Graham Masterton - Zaraza (AKA Plaga)
sandra
Jest taka teoria, że horror to werbalizacja naszych
lęków. Może coś w tym jest. Chociaż z drugiej strony... Tak czy tak należy wziąć
pod uwagę w gruncie rzeczy mocno ograniczoną liczbę motywów wykorzystywanych w
horrorach. Współczesny horror wywodzi się z dawnej powieści grozy (pierwsza tego
rodzaju to "Zamczysko w Otranto" z 1764 roku; dziś wywołująca raczej śmiech),
która narodziła się jako reakcja na racjonalny klasycyzm. A potem poszło już
gładko: "Frankenstein" Mary Shelley, "Niezwykły przypadek doktora Jekylla i pana
Hyde'a" Stvensona czy w końcu "Dracula" Stokera.
W czasach nam współczesnych, kiedy słyszymy "horror" natychmiast kojarzą się
trzy nazwiska: King, Koontz i właśnie Masterton. Opinie o jego twórczości są
różne. Ja chyba najbardziej zgadzam się z tymi, którzy twierdzą, że Masterton
potrafi napisać książkę genialną, by w następnej osiągnąć szczyty (dno?) kiczu.
Inaczej nie umiałabym pogodzić faktu, że autorem "Zwierciadła piekieł" (cudowne)
i "Sfinksa" może być ten sam facet. Tak nierówna forma pisarza nie pozwala
założyć niczego z góry. Wypowiadać się można tylko o konkretnej powieści.
Treścią "Zarazy" jest apokaliptyczna wizja Stanów Zjednoczonych umierających na
nieuleczalną odmianę dżumy wywołaną przez zmutowane bakterie, które ocean
wyrzucił na brzeg w jakiejś mazi, którą początkowo ludzie biorą za kał.
Pierwsze przypadki choroby zanotowano w Miami. Doktor Leonard Petrie zostaje
wezwany do chorego chłopca. Pacjent umiera w drodze do szpitala. Po sekcji zwłok
okazuje się, że chłopiec umarł na nie znana do tej pory odmianę "czarnej
śmierci". Bardzo szybko zgłaszają się kolejni chorzy. Nie skutkują żadne
antybiotyki a prędkość, z jaką posuwa się zaraza, jest przerażająca. Władze
próbują ukryć faktyczny rozmiar problemu. Najpierw miasto, potem stan Floryda a
w końcu całe wschodnie wybrzeże zostaje objęte kwarantanną. Granic pilnuje
Gwardia Narodowa, która ma prawo strzelać w razie prób wydostania się ludzi poza
wyznaczony obszar. W akcie desperacji rząd wydaje decyzję o spaleniu Miami. Z
miasta udaje się uciec doktorowi Petriemu, jego dziewczynie i córce. Zniszczenie
Miami nie zapobiegło dalszemu szerzeniu się epidemii. Wszyscy ludzie mają tylko
jeden cel: uciec jak najdalej od zarazy; na północ lub na zachód. Także doktor
Petrie próbuje dotrzeć do bezpiecznego obszaru. Po drodze nasi bohaterowie
obserwują ludzi zredukowanych do istot, których jedynym celem jest przeżycie, za
wszelką cenę. W końcu udaje im się dojechać do..., ale tam...
Otwarte zakończenie powieści zostawia nas z uczuciem irytacji. Co dalej? Czy
udało się znaleźć lekarstwo na superzarazę? Czy w ogóle jest ktoś, komu mogło
się to udać? Czy ktoś przeżył? Niedookreślone zakończenia w horrorach bywają
dobrym pomysłem, ale chyba jednak nie w tym przypadku. Wydaje się, jakby
autorowi zabrakło weny twórczej. Zakończenie otwarte nie oznacza bowiem, wbrew
pozorom, przerwania akcji w połowie, jak to miało miejsce w tym przypadku. Przy
tym moment, który Masterton wybrał, żeby napisać "koniec" jest jednym z mniej
ciekawych. Myślę, że należało skończyć około trzy akapity wcześniej lub dopisać
kilka zdań.
|
|
|
|
|
Plaque |
|
|
Thriller |
|
| |
|
|
 |
|
|
|
Sposób narracji jest przyzwoity. Nie czyta się "Zarazy" ze wstrętem. Ale
właściwie na tym koniec. Autor zbyt mało skupił się na elementach psychologii.
Jednocześnie może niekoniecznie trzeba było opisywać, co bohaterowie jedli.
Powieść mogłaby się okazać dużo ciekawsza, gdyby poświęcić więcej uwagi
sposobowi, w jaki człowiek staje się organizmem czysto biologicznym. Takiego
studium psychologii wyraźnie mnie brakuje w książce Mastertona.
I jeszcze jeden drobiazg, który mnie jednak okropnie irytował:
Adelaide (dziewczyna doktora). Charakter tej postaci może doprowadzić do białej
gorączki. Ta baba (tylko tak można ją nazwać) jest po prostu egoistycznym,
bezdusznym potworem. (Próbuje namówić Leonarda, żeby porzucił córkę bo mała może
być chora.) Zachowuje się jak rozkapryszony dzieciak, któremu zabawka SIĘ
NALEŻY. (jeszcze przed zarazą) Jakby tego było mało, jest bezdennie głupia
("Sądziłam dotąd, że czarna śmierć była groźna jedynie w średniowieczu, i to w
Europie"). W końcu zaczynamy się zastanawiać, dlaczego, do licha ciężkiego,
doktor jej nie zastrzeli.
"Zarazę" można poczytać. Nawet z pewną przyjemnością. Jednak podczas lektury
wciąż przypominał mi się "Bastion" Kinga. Motyw ten sam, ale Królowi wyszło
zdecydowanie lepiej. I może dlatego jest Królem? A Masterton? Można, ale raczej
nie ma sensu łamać nóg pędząc do księgarni lub biblioteki akurat po tę pozycję.
Gorąco polecam za to "Zwierciadło piekieł" (Nie mylić ze "Studniami piekieł"
tego samego autora!)
|