Aż trudno uwierzyć, że omawiana powieść powstawała zaledwie dwa tygodnie!
Stephen King ukrywając się tym razem pod pseudonimem Richard Bachman
przyzwyczaił czytelników do pisania dużo i dobrze, ale czy stworzenie książki w
niecałe dwa tygodnie nie jest swego rodzaju obrazą dla tych wielkich pisarzy,
którzy niekiedy poświęcili niemalże całe życie na dopracowanie do perfekcji
swego dzieła? Kwestia sporna. Zapewne malkontenci przytaknął równo mym słowom,
natomiast przeciętny czytelnik tylko uśmiechnie się łapczywie, gdyż po raz
kolejny dane mu będzie przebrnąć przez odprężającą i ciekawą zarazem lekturę, do
której przeczytania nie potrzeba poziomu inteligencji Stephena Hawkinsa.
Akcja powieści przenosi czytelnika w niedaleką przyszłość, gdzie stacje
telewizyjne posunęły się do tego stopnia, że znudzonym starymi, sztampowymi
teleturniejami i żądnym nowych wrażeń widzom serwuje się brutalne programy, w
których największą przegraną jest śmierć. Główny bohater powieści, Ben Richards
chcąc zarobić pieniądze na leki dla chorej córki bierze udział w cieszącej się
ogromną popularnością grze „Uciekinier”. Zasady są proste, kto przez cały
miesiąc zdoła wywodzić na manowce ścigających go Łowców, ten zgarnie wygraną.
Jak dotąd rekordem było przetrwanie zaledwie... ośmiu dni. Richards jest jednak
o wiele sprytniejszym graczem niż się z początku wydawało.
Mówi się, że do każdej książki można doczepić jakąś ideologię, która to niby
przyświecała autorowi podczas tworzenia, choć najczęściej jest tak, że stworzyła
się ona bezwiednie. Tym razem nie można jednak mówić o przypadku, gdyż ten temat
Stephen King poruszał już w swej wcześniejszej, fenomenalnej z resztą powieści
„Wielki marsz”. „Uciekinier” zdaje się być przestrogą przed wpływem środków
masowego przekazu na potencjalnego odbiorcę. W powieści media sterują ludzkimi
uczuciami, sieją propagandę, z bohaterów robią morderców, a z morderców
bohaterów. Oglądalność liczy się bardziej niż ludzkie życie, a prawda nie
istnieje. Swego czasu Oliver Stone nakręcił głośny film „Urodzeni mordercy”,
który w bardzo dosadny sposób obrazował wpływ mediów na ludzkie poglądy.
„Uciekinier” w swej tematyce jest dziełem bardzo podobnym do wspomnianego filmu,
a mianowicie rozprawia o tym jak potężna i zgubna zarazem może być i jest siła
środków masowego przekazu. Już dziś możemy stwierdzić, że ponura wizja Stephena
Kinga choć nadal odległa może być rzeczywistą, wystarczy rozejrzeć się dookoła i
dostrzec jak wielką moc oddziaływania na ludzi może mieć zwyczajna rozgłośnia
radiowa. Czy staniemy się więc niewolnikami czarnych pudeł? Gdyby się tak bliżej
przyjrzeć, to już nimi jesteśmy... Pozostaje mieć tylko nadzieję, że w ludziach
pozostała choć odrobina nihilizmu, który nie pozwoli na przekroczenie cienkiej
granicy totalnego zniewolenia. Niestety w świecie „Uciekiniera” tego zabrakło.
|
|
|
|
| The
Runnig Man |
|
|
science fiction |
|
|
brak |
|
|
 |
|
|
Jak zwykle u Kinga wartka akcja i lekki styl pozwalając czerpać niesamowitą
przyjemność z kartkowania powieści – jeśli oczywiście przy takiej dawce
pesymizmu można mówić o przyjemności. Bohaterowie choć są tylko splotem wyrazów
zdają się być prawdziwymi, żywymi ludźmi, a sam koncept jest niezwykle
przekonujący w swej wymowie. „Uciekinier” to książka wyśmienita, lekkostrawna, a
przy tym wbijającą się w psychikę. Filmowcy już raz sięgnęli po pomysł Kinga,
ich wizja jednak komercyjna i kiczowata znacznie różniła się od książkowego
pierwowzoru. Powieść oczywiście polecam, naprawdę warto po nią sięgnąć. Aż
trudno uwierzyć, że powstawała niecałe dwa tygodnie...
|