|
Paulo Coelho - Alchemik
Michał Chmielewski
"Alchemik" (...) Każe marzyć, podążać za własnym
powołaniem, podejmować ryzyko, pójść w świat i wrócić wystarczająco śmiałym, by
stawić czoła wszelkim przeszkodom. Baśniowa, alegoryczna opowieść o wędrówce
andaluzyjskiego pasterza, jest tłem do medytacji nad tym, jak ominąć życiowe
pułapki, by dotrzeć do samego siebie. Alchemia Paula Coelho (...) burzy wszelkie
bariery bojaźni, które powstrzymują strumień naszych pragnień. Potrzeba
"Alchemika" i jego światowy rozgłos są oczywiste, albowiem lektura książki
przemienia w złoto nawet najbardziej zaśniedziałe sprężyny ludzkich marzeń".
Używam tego sformułowania chyba za często, ale w tej chwili nie mogę inaczej
określić powyższego cytatu: gówno prawda (w skrócie: GP).
Nad tą powieścią krąży wiele ciekawych i pasjonujących legend - że buduje
duchowo, że niesie nadzieję, że jest ona łomem do zatrzaśniętych furtek
sercowych marzeń. I jak każda legenda, jest to zlepek większych i mniejszych GP.
Ta książka to ofiara tych legend, ponieważ czytając te wszystkie pochlebne
opinie, stawiane są pewne mega-wymagania wobec niej. Wyszło na to, iż równie
dobrze można kazać noworodkowi otworzyć puszkę Coca-Coli. Zębami.
Historia jest banalnie prosta. Młody pasterz owiec Santiago pod namową Króla
wyrusza na poszukiwanie skarbu, który ma przekręcić jego życie na lepszą stronę,
zostawiając za sobą hodowane bydełko, spokojne życie i długo oczekiwane
spotkanie z dziewczyną. Ot, wszystko. Później czekają go przygody, ciężkie i
lżejsze chwile, poznanie siebie, dojście do Prawdy Ostatecznej itd.
Santiago, hodowiec z powołania, z każdą następną stroną uczy się czytać świat. Z
podniebnych i przyziemnych znaków potrafi przewidzieć wiele rzeczy. Czas
przemienia go w mnicha, szukającego oznak ingerencji boga w świat w każdym
ziarenku Sahary, klasyfikując go jako nawiedzonego fanatyka, nie dobrze
kojarzonego bohatera literackiego. Raczej antybohatera literackiego.
Między okładkami nie znalazłem niczego, co obiecywał mi wydawca. Akcja ciągnie
się, ciągnie i nawet coś tam się dzieje, rodzą się efekty tego działania, ale
wszystko to napisane jest z takimi emocjami, z jakimi zwykłem pisać listę
zakupów. Jedynym celem autora wydaje się płodzić marzycielskie i wzniosłe cytaty
dla ludzi zachwycających się śpiewem ptaszków i naiwnie wierzących w wielkie
idee, że każdy na Ziemi ma swoją rolę, że każdego coś czeka. Tyle tutaj
wspaniałomyślnych chęci, aż mdli mózg i jego myślobieg. I wszystkie z
częstotliwości, na jakich nadają 6-latkowie.
Ponadto, ta powieść trąci chrześcijańską propagandą. Nie jest powiedziane tak po
prostu, że Santiago czci boga katolików, aczkolwiek dalsza jego tułaczka nie
pozostawia wątpliwości co do jego wiary. "Boża Ręka jednoczy
Wszechświat w Jedność"; "Dusza Świata"; "spełnianie Własnej Legendy"; "Symfonia
Pokoju". Brakuje tylko alleluja. Z wykrzyknikiem, rzecz jasna. W ogóle
"Alchemik" bardziej pasowałby jako dodatkowa księga w biblii: Księga Alchemii
tudzież Księga Alchemika. I nie mówię tego złośliwie (może troszkę), bo jeżeli
wydana zostaje powieść dość mocno nawiązująca do przygód Syna i puchnie ona
wręcz od tych samych lub podobnych naiwnych przekonań i idiotycznych dogmatów,
co Pismo Święte, to właśnie tam bardziej się nadaje.
|
|
|
|
|
O Alquimista |
|
|
literatura współczesna zagraniczna |
|
| |
|
|
 |
|
|
|
Jeszcze nie spotkałem się z tak nietrafną oceną. Wszelkie recenzje
"Alchemika" pęczniały od słodkich i obiecujących epitetów, skutkiem czego
oczekiwałem ze zniecierpliwieniem mojej kolejki w bibliotece na tę lekturę.
Można stać w sznurze ludzi do kina i usłyszeć od kasjera "przykro mi, właśnie
sprzedałem ostatni bilet" - wyszłoby tak samo. Ta książka to tragedia,
pomyłka wydawnicza. Nafaszerowana naiwnością, infantylnością i irytacją. Zamiast
wzruszać - nudzi, zamiast uczyć - ogłupia ładnie brzmiącymi hasłami, zamiast
przesyłać czystą przyjemność z czytania - wywołuje tęsknotę do ostatniej kropki.
Warto marzyć, podobnie też warto namawiać do tego ludzi. Nie należy jednak
przesadzać z jednym i drugim. Samymi marzeniami żyć się nie da, to raz. Dwa -
żeby przekonywać ludzi do przydatności tej czynności, trzeba umieć to robić.
Delikatnie, z wyczuciem granic. Marzenie i wirtualne układanie planów na
przyszłość to nie sposób na życie. Coelho tego nie wiedział, więc pojechał z
grubej rury: wprogramował w swojego bohatera wyłącznie umiejętność snucia marzeń
i nadziei, a resztę powierzył mistycznemu duetowi Ręki i Własnej Legendy, czyli
nieco uosobionemu losowi, upraszczając tak piękny i skomplikowany zarazem temat
- nadziei i marzeń właśnie - do łopatologicznego formatu.
Nigdy więcej Coelho.
PS. Ta ocena to cyferkowy dowód mojej hojności i bezgranicznej obiektywności
recenzenta. Miała być kosa, doceniłem jednak lekkość języka autora.
|
|