Lipiec 2006      


|:  VARIA  :|

Pieprząc słowo pisane
Dusqmad

Po przeczytaniu widniejącego powyżej tytułu trudno nie dojść do wniosku, że zapowiada się kolejny nudny i żałosny artykuł pastwiący się nad politowania godnym stanem czytelnictwa jaki ma miejsce w ostatnich latach. Otóż nie, już na wstępie zapowiem, że przyświeca mi coś innego, a mianowicie szukanie przyczyn. Skoro w swoim codziennym życiu możemy na każdym kroku obserwować skutki to musi być jakaś podstawa - fundament, który wzniósł się w obecną sytuację.

Żyję trochę z tym tematem, wzięło się to właściwie samo z siebie. Na ogół nie zwykłem analizować żadnych problemów ani też fenomenów, najważniejsze było zdanie moje, a reszta to zupełnie inna bajka z akcją osadzoną daleko stąd. Tu jednak musiało być inaczej, gdyż moje zdanie na temat książek ledwie sporadycznie uzyskuje akceptację w dobie komputerów, tępego obrazu społeczeństwa narzucanego przez media i wpływu ojca Rydzyka na politykę. Lubię mieć indywidualne poglądy, każdy lubi. Nie ma wielu bardziej cieszących rzeczy, niż pokazanie środkowego palca tym, którzy ubóstwiają daną kapelę, film, aktorkę. Nie powiem, książkę, o tym nie bardzo jest z kim podyskutować. Kto na przykład czytał świetną trylogię „Pamięć, smutek i cierń” Tada Williama? Kto może mi powiedzieć, że to coś na miarę „Władcy Pierścieni”, albo po prostu zwykłe – „Marne masz gusta”. Otóż to – śmiem twierdzić książka jest uważana za coś tak ciekawego jak nauka fizyki, czy ogólnie rzecz biorąc edukacja. Nie jest trudno znaleźć instytucję odpowiedzialną za ten wizerunek, więc bez będącego tu zupełnie nie na miejscu odkrywczego entuzjazmu napomknę o szkole. To ona sprawia, że myśląc o książce przeciętny młody człowiek dostaje odruchów wymiotnych. Już w wieku gimnazjalnym zaczynamy być faszerowani Mickiewiczami, Żeromskimi, Sofoklesami, czy innymi Słowackimi i Prusami oraz ich dziełami, które wciągają tak ostro jak sześćdziesięcioletnia staruszka. Co z tego, że w międzyczasie, jako przerywnik, dojdzie taki „Hobbit” – czy ktoś łudzi się, że po przejściu z romantyzmem, tragedią i marnymi kilkustronnymi nowelami ma się jeszcze ochotę na kolejną ryzykowną próbę obcowania z narzuconą nam powieścią? – niemiłosiernie wątpliwe. Co z tego, że te pozycje mają jakąś wartość, znaczą coś dla historii literatury, czy wpłynęły na ukształtowanie jakichś nowych zasad, którymi odtąd będzie się rządzić. Kogo to obchodzi poza wyjątkowymi koneserami? Bo też poza nimi raczej nie spotka się tych, którym pozycje z szeregu gimnazjalnych lektur są się w stanie spodobać. By dać przykłady porównam to do innych dziedzin kultury – ile ludzi jest w stanie z przyjemnością oglądać niemy, czarno-biały film, który wpłynął na kino (polskie, światowe – nie gra to tutaj roli)? Myślę, że można jeszcze sypnąć dziesiątkami takich przypadków. Wszystko sprowadza się do tego, że liczy się pierwsze wrażenie, od tego zależy wszystko co będzie dalej. Jest jeszcze kwestia wieku, który obecnie mamy, ciągnie nas przede wszystkim do komputerów, Internetu, ale ja mimo wszystko uważam, że nie tu tkwi największy problem, gdyż dzieciaki, które są od tego uzależnione, jeszcze jakiś czas temu dobrowolnie brały odwyk i zaczytywały się w przygodach Harrego Pottera - więc zwalanie winy na pokolenie i czasy uważam za nie w pełni uzasadnione. Zresztą i tak wielu powie mi, że to wszystko wina wydawnictw, cen, które narzucają, ale ja tak czy tak spojrzę z politowaniem i wykażę zrozumienie - nie każdy analizuje ten problem i wie w czym rzecz, każdy zaś obraca się w innym środowisku i na jego podstawie buduje tego typu poglądy.



O ile ktoś jest w stanie zgodzić się z moimi twierdzeniami, a sądzę, że umożliwi mu to ogarnięcie rozumem ogółu, nie zaś siebie, bądź niedobitków współczesności to mamy już przyczyny. Czy daje to jednak możliwość wyeliminowania skutków? Bezapelacyjnie nie. Jest jednak (teoretycznie) szansa coś z tym zrobić, powiększyć tą garstkę rebeliantów doby komputerów przynajmniej do 50% społeczeństwa i bynajmniej nie dałem sobie przed chwilą w żyłę, ani nie pociągnąłem wysokoprocentowego trunku. Moja propozycją jest reforma - nowy, przemyślany spis lektur skierowany do szkół podstawowych i gimnazjów. Trzeba zastąpić "Syzyfowe prace", "Dziady" i wszystko w tym guście czymś sprawdzonym, co sprawia, że nawet ci, którzy na co dzień jadą na jedynkach i dwójkach wezmą się za daną pozycję bez żadnych uprzedzeń. Proponuję przykładowo "Harrego Pottera", "Władcę Pierścieni", "Artemisa Fowla", bo są to bez dwóch zdań powieści, za które tacy książkowi abstynenci potrafili się wziąć. Skoro jedna książka okaże się świetną rozrywką to bez uprzedzeń bierzesz się za drugą, następnie trzecią i tworzy się taki łańcuszek. Tu też jednak należy to dobrze stopniować tak, aby na samym początku nie przerazić objętością. A co z książkami, które obowiązywały dotychczas? Moją propozycją jest upchnąć je do licealnego repertuaru. Przynajmniej wszyscy pieprzyć będą nie słowo pisane, lecz ograniczą się do samych lektur - to oznacza już duży postęp. Zresztą psu na buty obowiązujący obecnie w takim gimnazjum spis lektur. Rzecz w tym,  że tylko najbardziej ambitni (skrajne ilości) wezmą się za całą książkę, ambitni przeczytają streszczenie, mniej ambitni od wcześniejszych ambitnych zaliczą film, a pozostałe 30 - 50% po prostu sprawę oleje - ściągnie na kartkówce, czy posłucha opowieści o fabule od kolegów, albo nie przejmuje się szkołą i zadowoli się oceną niedostateczną. Czyli co nam w takiej kumulacji wychodzi? Ani nie poznają tego romantyzmu, ani tego jak kształtowała się literatura, ani też nie nabiorą chęci do czytania - przegrana do zera, nie ujmiesz tego inaczej.

Nadchodzi moment, w którym muszę zamilknąć. Na tym etapie niestety kończą się wszystkie moje pomysły na zmiany, trudno przecież tych, którzy nie chcą czytać namawiać do zakładania opasek, a następnie masowo eksterminować. Właściwie nie powiedziałem niczego odkrywczego, może nawet podsumowałem to co nie chodzi po głowie tylko mojej osobie - kto wie?  Tu muszę jednak przyznać, że moja praca jest zbędna, gdyż mimo poznania tych przyczynowych fundamentów możemy jedynie topić się w brutalności świata - albo zaakceptować to z czym, tak czy owak się nie zgadzamy gwałcąc swoją filozofię, albo być buntownikami, którzy do niczego swym buntem nie dojdą. Smutna, pesymistycznie nastrajająca puenta, do bólu mająca swoje odzwierciedlenie we wszystkim co nas otacza. Zmiany to kwestia kilku lat i porządnego przemyślenia sprawy. Ostatecznie jedyne działanie, które można podjąć to nadzieja, ze ktoś w końcu zrozumie, że to wszystko jest bez sensu i pokusi się na jakiś eksperyment, który będzie mógł temu zaradzić, zmienić wizerunek ksiązki. Tak, tylko kto chce być adoptowany przez matkę głupich?

© Copyright by Książki ® Layout & Grafics by Shlizer. All Rights reserved!