|
Pieprząc słowo pisane
Dusqmad
Po przeczytaniu widniejącego powyżej tytułu trudno nie dojść do wniosku, że zapowiada
się kolejny nudny i żałosny artykuł pastwiący się nad politowania godnym stanem
czytelnictwa jaki ma miejsce w ostatnich latach. Otóż nie, już na wstępie
zapowiem, że przyświeca mi coś innego, a mianowicie szukanie przyczyn. Skoro w swoim codziennym życiu możemy na każdym kroku obserwować skutki to musi być
jakaś podstawa - fundament, który wzniósł się w obecną sytuację.
Żyję trochę z tym tematem, wzięło się to właściwie samo z siebie. Na ogół nie
zwykłem analizować żadnych problemów ani też fenomenów, najważniejsze było
zdanie moje, a reszta to zupełnie inna bajka z akcją osadzoną daleko stąd. Tu
jednak musiało być inaczej, gdyż moje zdanie na temat książek ledwie
sporadycznie uzyskuje akceptację w dobie komputerów, tępego obrazu społeczeństwa
narzucanego przez media i wpływu ojca Rydzyka na politykę. Lubię mieć
indywidualne poglądy, każdy lubi. Nie ma wielu bardziej cieszących rzeczy, niż
pokazanie środkowego palca tym, którzy ubóstwiają daną kapelę, film, aktorkę.
Nie powiem, książkę, o tym nie bardzo jest z kim podyskutować. Kto na przykład
czytał świetną trylogię „Pamięć, smutek i cierń” Tada Williama? Kto może mi
powiedzieć, że to coś na miarę „Władcy Pierścieni”, albo po prostu zwykłe –
„Marne masz gusta”. Otóż to – śmiem twierdzić książka jest uważana za coś tak
ciekawego jak nauka fizyki, czy ogólnie rzecz biorąc edukacja. Nie jest trudno
znaleźć instytucję odpowiedzialną za ten wizerunek, więc bez będącego tu
zupełnie nie na miejscu odkrywczego entuzjazmu napomknę o szkole. To ona
sprawia, że myśląc o książce przeciętny młody człowiek dostaje odruchów
wymiotnych. Już w wieku gimnazjalnym zaczynamy być faszerowani Mickiewiczami,
Żeromskimi, Sofoklesami, czy innymi Słowackimi i Prusami oraz ich dziełami, które
wciągają tak ostro jak sześćdziesięcioletnia staruszka. Co z tego, że w
międzyczasie, jako przerywnik, dojdzie taki „Hobbit” – czy ktoś łudzi się, że po
przejściu z romantyzmem, tragedią i marnymi kilkustronnymi nowelami ma się
jeszcze ochotę na kolejną ryzykowną próbę obcowania z narzuconą nam powieścią? –
niemiłosiernie wątpliwe. Co z tego, że te pozycje mają jakąś wartość, znaczą coś
dla historii literatury, czy wpłynęły na ukształtowanie jakichś nowych zasad,
którymi odtąd będzie się rządzić. Kogo to obchodzi poza wyjątkowymi koneserami?
Bo też poza nimi raczej nie spotka się tych, którym pozycje z szeregu
gimnazjalnych lektur są się w stanie spodobać. By dać przykłady porównam to do
innych dziedzin kultury – ile ludzi jest w stanie z przyjemnością oglądać niemy,
czarno-biały film, który wpłynął na kino (polskie, światowe – nie gra to tutaj
roli)? Myślę, że można jeszcze sypnąć dziesiątkami takich przypadków. Wszystko
sprowadza się do tego, że liczy się pierwsze wrażenie, od tego zależy wszystko
co będzie dalej. Jest jeszcze kwestia wieku, który obecnie mamy, ciągnie nas przede
wszystkim do komputerów, Internetu, ale ja mimo wszystko uważam, że nie tu tkwi
największy problem, gdyż dzieciaki, które są od tego uzależnione, jeszcze jakiś
czas temu dobrowolnie brały odwyk i zaczytywały się w przygodach Harrego Pottera - więc
zwalanie winy na pokolenie i czasy uważam za nie w pełni uzasadnione. Zresztą i
tak wielu powie mi, że to wszystko wina wydawnictw, cen, które narzucają, ale ja
tak czy tak spojrzę z politowaniem i wykażę zrozumienie - nie każdy analizuje
ten problem i wie w czym rzecz, każdy zaś obraca się w innym środowisku i na
jego podstawie buduje tego typu poglądy. |
|
O ile ktoś jest w stanie zgodzić się z moimi twierdzeniami, a sądzę, że umożliwi
mu to ogarnięcie rozumem ogółu, nie zaś siebie, bądź niedobitków współczesności to
mamy już przyczyny. Czy daje to jednak możliwość wyeliminowania skutków?
Bezapelacyjnie nie. Jest jednak (teoretycznie) szansa coś z tym zrobić, powiększyć tą garstkę
rebeliantów doby komputerów przynajmniej do 50% społeczeństwa i bynajmniej nie
dałem sobie przed chwilą w żyłę, ani nie pociągnąłem wysokoprocentowego trunku.
Moja propozycją jest reforma - nowy, przemyślany spis lektur skierowany do szkół
podstawowych i gimnazjów. Trzeba zastąpić "Syzyfowe prace", "Dziady" i wszystko
w tym guście czymś sprawdzonym, co sprawia, że nawet ci, którzy na co dzień jadą
na jedynkach i dwójkach wezmą się za daną pozycję bez żadnych uprzedzeń.
Proponuję przykładowo "Harrego Pottera", "Władcę Pierścieni", "Artemisa Fowla", bo są to bez dwóch zdań powieści, za które tacy
książkowi abstynenci
potrafili się wziąć. Skoro jedna książka okaże się świetną rozrywką to bez
uprzedzeń bierzesz się za drugą, następnie trzecią i tworzy się taki
łańcuszek. Tu też jednak należy to dobrze stopniować tak, aby na samym początku
nie przerazić objętością. A co z książkami, które obowiązywały dotychczas? Moją
propozycją jest upchnąć je do licealnego repertuaru. Przynajmniej wszyscy
pieprzyć będą nie słowo pisane, lecz ograniczą się do samych lektur - to oznacza
już duży postęp. Zresztą psu na buty obowiązujący obecnie w takim gimnazjum spis
lektur. Rzecz w tym, że tylko najbardziej ambitni (skrajne ilości) wezmą
się za całą książkę, ambitni przeczytają streszczenie, mniej ambitni od
wcześniejszych ambitnych zaliczą film, a pozostałe 30 - 50% po prostu sprawę
oleje - ściągnie na kartkówce, czy posłucha opowieści o fabule od kolegów, albo
nie przejmuje się szkołą i zadowoli się oceną niedostateczną. Czyli co nam w
takiej kumulacji wychodzi? Ani nie poznają tego romantyzmu, ani tego jak
kształtowała się literatura, ani też nie nabiorą chęci do czytania - przegrana
do zera, nie ujmiesz tego inaczej.
Nadchodzi moment, w którym muszę zamilknąć. Na tym etapie niestety kończą się
wszystkie moje pomysły na zmiany, trudno przecież tych, którzy nie chcą czytać
namawiać do zakładania opasek, a następnie masowo eksterminować. Właściwie nie powiedziałem niczego odkrywczego, może
nawet podsumowałem to co nie chodzi po głowie tylko mojej osobie - kto wie?
Tu muszę jednak przyznać, że moja praca jest zbędna, gdyż mimo poznania tych
przyczynowych fundamentów możemy jedynie topić się w brutalności świata - albo
zaakceptować to z czym, tak czy owak się nie zgadzamy gwałcąc swoją filozofię,
albo być buntownikami, którzy do niczego swym buntem nie dojdą. Smutna,
pesymistycznie nastrajająca puenta, do bólu mająca swoje odzwierciedlenie we
wszystkim co nas otacza. Zmiany to kwestia kilku lat i porządnego przemyślenia
sprawy. Ostatecznie jedyne działanie, które można podjąć to nadzieja, ze ktoś w
końcu zrozumie, że to wszystko jest bez sensu i pokusi się na jakiś eksperyment,
który będzie mógł temu zaradzić, zmienić wizerunek ksiązki. Tak, tylko kto chce
być adoptowany przez matkę głupich? |