Przejdź do spisu treści...

Na Gigancie XIV: przystanek na myśli...

Rozdział XIV,
czyli przystanek na myśli...

Dość - to pierwsze słowo, jakie przyszło mi do głowy zaraz po przebudzeniu. W pokoju nie było Jacka, zostawił tylko list tłumaczący ile to całe przedstawienie go kosztowało. Napisał także, że wrócił do domu, i że nie ma ochoty na dalsze poszukiwania i przebieranki. Zdobył się nawet na szczyptę wdzięczności i podziękował za wszystko, co dla niego zrobiłem. Palant. Jego dziewczyna znika, przyjeżdża kuzynka, a on daje dupy i ucieka. Nie będę ukrywał, że "strata" Jacka nie była dla mnie ciosem, jednak człowiek w jego wieku powinien mieć w sobie chociaż cień odpowiedzialności. W końcu czasami trzeba samemu nadstawić tyłka, żeby uratować go innej osobie.

Kelly nie musiałem niczego tłumaczyć - okazało się, że dzień wcześniej rozmawiała z Jackiem i wszystko wspólnie ustalili. Cholernie mnie to zabolało. Poczułem się, jakby ktoś wbił mi nóż w plecy. Nie przesadzam, drogi czytelniku, gdyż moim zdaniem dwójka ufających sobie ludzi nie powinna mieć przed sobą tajemnic. Głupi byłem, bo od początku było wiadomo, że Kelly coś ukrywała, jednak ja byłem tak w nią zapatrzony, że nie chciałem jej o nic pytać. Sprawa Jacka na tyle jednak mną wstrząsnęła, że nie mogłem powstrzymać się od zadania jasnowłosej kilku pytań.
- Dlaczego mi nie powiedziałaś? - delikatnie zacząłem, podczas gdy Kelly czesała swoje piękne blond włosy.
- Dotrzymuję obietnic - odpowiedziała na odczepne.
- Słuchaj, Kelly, to chyba trochę nie w porządku. Kiedy kilkoro ludzi trzyma się razem to nie ma wśród nich miejsca na tajemnice. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Przynajmniej mnie się tak wydaje - zacząłem filozofować. Powiem ci, drogi czytelniku, że bardzo rzadko zdarza mi się pouczać ludzi i starać się do nich dotrzeć poprzez wywołanie poczucia winy, ale w przypadku Kelly nie miałem innego wyjścia. Ona była zbyt zamknięta w sobie, żeby inaczej z nią rozmawiać.
- No, niby tak. Ale wiesz, Jack to rodzina - Kelly wyraźnie chciała uciąć tę pogawędkę w połowie.
- Słuchaj, mnie to akurat mało obchodzi. Nawet nie chodzi o to, że Jack zniknął. Chodzi tylko o zasadę. Bo wiesz, ja akurat nie darzyłem tego typa zbytnią sympatią, ale nie cierpię, kiedy ktoś z mojego otoczenia robi coś za moimi plecami. Coś w sprawie, która mnie cholernie dotyczy - ciągnąłem dalej tę wyraźnie jednostronną konwersację.
- Ty go nie znasz - jasnowłosa kontynuowała grę półsłówek.
- Możesz mówić jaśniej? Wiesz, ja nie jestem wróżką, żeby wszystko sobie dopowiedzieć - warknąłem wyraźnie poirytowany.
- On po prostu nie mógł wytrzymać psychicznie. Wiesz, wtedy, kiedy poszedłeś kupić telefon to miałam z nim bardzo poważną rozmowę. To wtedy mi powiedział, że zamierza wrócić do domu. Był zdenerwowany jak nigdy. Panikował. Wiesz, Jack to taki miły piesek spuszczony z łańcucha. Podobnie jak Kate i Jessica. To dobrzy uczniowie z perfekcyjnie zaplanowaną przyszłością. Pierwsze wakacje poza domem tak na nich zadziałały, że nie ze wszystkim potrafili sobie poradzić - wreszcie do rzeczy powiedziała Kelly.
- No dobrze. Ale Kate to do cholery jego dziewczyna! Nie interesuje go, gdzie jest? - zapytałem z niedowierzaniem.
- Wiesz, Jack mi też napisał kilka słów. Dziewczyny są na kempingu w Burn Village. Tam, gdzie chciałeś jechać ich szukać. Przynajmniej tak napisały Jackowi w SMS-ie. Okazało się, że wynajęły domek, ale nie mają kasy, żeby za niego zapłacić. Jack obiecał im pomóc, ale nie wiedział jak i uciekł. Wiesz, nie miał serca prosić cię po raz kolejny... - jasnowłosa kontynuowała niesamowitą opowieść. We mnie dosłownie już wrzało. Wiedziałem, że po raz kolejny będę musiał pomóc tej bandzie nieodpowiedzialnych dzieciaków. Nie chodziło o kasę, ale o fakt. Bo w końcu jak można być tak nieodpowiedzialnym?
- I ty mówisz o tym tak spokojnie? A Kate? Nie pamiętasz już, co ci zrobiła? - zacząłem się droczyć z jasnowłosą, chociaż w głębi duszy już wiedziałem, że dziewczynom pomogę.
- Przeprosiła, przecież była pijana. Ja wybaczyłam, w końcu każdy ma prawo do błędów - wyszeptała ze zrozumieniem Kelly. Zrobiła to w taki sposób, że te słowa były jednocześnie wołaniem o pomoc dla dziewczyn. Ja do tej pomocy się nie paliłem, ale przecież jestem człowiekiem. A po drugie pragnąłem szczerej rozmowy z Kate. Ona skądś mnie znała, a ja byłem bardzo ciekawy skąd. Ciekawiło mnie także ile o mnie wiedziała i kim naprawdę była.
- No, rozumiem, jutro do nich pojedziemy. Ale trapi mnie jeszcze jedna rzecz, Kelly. Kim ty właściwie jesteś? - rzuciłem zupełnie niespodziewanie. Nawet sam po sobie nie spodziewałem się, że jestem do tego zdolny.
- Ale o co ci chodzi? Przecież jestem z tobą szczera - znowu tym słodkim tonem wydukała jasnowłosa. Ja byłbym w stanie to kupić, jednak w tamtym momencie nie wypadało mi złożyć broni. Zacząłem węszyć, trudno mi było się na to zdobyć, a byłem pewien, że Kelly coś przede mną ukrywała.
- Steave... - jasnowłosa się wyraźnie zmieszała.
- No przecież możesz mi do cholery powiedzieć. Tyle razem przeszliśmy, że cię nie zjem. Zresztą mnie nic złego nie zrobiłaś. Wręcz przeciwnie... - kontynuowałem swoje małe śledztwo przy pomocy prostej jak drut sztuczki psychologicznej. Szczerze powiedziawszy to byłem pewien, że Kelly odpowie mi równie głupią i pospolitą formułką. Musiałbyś widzieć moją minę, drogi czytelniku, kiedy okazało się, że efekt był całkiem odwrotny.
- Wiesz, jednak nie byłam z tobą do końca szczera. To znaczy nie okłamywałam cię, ale nie powiedziałam ci wszystkiego o sobie. Moi rodzice są trochę dziwni i przewrażliwieni. Nie pozwolili mi jechać na wakacje z Jackiem, Kate i Jessicą. Wiesz, ja mam już trochę lat i przecież nie muszę ich na każdym kroku słuchać. Zwiałam - wyraźnie wzruszona opowiadała Kelly. Dla mnie był to kolejny cios, który jednak jakoś przeżyłem. Pewnie wielu na moim miejscu od razu potępiłoby jej zachowanie i odrzuciło dziewczynę na bok. Wszystko, żeby nie mieszać się w jej rodzinne sprawy i nie mieć ewentualnie nic wspólnego z jej rodzicami. No, bo w końcu musieli ją znaleźć. Przez chwilę nawet chciałem tak zrobić, jednak w pewnym momencie ukazałem się sam sobie przed oczami. Byłem podobny. Niby nie zwiałem z domu, ale tak jakby. Przecież nie było mnie tam, gdzie rodzice myśleli. Mój wypad był pełną konspiracją.
- Nieźle - rzuciłem od niechcenia, bo nie wiedziałem, co mam Kelly na to wszystko odpowiedzieć. Wiesz, drogi czytelniku, o takich sprawach łatwo się czyta lub słucha. O wiele trudniej jest znaleźć się w podobnej sytuacji i sobie jakoś poradzić. Życie to nie film, czy bajka. To nawet nie powieść przygodowa.

***

Po tych słowach nasza rozmowa się skończyła. Chyba oboje nie mieliśmy już siły na kontynuację. Ja rzuciłem się na łóżko, głowę zakrywając poduszką, a Kelly wyszła do kuchni. Nie było mi łatwo - czułem, jakbym na plecach miał wielki głaz, którego nie da się zrzucić. Do tej pory myślałem, że wśród ludzi, z którymi przebywam jestem jakimś medium, które wie o wszystkim i siedzi w osobowości każdego kompana, czytając w ten sposób historię jego życia. Co za głupi sposób myślenia. Głupi do tego stopnia, że obrócił się całkowicie przeciwko mnie. Ludzie, z którymi przebywałem okazywali się kimś całkowicie innym. Oprócz tego mieli także swoje małe sekrety, którymi dzielili się sobie nawzajem, ale zawsze beze mnie. I to raczej nie była wina tego, że zawsze zwierzenia odbywały się pod moją nieobecność. Myślałem także o Danielu i jego tajemniczym zniknięciu. Coś mi mówiło, że to był facet o osobowości Jacka i w pewnym momencie powiedział po prostu stop. Różnicą było jedynie to, że nie pozostawił żadnego listu, ale to pewnie akurat był wybryk jego ego, które twierdziło, że to, że jest ode mnie sporo starszy daje mu przywilej spieprzenia bez wytłumaczenia. Dziwny jest ten świat - pomyślałem, odkrywając twarz. Byłem silny, jednak w tamtym momencie moje nerwy od kresu wytrzymałości dzieliła tylko cienka linia. To, co robiłem było trochę szalone. Kelly jednak działała na mnie jak magnes i dobra książka. Ciągnęło mnie do niej i byłem ciekaw końca jej (a może nawet naszej) historii.

***

Po dość długim wylegiwaniu się moje myśli jako tako się uporządkowały i byłem gotów na dalszą rozmowę z Kelly. Wiedziałem, że nie będzie jej łatwo, ale nie mogłem już dłużej tkwić w morzu niedopowiedzeń. Wiesz, drogi czytelniku, ja lubię jak pewne rzeczy są jasne, gdyż niedopowiedzenia prowadzą przeważnie do różnorakich kłopotów. Ja kłopotów nie lubię, a podczas pobytu na gigancie są one człowiekowi najmniej potrzebne.
- Dobrze ci z tym? - rzuciłem w kierunku Kelly, wchodząc do kuchni. Jasnowłosa siedziała na małym, drewnianym stołku i wyglądała na przygnębioną.
- Pytanie... Wiesz, to nie jest tak, że się cieszę, że zwiałam. To nie jest tak, że mam wszystko i wszystkich gdzieś. Ale ja po prostu nie mogłam już wytrzymać. Nie mogłam dłużej znosić traktowania mnie jak małej dziewczynki - z wyraźną rozpaczą mówiła jasnowłosa.
- A nie mogłaś z nimi jakoś porozmawiać? - wypowiadając te słowa czułem się jak jakiś ksiądz przy spowiedzi, jednak żadne inne słowa nie przyszły mi wtedy do głowy. Zdałem sobie sprawę, że kiepski ze mnie rozmówca, jeśli chodzi o tematykę trudów życia codziennego. Ale nic nie mogłem na to poradzić - ideałów na tym świecie brak.
- Gadasz jak ksiądz, Steave. Myślisz, że to takie łatwe? Radzić zawsze jest łatwo, ale jeśli przychodzi do wprowadzenia tego wszystkiego w życie to zazwyczaj zaczynają się schody. No, bo co ja miałam im powiedzieć? - z wyraźną histerią w głosie kontynuowała Kelly.
- Nie wiem, powinnaś dać im do zrozumienia, że nie jesteś już dzieckiem - wydukałem niepewnie i utwierdziłem się w przekonaniu, że nie umiem prowadzić takich rozmów. Czułem się w tym sztuczny jak jakaś dmuchana lala z bazaru.
- Myślisz, że nie dawałam, nie prosiłam? Wiesz, ty ich nie znasz. Uwierz, że nie miałam innego wyjścia - Kelly starała się wziąć mnie na litość i udowodnić, że ucieczka była słuszna. Udało jej się.
- I co zamierzasz dalej? Wrócisz do domu? - zapytałem tonem opiekuńczym. W moich kwestiach po prostu standard gonił standard.
- Wrócę, ale jeszcze nie wiem kiedy. Nie naciskaj - Kelly wyraźnie chciała, żeby skończyć temat jej ucieczki. I znowu jej się udało.
- Dobra, nie będę cię na razie męczył - odpowiedziałem groźnie, jednak w głębi ducha cieszyłem się, że ta rozmowa wreszcie się skończyła. Mimo swojej nieudolności wiele się dowiedziałem. Wiem jednak, że nie zawdzięczałem tego swoim pytaniom, a otwartości jasnowłosej.

***

Przebywanie w domu sam na sam z piękną dziewczyną miało swoje dobre i złe strony. Może to dziwne, ale czym dłużej siedziałem z Kelly, tym dobitniej wydawało mi się, że tych złych stron jest znacznie więcej. Oczywiście to tylko subiektywna opinia, mająca ścisły związek z moim popieprzonym charakterem. Najbardziej wkurzały mnie te ciągnące się w nieskończoność momenty ciszy, przerywane raz po raz standardowymi pogawędkami o pogodzie i innych nie obchodzących żadnej ze stron pierdołach. Ale to nie było tak, że z jasnowłosą siedzieliśmy ze sobą na siłę. Nie, nas łączyła zdecydowanie inna więź. Czasami rozumieliśmy się bez słów. Czasami wystarczyło spojrzenie jednej ze stron, żeby dowiedziała się o co chodzi tej drugiej. Czasami myśleliśmy o rzeczach, których słowami opisać się nie da, ale w oczach drugiej strony doskonale dało się zauważyć pełnię zrozumienia. To trochę dziwne, drogi czytelniku, ale nikt nie powiedział, że na świecie wszystko jest normalne. Ja jednak miałem powoli wszystkiego dość i postanowiłem trochę odpocząć od problemów moich wszystkich znajomych. Potrzebowałem spaceru - czegoś takiego, czego chętnie zażywałem w moich pierwszych dniach pobytu na gigancie.

***

Moje wyjście z domu nie zrobiło na Kelly żadnego wrażenia - nawet nie zapytała dokąd idę. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle, ale cieszyłem się, że wreszcie mam kilka minut tylko dla siebie. Nie wiedziałem tylko w jakim kierunku skierować swoje kroki, gdyż Color było mi całkowicie nieznane. Nie miałem także ochoty wypytywać przechodniów o drogę. Chciałem być sam na sam ze swoimi myślami i jakoś nie widziało mi się, żeby ktoś miał zakłócić ten błogostan. Szedłem więc przed siebie. Mijałem po drodze wielu ludzi. Z jednymi wymieniałem życzliwe spojrzenia, z innymi groźne, a jeszcze inni udawali roboty i w ogóle nie patrzyli mi w oczy. Tych ostatnich było chyba najwięcej. Nie lubię takich ludzi. Wyglądają na cwaniaków, którzy myślą, że wszystko im wolno. Ale nic, nie podejdę przecież do takiego i nie wyperswaduję mu pięściami, że się myli. Zresztą ja nie cierpię się bić, więc o takim rozwiązaniu nie ma co gadać. A po drugie to chyba każdy ma prawo myśleć co mu się podoba i za to nie wolno robić mu krzywdy. Chociaż komuniści twierdzili inaczej. Dziadek z Polski opowiadał mi jak go bili za to, że brał udział w jakiejś demonstracji. Policja, czy milicja go biła. Nieważne. U nas, w Stanach nie do pomyślenia jest zabranianie ludziom manifestowania swoich poglądów. W końcu mamy demokrację. Prawdziwą, bo formalna to jest w ogromnej większości państw świata. Dobra, starczy. Zebrało mi się na gadanie o polityce, a ciebie pewnie, drogi czytelniku, to guzik obchodzi. Wiem, bo ludzie ostatnio bardzo niechętnie patrzą na tę dziedzinę życia. Może to i dobrze - korupcja, układy, obietnice bez pokrycia. Ohyda. Zastanawiam się, czy pójść do wyborów. Pewnie pójdę, ale mój głos nie będzie zbyt przemyślany. Wybiorę mniejsze zło, jak to mówi większość społeczeństwa. Jejku, ale miałem już o polityce nie gadać. Przepraszam, ale trochę się zagalopowałem. Czasami po prostu zapominam myśli i wychodzą z tego różne nieprzewidziane sytuacje.

Szedłem tak sobie jedną z ulic Color i zaczęło burczeć mi w brzuchu. Ostatnio bardzo mało jadłem. W ogóle podczas tych wakacji nieczęsto zdarzało mi się posilać organizm. To cholernie dziwne, bo przecież z taką ilością gotówki powinienem szaleć na polu kulinarnym. No, może trochę przesadzam, ale trzy porządne posiłki dziennie to powinno być minimum, którego można nie wypełnić jedynie ze względu na cholernie nieoczekiwane okoliczności. Bla, bla bla - życie to jednak nie bajka i nie film. Wreszcie po kilku minutach drogi na horyzoncie ujrzałem mały bar szybkiej obsługi. Co dziwne, właśnie miałem ochotę na jakiegoś fast-fooda. Ja normalnie nie przepadam za takimi specyfikami i wiem jak szkodzą one organizmowi, jednak przecież coś takiego zjedzonego od czasu do czasu nie wyrządzi szkody w moim układzie pokarmowym. Zresztą wtedy tak naprawdę miałem te wszystkie brednie w dupie - po prostu chciałem się najeść i guzik mnie obchodził skład tego, czym zamierzałem zapchać pusty żołądek.

***

Skończyło się na dwóch hamburgerach i małej lemoniadzie. Kotlet w bułce chyba nie był pierwszej świeżości, gdyż miał taki charakterystyczny mdły posmak. Specjalnie jednak mi on nie przeszkadzał, gdyż byłem głodny jak jasna cholera. Normalnie to kulinarne cudo wylądowało by w pobliskim śmietniku lub (jeśli miałbym wystarczająco dużo siły) pod nosem tego, który mi to sprzedał. Dwie kanapki z mielonym pochłonąłem szybciej niż struś pędziwiatr i wreszcie mogłem stwierdzić, że mam pełny żołądek. A najedzony człowiek to szczęśliwy człowiek, więc w dalszej części spaceru snułem same pozytywne plany.

Zdecydowałem, że następnego dnia pojedziemy do dziewczyn do Burn Village. Chciałem ich sprawę załatwić jak najszybciej, aby móc jeszcze przez kilka dni rozkoszować się wakacjami. Zdecydowałem także, że dziewczyny wrócą do domu, i że za nic w świecie nie zgodzę się, aby kontynuowały podróż ze mną. Postanowiłem nawet, że sam dopilnuję tego, aby mamusie ujrzały ich śliczne twarzyczki. Pozostała mi tylko sprawa Kelly. W gruncie rzeczy nie miałem nic przeciwko, żeby kontynuowała wakacje u mego boku, jednak dobrze wiedziałem co zrobiła i postawiłem sobie za cel, że ona także wróci do domu. W jej przypadku nie miałem jednak zamiaru stosować metody przymusowej. Chciałem ją do tego jakoś przekonać. Nie wiedziałem jeszcze jak i nie miałem żadnego pomysłu, więc postanowiłem o jasnowłosej chwilowo nie myśleć. Podobno najlepsze pomysły przychodzą niespodziewanie...

***

Do hotelu wróciłem dopiero późnym wieczorem. Tamtego dnia nogi zaniosły mnie w bardzo wiele miejsc. Ten długi spacer pozwolił mi odzyskać w pewnym stopniu równowagę psychiczną. Człowiek nienawidzi samotności i stagnacji, ale czasem potrzebuje chwil, w których może być sam na sam ze sobą i z dala od problemów. Kelly już spała lub udawała, że śpi. Nieważne. Po naszej rozmowie wiedziałem, że nie jest to zwykła dziewczyna. Nie była mi obojętna, jednak nie darzyłem jej również jakimś wielkim uczuciem. Po prostu mając bagaż życiowych doświadczeń starałem się nie popadać w euforię. Czasami człowiekowi wydaje się, że jest szczęśliwy, a za chwilę dostaje takiego kopa w dupę, że nie potrafi podnieść się przez kilka lat. Ja starałem się być jak dobry bokser - optymista, jednak cały czas przygotowany na silny cios w szczękę.

***

Jak już wspominałem - było późno, więc wzorem Kelly szybko położyłem się do łóżka. Tym razem sen przyszedł szybko i niespodziewanie - niemal tak, jak w najlepszych dniach mojego pobytu na gigancie. Naukowcy mają jednak rację, że nastrój znacząco wpływa na problemy senne dzisiejszego społeczeństwa. Śniłem o tym, że złe historie lubią się dobrze kończyć...

Zabójca [ zabojca@buziaczek.pl ]
strona opowiadania: http://nagigancie.prv.pl


Storytellers 2oo6. Wszelkie prawa zastrzeżone. Oprawa graficzna: aNomaLy


Online Napisz do nas! Ankieta - pomóż nam stworzyć jeszcze lepszy magazyn! Regulamin dla writerów

Spis treści
W górę

Spis treści