Lipiec 2006      


|:  VARIA  :|

Nieskończona egzystencja
Jimmy

W dzisiejszych czasach trudno o dobry temat. Nie wystarczy tylko wpaść na jakiś pomysł i od razu siadać do pisania. Ileż to razy zdarzyło mi się utknąć na trzecim akapicie a potem ze spazmem przerażenia drżącymi rękami naciskałem delete. S. King napisał, że nie jest człowiekiem wybitnie utalentowanym czy wykształconym a swoje opowieści czerpie z trzewi. Z najdalszych zakamarków swej świadomości. Totalna spontaniczność poparta kunsztem i treningiem uczyniła z niego „maszynę do książek”. O jakże wybitną „maszynę”! Gdy skończyłem czytać „Mroczną Wieżę I” i przeczytałem notkę autora, jego przemyślenia i uwagi to coś przewróciło mi się w żołądku. Ogarnęła mnie euforia i zachwyt – od tej chwili potrafię poznać genialnego pisarza.

Po przeczytaniu „Cujo” Kinga ogarnął mnie niesmak. Każdemu zdarzy się wpadka, pomyślałem. Jednak po paru dniach, gdy pochłonąłem jeszcze kilka innych książek zrozumiałem kunszt. Trzysta stron o błahym wydarzeniu przeradza się w skomplikowaną opowieść o kilku wątkach, które spotykają się ze sobą. Gdy zacząłem czytać tę książkę miałem w głowie ostro i wyraźnie zarysowany dalszy ciąg. Myślałem, że bez problemu napisałbym klon jego opowieści. Każda następna strona utwierdzała mnie w tym, aż do zakończenia, na które nigdy bym nie wpadł… To jedna z jego słabszych książek!

Masterton. Kto zna Kinga zna także Mastertona. Pan ten urzekł mnie nie tyle stylem pisania czy finezją, co samymi pomysłami. Zdarzyło się akurat, że w gminnej bibliotece dopadłem dwie książki tegoż autora i oczywiście od razu pożyczyłem obydwie. Jedną z nich był bodajże „Kondor” a drugą „Krzywa Sweetmana” (nie wiem czy dobrze napisałem – czytałem ją ładne pół roku temu, więc proszę o wyrozumiałość). Obie traktowały o politycznej scenie USA, ale jakże były odmienne. Pomijając fakt, że były fikcjami literackimi przejdę od razu do rzeczy. Teoretycznie książki te można by nazwać bliźniaczymi jednak, gdy się przyjrzeć dokładnie widać wyobraźnię autora. Dwóch ludzi. Obaj dążą do tego by zasiąść na stołku, żaden z nich nie cofnie się przed niczym. Jednak to dwie tak odmienne historie jak gdyby pisało je dwóch różnych ludzi o całkowicie różnych poglądach politycznych i etycznych. Przeczytałem jedną i nie znudziłem się drugą. Wtedy już wiedziałem, kto obejmie stołek obok Kinga.

W tym miejscu musiałem się poważnie zastanowić czy Koontz godny jest trzeciego miejsca. Uznałem, że nie mogę nie napisać o nim, ponieważ dostarczył mi niebywałej intelektualnej rozrywki poprzedzonej ślinotokiem i przyśpieszonym oddechem. Zastanawiałem się też ze względu na to, że przeczytałem jedynie jedną (słownie: jedną) jego książkę. Jak można pisać o pisarzu, którego się praktycznie nie zna? Jednak musiałem. „Zimny ogień” powalił mnie na kolana. Gdybym przeczytał więcej jego książek i trzymałyby one taki sam poziom, King z hukiem spadłby z pierwszego miejsca. Lepszej rekomendacji ani większej pochwały nie jestem w stanie wymyślić.



Do tego autora podchodziłem z dystansem i niechęcią. Co to u licha jest thriller medyczny? Dzięki Cook’owi przekonałem się, że nawet w szpitalu potrafią dziać się ciekawe rzeczy. Jako że nie ma on tej lotności umysłu, co Masterton uplasowałem go niżej. Zresztą, Masterton to bardzo wszechstronny pisarz, który nie zamyka się w jednym gatunku a to stanowi jego siłę.

Karol May. Pisarz mojego dzieciństwa. Jakże wtedy chciałem być Indianinem! Strzelałbym sobie z łuku, polował na bizony i nienawidził białych ludzi. Dziecinna brutalna utopia, świat, w który zagłębiałem się z wypiekami na twarzy. Jego książki były pierwszymi (oprócz lektur), które dane mi było czytać. Niestety żadnego tytułu nie dam rady wymienić, ponieważ minęło ładnych parę lat. Najważniejsze jest to, że każda historia, którą przeczytałem trwa nadal w mojej głowie i gdy o niej pomyślę wracają pozytywne wspomnienia.

Jej książki przeczytałem kilkadziesiąt (słownie: kilkadziesiąt) razy. Średnio dziesięć na książkę. Musiałem ją zamieścić choćby na ostatnim miejscu, ponieważ wypełniła moje życie. Przez dwa lata byłem czarodziejem… Dla tych, którzy mnie teraz przeklinają i wyzywają od ciot (fan Kinga a czyta „Pottera”) odsyłam kilka numerów wstecz do „True” mojego autorstwa. Bez pani Rowling nie czytałbym teraz dwóch, trzech książek tygodniowo. To ona zaszczepiła we mnie nałóg czytania. To ona zamyka korowód.

Gdy na moim biurku nie leży nowiusieńka książka czuję się chory. Czuję się jak palacz, który przez dwa dni nie widział na oczy papierosa. Kocham ten nałóg. Moje otoczenie sceptycznie i z niechęcią podchodzi do książek a gdy widzą kilkaset gęsto zadrukowanych stron od razu dostają gęsiej skórki. Mało jest osób, z którymi mogę pogadać o książkach a czasem aż mnie korci żeby to zrobić, żeby przeżyć na nowo.

Każda książka jest następnym życiem, które przeżywam by przeżyć następne.

Tel. 507790302

PS. Powiedzcie mi jak to jest, że tyle czytam a piszę na tak miernym poziomie?
PPS. Chciałbym serdecznie pozdrowić Katarzynę o pięknych, ciemnoniebieskich, dużych oczach. Ona też kocha książki.

© Copyright by Książki ® Layout & Grafics by Shlizer. All Rights reserved!