na czole kioskarza zaczął perlić się pot.
Redmond zapłacił za lek i odszedł. Zażył dwie pastylki. Szczerze mówiąc, ten facet mógłby w każdej chwili zadzwonić na policję. Ale co to za różnica?
Kiedy sięgnął po słuchawkę, postanowił się tym nie zamartwiać. Wybrał numer do Dana, chyba jedynego człowieka po tej stronie kuli ziemskiej, który byłby w stanie mu pomóc.
Słuchawki długo nikt nie odbierał, na tyle długo, że Mike'a ogarnęło lekkie uczucie rezygnacji. W dosłownie ostatniej chwili przed odłożeniem słuchawki, jednak ktoś się odezwał po drugiej stronie.
- ... zresztą nieważne. Słucham?
- Dan? To ja, Mike. Masz chwilę?
- Jasne, Mike! Dla ciebie zawsze. Chcesz gadać przez telefon? To nie lepiej byłoby przyjechać? Jak pamiętam, mieszkasz jakieś 50 km od mojego domu...
- Dzięki za zaproszenie Dan, ale właściwie to czegoś potrzebuję.
- Skoro w takiej sprawie do mnie dzwonisz, to nie problem się domyślić o co chodzi. Ale to będzie kosztować...
- Mam kupę forsy, stary. Za kogo ty mnie masz? Przecież nie dzwoniłbym, gdybym był spłukany.
Nastała chwila milczenia. Redmond domyślił się, że jego przyjaciel, dawny przyjaciel, pogrąża się w myślach. Zawsze tak robił, jeśli chodziło o interesy. To chyba dobrze?
- Podeślę do ciebie mojego człowieka z pełnym wozem.
- Nie jestem teraz w domu. Powiedz mu, żeby przyjechał na parking niedaleko Edge Street 6.
- Jasna sprawa, Mike. - znów chwila ciszy. - Mogę cię o coś spytać?
Co za głupie pytanie, zaświtało w myślach Redmonda. Przecież już zadał pytanie... Ale ludzie potrafią być czasami głupi...
- Wal.
- Po co ci broń, Mike? Masz jakieś kłopoty?
- Nie, wszystko w porządku. Chciałbym tylko... Tylko mieć coś do obrony. Chyba rozumiesz, o co chodzi?
- Niezbyt, Mike. Niezbyt. - kolejna chwila ciszy. - Zadzwoń jeszcze kiedyś, umówimy się na drinka, objeździmy kilka spelun, jak za dawnych czasów.
- Jasne Dan.
- Albo nie! Nie dzwoń, tylko od razu przyjeżdżaj. Drzwi mojego domu są dla ciebie zawsze otwarte.
- Dzięki. Na razie.
- Do następnego...
Trochę szkoda tak okłamywać starego przyjaciela, ale co mógł zrobić? To było jego jedyne pewne dojście. Szczerze, to u nikogo innego nie dostanie tak pewnego towaru, jak u Dana. Czasem dobrze podtrzymywać kontakty z takimi ludźmi. Nigdy tak naprawdę nie będziesz wiedzieć, kiedy się przydadzą. Redmond był pewien, że w tej sytuacji, jego stary znajomy Daniel stał się bardzo przydatną znajomością. Gdyby ten świat nie był tak posrany, może i skusiłby się na jednego drinka... Ale były ważniejsze sprawy do załatwienia, które nie pozwalały mu spokojnie żyć. Albo on, albo te sprawy. Trzeba w końcu opróżnić tą cholerną lodówkę i będzie miał spokój. Może nawet "święty spokój"? Lepiej nie. Jeszcze tego by brakowało, żeby banda ubranych na biało wariatów grała dla niego na harfach i śpiewała niewieścimi głosikami... Co za syf.
Opierał się o swój samochód, zaparkowany na prawie pustym parkingu. Ręce trzymał w kieszeniach spodni. Odkrył, że dopóki tak stoi, rana z boku nie będzie mu dokuczać. Co nie znaczy, że w ogóle mu nie dokuczała. Przez cały czas czuł mniejsze, bądź większe ataki bólu. Przy tych większych brał dwie tabletki. Czy ktoś jeszcze padł trupem po tabletkach przeciwbólowych? Jeśli nie, to on był na najlepszej drodze, aby dowieść, że jest to możliwe.
Chciał zapalić. Cholernie chciał zapalić. Mimo, że rzucił palenie jeszcze kiedy był z Marthą, skłamałby, gdyby powiedział, że nie zdarzało mu się od czasu do czasu myśleć o paleniu. Tak to już jest, że czasem papieros jest po prostu najodpowiedniejszą częścią świata.
Na parking przy Edge Street 6 podjechał szary van. Silnik zamilkł, a po chwili z pojazdu wyszedł wysoki mężczyzna w wieku około trzydziestu lat. Miał bardzo krótko przycięte, jasne włosy. Był dobrze zbudowany, ale nie wyglądał, jakby całymi dniami przesiadywał na siłowni i jadł, czy pił różnego rodzaju anaboliki, albo zażywał sterydy. Miał na sobie granatową koszulkę i krótkie, czarne spodenki. W żadnym stopniu nie wyglądał na sprzedawcę broni.
Zbliżył się do Redmonda i, po uprzednim ogarnięciu całego parkingu wzrokiem, spytał:
- Ty jesteś Mike Redmond?
- Tak, to ja. - odpowiedział Mike tak schrypniętym głosem, że aż musiał odchrząknąć.
- Masz forsę?
Redmond otworzył drzwi swojego forda i wyciągnął brązową paczkę. Rozpakował i wyciągnął ze środka kilka plików banknotów.
- No to możemy zacząć interesy. Tak przy okazji, jestem Lukas. - sprzedawca broni odwrócił się i ruszył do swojego vana. Otworzył go z tyłu i oczom Mike'a ukazał się arsenał, jakiego z pewnością nie powstydziłaby się armia.
W wozie poukładane były różne karabiny, od snajperskich, po najpopularniejszy AK-47, którego nie sposób było nie rozpoznać. Był także szeroki wybór granatów ręcznych, pistoletów, czy amunicji do wszelkiego rodzaju broni palnej.
Lukas odczekał chwilę, po czym spytał z uśmiechem na twarzy:
- Widzę, że nie znasz się na broni?
- Ekspertem w tej dziedzinie nie można mnie nazwać.
- Powiedz tylko, co potrzebujesz, a ja dam ci odpowiednie wyposażenie.
Redmond chwilę się zastanowił. Przecież to nie był taki prosty wybór.
- Coś, co robi naprawdę duże dziury. Masz coś takiego?
- Musiałbym być chory, żeby nie mieć! - Lukas wszedł do środka, poszukał chwilę w rogu i wrócił do Redmonda z ciemną strzelbą, która na pewno była na wyposażeniu policji.
- Shotgun Remington 870, wchodzi do niego osiem naboi na raz. - przy tych słowach Lukas włożył czerwony nabój do strzelby. - Wojskowy sprzęt. Ma duży rozrzut i jest mało skuteczny na duże odległości, lecz jeśli ktoś znajduje się blisko, to jest trupem. Ta broń robi dziury porównywalne z wielkością piłki do kosza. Sam mam takie coś w domu. Do obrony oczywiście. - zakończył z uśmiechem na twarzy.
Redmond wziął broń do ręki, wycelował w niebo i już był przekonany, że właśnie tego mu potrzeba.
- Biorę. Wezmę też pudełko naboi.
- Nie ma sprawy, amunicji to ja mam pełno.
- Potrzebuję jeszcze jakiegoś pistoletu...
Lukas znów wszedł do swojego vana z uśmiechem na twarzy i wrócił po chwili z czarnym pistoletem w ręce.
- Beretta M9. Także wojskowy sprzęt. W magazynku mieści się 15 naboi. Bardzo skuteczna broń. Mały odrzut, dobrze leży w ręce...
Mike wziął do ręki i znów wymierzył w niebo. Rzeczywiście, pistolet świetnie pasował mu do ręki, niemal sam się prosił, by pociągnąć za spust.
Lukas przyglądał mu się lekko uśmiechnięty i ze skrzynki leżącej obok niego wyciągnął srebrny rewolwer z czarną rączką.
- Ta spluwa jest moją ulubioną. Magnum kaliber 44. Automatyczny, w bębenku sześć naboi. - otworzył bębenek i nim pokręcił. - Może wygląda niepozornie, ale to jest prawdziwa armata. Przy wystrzale towarzyszy mu taki mocny huk, że głuchy by usłyszał. Kiedyś udało mi się z tego ustrzelić ptaka z dachu. Właściwie, to tylko pióra zostały.
Redmond przyjrzał się rewolwerowi, otworzył bębenek i nim pokręcił tak samo, jak przed chwilą zrobił to Lukas. Kiedyś widział film, w którym bohaterowie włożyli tylko jeden nabój, pokręcili bębenkiem i szybko go zamknęli. Wtedy mieli sobie po kolei w głowę strzelać. Nazywa się to Rosyjska Ruletka. Nikt nie wiedział, czy nabój znajduje się na linii wystrzału, czy jest w komorze obok, ale i tak pociągali za spust, pewni, że nie "wypadnie" na nich. W filmie jednak nikt w ten sposób nie zginął, gdyż wywiązała się strzelanina. Ale napięcie wtedy sięgało zenitu. Pamiętając tamtą scenę, był pewien, że chce mieć taką broń.
- Biorę oba.
- Jasna sprawa. Widzę, że się zbroisz na jakąś mniejszą wojnę, czy coś... Chyba przyda ci się jeszcze uzi. - Lukas znów wszedł do vana i po chwili wrócił z bronią o wyglądzie zbliżonym do pistoletu, ale znacznie wydłużonym.
- Uzi to broń, którą można prowadzić ogień pojedynczy, lub ciągły. Do ich zmiany służy ten oto przełącznik. - handlarz pokazał Redmondowi mały, czarny przełącznik u nasady kolby z lewej strony.- Są tutaj trzy literki. A, R i S. "A" oznacza prowadzenie ognia ciągłego, "R" ogień pojedynczy, a "S" jest zabezpieczeniem. Kaliber 9 mm Parabellum, magazynek mieści do 32 naboi, a broń wystrzelić może 600 razy na minutę. I chociaż trudno celować podczas strzelania, jest w stanie zrobić z człowieka sito.
- Skoro tak mówisz, to też biorę.
- Tak myślałem. Do wszystkiego dodam ci odpowiednią amunicję. - Lukas wyciągnął małą torbę i włożył do niej cały towar, który wybrał Redmond. Kiedy dostał pieniądze, wręczył mu ją i już na pożegnanie powiedział. - Jakby policja pytała, nie masz tego ode mnie. I w ogóle mnie nie znasz.
- Oczywiście.
Lukas wciągnął powietrze przez nos i cicho dodał:
- Czujesz? Wojna się zbliża.
Redmond nie zdążył pokiwać głową, gdy sprzedawca broni już zamknął tył vana, usiadł za kierownicą, odpalił silnik i odjechał.
"Znaleziono zwłoki 51-letniego mężczyzny w stawie. Jeden z wędkarzy, którzy go znaleźli wciąż jest w szoku i..."
Pstryk!
"John Bird - niesamowity uzdrowiciel znów dokonał cudu! Pani Agnes, do niedawna śmiertelnie chora mówi..."
Pstryk!
"Nudzi cię już wystrój twego domu? Poszukujesz zmiany w swoim życiu? Przyjdź do nas! Oferujemy towar najwyższej jakości i atrakcyjne ceny!"
Pstryk!
"Do wygrania okrągły milion. Pozostaje tylko odpowiedzieć na pytanie: Jak nazywa się trzecia planeta od Słońca? Proszę państwa, milion do wygrania!"
Nie, nie może już na to patrzeć! Czemu, czemu to wszystko jest takie głupie, takie naiwne? Czemu wszyscy się na to godzą? Czy mu się wydaje, czy cały świat jest ślepy? Trzeba to zakończyć. Trzeba wreszcie lodówkę opróżnić.
Shotgun leżał oparty o fotel. Redmond wziął do ręki pudełko naboi i zaczął załadowywać broń. Osiem naboi. Kiedy skończył, wstał i broń zarzucił sobie na ramię. Podszedł do lustra. Wyglądał jak jakiś filmowy twardziel. Terminator, albo inny Rambo. Taaak, to będzie filmowa akcja.
W kuchni, na parapecie przy oknie stała ostatnia butelka piwa. Otworzył ją i połowę wypił od razu. Wrócił do salonu, zabrał torbę z amunicją i uzi w środku. Dopił piwo do końca i upuścił butelkę na dywan. Już chciał otwierać drzwi wyjściowe, gdy jego uwagę przykuł telewizor.
"Kiedy dopadnie cię mały głód..."
Nabój trafił prosto w środek kineskopu. Telewizor po prostu odskoczył do tyłu. Mike nie był przygotowany na tak mocny wystrzał i go trochę odrzuciło w tył. Ze środka czarnego pudła z rozwalonym kineskopem wyleciało kilka iskier i buchnął dym. Ale nic się nie zapaliło. Dziwne.
- Idźcie wszyscy do diabła. - powiedział cicho Redmond i otworzył drzwi.
Witaj, nowy dniu...
* * *
David Bailey, zastępca szeryfa w miasteczku Hollow Beak mógłby bardzo długo mówić, jak bardzo nudną ma pracę. Nudną i żmudną. Bo mimo wszystko jest tylko zastępcą i cała papierkowa robota spada na jego barki. Jednak zamiast pracą, wolał zająć się genezą nazwy swojej mieściny, w której się urodził, wychował i zapewne dopełni swego żywota, chyba że na ulicy naprawdę dojrzy pieniądze i przy okazji nauczy się je podnieść.
To, co udało się dowiedzieć Baileyowi o nazwie Hollow Beak, nie wybiegało za bardzo od tego, czym rodzice karmią swe dzieci w wieku przedszkolnym - dawno, dawno temu przybyli osadnicy, którzy rozbili tutaj obóz. Akurat zbliżała się zima, więc potrzebowali dużej ilości zapasów mięsa dla wszystkich. I w tym miejscu kończy się prawda, a zaczyna bajka, która sprowadza się do tego, że z niewiadomych powodów, pewien dzięcioł sygnalizował myśliwym osadników, gdzie znajduje się zwierzyna, którą mogą upolować. Oczywiście zastępca szeryfa Bailey nie wierzył już w tą opowieść, ale coś w niej musi być, gdyż niezmienna jej wersja wciąż jest opowiadana dzieciakom.
- Dave? - Głos Meggie jak zawsze był łagodny i miły. Do takiej też osoby należał. Gdyby Bailey nie miał takiej pracy, jaką miał, z pewnością spróbowałby umówić się z nią na kolację, czy coś w tym rodzaju, ale wiedział doskonale, że szeryf Huggins nie należał do ludzi, którym by się to spodobało. Prawdę mówiąc, szeryf Huggins nie pochwalał obecności dwóch zakochanych w sobie osób w pracy. Zawsze powtarzał, że w razie jakiejś małej, nic nie znaczącej kłótni, bardziej ucierpi na tym pracodawca, niż zakochana para. Wydajność może spaść i tego typu sprawy.
- Słucham cię, Meggie?
- Możesz odebrać telefon w biurze szeryfa? Mam teraz na linii Ednę Marcus i wątpię, czy spodoba jej się, że uważam odebranie telefonu od kogoś innego za ważniejszą sprawę, niż jej poplamione błotem przez jakichś łobuziaków prześcieradła...
- Jasne. - szeryf miał zamontowany u siebie w biurze telefon, ale właściwie nigdy go nie ma, więc zatrudnił Meggie jako sekretarkę, a dokładniej - osobę odbierającą telefony. Ale czasami Bailey jej pomagał, bo uważał to za słuszny czyn. A szeryf nie musiał przecież o tym wiedzieć.
- Biuro szeryfa w Hollow Beak, słucham? - wyrecytował powoli Bailey. Jak zwykle zresztą.
- Przyjeżdżajcie! To straszne! Wariat, po prostu wariat! - usłyszał kobiecy głos w słuchawce. Panika i strach - tylko to zrozumiał. Szczerze powiedziawszy, to nigdy jeszcze, w czasie jego wieloletniej służby nie odebrał tego typu wezwania. Zazwyczaj chodziło o ściągnięcie kota z drzewa, lub rzadziej, jakąś bójkę w barze. Ale może teraz chodzi o to samo? Różni ludzie w różnoraki sposób reagują na sytuacje, których są świadkami. Jedni w końcu się przyzwyczajają, jeśli chodzi o bójkę w barze, inni nie.
- Proszę, niech ktoś tu przyjedzie! Na Cotton Road 16! Szybko... Boże, Carla nie wychodź na dwór... - powtarzający się ton w słuchawce uświadomił Baileyowi, że rozmowa została przerwana. Prawdopodobnie kobieta po drugiej stronie odłożyła słuchawkę.
Bailey nie wiedział, kto to był, ale był pewien, że cała ulica, która się nazywała Cotton Road była jednym ze spokojniejszych miejsc w Hollow Beak. Mimo to, wezwanie zmuszało go do sprawdzenia, co się tam dzieje, jeśli w ogóle się coś dzieje.
Ruszył do wyjścia z posterunku, przy wyjściu chwycił swój policyjny kapelusz.
- A ty gdzie? - spytała Meggie, odsuwając słuchawkę od ucha.
- Coś się dzieje na Cotton Road. Zbadam to i zaraz wracam.
- Wezwać szeryfa?
- Chyba nie będzie takiej potrzeby. W razie czego, dam ci znać.
- W porządku. - powiedziała Meggie i wróciła do słuchania wszelkich żalów, jakie chce jej wyznać Edna Marcus.
Bailey wyszedł z posterunku i dopiero teraz poczuł, jak jest na dworze gorąco. Fakt, w budynku trochę się pocił, ale tam była włączona klimatyzacja, więc nie odczuwał tego aż tak bardzo. Teraz jednak poczuł, jakby nagle znalazł się na środku Sahary, tak mocno słońce grzało. A dopiero minęła godzina dziesiąta... Będzie jeszcze gorzej...
* * *
Srebrny passat zatrzymał się tuż przed zamkniętymi drzwiami garażu. Z samochodu wysiadł mężczyzna w wieku około 30 lat. Ubrany był w czarny, stylowy garnitur, z pewnością krojony na miarę. Ciemne włosy miał zaczesane do tyłu. Zdjął z nosa okulary przeciwsłoneczne i rozejrzał się. Dawno tutaj nie był. Na chodniku naprzeciwko domu zauważył zaschniętą plamę krwi. Ten widok trochę go zdenerwował, ale miał nadzieję, że jednak nie wydarzyła się rzecz najgorsza.
Szybko podbiegł do drzwi frontowych i włączył dzwonek. Po kilku sekundach nacisnął przycisk raz jeszcze.
- Mike! Jesteś w domu? To ja, Daniel!
Brak odpowiedzi.
Dlaczego wcześniej o tym nie pomyślał! Jak mógł być tak głupi, jak mógł pozwolić mu zakupić taką broń. Kiedy Mike do niego zadzwonił w sprawie przysłania handlarza bronią, myślał że chodzi o kupno jakiegoś pistoletu do obrony. Daniel Carlson miał nadzieję, że jego przyjaciel wreszcie postanowi coś ze swoim życiem zrobić... Ale najwyraźniej on to chciał zrobić w zupełnie inny sposób, niż pozwala na to logika.
Wracając do samochodu zauważył kolejną zaschniętą krew, tym razem wypływająca spod drzwi garażu.
Mike popełnił samobójstwo? Nie, przecież nie ma samochodu. Czyli ta plama oznacza, że Mike Redmond uczynił najgłupszy krok w swoim życiu. Carlson postanowił odnaleźć swego dawnego przyjaciela i... pomóc mu? Jeśli to będzie możliwe, to tak.
* * *
Zastępca szeryfa Bailey skręcił na ulicę Cotton Road w tej samej chwili, w której usłyszał krzyk i wystrzał z broni palnej. Z piskiem opon zahamował. Tego się nie spodziewał. Tutaj działo się coś poważniejszego, a na to właściwie nie był przygotowany. To miała być jakaś bójka, czy coś w tym stylu, a nie strzelanina. A Bailey tak naprawdę jeszcze nigdy nie był zmuszony wyciągać broni z kabury, chyba że na strzelnicy. Ale prawda była taka, że mierzenie z pistoletu do tarczy nie jest tym samym, co mierzenie do człowieka.
Mimo wszystko włączył sygnał i pewnie nacisnął gaz. W końcu reprezentuje prawo i nie może pozwolić na to, aby ktoś strzelał w jego mieście.
Nie minęła nawet chwila, a zobaczył jakiegoś staruszka leżącego w kałuży krwi. Serce Baileya zaczęło bić szybciej, w miarę jak pokonywał większą odległość. W końcu, kiedy mijał pocztę, znów padł strzał. Tym razem z budynku i trafił prosto w koło wozu. Zastępca szeryfa nie wiedział co się dzieje, nie miał nawet pojęcia, jak zatrzymać ten samochód, nad którym właśnie stracił panowanie. Wóz uderzył przednią częścią w pobliski mur, dzięki czemu niekontrolowany poślizg się zakończył. Z dymiącego pojazdu natychmiast wyszedł Bailey, trochę zszokowany wydarzeniami, ale na tyle przytomny, by schować się za zielony kontener na śmieci stojący nieopodal miejsca wypadku.
To jest jakieś szaleństwo! Wszystko dzieje się jakby to był jakiś sensacyjny film! Ale TO jest rzeczywistość!
Dopiero tak siedząc za kontenerem zdał sobie sprawę, że nie wezwał żadnego wsparcia, nie zawiadomił nikogo, co powinien był już wcześniej uczynić. A nie miał przy sobie żadnego radia, aby w tej właśnie chwili naprawić swój błąd. To nic, na pewno ktoś zadzwoni na posterunek i Meggie wezwie wszystkie dostępne jednostki, aby natychmiast wracały do Hollow Beak. Ale ile to będzie trwać?
* * *
Redmond z niemałą satysfakcją patrzał, jak samochód szeryfa uderza w mur. Pojawił się wcześniej, niż zakładał, ale na szczęście w pobliżu była niewielka placówka poczty. Trzy osoby siedziały na podłodze, całe rozdygotane, niepewne jego zamiarów. I dobrze, póki ma zakładników, policja nie uczyni bardziej zdecydowanych kroków.
Przeładował shotguna i znów wyjrzał przez okno. Nie widział nikogo, ale wiedział, że policjanci muszą tam być. Już się chowają, planują, spiskują. Robią to, co zwykle. Pewnie gdzieś chowa się snajper, czekający na dogodny moment do oddania strzału. A niech sobie dupek strzela, co za różnica! To już i tak nie ma znaczenia. Zginie on, czy dziesięć niewinnych ludzi, co za różnica? Do świata dotrze przesłanie. Teraz pozostaje tylko kwestia odpowiedniego odbioru informacji. Bo jeśli wszystko zostanie pomylone, zapomniane, czy zbagatelizowane, to lodówka wciąż będzie nie-pusta, z ostatnim, przeterminowanym jogurtem na samym dole.
- Tu policja! Rzuć broń i wyjdź z rękami uniesionymi do góry! - głos należał do jakiegoś młodego mężczyzny. Redmond domyślił się, że to musi być ten młody zastępca szeryfa Bailey. Pozwolił sobie na dłuższy rzut okiem na okolicę. Nie widział ani młodego, ani innych funkcjonariuszy z wycelowanymi pistoletami w okna budynku, gotowymi do oddania strzału w każdej chwili. Dziwne.
- Żywego mnie nie dostaniecie! - odkrzyknął. Scena jak z jakiegoś słabego filmu sensacyjnego klasy C. Albo D. Co za różnica? Problem polegał na tym, że on był w placówce poczty, a nie w banku. Ale całe uzbrojenie miał przy sobie.
- Pppp... ppp... proszę... - odezwał się jeden z zakładników siedzących na podłodze. Był chyba najbardziej roztrzęsiony z całej czwórki. Pot lał się z niego jak wodospad, chyba nawet miał łzy w oczach. Cóż za żałosny widok! Jakiś nędzny biurokrata z okularami na nosie, w garniturze droższym niż miesięczna wypłata niejednego mieszkańca Hollow Beak.
Redmond bez zastanowienia wycelował shotguna w jego stronę i pociągnął za spust. Ciało rozerwało się jak najsłabszy materiał. Biurokrata padł na podłogę cały we krwi. Ciekawe, czy przejąłby się, jakby widział te dziury i czerwone plamy na swoim garniturku... Chyba nie, bo zaraz kupiłby sobie nowy. Ale co trupa może obchodzić garnitur?
Jedyna kobieta wśród zakładników krzyknęła tak głośno, że aż cud, iż nie zdarła sobie strun głosowych.
- Nie strzelaj, do jasnej cholery! - krzyknął młody zastępca szeryfa. - Powiedz czego chcesz, tylko nie zabijaj zakładników.
"Bardzo sprytnie, młody policjancie", pomyślał sobie Redmond. "Pewnie nauczyli cię, jak postępować w takich sytuacjach. Problem w tym, że ja nie mam żadnych żądań."
Wiedział już, gdzie ukrywa się ten policjant - za zielonym kontenerem na śmieci w pobliżu swojego pojazdu. To jest aż za proste.
* * *
Gdzie te cholerne posiłki? Bailey sam sobie był winien. Miał już wezwać prośbę o przysłanie reszty policjantów z Hollow Beak, kiedy tutaj jechał. Teraz radio zostało w samochodzie, a nie mógł ryzykować wychylenia się, bo ten szaleniec na pewno odstrzeli mu przy pierwszej okazji głowę.
Kiedy padł strzał wewnątrz budynku, Bailey był pewien, że właśnie zginął jeden z zakładników. Nie miał pojęcia o liczbie zakładników, lecz wiedział, że chociaż jedna osoba musi tam być - kasjerka. To jej krzyk usłyszał. Miał tylko nadzieję, że ten wariat nie zabije wszystkich zakładników za jednym zamachem. Tych ludzi trzeba uratować, a w tym przypadku każda dodatkowa minuta jest na wagę złota.
Z okna padł kolejny strzał, tym razem wymierzony w kontener. Przytłumione "DUMMMM" zadźwięczało w uszach Baileya, przez chwilę go ogłuszając. Ten wariat, kimkolwiek by nie był, na pewno nie miał w zanadrzu jakichś żądań. On po prostu chciał zabijać. A w takich przypadkach należy podejrzanego unieszkodliwić w jak najszybszy, możliwy sposób.
Łatwo powiedzieć, inna sprawa to zrobić. Baileyowi brakuje umiejętności w takich sytuacjach, poza tym był absolutnie sam jak palec przed tą pocztą.
- 02, zgłoś się. Co się tam dzieje? - usłyszał głos dochodzący z... lewego barku? Odwrócił głowę w tą stronę i ujrzał... No przecież! CB Radio! Jak mógł być aż tak głupi i zapomnieć o tym urządzeniu. Wcześniej nie mieli żadnego CB Radio na ramieniu, dopiero jakiś miesiąc temu dostali kilka, więc Bailey jeszcze nie zdążył się przyzwyczaić... Takie coś mogło go kosztować życie swoje, oraz niewinnych.
- Tu 02, odbiór! Potrzebne jak największe posiłki na Cotton Road 16 przy placówce poczty. Wybuchła strzelanina!
Bailey miał szczera nadzieję, że Maggie zrozumiała i już rozpoczęła odpowiednią procedurę postępowania w takich przypadkach. Teraz liczyła się każda sekunda... Każda sekunda, która wydawała się tak ulotna, jak liść na wietrze. Jakiś wariat chciał go zabić i to była rzeczywistość. A każdy strzał mógł okazać się śmiertelny...
Maggie nie odezwała się. Czyli z pewnością już wzywa całą resztę policjantów, z szeryfem Hugginsem na czele. To będzie ciężki dzień...
* * *
Carlson nie wiedział gdzie jechać. Nie znał Hollow Beak na tyle dobrze, aby domyślić się, gdzie teraz mógłby podziewać się Redmond. Ale widział za to krew i spanikowanych ludzi. To tędy przechodził, a może raczej przejeżdżał Mike. I to tutaj strzelał. Do niewinnych ludzi.
Ale dlaczego? Cóż takiego się stało, że został doprowadzony na sam skraj? Racja, stracił pracę, żona od niego odeszła zabierając ze sobą córkę, ale przecież Redmond był silnym człowiekiem. Nie z takimi problemami sobie radził... Ale do walki z tym wszystkim potrzebował leków... Jeśli je odłożył... To właśnie taki rozwój wydarzeń stawał się, mimo wszystko, logiczny.
Passat przyśpieszył do prędkości, która bardzo przekraczała dozwolony limit na terenie zabudowanym. Ale nie było ani chwili do stracenia. Redmondowi można pomóc i należy zrobić to szybko i zdecydowanie.
* * *
Cholerna rana pod lewymi żebrami. Z każdym ruchem dawała się coraz bardziej Redmondowi we znaki. Pocił się przez to jak mysz... Myszy się nie pocą...
Kilka razy mrugnął oczyma, gdyż wlało się do nich kilka kropel potu. Teraz widział wszystko jak przez mgłę. Prawda, czuł się zmęczony, ale żeby już mu zbierało się na omdlęcia? Nieeee, coś tu jest nie tak...
Odłożył shotguna na podłogę i zaczął podwijać koszulę, by sprawdzić, czy przypadkiem nie przesunął mu się jego opatrunek. Przy tej czynności poczuł mocną woń z brandy, którą wcześniej wlał na ten opatrunek. Ależ by się teraz napił...
Nie miał pojęcia kiedy i jak, ale oberwał w głowę z pięści. Upadł na podłogę, trochę zdezorientowany tym, co się stało. Kiedy miał już się podnieść, na klatce piersiowej poczuł potężnego kopniaka, który pozbawił go tchu całkowicie.
- To cię nauczy nie zabijać ludzi, wariacie! - krzyknął napastnik. To jeden z zakładników. Młody, silny chłopak. Redmond zdążył zauważyć, że kobieta wciąż siedziała na swoim miejscu, roztrzęsiona i przerażona.
Chłopak kopał aż do utraty tchu. Kiedy w końcu przestał, aby nabrać powietrza, Mike rzucił się w stronę swojej torby z bronią. Przy tej czynności czuł chyba każdy mięsień swojego ciała. Rana bolała go jeszcze mocniej. Nie był w stanie w pełni nabrać powietrza w płuca, tak go wszystko bolało. Ale dotarł do torby, nim młody zakładnik zrozumiał, co się dzieje. A wtedy było już za późno. Redmond wyczuł znajomy kształt uzi i szybko wyciągnął. Nie martwił się specjalnie celowaniem, miał zamiar wystrzelać na tego gówniarza cały magazynek z tej broni.
I zaczął strzelać.
Chłopak oberwał kilka razy w brzuch i mógłby już upaść martwy na podłogę, ale naboje wciąż wbijały się w jego ciało z niesamowita prędkością uniemożliwiając mu spokojny upadek. Martwe już ciało "tańczyło" za każdym razem, kiedy nabój w nie trafiał. W końcu Mike opuścił broń, kiedy dotarło do niego, że amunicja mu się skończyła. Ciało powoli upadło do tyłu. Bez wydania choćby najcichszego dźwięku, czy czegoś podobnego. Po prostu upadło i pod nim zaczęła tworzyć się kałuża krwi.
Redmond był wściekły. Ten gówniarz nic nie zrozumiał! A wystarczyło siedzieć cicho i czekać na koniec tego wszystkiego. Ale nie, zawsze i wszędzie musi znaleźć się jakiś niepoprawny bohater, który myśli, że jest zbawcą świata. Niech sobie będzie choćby Supermanem, ale to Redmond wciąż żył, a on brał teraz kąpiel w kałuży własnej krwi. Dureń.
Kasjerka, której cała twarz była mokra od łez ujrzała, jak Redmond celuje w nią z uzi. Z lufy wydobywał się jeszcze szary dym po oddanej przed chwilą długiej serii.
- Jeśli będziesz coś kombinować, rozwalę cię tak samo... - powiedział cicho Mike. Widział ją jak przez mgłę, całe ciało go bolało, był zlany potem... Ale był też zdeterminowany zabić wszystkich, który się mu sprzeciwią. Wszystkich.
* * *
Kontener na śmieci to praktycznie żadna osłona. Prawdę mówiąc, jest to bardzo niebezpieczne miejsce. Z tego, co zdążył usłyszeć Bailey, ten wariat ukryty na poczcie miał shotguna. A odległość między oknami, a kontenerem za duża nie była. Wystarczy kilka strzałów, żeby przebić się przez niegruby metal. Nawet jeśli nie zostałby trafiony, to w skórę wbiłyby mu się odłamki metalu. I te większe, i te mniejsze. Niewielka szansa na przeżycie po takim czymś...
Zastępca szeryfa Bailey z przerażeniem usłyszał dochodzące z poczty strzały. Nie był to Shotgun, a raczej coś mniejszego i bardziej szybkostrzelnego. Była to wystrzelona cala seria z magazynku. Boże Jedyny, co tam się dzieje???
Ale właśnie to była jego szansa. Musi się przemieścić, żeby ustawić się za jakąś pewniejszą zasłoną. Tam w środku właśnie ktoś ginął, żeby on mógł to zrobić...
Seria strzałów się skończyła i nastała chwila ciszy. Jakby wszystko się zatrzymało. Gdyby był wiatr, z pewnością dałoby się go usłyszeć, taka zapanowała cisza. I nagle, w tej ciszy Bailey usłyszał dźwięk, który bardzo podniósł go na duchu. Dźwięk policyjnych syren. Szeryf już jedzie, za chwilę opanują sytuację.
Po kilku sekundach samochód szeryfa Hugginsa zatrzymał się z piskiem opon na środku ulicy tuż naprzeciwko placówki poczty. Szeryf wyszedł i od razu przykucnął, wyciągając swojego glocka.
- Bailey! Co ty tam robisz?! Chodź tutaj!!! - krzyknął szeryf. Może był niskim człowiekiem, trochę już starszym, ale wciąż krzyczeć na ludzi potrafił. Należał do takiego gatunku, którego zawsze i wszędzie się boją. Po prostu swoją osobą wzbudzał tak szacunek jak i lęk. Nie była mu do tego potrzebna odznaka. Ale jako szeryf, bez zarzutów wykonywał swoje obowiązki. Teraz też miał zamiar wykonać zadanie, choćby polegało ono na wyeliminowaniu podejrzanego.
Zastępca szeryfa szybko podbiegł do samochodu.
- Co się tu, do jasnej cholery dzieje? - spytał szeryf.
- Jakiś wariat zamknął się na poczcie i strzela do wszystkiego, co się rusza. Nie wiem, ilu trzyma zakładników, ale jestem pewien, że dwóch już niestety nie żyje.
Szeryf splunął na asfalt w geście pogardy.
- Trzeba tego psychopatę jak najszybciej zdjąć...
- Panie szeryfie... Nie jestem pewien, czy on chce negocjować...
- Co ja przed chwilą powiedziałem?
Bailey zamilkł. Szeryf Huggins był w pracy i to było widać gołym okiem. Czuł się w tym świetnie.
- W większym mieście byłaby to chwila. Snajper z jednej strony, snajper z drugiej strony, oddział antyterrorystyczny i po sprawie. Słuchaj Bailey. Nie obchodzi mnie kto tam jest, czy to mój ojciec, czy twój brat, czy choćby sam prezydent - ja go chcę zdjąć jak psa, rozumiesz?
Dlaczego Huggins był tak zdeterminowany? Przecież dopiero co przyjechał... Nawet nie przeżył tego lęku, siedząc tuż za kontenerem na śmieci! Czemu szeryf mówi tak, jakby siedział tu już od dobrych kilku godzin i miał już tego wszystkiego dość?
Bailey nawet nie próbował znaleźć odpowiedzi na te pytania. Zebrał się tylko na krótkie:
- Tak jest.
* * *
Kiedy zauważył samochód Redmonda niedbale zaparkowany przy ulicy, wiedział, że od teraz będzie musiał szukać przyjaciela w okolicy. Dan Carlson zahamował, po czym wysiadł ze swojego samochodu.
Ulice były dziś wyjątkowo puste. Nawet jak na to miasteczko. Było pusto, jakby nikt w nim nie mieszkał. Ale to tylko złudzenie.
Dan nie musiał długo zgadywać, w którą stronę się udać. Usłyszał strzał z shotguna. Jego shotguna. Shotguna, którego pozwolił zakupić Mike'owi. Teraz może bardzo żałować swej decyzji. Jeśli będzie w stanie, to postara się wszystko odkręcić, cholera załatwi nawet najlepszych prawników dla przyjaciela! On go w to wpakował. Gdyby nie przystał na tą sprzedaż... Gdzie on wtedy miał głowę...
Biegł ile sił w nogach, aż dotarł do skrzyżowania, na którym z daleka już zauważył dwa policyjne wozy, za jednym chowali się dwaj policjanci. "Szeryfowie" pomyślał Carlson. "W takich mieścinach są szeryfowie". Brak kowboi zupełnie im nie przeszkadzał. Konie to też już przeszłość. Ale szeryf to szeryf. Znaleźli sobie bandytę.
Przedstawiciele władzy schowani byli za samochodem, który stał między nimi, a budynkiem z napisem "POCZTA". No tak, Mike musiał się gdzieś schować. Dobrze chociaż, że nie zabarykadował się w jakimś domu. Już i tak wielu niewinnych ludzi zginęło. Carlson widział po drodze to, co widział i wiedział doskonale, że Redmond ma olbrzymie kłopoty. Policja najzwyczajniej w świecie nie będzie się z nim cackać. A już na pewno nie w takiej mieścinie. W Hollow Beak Mike ma przerąbane.
* * *
Szeryf Huggins był przygotowany na takie coś. Wiedział, że kiedyś to nastąpi. Od zawsze to wiedział. Jeszcze za czasów, jak był zastępcą szeryfa, jak teraz młody Bailey, już za tamtych czasów wyczekiwał tej chwili. Że w końcu komuś odbije, ktoś po prostu wyjdzie na ulicę i zacznie strzelać do ludzi bez najmniejszego, sensownego powodu. Szeryfa bardzo ucieszyło, że w końcu się doczekał. Obawiał się już, że prędzej kopnie w kalendarz, nim się doczeka.
- Nie wiemy ilu ma zakładników, skurczybyk. Mówisz, że padły już jakieś strzały w środku.
- Tak, sir. Z shotguna i zapewne uzi. - Bailey pocił się jak świnia - było strasznie gorąco, nawet o tak wczesnej porze, a do tego cała ta sytuacja. Nie miał pojęcia co robić. Czekać? Na kogo? Działać? Ale w jaki sposób? Jedynym ratunkiem była pomysłowość szeryfa.
- Skąd ten skubaniec wziął tutaj taki sprzęt. Heh. Widać, mamy do czynienia z jakimś większym wariatem. Tym lepiej dla nas, gorzej dla niego.
Po chwili wahania, Bailey odezwał się.
- Dlaczego pan tak mówi, szeryfie?
Szeryf Huggins spojrzał na swojego młodego zastępcę najbardziej lodowatym wzrokiem, na jaki było go stać.
- Ten facet tam zabił wielu ludzi. Ilu dokładnie, nie wiem. Ale jeśli zabił trzech, to znaczy, że o trzech za dużo! Nie ma prawa w ogóle chodzić po mojej ziemi, skoro jest tak bardzo walnięty!
- Nie rozumiem.
- No to ci to wyjaśnię, dzieciaku. I nigdy więcej mnie o to nie pytaj, bo ci już jaśniej tego nie przedstawię.
Bailey przełknął ślinę.
- Ten skurwysyn czerpie przyjemność z rozwalania ludzi jak popadnie. JA czerpię przyjemność z rozwalania takich skurwysynów jak on.
Nastał chwila ciszy. Szeryf Huggins chyba oczekiwał, że Bailey coś odpowie, ale ten tylko siedział i patrzał zdziwionym wzrokiem na swojego przełożonego, nie wiedząc dokładnie, co tak naprawdę się dzieje. Czy po świecie chodzą sami wariaci?
- Bailey, możesz to we mnie postrzegać jako skrzywienie psychiczne, ale chcę ci powiedzieć, że mi nie odbiło tak, żeby strzelać do nieuzbrojonych ludzi. Jak chcę się wyładować, idę na strzelnicę. Tamten dupek też mógł iść na strzelnicę. Ale wolał ulicę. Ulicę w moim mieście! I mówię ci...
* * *
Podczas gdy szeryf prowadził swe przemówienie, Carlson przemknął niezauważony, kierując się na tyły poczty. Trzeba korzystać z okazji, kiedy się nadarzają, a to była właśnie taka okazja. Wszedł do budynku poczty tylnymi drzwiami. Dziwne, że władze nie otoczyły całej posesji, ale to dało mu możliwość dostania się do wewnątrz. Mike potrzebuje pomocy specjalisty, a z policją na pewno nie ma najmniejszego zamiaru rozmawiać.
Daniel minął zaplecze i powoli otworzył drzwi prowadzące do pomieszczenia, w którym siedział Mike. Drzwi skrzypnęły, na który to dźwięk zlękniony Redmond wycelował w niego shotguna oraz uzi.
- Mike. To ja, Daniel.
Nastała nerwowa chwila ciszy. Po twarzy Mike'a widać było wyraźnie, że nie panuje nad sytuacją. Jest całkowicie zmieszany. Ale nawet bez zmieszania wyglądał źle. Może nawet okropnie. Miał kilka plastrów przyklejonych na czole i policzkach, a tuż pod brodą znajdował się największy z nich. Wyglądał, jak człowiek, który nie ma już nic do stracenia i który nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, że źle postępuje.
- Mike, co ty robisz, na miłość boską?
Redmond spuścił wzrok na podłogę, gdzie leżało kilka czerwonych łusek po nabojach do shotguna, oraz wiele srebrnych z amunicji do uzi. Tuż obok leżało podziurawione, zakrwawione ciało młodego mężczyzny. Zwłoki innego faceta, z przedziurawioną klatką piersiową spoczywały po drugiej stronie pomieszczenia. To wszystko składało się na żałosny obraz jednego człowieka, któremu nic już nie zostało i któremu już nie zależy...
- Aaa, takie tam... Zabijam ludzi. - odpowiedział cicho Redmond.
Roztrzęsiona kasjerka powstrzymywała płacz jak najmocniej mogła, ale przychodziło jej to z wielkim trudem. To musiał być dla niej prawdziwy szok, widzieć, jak dwóch ludzi zostaje zabitych tuż obok niej.
- Mike. - przemówił Carlson najspokojniejszym głosem, na jaki było go stać w zaistniałej sytuacji. - Pozwól wyjść tej kobiecie. Ona nic ci nie zrobiła.
- Nie. - odpowiedział zdecydowanie Redmond. - Ona musi zrozumieć. Zobaczyć i zrozumieć. A później opowiedzieć to innym, żeby wszyscy wiedzieli.
- Jestem głęboko przekonany, że pani opowie o tym, co tutaj się stało bardzo wielu ludziom, prawda proszę pani?
- T... Takk... - wyszeptała roztrzęsiona kobieta.
- Pozwól jej wyjść, Mike. Proszę cię o to jako przyjaciel.
Redmond, wciąż siedząc pod oknem, jakby to było najbezpieczniejsze miejsce na świecie. Pozwolił sobie na mały uśmiech. Uśmiech, w którym było widać cień szaleństwa, oraz czegoś jeszcze, czego Carlson nie potrafił ubrać w słowa.
Ale uznał to za zgodę. Wyciągnął więc rękę do dziewczyny i pomógł jej wstać. Odprowadził ją do drzwi i powiedział, aby poszukała w pobliżu policjantów, oni na pewno jej pomogą.
- Po co zostałeś, Dan? Wyjdź, a spokojnie będą mogli wysadzić to miejsce w powietrze. - posklejana plastrami twarz Redmonda coraz bardziej pokrywała się potem. Wyraźnie było widać, że męczy go jakiś ból. Chyba się zranił...
- Brałeś leki? - spytał bez zbędnych wstępów Carlson.
Redmond wyglądał na zaskoczonego. Jego twarz wydawała się mówić: "Leki? Jakie leki, o co ci chodzi?".
- Pół roku temu brałeś psychotropy. Czyżbyś zapomniał?
Nie, nie zapomniał. Przez całe te pół roku, w połowie pełna fiolka leków stała na półeczce obok łóżka, przy zegarku.
- Po co mi jakieś leki, Dan? - rzekł Redmond z lekkim uśmiechem. - Robią wodę z mózgu, do tego w smaku są niespecjalne. Odstawiłem to cholerstwo. Powiem ci szczerze, że alkohol działa o wiele lepiej na wszelkie smutki i takie tam sprawy.
- Zgłupiałeś?! - Carlson dał się ponieść zdenerwowaniu. Nie czuł się już tak opanowany, jak wcześniej. W tej właśnie chwili prawdopodobnie na zawsze tracił starego przyjaciela. - Patrz do czego doprowadziłeś! Zabiłeś niewinnych ludzi, Mike! Zdajesz sobie z tego sprawę?!
- Zabiłem? Ja zabiłem? Dlaczego od razu zabijać? Jest tyle innych określeń dla tego jednego czynu. Zamordowałem, rozwaliłem... Albo może najładniej brzmi po prostu... "uśpiłem"? Zabili mi psa, ale powiedzieli, że go uśpili. Dan, czy ty nie widzisz, co się wokół ciebie dzieje? Dzisiaj nawet przestępców się usypia. Takiemu to przed wstrzyknięciem zabójczego środka, podają znieczulenie, żeby przypadkiem nic nie poczuł. A więc najnormalniej w świecie go usypiają. Czy to jedno słowo coś zmienia? Zabiciem można też nazwać uśpienie i nie zaprzeczaj! Bo to nic nie zmienia, słyszysz!? NIC!
Carlson podsunął krzesło i na nim usiadł. Nie chciał rozmawiać z Mike'm o czymkolwiek kiedy on znajdował się w takim stanie. Ale to właśnie on miał broń i to on był na najlepszej drodze do zwariowania. O ile już nie zwariował. Redmond kontynuował.
- To co robię... Chyba nawet ty nie rozumiesz. Ja nie tylko zabijam ludzi. Chcę im pokazać jakimi są hipokrytami. Ja jestem wariatem? Proszę bardzo, ale powiem ci coś - to świat zwariował. Ja nie chcę oglądać go właśnie takim. Więc postanowiłem zrobić coś, żeby go zmienić.
- Dlaczego uważasz właśnie ten sposób za najlepszy?
- Przeżyłem już niejedno. Widziałem już niejedno. I chociaż wiem, że dzisiaj każde dziecko wie, dzięki telewizji, jak wygląda rozpruwany człowiek, ile przy tym krwi, to jednak informacja o masakrze wzbudzi pewne emocje. Przynajmniej mam taką nadzieję. Inaczej wszyscy uznaliby mnie za jakiegoś walniętego czubka, psychopatycznego mesjasza, niegroźnego wariata, który pogada sobie i odejdzie, będzie można o nim zapomnieć. Obawiam się jednak, że ludzie źle odbiorą moje czyny - zaliczą mnie do całego tłumu wariatów i nie będą już o mnie nawet myśleć. A to, co robię, dlaczego to robię, będą mieć gdzieś...
- Już mają to gdzieś. Mike, zabijasz ludzi. Oczekujesz, że wszyscy nagle zaczną cię wielbić, powstaną pieśni na twoją cześć... Że staniesz się wielką osobistością?! Wychyl się tylko przez to okno, a policjanci na zewnątrz rozwalą twoją głowę tak, że tylko za pomocą odcisków palców będzie można cię zidentyfikować. A ludzi to nie obejdzie. Raczej będą się cieszyć, że o jednego maniaka mniej.
- Właśnie dlatego są głupi i ograniczeni w swych przemyśleniach. Sami prowadzimy do swego zniszczenia, ale nikt się tym nie przejmuje. Każdy chce tylko jak najlepiej dla siebie. Nienawidzę takich egoistycznych postaw. A ci tam, na zewnątrz chcą mnie zabić, nie dlatego, że mam w ręce broń, ale dlatego, ze się z nimi nie zgadzam. Że odważyłem się stanąć przeciw nim...
- A pomyślałeś o Marcie? - Carlson wszedł mu w słowo. Poczuł, jak po skroni ścieka mu zimny pot.
To dało Redmondowi do myślenia. Przed oczami ujrzał tą młodą dziewczynę, której powiedział, że będzie żył z nią do końca swych dni. Jakże to różnie się w życiu układa. Przeszli razem tyle ciężkich chwil... Bez wsparcia jednego, drugie na pewno by sobie nie poradziło. Tak, kochali się bardzo. Z ich miłości zrodziła się mała Freesia. To Martha się uparła na takie imię, gdyż frezje były jej ulubionymi kwiatami. Ale nie tylko to było powodem. W mowie kwiatów frezje oznaczają czystość i niewinność. A właśnie taka była mała Freesia. Czysta i niewinna.
- Pamiętasz, dlaczego odeszła? Dlaczego zabrała córkę? - Dan kontynuował zadawanie swych okrutnych pytań.
Oczywiście, że pamiętał! Jak mógłby zapomnieć. Ostatecznie dwa lata to nie jest tak długi okres czasu, żeby dało się go zapomnieć.
Już wcześniej brał psychotropy, ale kiedy tylko je odkładał, Martha natychmiast zauważała, że się dziwnie zachowywał. "Zdaje ci się", albo "Jestem po prostu przemęczony" to były najczęstsze jego odzywki na uwagi robione mu przez nią. Ale ona się bała. Nie tyle o siebie, co o Freesię. Dlatego dwa lata temu raz na zawsze wyniosła się z Hollow Beak, żeby zamieszkać w Providence. Od tamtej pory nie otrzymał od niej żadnego znaku. Myślał, że przyjdzie do niego chociaż informacja o rozwodzie, ale nie. Tak, jakby dwie najważniejsze kobiety w jego życiu po prostu... zniknęły.
- Martha wiedziała, że jesteś do tego zdolny. - Carlson zrobił ruch ręką, jakby chciał pokazać Redmondowi coś naprawdę wielkiego. - Właśnie dlatego odeszła. Mówiła ci to...
- One nie mają z tym nic wspólnego. To nie fair, że o nich teraz mówisz, Dan.
- Ależ mają, Mike. I to więcej, niż ci się zdaje.
Po chwili ciszy Redmond spojrzał na przyjaciela najpoważniejszym wzrokiem, na jaki rana w boku mu pozwalała.
- Po co tu przyszedłeś? Już za późno na zbawienie. - powiedział. Jego twarz stała się blada niemal jak u trupa. Zaczął tracić krew i to na pewno nie mogło się już dobrze skończyć.
Carlson oparł łokcie na kolanach i odwzajemnił głębokie spojrzenie.
- To ja ci sprzedałem tą broń, Mike. Może ty nie czujesz odpowiedzialności za śmierć tych ludzi, ale ja tak. Gdybym się nie zgodził na przeprowadzenie transakcji...
- Zdobyłbym broń w inny sposób. I tak by do tego doszło. Więc daj mi już spokój. Wracaj do siebie. Do domu. Do swojej willi. I opiekuj się rodziną.
- Ale ciebie traktuję niemal jak brata, Mike! Tyle razem przeszliśmy. Przejdziemy i to, zobaczysz!
- Dla mnie nie ma już nadziei. Dla mnie nie zostało już nic. Więc idź stąd, nie każ mi cię zmuszać.
Carlson zrozumiał. Spuścił głowę i po chwili milczenia wstał i wyszedł tą samą drogą, którą tutaj przyszedł.
* * *
A więc tak wygląda koniec. Policja otacza budynek, nie ma gdzie uciec, czy się schować... Redmondowi zostało wystarczająco amunicji, żeby jeszcze zabić kilku ludzi, ale po co przedłużać? Na co to wszystko? Oni i tak zapomną, niczego się nie nauczą. Dalej będą się oszukiwać, okradać, zabijać, oskarżać, męczyć. Jakże świat byłby piękny bez ludzi...
Redmond już dawno nie czuł się tak słabo. Stracił olbrzymią ilość krwi. Wprawdzie kilka strzałów z uzi mógłby jeszcze oddać, ale na pewno nie utrzymałby tej broni wystarczająco długo, by w coś trafić. Już nie było najmniejszego sensu walczyć.
W takim razie czas na wielki finał. Wyciągnął z torby magnum. Srebrny błysk sprawił, że broń wyglądała jak nówka, dopiero co kupiona. Handlarz bronią sprzedający nówki. Redmond musiał zaśmiać się w duchu. W torbie odszukał pudełko z nabojami do magnum i wyciągnął jednego. Otworzył bębenek, po czym w jednej z komór umieścił nabój. Żałował, że nie miał jakiejś większej niespodzianki w zanadrzu, ale prawdę mówiąc, nie przygotował się na coś takiego. Przeżył dłużej, niż się spodziewał. Ale co to dało? Z pewnością już zaklepują mu miejsce w jakimś wariatkowie, przygotowują oskarżenie, czekają na proces i takie tam pierdoły. Na pewno aż ich ręka swędzi, tak chcą go zabić. A właśnie że powinni pozabijać sami siebie. Nawzajem. Jeden drugiego. Przecież my, ludzie, jesteśmy w tym najlepsi, jakby nie patrzeć.
Redmond uświadomił sobie, że od samego początku był głupi. Ci wszyscy ludzie nie tylko nie zapamiętają go, ale też nie zrozumieją, o co mu chodzi. To było już pewne, kiedy oddał pierwszy strzał. Naprawdę mu się coś pomieszało. Chyba rzeczywiście powinien był brać te cholerne leki. Ciekawe, czy wtedy nie uśpiliby mu psa, nie ukradli portfela, nie pobili... Cóż za durne gdybania! Oczywiście, że tak by się stało! Tylko że przez prochy przyjmowałby to ze spokojem. A teraz przynajmniej mógł pokazać, że potrafił się odegrać, pokazać, że tak się nie robi, proszę państwa!
Zakręcił bębenkiem i szybko zamknął. Każdy jest panem swojego losu. No to ciekawe, jaki sobie los przygotował Redmond. Jeden nabój, jeden strzał. Jedna szansa. Lufę przyłożył do skroni i mocno zacisnął oczy. Całe życie był nieudacznikiem, więc istniało pewne ryzyko, że i teraz mu się nie uda. Cóż, jak to się mówi - "Raz kozie śmierć".
Mocniej zacisnął rękę na rewolwerze i pociągnął za spust...
Jeśli jesteś przygotowany żeby regularnie wpuszczać nieco szaleństwa do swojego życia, nigdy nie oszalejesz naprawdę. To ludzie którzy przez siedemnaście lat siedzą i patrzą w telewizor, chwytają strzelbę i ruszają na główną ulicę.
Terry Pratchett
17 V 2006
T#M
[ tig3000@gazeta.pl ]
|